Rozdział 1

Damon siedział na kanapie, wodząc wzrokiem za chodzącym nerwowo w tę i z powrotem Stefanem. W pokoju obecna była również Elena. Stała oparta o framugę drzwi do salonu i zaniepokojona całą tą sytuacją z łowcami demonów. Oczywiście znała braci Salvadore na tyle, aby wiedzieć, jakie rozwiązania krążą im po głowach.

Damon westchnął z poirytowaniem i odezwał się w końcu:

- No, i co się tak boisz, Stefan? Weźmiemy, wyssiemy ich i po kłopocie. W każdym razie ja tak zrobię. – Uśmiechnął się szerzej.

Stefan zatrzymał się i popatrzył na brata.

- To wykwalifikowani łowcy, Damon. Na pewno zabijali już gorsze stwory od ciebie. Poza tym… – Przeniósł wzrok na okno i znów zaczął swój spacer po pokoju. – Przecież nie musimy ich zabijać.

- Jeśli my tego nie zrobimy, oni zabiją nas, braciszku.

- Przede wszystkim nie musieliby tu w ogóle przyłazić, gdybyś nie kąsał tych wszystkich ludzi. Ale nie, ty musiałeś mi udowodnić, że jesteś potworem.

- Tak więc wydasz mnie? Jak możesz, Stefan? Wydać własnego brata na pewną śmierć…

- Właśnie rozważam tę opcję – odrzekł Stefan, ale zarówno Damon, jak i Elena, wiedzieli, że mówił to tylko w przypływie wzburzenia. Mimo to, Damon pokusił się o ripostę:

- I myślisz, że jak im wytłumaczysz, że za te ataki odpowiada twój wredny, starszy brat, a nie ty, zostawią cię w spokoju?

Stefan wydał z siebie głośne westchnienie i stanął.

- Przede wszystkim skoncentrujmy na tym, aby nas w ogóle nie namierzyli, dobrze?

- To o tyle łatwe, że możecie chodzić w słońcu – wtrąciła się dotąd milcząca Elena.

- Elena ma rację – przyznał Damon, wciąż się uśmiechając. – Wtopiliśmy się w tłum. Nikt nas nie podejrzewa.

- Niemniej jednak ostrożność nie zawadzi, dlatego, Damon – Stefan posłał bratu znaczące spojrzenie – zapomnij o nocnych wyżerkach.

- Czy ja cię kiedykolwiek posłuchałem? Zresztą w przeciwieństwie do ciebie, potrafię zacierać za sobą ślady.

- Mówię poważnie, Damon. Dopóki ci dwaj tutaj są, nie możemy czuć się bezpieczni.

- No, dobra, dobra. Tylko przestań jazgotać.

Elena ziewnęła. Było już bardzo późno, a skoro bracia Salvadore doszli już do jako takiego porozumienia, mogła sobie iść. Stefan odprowadził ją do domu. Kiedy dotarli już do jej drzwi, odwróciła się nagle do ukochanego i spojrzała na niego z wyrazem zmartwienia w tych swoich ciemnych oczach.

- Stefan, wiem, że zawsze jesteś bardzo ostrożny, ale mimo wszystko uważaj na siebie.

Uśmiechnął się do niej i zgarnął trochę włosów z jej czoła.

- Nie martw się. Przez prawie dwieście lat nie dałem się zabić i teraz też do tego nie dojdzie.

Pocałował ją na do widzenia i rozstali się w progu jej domostwa. Jednak mimo jego zapewnień, Elena szła do swojego pokoju pełna niepokoju o to, czy pewnego dnia nie zastanie Stefana i Damona z kołkami w sercach.


- Wstawaj, królewiczu! – zawołał radośnie Sam i jednym szybkim ruchem ściągnął pościel, która opatulała jego brata.

Dean wydał z siebie pomruk niezadowolenia i nieśpiesznie usiadł w pozycji półsiedzącej. Promienie słońca wleciały przez okna, kiedy Sam rozwarł pomarańczowe zasłony. Pokój motelowy wydawał się być jeszcze brzydszy niż kiedy widzieli go pierwszy raz. Stara, pożółkła tapeta, dwa fotele z poszarpanymi obiciami i telewizor, który pamiętał czasy Reagana, albo nawet i Kennedy'ego… wszystko to przypominało Deanowi, że zameldowali się w dziurze.

Dean sięgnął po stojącą na nocnej szafce komórkę i sprawdził godzinę. Jego oczy rozszerzyły się.

- 6:10? – wykrzyknął i spojrzał na brata, który stał przy oknie. – Człowieku, kto wstaje o tak wczesnej porze?

- Twoja niedoszła dziewczyna – odparł Sam. – Właśnie gdzieś maszeruje.

Dean wstał i stanął obok niego. Rzeczywiście, znajoma postać z rudymi włosami minęła właśnie parking, rozejrzała się w lewo i w prawo przy przejściu dla pieszych, po czym przedostała się na drugi koniec jezdni.

- Gdzie ona idzie? – zdumiał się Dean.

- Może do szkoły… – zaproponował Sam. Potem odwrócił się do brata i poklepał go po ramieniu. – Szykuj się, mamy robotę.

Podszedł do swojej torby i wyjął z niej szczoteczkę do zębów, pastę i kubek. Następnie skierował się do łazienki. Dean usiadł na swoim łóżku i wpatrywał się przez dłuższy czas w podłogę, rozmyślając o różnych rzeczach. Nie chciało mu się nigdzie iść, ani w ogóle cokolwiek robić. Powinien jeszcze spać i śnić o jakiejś lasce tulącej się do niego jak do pluszowego misia. Dlaczego tak łatwo obudzić się z przyjemnych snów, a tak trudno z koszmarów? Inna sprawa, że oni koszmary mieli na jawie.

Po chwili głowa Sama wychynęła zza drzwi do łazienki. Ujrzawszy niemrawość swojego brata, młodszy z Winchesterów wyciągnął z ust szczoteczkę i odezwał się:

- No, szykuj się.

- Kurde, Sam, jesteś taki upierdliwy, kiedy nagle nabierasz ochoty do pracy.

- Rzadka okazja, żebyś mógł przyjrzeć się samemu sobie.

- A więc to efekt odbicia czy coś w tym rodzaju?

- Nie, chociaż… – Sam udawał zamyślenie, po czym dodał z wrednym uśmieszkiem: – może troszeczkę.

Dean warknął, ale powstrzymał się przed rzuceniem w Sama poduszką.

- Umyj wreszcie te zęby, bo ci je wybiję.

Z uśmiechem na twarzy Sam powrócił szybko do łazienki. Dean usłyszał jak jego brat wypluwa pastę i wypłukuje usta. A potem usłyszał szum płynącej wody, która została zakręcona kilka sekund później.

- Dean? – zawołał po chwili Sam i wyszedł z łazienki z ręcznikiem w dłoni. – Myślisz, że ile jest tych wampirów?

- Nie wiem, ale nie łudźmy się, że tylko jeden. Najlepiej zacząć od małego rekonesansu, a potem ułoży się strategię i zabije skubańców.

- No, tak. Bardzo proste… – Sam nie potrafił powstrzymać sarkazmu.

- Robiliśmy to tyle razy, że powinieneś już wejść w rytm.

Sam nic nie odpowiedział. Po prostu przebrał się, zebrał parę rzeczy do torby i zawiesił ją sobie na ramieniu.

- Chodźmy na jakieś śniadanie – odezwał się w końcu. – Raczej nie dają tutaj naleśników z dżemem.

Dean tylko wzruszył ramionami, wziął swoją torbę i ruszył za bratem.


Uczniowie weszli do środka i lekcja angielskiego się rozpoczęła. Elena zasiadła w swojej ławce. Rozejrzała się po sali i jej oczy spoczęły na Stefanie, który odwrócił się do niej. Oboje wymienili porozumiewawcze spojrzenia, a potem już skupili się na lekcji.

W jeszcze niezamkniętych drzwiach do sali stanęła ruda dziewczyna o jaspisowych oczach, ubrana w niebieską spódnicę w szkocką kratkę i błękitną koszulę z kołnierzykiem. Na widok dziewczyny nauczyciel natychmiast podniósł się z krzesła i szybko wprowadził ją do klasy. Stanęli w połowie drogi do biurka, na środku pomieszczenia.

- Przywitajcie, proszę, nową uczennicę, Adelinę Weston.

Wszyscy powiedzieli uprzejme „cześć", ale gdzieniegdzie rozległy się ciche komentarze. Adelina westchnęła. Powinna wybrać jakieś inne ubranie, ale no trudno.

- Opowiedz nam coś o sobie – zasugerował nauczyciel i usiadł przy biurku.

- Cóż… nie jest tego za wiele – zaczęła niepewnie.

Dlaczego się tak przejmowała? Technicznie rzecz biorąc, była od nich wyższym bytem. Mimo wszystko, powodzenie jej zadania zależało od tego, czy uda jej się przystosować. Rozejrzała się po sali. Nie było tutaj tego, za którym tu przyszła. Nie wiedziała, czy cieszyć się z tego, czy też nie. Z jednej strony będzie musiała szukać dalej, a to było kłopotliwe, z drugiej – przynajmniej łajdak nie wmieszał się w tłum, aby dorwać Stefana Salvadore.

Jednak jej ciąg myślenia został przerwany, kiedy zauważyła, że blond siksa – Adelina wiedziała, że miała na imię Caroline – pochyliła się ku siedzącej przed nią Elenie i szepnęła:

- Wygląda na jedną z tych dziewczyn, które mają problem z pewnością siebie, nie?

Nim jednak Elena zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, Caroline zwróciła się do nowej uczennicy i z przyjaznym uśmiechem powiedziała:

- A skąd jesteś i co lubisz robić?

- Jestem z Seattle – zaczęła Adelina. Seattle było pierwszym miastem jakie przyszło jej do głowy. – Przeprowadziłam się tutaj, bo moja babcia była z Mystic Falls. A lubię różne rzeczy. Czytać, słuchać rocka, szyć, ćwiczyć szermierkę… I to chyba tyle.

- Ciekawe zainteresowania – stwierdził przyjaźnie Stefan.

- Miło cię powitać w naszym gronie – dodała Caroline. – Mamy nadzieję, że będzie ci u nas dobrze.

- Dziękuję. – Adelina kiwnęła głową.

- Teraz zajmij, proszę, miejsce w ławce i przejdźmy do lekcji – powiedział nauczyciel.

Adelina usiadła w jednej z wolnych ławek z przodu i wyciągnęła z torby zeszyt. Choć przez resztę zajęć wyglądała na porządną uczennicę, która słucha tego, co mówi do niej nauczyciel, w rzeczywistości jej umysł zajęty był innymi sprawami. Przede wszystkim zastanawiała się, czy uda jej się dokończyć zadanie, skoro tym razem będzie musiała mieć na oku czterech facetów i postarać się, aby się nawzajem nie pozabijali. Inna sprawa, która ją wielce nurtowała, to ewentualny plan przeciwnika. Co takiego ten drań zamierzał zrobić, aby dopiąć swego? Czy od razu przejdzie do ataku, czy podszyje się pod kogoś i będzie działał bardziej subtelnie? Od kogo zacznie swoje sztuczki?

Po tym jak zadzwonił dzwonek i wszyscy uczniowie niemal jak jeden mąż podnieśli się z ławek i chwycili za torby, Caroline powiedziała coś do Eleny i Bonnie. One przytaknęły i wszystkie trzy podeszły do Adeliny. Spojrzała na nie z lekkim zdumieniem, ale nie zamierzała pytać, o co chodzi, tylko poczekała aż same się odezwą. Pierwsza przemówiła blondynka:

- Cześć. Ja jestem Caroline, a to są: Elena – położyła rękę na ramieniu koleżanki.

- Miło mi – powiedziała Elena i podała nowej rękę. Adelina uścisnęła ją i wtedy Caroline przedstawiła drugą ze swoich towarzyszek:

- I Bonnie.

- Miło cię poznać – odparła Afroamerykanka i również wyciągnęła dłoń do rudej.

Adelina dobrze wiedziała co się stanie, jeśli uściśnie rękę Bonnie. Mimo to zrobiła to i pozwoliła, aby szósty zmysł dziewczyny uchylił rąbka tajemnicy o tożsamości nowej uczennicy.

W momencie, kiedy ręce obu dziewcząt złączyły się w geście powitania, Bonnie poczuła jak dziwne ciepło emanuje z jej mostka na całe ciało. Przez chwilę miała wrażenie miłej błogości, dopóki przed jej oczami nie stanęła wizja oślepiającego światła, a potem jakiegoś człowieka, która pojawiła się dosłownie na dwie sekundy i zniknęła, zanim dziewczyna zdążyła mu się dobrze przyjrzeć. Kiedy Bonnie zorientowała się, że Adelina rozluźniła uścisk, aby po chwili przerwać ich fizyczny kontakt, młoda adeptka sztuk magicznych powróciła do rzeczywistości i przywołała uprzejmy uśmiech, mając nadzieję, że jej wcześniejszy wyraz twarzy nie wzbudził w żadnej z obecnych w klasie dziewczyn niepokoju.

- Co powiesz na mały wypad do baru dziś wieczorem? Oczywiście w celach integracyjnych – wyskoczyła nagle z propozycją Caroline.

- Chętnie. – Adelina uśmiechnęła się do niej. – Chciałabym poznać nowych ludzi.

- Tak więc jesteśmy umówieni – odparła dziarsko Caroline. A potem ni stąd ni zowąd chwyciła Adelinę pod ramię i zaczęła prowadzić w stronę wyjścia. – Teraz chodź. Oprowadzimy cię po szkole.


Sam i Dean położyli na ławce w bibliotece wszystkie dzienniki ojców założycieli Mystic Falls oraz liczne gazety sprzed trzydziestu lat, opisujące ataki „zwierzęcia". Zbiór był niekompletny, bo szeryf Forbes dysponowała tylko niektórymi księgami, a inne prawdopodobnie zaginęły w pomroce dziejów. Każdy dziennik miał format średniej wielkości książki. Najcieńszy z nich liczył sobie może z 300 stron, najgrubszy jakieś 600.

- To co? Ja biorę gazety, a ty dzienniki? – zaproponował Sam, zacierając ręce.

- O, nie! – Dean natychmiast zaprotestował. – Jeśli już mamy odczytywać bazgroły z 1864, to razem. Nie zamierzam odwalać za ciebie najczarniejszej roboty.

Sam chciał coś odpowiedzieć, ale nagle pojawiła się szeryf Forbes wraz z jakimś młodzieńcem z czarną grzywką i ciemnymi oczami. Winchesterowie podnieśli się z miejsc w geście szacunku. Na ustach pani szeryf jaśniał delikatny uśmiech, kiedy powiedziała:

- Panowie, to jest Damon Salvadore. – Wskazała bruneta, po czym zwróciła do niego: – To są właśnie ci ludzie, o którym ci opowiadałam. Dean i Sam Winchesterowie.

- Miło mi. – Uśmiechnął się do nich delikatnie.

Uścisnął najpierw rękę Sama, a potem Deana. Na oko ci przesławni łowcy demonów sprawiali wrażenie młokosów, jednak Damon postanowił wstrzymać się z oceną, dopóki nie zbada ich dokładniej.

- Pan Salvadore dostarcza nam werbeny – oświadczyła pani szeryf, wciąż rozpromieniona.

- Werbeny? – Brwi Deana podniosły się, kiedy spojrzał na Damona.

Teraz to wampir się zdumiał, ale zaraz na jego twarzy pojawił się uśmiech. Wyglądało na to, że byli to jednak amatorzy.

- Tak, werbeny. Ma wiele przydatnych właściwości, jeśli chodzi o ochronę przed wampirami.

- Na przykład? – wtrącił się Sam.

- No, na przykład – zaczął Damon i spuścił na chwilę wzrok, aby zaraz znów go podnieść na Winchesterów – jeśli werbena trafi do organizmu wampira, osłabia go. Myślałem, że panowie o tym wiecie.

- Może i nie wiedzieliśmy, ale jak dotąd udawało nam się przeżyć bez tej wiedzy – odpowiedział Dean. Znał gościa ledwie minutę i już był wkurzający.

- Werbena chroni też przed kontrolą umysłu – dodał Damon. – Mogę dać panom kilka pędów, na wszelki wypadek.

Jego arogancki ton i ten durnowaty uśmieszek coraz bardziej działały Deanowi na nerwy.

- Myślę, że sobie poradzimy, ale dziękujemy za troskę – odpowiedział ostrzej, niż zamierzał.

- No, trudno – odparł wampir i zwrócił się do szeryf Forbes: – Zostawmy panów Winchester. Na pewno czeka ich bardzo dużo pracy.

- Prawda – przyznała policjantka i odwróciła się do Winchesterów. – Powodzenia, panowie.

Wraz z Damonem zaczęli iść w stronę wyjścia. Wampir uśmiechnął się do swoich myśli. Sprawa była prostsza niż mu się na początku zdawało. Nie dość, że ci dwaj byli amatorami, to właśnie odrzucili prawdopodobnie jedyną rzecz, która mogła ich przed nim ochronić. Chyba nawet uda mu się załatwić ten problem bez rozlewu krwi.

Tymczasem Sam zwrócił uwagę na dziwny pierścień na palcu Damon i zamyślił się przez chwilę, zanim głos Deana nie kazał mu wracać do pracy.


Caroline zaprowadziła Adelinę do stolika, gdzie siedzieli Elena, Bonnie, Stefan i dwaj inni chłopacy, po czym rozpoczęła przedstawianie:

- To jest Matt – powiedziała i blondyn o wyglądzie sportowca podniósł się, aby uścisnąć dłoń Adeliny. – Jeremy, brat Eleny – Następnie Caroline wskazała ponurego bruneta o rumianej skórze, który kiwnął tylko głową. – No i oczywiście jej chłopak, Stefan.

- My się już chyba trochę znamy – stwierdził wampir i wyciągnął rękę do Adeliny, obdarzając ją przyjaznym uśmiechem.

Teraz chociaż wiem jak masz na imię… – chciała powiedzieć, ale Elena mogłaby pomyśleć, że Adelina się do niego przystawia, dlatego postanowiła posłać mu tylko lekki uśmiech. Natychmiast zrobili jej miejsce pomiędzy Jeremy'im a Eleną. Kiedy Adelina wreszcie się tam znalazła, na chwilę jej oczy napotkały intensywne spojrzenie Bonnie, która szybko odwróciła wzrok w stronę Matta. Zaczęła go wypytywać o drużynę, aby nie poznać po sobie, że jest podejrzliwa.

Po uzgodnieniu zamówień i zebraniu pieniędzy, Jeremy, Matt i Caroline poszli do barmana, tymczasem Adelina rozejrzała się po barze. Znalazła kryjącego się w cieniu Damona, ale nie udało jej się wyczuć swojego przeciwnika. Gdzie on był? Czyżby coś przeoczyła?

- Coś nie tak? – spytała Elena, wyrywając ją z rozmyślań.

Adelina odwróciła się do niej i uśmiechnęła nerwowo.

- Nie, podziwiam tylko wystrój.

W tym momencie Jeremy, Matt i Caroline powrócili z pudełkiem nachosów i czterema butelkami piwa (Elena i Matt jechali samochodem, a Adelina nie chciała nic pić). Przysiedli się do stolika i konwersacja zaczęła się na nowo.

- Mówiłaś, że szyjesz – podjęła wątek Caroline. – Dość nietypowe hobby.

- Jedni malują, inni piszą wiersze, a ja szyję. Może to i dziwne, ale lubię od czasu do czasu zrobić coś z kilku kłębków nici i kawałka materiału. Może wam kiedyś pokażę.

- Hej, sąsiadko!

W tym momencie Dean podszedł do ich stolika, machając do Adeliny. Za nim podążał zrezygnowany Sam. Na widok łowców demonów serce Stefana zabiło szybciej, ale udało mu się zachować neutralny wyraz twarzy. Spojrzał tylko ze zdumieniem na Adelinę. Nastąpiła mała komplikacja. Ale, ale, zawołanie „Hej, sąsiadko!" jeszcze o niczym nie świadczy, więc może Stefan nie pomyśli, że jego nowa znajoma jest z Winchesterami.

- Nie spodziewałam się, że was tutaj zastanę, panowie – powiedziała, jej ton lekko nerwowy.

Sam i Dean zwrócili uwagę na towarzystwo, w jakim obracała się ich sąsiadka, i w mgnieniu zdali sobie sprawę z tego, że jest o wiele młodsza niż im się na początku wydawało.

- Pięknie, Dean – szepnął do brata Sam. – Podrywałeś licealistkę.

- Cicho bądź – syknął Dean, po czym zwrócił się do dziewczyny ze złośliwym uśmieszkiem: – A czemu to siedzi się w barze i pije piwo, zamiast grzecznie iść spać?

- Przepraszam, mój brat to ćwok – odparł Sam i złapał Deana za ramię: – Idziemy, stary.

Zaczął go ciągnąć w stronę baru. Dean oczywiście protestował.

- Ej, nie ciągnij mnie tak! Zostaw mnie w spokoju, Sammy! – Odwrócił się w stronę Adeliny i zawołał: – Jakby co, mogę cię podwieźć!

Oddalili się od ich stolika i przez resztę wieczoru tylko od czasu do czasu Dean zerkał w stronę Adeliny. Ona również dyskretnie spoglądała na nich, aby wszystko mieć pod kontrolą. Jednak wbrew jej przeczuciom nic złego się nie stało. Chociaż wszystkie jego potencjalne ofiary znajdowały się w jednym miejscu, on się nie pojawił. Toteż Adelina rozmawiała spokojnie ze Stefanem i jego przyjaciółmi. Zdawało sobie jednak sprawę z tego, że Bonnie spoglądała na nią podejrzliwie.

Około dwudziestej drugiej wszyscy zaczęli się zbierać do domu. Matt odwiózł Caroline i Bonnie, a Stefan pojechał wraz z Eleną i Jeremy'm. Winchesterom też odechciało się picia i zmyli się, chyba nawet wcześniej od samych licealistów. Adelina założyła torbę na ramię i opuściła bar. Poszła pieszo, w końcu motel nie znajdował się znowu aż tak daleko. Idąc tak samotnie przez ciemne ulice, zastanawiała się, czy czasem czegoś nie przeoczyła. To przecież niemożliwe, aby on przez tak długi czas nic nie robił! Może przyjęła złą strategię. Może powinna skupić się bardziej na Winchesterach, niż na Salvadorach…

Od motelu dzieliła ją tylko jezdnia. Okno w pokoju Winchesterów jaśniało od światła lampy, zdradzając, że łowcy demonów jeszcze nie śpią. Adelina obejrzała się w lewo, później w prawo, a gdy już się upewniła, że nie żaden samochód nie jedzie, przeszła na drugą stronę. Kiedy wreszcie znalazła się na parkingu, nagle pojawił się przed nią nienaturalnie wysoki mężczyzna. Ubrany był w długi, czarny płaszcz, który z powodzeniem krył jego sylwetkę. Na głowie miał kapelusz z szerokim rondem, a jego twarz zdobiła beznamiętna wenecka maska.

W pierwszej chwili Adelina aż podskoczyła z zaskoczenia, zaraz jednak posłała przybyszowi chłodne spojrzenie i wyprostowała się.

- Witaj, Adelino – odezwał się syczący głos.

- W końcu się pojawiłeś, Saturninie.