Dean Winchester był uratowany. Jego dusza powróciła do ciała po zaciętych bojach, po przelaniu niezliczonej ilości krwi, dzięki poświęceniu dziesiątek stworzeń. Co było w nim tak bardzo niezwykłego, iż jego życie kosztowało zaświaty tak wiele? Wielu nie potrafiło tego zrozumieć. Wielu nie mogło pogodzić się z ogromem strat. Podobno cel uświęca środki, jednak w tym konkretnym przypadku nikt nie godził się z tą racją. Nawet Nahili nie potrafiła cieszyć się ze zwycięstwa. Pyrrusowego zwycięstwa. Jeszcze jedno takie zwycięstwo i będę zgubiony, mawiał starożytny król. Wszyscy przyjęli fakt do wiadomości, jednak nikt nie zamierzał świętować victorii.
Gdy tłum zgromadzony na niebiańskim dziedzińcu rozproszył się, Michał nakazał Castielowi, aby ten ukazał się człowiekowi i stróżował nad jego duszą na ziemi.
'Nie opuszczaj go, nie pozwól mu popełniać błędów, upewnij się, że będzie gotowy.' - mówił archanioł.
Tak też się stało, Castiel ukazał się Deanowi. Człowiek na początku nie chciał zaakceptować prawdy, nie chciał uwierzyć słowom anioła. Był zadziorny, nie potrafił okazać Castielowi szacunku. Zanosiło się na to, iż Dean Winchester jest zbyt uparty, zbyt zamknięty na wiarę, aby poddać się anielskim rozkazom. Anioł zaczynał żałować, iż pozbawił go pamięci prób jego ratowana.
Castiel przekazał te wieści Michałowi, ten jednak naciskał. Rozkazał mu poddać człowieka próbie, wziąć kogoś do pomocy. Castiel uczynił tak i tym sposobem przy jego boku stanął znów dawny towarzysz, Uriel. Castiel uznał, iż anioł ten, jako jeden z najroztropniejszych i najwierniejszych sług, nie podda się magii, jaką roztaczają ludzie. Castiel, jako ojciec bardzo ludzkiej istoty, nie potrafił po prostu zmusić Deana do czegokolwiek. Widział bowiem, jak ten jest zniszczony, jak wiele przeszła jego dusza, widział, że jest silny i waleczny, ale czy na pewno był w stanie dokonać tego, co dla niego zaplanowano? Być może należało znaleźć kogoś innego?
Castiel nie mógł przestać porównywać Deana do Nahili, oboje bowiem byli wyjątkowi. Silni, kochający walkę, opierający całe swe istnienie na poświęcaniu się dla innych, ale również oboje naznaczyło wiele cierpień, zwłaszcza tych najboleśniejszych – niefizycznych. Castiel wiedział, że decyzja zapadła. Wiedział, że tak jak Nahili musi przemierzać piekło, tak Dean musi stać się naczyniem Michała. Wiedział, ale czy akceptował? Czy był w stanie się z tym pogodzić?
Gdyby Castiel był człowiekiem, na pewno był by typem altruisty i empaty. Typem, który wolał by raczej sam cierpieć niż pozwolić cierpieć innym. Pomimo iż wiedział, że Nahili nie bez powodu została wyznaczona do roli jaką pełni, i że posiada wszelkie niezbędne do tego przymioty, miał wątpliwości czy aby na pewno to czujące tak silnie stworzenie powinno dźwigać na barkach tak wiele. Pomimo iż wiedział, że Dean został wybrany jako ten jedyny, który może podołać zadaniu, że jest silnym człowiekiem i doświadczonym łowcą, zaglądając w jego udręczoną duszę nie mógł przestać myśleć, co zrobić, aby uwolnić go od losu, który miał go czekać.
Podczas gdy Castiel spędzał czas pomiędzy ziemią, doglądając Deana, a niebem, raportując Michałowi, Nahili porządkowała sprawy w piekle. Pierwszą rzeczą, o którą musiała zadbać, było ponowne wprowadzenie wilków do czyśćca. Nie było to łatwe, pomimo iż niewiele ich zostało po starciu z ogarami, które też zostały zdziesiątkowane.
Zajrzała wszędzie odprowadzając jednego po drugim z powrotem do domu. Gdy to się udało po cichu wróciła do swoich zadań. Wraz z Castielem uznała, że najlepiej będzie, jeżeli pozwolą innym o sobie zapomnieć i po cichu wykonywać będą rozkazy. Plan ten był by być może idealną drogą do uzyskania przebaczenia, jednak były anioły, które nie brały takiej opcji pod uwagę.
Gdy tylko tłum zgromadzony na dziecińcu zaczął się rozrzedzać Rafał zabrał Samandriela do siebie, aby ten wszystko dokładnie mu opowiedział. Początkowo archanioł chciał znaleźć jakiś błąd, przewinienie, cokolwiek, co mogło by stać się iskrą, którą rzucił by na beczkę prochu by w efekcie doprowadzić do skutku pomysł ukarania Nahili wiecznym więzieniem, taki bowiem plan ułożyli spiskowcy. Nie był może niezwykły, ale też możliwości były ograniczone, a nie chodziło przecież o fajerwerki, tylko o prosty sposób, który pozwolił by Rafałowi na podważenie autorytetu Boga, na pozbycie się zagrożenia w postaci Nahili i wreszcie na przejęcie władzy. Dobroduszny Samandriel nie podejrzewał nawet, że jego słowa miały stać się przyczynkiem do zrealizowania rewolty, dlatego opisał archaniołowi wszystko, co widział.
Rafał nie spodziewał się zbyt wiele, chciał złapać jakąkolwiek, najcieńszą nić i upozorować obfity kłębek, ale to, co dał mu Samandriel okazało się być rozwiązaniem idealnym, tak perfekcyjnym, że nawet nie śmiał go wcześniej rozważać.
Samandriel bowiem wiedział dokładnie gdzie znajduje się przejście do czyśćca. Na własne oczy widział wilki przeciskające się jeden po drugim przez wyrąb w ścianie opuszczonego korytarza. Rafał żałował, że od razu, jeszcze w piekle, nie zapytał Samandriela, skąd wzięły się te stworzenia, jednak z drugiej strony, nie było na to czasu. Archanioł musiał wyrwać go stamtąd jak najszybciej, aby ten był w stanie powiedzieć mu później cokolwiek. Rafał obserwował całe zajście od początku, aż do końca chcąc przeszkodzić misji, jednak ostatecznie uznał, że nie może ryzykować, że zostanie odkryty.
Rafał wysłuchał opowieści anioła, a gdy już pożegnał go, zaprosił do siebie swoich zwolenników. Jednym z nich, na nieszczęście Castiela, był Uriel. Z jego słów wynikało bowiem, że wskrzeszony człowiek nie ma zamiaru poddać się rozkazom. Wyglądało na to, że nawet jeżeli aniołowie dopuszczą do uwolnienia Lucyfera, nie będzie miał kto z nim walczyć. Nie będzie Apokalipsy. Na początek zatem Rafał rozkazał Urielowi dokręcić śrubę, zmusić Deana do posłuszeństwa. Argument siły był w jego oczach jedynym wyjściem z każdej sytuacji.
Póki co jednak priorytetem było wykorzystanie nieobecności Castiela, zdobytej od Samandriela wiedzy, faktu iż Nahili stała się potulna oraz potencjału silnej i licznej grupy otaczającej Rafała.
Plan Rafała był okrutny, obliczony na efekt totalny, a jednocześnie cichy, możliwy do przeprowadzenia bez wzbudzania podejrzeń. Owe okrucieństwo nie było jednak skierowane tylko w stronę Nahili. Również aniołowie mający wziąć czynny udział w akcji byli narażeni na najgorsze, jednak nikt na to nie zważał, a już zwłaszcza wzywający ich do buntu archanioł.
...
Nahili przechadzała się po niedawnym polu bitwy. Spoglądając w sklepienie piekła oczyma duszy widziała znów twarz Deana wpatrzoną w nią z przerażeniem i bezgranicznym zaufaniem jednocześnie. Stawiając nogę na brunatnej ziemi, wiecznie splamionej krwią, czuła znów ból upadku, czuła znów ciężar jego ciała na swym ciele, czuła znów to zgniatające trzewia tępe kłucie, które zamroczyło ją na sekundę przed starciem z demonami. Głos człowieka, jego niezwykłe oczy, siła jego uścisku. To wszystko przywracało uśmiech na jej twarz, pomimo iż wspomnienia całej tej sytuacji były szare i mętne.
Rzuciła tęsknym spojrzeniem na przejście do wodospadów. Od długiego czasu nie była już w niebie. Jej ciało pokryte było brudem, było posiniaczone i pocięte. Skrzydła stały się szare, a twarz zapadła. Wielki płat zakrzepłej krwi okalał jej szyję i prawy bok jak drogocenny szal.
Odwróciła się, by ruszyć w dalszą drogę i w tym samym momencie jak spod ziemi wyrósł przed nią anioł. Zobaczyła go w momencie, gdy otwierał usta, aby wymówić jej imię. Oboje wzdrygnęli się na tak niespodziewane spotkanie.
'Eeh... Witaj. Amm, musisz... Możesz pójść ze mną? Tam coś... Eee. Znalazłem tam coś. Tam.' - dukał anioł w odpowiedzi na pytające spojrzenie Nahili, wskazując dłonią w stronę „czyśćcowego korytarza".
Nahili podniosła brwi. 'W porządku...' - odparła patrząc krzywo na poddenerwowanego sługę. Minęła go obrzucając nieufnym spojrzeniem i kładąc dłoń na rękojeści miecza.
Nahili zanurzyła się w ciemnościach korytarza. Nie dostrzegała nic niezwykłego, poza faktem, że zalegające to miejsce pajęczyny były zerwane.
'Nalama!' - krzyknęła zniecierpliwionym głosem Nahili. - 'O co chodzi? Nala-!'
Dźwięk jej głosu urwał się nagle zdławiony silnym uściskiem ręki innego anioła. Cisza trwała jednak ułamek sekundy. Wąski, pogrążony w mroku chodnik wypełnił głuchy szelest uderzających nerwowo skrzydeł, zaduszony krzyk, przyspieszone, ciężkie oddechy, odgłosy szamotaniny i wleczenia, bolesny pisk ostrza rysującego kamienne podłoże, urwane półszepty, maskowane zaciśnięciem zębów jęki bólu.
Mrok niespodziewanie rozbłysł gwałtownym światłem. Na oszołomioną Nahili, rzuconą nagle na mokry piach, spadł grad grubych powrozów, jej kończyny drżały niezdolne do ruchu, przygniatane do ziemi. Zaciskane wokół ciała liny rozrywały świeże rany i wypalały nowe.
Nahili szarpała się jak ryba wyrzucona na brzeg, jednak nie mogła się wyswobodzić. Jej ciało krępowały liny i obciążały ciała aniołów. Jej kończyny były wygięte i rozciągnięte do granic możliwości. Krzyczała zawzięcie, ale nikt z przywabionych hałasem nie śmiał ruszyć jej na pomoc. Wreszcie ktoś stanął nad nią okrakiem i wkładając knebel w jej usta wygiął jej głowę mocno do tyłu tak, że głos uwiązł w jej gardle.
Do kłębowiska podszedł archanioł Rafał. Nahili była tymczasowo unieruchomiona, jednak nie było czasu do stracenia. Szybko podniósł z ziemi jej miecz i brutalnymi ciosami odrąbywał skrzydła.
Zdławiony krzyk Nahili, gulgoczący odgłos ostrza wbijającego się w mięsiste ciało i ochrypły ryk Rafała utworzyły morderczą symfonię. Gorąca krew krążąca w żyłach anielskich skrzydeł rozlewała się długimi płatami. Mieszała się z błotem, wystrzeliwała w powietrze, uderzała o twarze zamachowców jak policzkująca dłoń.
Wkrótce skrępowane, zmasakrowane ciało leżało omdlałe po środku dwu zbroczonych skrzydeł. Rafał ze zwierzęcym wyrazem twarzy stał ponad nią dysząc ciężko, ściskając w dłoni narzędzie zbrodni. Inni siedzieli wokół starając się opanować zmęczenie, gdyż wypełnili zaledwie pierwszy punkt planu.
Niektórzy patrząc na dzieło, którego stali się współsprawcami, zasłaniali oczy drżącymi dłońmi. Wszyscy czuli, że dokonali czegoś absolutnie niedopuszczalnego, ale niewielu poczytywało to sobie za przewinę. Większość była dumna, błyski pojawiały się w ich oczach gdy patrzeli na tryumfującą minę Rafała.
'Dalej bracia.' - zakomenderował archanioł.
Ci potulnie podnieśli Nahili, która jak ogłuszona spoglądała zza mgły, nie rozumiejąc co się dzieje. Nieśli jej ciało przez las jak ofiarę na całopalenie do kryjówki przygotowanej wcześniej przez inną grupę aniołów. Gdy tylko zaraportowali o skończeniu pracy, słuch o nich zaginął.
Nieniepokojony lecz czujnie obserwowany orszak dotarł do skalnej jaskini. Dwóch spośród niebiańskich buntowników weszło wraz z archaniołem w jej głąb czołgając się ciasnymi korytarzami. To tu, to tam wciąż widoczne były ślady niedawnej pracy aniołów. Na końcu niskiego przejścia czekała duszna, parna jama wypełniona skradzionymi z Gaju lianami.
Aniołowie podnieśli Nahili i zawiesili na nich jej ciało. Spod grubych, lepkich sznurów ciężko było dostrzec jej skórę. Wypełniona hukiem głowa omdlała, podobnie jak inne członki poddając się bezwolnie grawitacji. Liany skrzypnęły cicho i rozciągnęły się. Nieśmiertelna Nahili wisiała pod stropem zupełnie bezbronna. Jej skrzydła i miecz rzucono w kąt jak nic nieznaczące śmieci.
Rafał podszedł do Nahili i stał tuż przy jej twarzy uśmiechając się zwycięsko. Gdy próbowała coś powiedzieć położył dłoń na jej ustach tak gwałtownie, iż jej głowa uderzyła o tylną ścianę.
'To koniec, wywłoko. Koniec.' - wycedził przez zaciśnięte zęby.
Oderwał swą dłoń o jej ust i wyszedł, a za nim dwóch jego pomocników. Dołączyli do pozostałych, stojących na straży i biegnąc dotarli z powrotem w pobliże przejścia, gdy nagle zza ich pleców wyskoczyła grupa wilków. Próbowali ratować się ucieczką, jednak ci znajdujący się z tyłu wciągnięci zostali w głąb lasu. Rzutem na taśmę Rafał i trzech innych przedostało się do piekła blokując zaklęciem przejście za sobą. Wpadając do piekielnego korytarza wylądowali na ciałach poległych od szamotliwych uderzeń nożem, zadanych przez Nahili podczas porwania.
'Zostawcie ich.' - rzucił szorstko Rafał.
Ocalali wrócili do nieba, aby przekazać wieści pozostałym spiskowcom i przygotować się do kolejnego kroku do przejęcia władzy.
Tymczasem nieświadomy niczego Castiel przebywał na ziemi. Sprawy Deana wciągnęły go tak bardzo, iż zapomniał o wszystkim innym.
...
Zniewolona Nahili otwarła zmęczone oczy poczuwszy coś mokrego dotykającego raz po raz jej twarz. To jej wierny przyjaciel, wilk, śledził aniołów cały czas i gdy tylko się oddalili wezwał swych braci do ataku, a sam udał się jej tropem. Stał teraz opierając łapy na jej piersiach, zlizując krew z jej twarzy.
Piszczał potulnie współodczuwając jej ból, jakby chciał zapytać, co zrobić aby jej pomóc. Ona nie była w stanie zrobić niczego, z trudem wyszeptała tylko „Castiel". Wtedy wilk chwycił w zęby jedno z jej skrzydeł i wybiegł na powierzchnię.
Skierował się w stronę rzeki, ale było już za późno. Przejście było zablokowane. Wrócił zatem do watahy w ostatnim momencie powstrzymując egzekucję ostatniego z żywych aniołów.
Ten zobaczywszy zwierzę jeszcze większe, niż reszta wilków, ściskające w zębach brunatne od krwi anielskie skrzydło zaczął cofać się przerażony. Uderzył o drzewo, a wilk podszedł blisko i rzucił skrzydło na jego ciało.
'Czego chcesz?! Czego chcesz?!' - wykrzykiwał nerwowo anioł.
Wilk oparł swój pysk na jego twarzy i zaglądając głęboko w rozszerzone źrenice jego oczu wtłoczył słowo wypowiedziane przez Nahili do jego umysłu.
Słysząc charczący głos Nahili anioł zatrząsł się od śmiechu. Wkrótce wybuchnął jak człowiek, który umierał ze strachu, ale właśnie uświadomił sobie, że cała sytuacja była tylko szalonym żartem. Był on bowiem jednym z tych niewzruszonych.
Wilk widząc zło toczące jego umysł silnym uderzeniem swej łapy roztrzaskał czaszkę anioła. Gęsta cisza zastygła w powietrzu.
Wilki stały sapiąc nad ciałami aniołów, jednak po tym, co zaszło między ich wodzem, a ostatnim ocalałym uciszyły się i przysiadły zadziwione.
Przywódca odwrócił się wreszcie w ich stronę i zawył boleśnie. Na ten sygnał reszta watahy poderwała się i dołączyła do żałobnego wycia.
Ich śpiew rozniósł się po czyśćcu obwieszczając wszystkim, co się stało. Był tak silny, iż dotarł aż poza jego granice. Chór wilczej watahy stał się ostatnią nadzieją Nahili.
