Rozdział I

Maglor szedł jak pijany, z palcami wciąż kurczowo zaciśniętymi na rękojeści miecza. Miał wrażenie, że lada moment nogi odmówią mu posłuszeństwa, że osunie się z chęcią zwinięcia się w kłębek i zapomnienia wszystkiego, co widział przed chwilą. Celegorm padł z ręki Diora, lecz zemsta pchanego zimną furią Curufina nie na wiele się zdała, gdy i on poległ. Caranthira Maglor znalazł na jednym z korytarzy, otoczonego ciałami i skąpanego w kałuży własnej krwi. Od niego z trudem wstał na nogi, najchętniej zostałby tam, z bratem na kolanach, jednak strach gnał go dalej i kazał przeszukiwać kolejne korytarze. Maedhrosa stracił z oczu jakiś czas temu, Amras prowadził atak z drugiej strony. Gdzie byli teraz? Maglor bał się, że także i ich znajdzie zaraz bez życia. Gdzie znikli jego rudzielce...

Nie sposób było przeoczyć rdzawej peleryny Maedhrosa. Maglor zgubił oddech, serce stanęło na uderzenia czy dwa, a potem puścił się biegiem ku wspartej o filar sylwetce. Nie, nie wspartej, zorientował się z przerażeniem, gdy dopadł do brata i zobaczył miecz wbity głęboko w jego lewy bok. Maedhros wisiał na ostrzu zakotwionym w drewnianym słupie, z twarzy odpłynęły resztki koloru, natomiast kaftan był lepki, a pod wiszącą bezwładnie prawą ręką zbierała się czerwona kałuża.

– Nelyo... – Maglor padł na kolana, w ręce już miał swój szal. Poluzował i zdjął chustę z szyi brata, drżącymi palcami gorączkowo szukał pulsu.

Omal nie osłabł, gdy wyczuł pod opuszkami słabe tętno. Maedhros wciąż żył i to wystarczyło, by pchnąć Maglora do działania. Rozpiął kaftan brata, ale kolczuga, choć przedziurawiona, nie pękła na całej długości i broniła dostępu. Dopiero gdy z niejakim trudem wyszarpnął ostrze ze słupa, próbując zrobić to tak, by nie powiększyć rany na boku, zdołał dostać się do niej i przycisnąć szale. Maedhros nawet nie jęknął, nieprzytomny i obojętny na zabiegi brata.

– Kano! – usłyszał Maglor za sobą i obrócił się.

Amras stał jak wmurowany, miecz w jego ręce skapywał krwią. Twarz miał umazaną, najwyraźniej musiał ją przetrzeć brudną rękawicą. Szare oczy najmłodszego brata, gdy dotarł do klęczącego Maglora, były szkliste i bez wyrazu. Już wie, przemknęło śpiewakowi przez głowę. Widział.

– Pomóż mi – zażądał spiesznie Maglor. – Maitimo wciąż żyje.

Amras otrząsnął się z otępienia, przyklęknął obok i odłożył miecz. Zajął się złamaną ręką Maedhrosa, gdzie kość przebiła skórę i wyzierała wśród krwi i narastającej opuchlizny. Dłonie najmłodszego brata, zauważył z zazdrością Maglor, nie trzęsły się zupełnie.

xxx

Przez rozsadzający głowę ból przebijało się tylko rwanie ręki. Oddech Maedhrosa urwał się, przeszedł w łapane chaotycznie spazmy, gdy fala paniki wysłała go wprost na skały Thangorodrimu. Nie, nienienie...!

– Nelyo, Nelyo! Wszystko w porządku, spokojnie! – usłyszał nad sobą znajomy głos brata. – Ostrożnie, nie szamotaj się tak, bo sobie szwy pozrywasz. Już dobrze.

– Nie łżyj, Kano – jęknął słabo Maedhros; spróbował otworzyć oczy, ale w głowie zawirowało, a żołądek wykonał salto, więc czym prędzej zacisnął powieki. Jakie niby w porządku...

– No nie, nie jest dobrze – przyznał Maglor; brzmiał, jakby to sobie próbował wmawiać kłamstwa, ale Maedhros nie potrafił się skupić na niczym. Gdyby tylko nie było mu tak niedobrze...

Ręka brata wsunęła mu się pod plecy i uniosła go w górę. Choć Maglor zrobił to ostrożnie, do sensacji dołączyło szarpanie w lewym boku.

– Pij – polecił śpiewak i przytknął mu kubek do ust. – Ostrożnie, Alcarino dopiero co pozszywał ci bok. Przyszpilili cię jak motyla... – mówił cicho gdzieś obok; cicho, bezsensownie, głosem, jakby miał się zaraz rozpłakać. – Ależ cię urządzili...

– Urządziła – poprawił go z jękiem Maedhros. – Nerwen... Uderzyła...

– Ale kto inny poprawił mieczem, który wyciągałem ci z boku – mruknął Maglor. Jeśli zareagował w jakikolwiek sposób na wieść, że to kuzynka była winna stanu brata, to Maedhros tego nie dostrzegł; nie ważył się rozchylić powiek, bo miał przeczucie, że natychmiast zwróciłby wszystko, co wypił.

– Miała dziecko... I klejnot... Ale nie mogłem, nie ją... Przez moment... – Maedhros był wdzięczny za rękę Maglora utrzymującą go w pionie, odciążającą plecy. – Przyjdzie mi cierpieć za rycerskość – mruknął.

– Ćśś, spokojnie. Pij – przypomniał Maglor, ponownie przytykając kubek do ust. – Pomoże ci.

Maedhros zmusił się do przełykania, dopóki brat nie zabrał naczynia. Siedział tak z zamkniętymi oczami, dziwnie lekki i bezwładny, dopóki ból nie odpuścił trochę. Dopiero wtedy rozchylił powieki, świadomy, że tak silne leki za chwilę go uśpią.

Ledwie to zrobił, pożałował, i to nie z powodu zawrotów.

– Kto? Kano, k-kto? – wykrztusił, gdy tylko zobaczył względnie wyraźnie twarz Maglora otoczoną krótkimi kosmykami. – A-amras?

– Cały. – Maglor na moment zamknął oczy, jakby z ulgi, że może zacząć od dobrej wiadomości. – Ruszył w pogoń.

– Kto? – nalegał Maedhros, zbyt słaby, żeby się przemóc i spróbować wyszukać fea braci.

– Tyelko. Curvo. – Głos młodszego brata był ledwie szeptem, oczy miał wbite gdzieś w dół. – Moryo – dorzucił z urwanym łkaniem i przygryzł wargę; ręka obejmująca wciąż Maedhrosa i utrzymująca go w górze zadrżała jak liść na wietrze.

– Wszyscy? – powtórzył z niedowierzaniem Maedhros. – Wszys-scy trzej?

Maglor zdołał tylko pokiwać głową. Więcej Maedhros nie widział, ciążące powieki opadły do końca na piekące oczy. Nie zaprotestował, gdy brat opuścił go ostrożnie na posłanie, mamrocząc coś łamiącym się głosem o otwartym złamaniu. Głos Maglora był ostatnim, co zarejestrował, nim osunął się w litościwy sen.

xxx

Kolejne godziny po ataku były chaosem, ale w komnacie synów Feanora zlewały się w gorączkowym półśnie, gdy Maedhros to zapadał w niespokojną drzemkę, to znów budził się na chwilę, zdezorientowany. Vorindon czuwał przy nim, choć jeśli miał być ze sobą całkowicie szczery, wolałby pomagać pozostałym synom Feanora w ogarnięciu chaosu, jaki zapanował w oddziałach pozbawionych nagle dowódców. Wiedział, że odpoczynek jest dla Maedhrosa dobry, ale teraz, gdy nie miał co robić, nie mógł nie zastanawiać się nad tym, co uczynili i nad konsekwencjami, jakie niósł za sobą atak na sindarską siedzibę.

Nic nie osiągnęli. Nawet jeśli synowie Feanora liczyli na to, że Dior ulegnie na widok demonstracji siły i dobrowolnie zwróci im klejnot w zamian za bezpieczeństwo swoich poddanych, to plan ten legł w gruzach wraz z pierwszą strzałą wypuszczoną przez sindarskich łuczników. Cały ten atak poszedł na marne, tak jak życie trzech braci i wielu, wielu elfów. Zbyt wielu. Przelali krew tych, którzy mogli jeszcze stawić czoła prawdziwemu Nieprzyjacielowi. Raz jeszcze krew pobratymców zbrukała ręce Noldorów i zaciążyła na ich sercach.

Powinien obwiniać Maedhrosa jako głównego dowódcę, ale nie potrafił. To wciąż był jego przyjaciel, zwłaszcza gdy leżał bezbronny, a do niego należało teraz zadbanie o jego bezpieczeństwo.

xxx

Alcarino zostawił rannego, któremu właśnie sprawdzał rany, pod opieką pomagającej mu elfki z oddziałów Caranthira i pospieszył do komnaty zajmowanej przez synów Feanora. Nie podobał mu się fakt, że Maedhros sam posłał Vorindona, by go sprowadził; nie mogło z tego wynikać nic dobrego, choć może powinien się cieszyć, że ranny był dość przytomny, by o to poprosić.

Uzdrowiciel odesłał Vorindona, by ten skorzystał z chwili przerwy i posilił się, a sam wszedł do komnaty.

– Nelyo...

Maedhros klęczał na podłodze, na pół zaplątany w koce, którymi był wcześniej okryty. Lewa ręka z trudem utrzymywała go na klęczkach, gdy ciałem wstrząsały torsje. Mimo to coś w jego postawie nie pozwoliło uzdrowicielowi tak po prostu objąć go i podeprzeć. Alcarino przykucnął obok, gotów uchronić rannego od upadku, ale Maedhros odepchnął się nagle i usiadł ciężko, opierając się o łóżko. Oczy miał zamknięte, ręka powędrowała ku łubkom na ramieniu.

– Nelyafinwe, zostaw. – Alcarino położył rękę na dłoni rannego, by powstrzymać go przed naruszeniem opatrunków. Maedhros żachnął się i spojrzał czujnie na towarzysza.

– Zrób coś – wycedził przez zaciśnięte zęby, wbijając w uzdrowiciela natarczywe spojrzenie. – R-ręka... Tylko nie, nie uci... – zaciął się nagle, przez twarz przebiegł spazm.

– Nie będę – obiecał krótko Alcarino. – Dalej cię mdli?

Maedhros mruknął przecząco, ale nie zrobił najmniejszego ruchu sugerującego, że zamierza wrócić do łóżka. Alcarino podejrzewał, że ból i oszołomienie stanowiły doskonałą pożywkę dla koszmarów, a ranny robił wszystko, by się im nie poddać.

– Wypij. To tylko woda.

Maedhros posłuchał i upił łyk, ale zaraz odstawił kubek i znów sięgnął do opatrunków.

– Palce mi zdrętwiały – wychrypiał, próbując dostać się do ręki skrytej w temblaku. – Coś jest nie tak...

– Co takiego? – Uzdrowiciel ponownie chwycił dłoń Maedhrosa i pokierował nią tak, by jego palce owinęły mu się wokół dłoni. Uściskowi brakowało zwykłej żelaznej siły, ale wydawał się dość pewny.

– Boli – wycedził ranny – ale nie mogę ruszyć pa... – urwał nagle i spojrzał czujnie na towarzysza.

– Z twoimi palcami jest wszystko w porządku. – Alcarino przesunął kciukiem po wierzchu dłoni rannego. – A prawą rękę masz złamaną. Jeśli pozwolisz mi zobaczyć, postaram się coś zaradzić.

– Prawej nie ma – zorientował się Maedhros i skrzywił się boleśnie. – Zrób coś. Proszę.

Alcarino pomógł rannemu usiąść z powrotem na łóżku. Maedhros chyba poczuł się bezpieczniej w jego towarzystwie, bo po chwili przestał napinać mięśnie na każdą próbę dotyku. Przymknął nawet oczy i pewnie by się położył, gdyby Alcarino nie badał mu głowy.

– Co się wydarzyło? – zapytał nagle uzdrowiciel, a Maedhros, zaskoczony pytaniem, szarpnął się w tył. – Co pamiętasz? Wiesz, gdzie jesteśmy?

– Menegroth – odparł niechętnie ranny. – Zostaw to.

Alcarino podejrzewał, że uwaga odnosiła się do jego pytań, nie zabiegów, ale nie zamierzał porzucać tematu.

– Muszę wiedzieć, co pamiętasz i na ile możesz się skupić – wyjaśnił spokojnie.

– Na tyle, by wiedzieć, że nie odpuścisz – wymamrotał Maedhros. – Pamiętam... Kano? To było teraz, czy wtedy? – ranny zawahał się i zerknął pytająco na uzdrowiciela. – Nie, nad jeziorem był dom, czyli... Alcarino! – Maedhros urwał nagle, w jego oczach odmalował się horror.

– Co takiego? – Starszy elf stanowczym gestem utrzymał rannego w pozycji półleżącej. – Dobrze pamiętasz, choć nie spodziewałem się, że będziesz cokolwiek z tego kojarzyć. Ocknąłeś się na chwilę.

– Gdzie są moi bracia?

– Amras niedawno wrócił, jego pościg był daremny – odparł Alcarino. – Makalaure czuwa nad wszystkim.

– Reszta...? Kano mówił...

– Polegli.

Maedhros zapadł się w sobie na te słowa. Nie próbował się podnosić, tylko przysłonił ręką oczy. Chciał przekręcić się na bok, ale nagły spazm bólu kazał mu tego zaniechać.

– Byli już martwi, gdy ich znaleziono – powiedział cicho Alcarino, kładąc ręce na torsie rannego, by trochę mu ulżyć. – Nie mogłem nic zrobić. – Nie zamierzał wspominać o własnej zgrozie na widok Maglora szukającego go w popłochu bliskim histerii i potem, gdy zobaczył bladego jak płótno Maedhrosa niesionego przez Amrasa i jednego z jego elfów.

– Nerwen... – wymamrotał nagle syn Feanora i otworzył czujnie oczy. – Pytałeś... Ścigałem ją i kilka innych osób. Miała go, wiem, że miała... – mówił zdławionym głosem, unikając spojrzenia w oczy towarzyszowi. – Ale miała też niemowlę. Dziecko, Alcarino. To był moment nieuwagi... – urwał nagle i usiadł prosto. – To już teraz nie ma znaczenia.