Wiejską drogą jechała kolumna samochodów złożona z Kublewagena oraz jadących za nim dwóch Opli Blitz. W samochodzie siedział oberleutant Gunter Baum. Zmierzali w kierunku pobliskiego lotniska, zajętego przez dywersantów. Podporucznik był bardzo podekscytowany.

-Przypuszczałeś Schulz, że coś poważnego się wydarzy? Jak dotąd tylko bawiliśmy się z jakimiś gówniarzami z pukawkami zamiast broni a teraz-dywersanci. Poszczęściło się nam, nieprawdaż, Schulz? Schulz?

-Herr oberleutant, jakiś dziwoląg na drodze.

-Jaki znów dziwoląg?

Faktycznie. Na środku drogi stał młody, dziwne wyglądający chłopiec. Miał uniesioną rękę, jakby coś trzymał.

-Macha nam, czy…

Nie skończył. Przez szybę samochodu przeszła linka, która zdekapitowała Guntera i Schulza. Następnie nitka lekkim muśnięciem przecięła stal i plandeki obu ciężarówek oraz znajdujących się w nich ludzi. Dachy odpadły, a z samochodów trysnęła fontanna krwi. Auta, pozbawione kierowców, stoczyły się bezwładnie z drogi. Walter jedynie westchnął. Sądząc po ilości wojska jadą pewnie w kierunku obleganego lotniska. Andrew musiał nieźle dać im w kość, skoro wysłali na niego tylu SS manów. Nie ma co zwlekać, ruszam. Może był na tyle dobry, żeby mi coś zostawić?

Na schodach wieży kontroli lotów usypane były wały piasku. Za nimi leżeli agenci Hellsinga, ostrzeliwując się zawzięcie z Niemcami. Byli ubrani jak brytyjscy spadochroniarze. Odróżniały ich jedynie symbole na ramionach. Wszyscy mieli na głowach hełmy, jedynie dowódca nosił czerwony beret. Spod niego wystawały krótkie blond włosy. Mężczyzna jak gdyby nigdy nic palił cygaro. Był to Andrew Welsh. Co chwila wychylał się zza okopu, soczystymi seriami z Thompsona kosząc atakujących ich Niemców. W przerwach między seriami porozumiewał się z resztą zespołu.

-Barney! Jak długo mamy czekać na ten pieprzony samolot?!

Telegrafista ukryty za drzwiami wierzy wychylił się nieco.

-Nie wiem sir! Powinien być tu już jakieś 40 minut temu! Wciąż próbuję nawiązać łączność.

-Panowie, mam ostatni magazynek. Jak u was?

-Dwa!

-Trzy!

-Jeden!

-Dwa!

-Zostały mi już tylko dwa do kolta!

-Dobra, strzelamy teraz tylko na pewniaka! Nie marnować amunicji! Hey, Jonsey, masz jeszcze trochę whisky?

Wspomniany mężczyzna wyjął piersiówkę i wstrząsnął nią.

-Jeszcze trochę jest!

-Dobra! Każdy po łyku!

Żołnierze zaczęli podawać sobie po kolei ,,znak pokoju''. Kiedy ostatni już miał zaczerpnąć łyka nagle jakiś pocisk przedziurawił piersiówkę.

-Oż wy szkopy!

Wychylił się i zaczął strzelać.

-Stan! Co ty do cholery wyrabiasz?! Mówiłem: krótkie serie! Oszczędzaj naboje!

Wtem nadjechał Kublewagen z wmontowanym karabinem stacjonarnym.

-Padnij!

Jeden z żołnierzy nie posłuchał rozkazu. Wyjął zawleczkę z granatu i rzucił nią w kierunku auta. Dało słyszeć się huk i samochód magicznie zniknął.

-Jerry, wisisz mi 100 funtów!

-Coś ty powiedział Mike?!

-Założyliśmy się wczoraj, ze jednym takim granatem można rozwalić auto!

Wtedy odezwał się dowódca.

-Bardzo fajnie! Problem w tym, że rozwaliłeś go OSTATNIM!

Wtedy nadjechały kolejne wozy.

-Dobra, ma ktoś jeszcze amunicję?!

Żołnierze pokręcili głowami.

-Dobra. Może i nie mamy naboi, ale żywcem nas nie wezmą!

Wyjął bagnet.

-Czekajta no!

Nagle nadjeżdżającym konwojem wstrząsnął potężny wybuch. Między oniemiałymi Niemcami wylądowała młoda dziewczyna, wyglądając na jakieś 12-13 lat, trzymająca w ręku dwa sztylety sai(japońskie sztylety). Była ubrana w szarą, odsłaniającą brzuch koszulkę na ramiączkach i czarne rybaczki, przewiązane paskiem. Jego klamra miała kształt gwiazdy Dawida, tak samo wisiorek na szyi dziewczyny. Na rękach miała siateczkowe rękawiczki bez palców, sięgające do łokcia, oraz dwie srebrne bransolety na nadgarstkach. Rude włosy posplatane w długie warkoczyki tuż przy głowie związane miała z tyłu. Jedynie dwa wisiały luźno po bokach je twarzy. Zielone oczy otoczone były tatuażem, przypominającym skrzydła. Na nogach miała buty podobne do glanów, z otworami na palce i pięty. Zaczęła masakrować ich, tnąc na równe kawałki. Welsh nigdy nie widział czegoś takiego. Pomimo całej tej agresji poruszała się z kocią gracją. Wyglądało to jak jakiś krwawy balet. Kilku stojących dalej już miało strzelać, lecz ona schowała sztylety i z pokrowców na udach wyjęła kilka noży, które błyskawicznie wylądowały w klatkach piersiowych wrogów. To byli ostatni. Dziewczyna podeszła do Niemców, wyjmując im swoje noże. Wyprostowała się i pokazała gestem, że już mogą wychodzić. Żołnierze odetchnęli z ulgą. Kilku wyjęło papierosy i zapaliło je w milczeniu. Andrew zaś podszedł do ich wybawicielki. Noże, które rzuciła, były zakrwawione, lecz o dziwo na saiach nie było najmniejszej plamki. Bardzo go to zaintrygowało.

-Co tak długo, Noemi?

Nie przestając czyścić noży z krwi, odpowiedziała.

-Musiałam załatwić zmotoryzowany konwój.

-Jechał w naszym kierunku?

-Nie, miał spacyfikować jaką wioskę.

-Nas tu też pacyfikowali! Mamy informacje mające istotny wpływ na losy wojny, a ty zajmujesz się…

Nie skończył gdyż dziewczyna spojrzała na niego gromiącym wzrokiem.

-Może i tak, ale wy macie broń. Nie mam zamiaru słuchać o kolejnych rozstrzeliwaniach bezbronnych ludzi.

Nagle usłyszeli jakiś hałas. Znad lasu nadleciały dwa sztukasy, zmierzające w ich kierunku. Jednak z jednego z drzew wyskoczył jakiś ciemny kształt, który zaraz znów wylądował w koronie drzewa. Samoloty zaś rozpadły się na kawałki i z hukiem upadły na ziemię. Owym kształtem okazał się młody chłopak, który zaraz do nich podszedł.

-Cześć, Andrew. Widzę, że mieliście ręce pełne roboty.

-Widzę, że oboje macie tendencję do spóźniania się.

Wtedy Walter zauważył Noemi.

-Witam szanowną panią.

Ukłonił się i chwycił jej dłoń, chcąc ją pocałować. Dziewczyna wyrwała się i uderzyła go w nos. Chłopak złapał się za niego, masując go energicznie.

-Nie wiem czy sobie na to zasłużyłem.

-Jestem Noemi. Tymczasowy najemnik Hellsinga.

-Je jestem Walter. Ale zaraz, zaraz, to ja jestem asem Hellsinga. Arthur nic mi o tobie nie mówił.

-Tak się składa, że mi o tobie też nie wspomniał.

Chłopak zwrócił się do Andrew. Nie patrzył jednak mu w oczy, zajęty był oglądanie brzucha Noemi. Uniósł zadowolony brwi i podniósł kąciki ust w lekkim uśmiechu. Dziewczyna przewróciła zażenowana oczami, a wtedy chłopak spojrzał już na Welsha.

-Skąd ją wytrzasnęliście? Z cyrku?

Dziewczyna założyła ręce na piersiach.

-Odezwał się właściciel nienagannej czupryny.

-Co wy wszyscy z tymi włosami?! Chciałbym nadmienić, że twoja fryzura też nie należy do normalnych. Jakiś szkop zdzielił cię kosiarką(w moim założeniu Noemi ma fryzurę podobną, jak ma X-zibit, ale dłuższą), czy co?

Noemi kopnęła go, ale chłopak zablokował cios, przy okazji oglądając jej buty.

-Ładne buty. Nie jest ci może zimno?

Prychnęła pogardliwie i wyrwała nogę z jego uścisku.

Andrew przejechał ręką po czole.

-Ech, te bachory… Dobra, macie tu kopie dokumentów. Po przeczytaniu wiecie co robić.

-Wyczyścić pannie Noemi oczka, bo najwyraźniej zapomniała ich umyć.

-Posłać pana Waltera do fryzjera, bez względu na formy jego oporu.

-Po wykonaniu zadania możecie zrobić z sobą co wam się żywnie podoba, ale na razie…Z mocy nadanej mi przez przywódcę naszej organizacji ogłaszam was partnerem i partnerką.

-CO?!

-Z siłą wyższą się nie dyskutuje. Możecie odejść.

Odwrócił się do nich i zwrócił do swoich ludzi.

-No, chłopaki, zmywamy się!

Walter i Noemi zostali sami. Chłopak wkurzony włożył ręce do kieszeni i zwrócił się do niej ze złym grymasem na twarzy.

-Powiedz mi, że to żart.

-Niestety nie. Akurat ty, jako AS organizacji powinieneś to wiedzieć.

-Widzę, że nie mamy wyboru. Z resztą, nie uważasz, że moje spryt i inteligencja w połączeniu z twoimi urodą i seksapilem, mogą zaowocować…

-Nie pozwalaj sobie.

-Ech, wy, Żydzi, macie ograniczone poczucie humoru.

-Jakim cudem poznałeś, ze jestem Żydówką?

Jej słowa kapały ironią.

-Nie wiem. Może po oczach, może po tej fryzurze.

Przez cały czas patrzył się wymownie na naszyjnik i klamrę od paska dziewczyny. Gdy wspomniał o włosach, chwycił między palce jeden z warkoczyków, jednak Noemi złapała go za nadgarstek i wykręciła boleśnie rękę i wycedziła przez zęby:

-Won z łapami.

Wykręcił jej się.

-Spokojnie, niunia.

-Nie mów do mnie niunia.

-Dobrze, niuniu.

Uśmiechnął się złośliwie, jednak ta mina szybko zeszła z jego twarzy, gdyż dostał kolanem w czuły punkt. Zwinął się z bólu i syknął przez zęby.

-Słuchaj, angielski dżentelmenie. Nie jestem jakąś pierwszą lepszą lalunią, która zapiszczy z zachwytu, gdy ją klepniesz w tyłek.

Podniósł się, wciąż lekko zaciskając nogi.

-Może i tak, ale nie uważasz, że to był cios poniżej pasa?

-Tak, był. I co w związku z tym?

-Że kopnęłaś mnie tak, jakbym co najmniej próbował cię zgwałcić.

-Dobra, koniec z pierdołami. Skoro musimy współpracować to trudno. Być może w pojedynkę nie pokonalibyśmy przeciwnika, z którym przyjdzie nam się zmierzyć.

-O kim mowa?

-Dobrze wiesz, że nie przyleciałeś tu załatwiać SS manów.