Clint błyskawicznym ruchem zeskoczył z łóżka, od czego zakręciło mu się w głowie. Bez zastanowienia ściągnął z siebie koszulkę i wytarł w nią dłoń.

- Tutaj! – wychrypiał z mocno bijącym sercem.

- Gotujesz coś?

- Tak jakby. – Ruszył w stronę kuchni przez biblioteczkę, niemal potykając się o własne nogi.

Wpadł na kobietę w progu.

- Właśnie rozbierałem się, żeby wziąć prysznic – wyjaśnił niepytany.

- Ciebie również miło widzieć. – Uśmiechnęła się. – Pachniesz… - zawahała się. – Winem?

- Tak, wybacz.

- Nie lubisz przecież wina, prawda?

- Nie. – Zachwiał się na nogach. – Nie lubię...

- Hej. – Podchwyciła go nieco powyżej bioder. – Jesteś pijany?... – W jej głosie pobrzmiało rozbawienie. – Clint, no co ty… Serio?

- Przepraszam – wydukał. Szumiało mu nieco w głowie, ale pijany na pewno nie był.

- Niby za co? Chodź. – Pociągnęła go za sobą w stronę kuchni i posadziła na krześle. Zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, zniknęła w głębi mieszkania. Po chwili wróciła z rozpoczętą przez niego butelką wina i napiła się prosto z gwinta.

Miała na sobie przetarte na wysokości kolan dżinsy i szary bawełniany t-shirt, którego materiał marszczył się lekko na górnych krągłościach jej ciała. Przechyliwszy butelkę, piła wino, zerkając na niego kątem oka.

- Co tutaj robisz? – zapytał wreszcie, kiedy podała mu trunek.

- Akurat miałam coś do załatwienia w Paryżu – rzuciła wymijająco. – Jak ci się tutaj podoba?

- Bardzo. Masz… wygodne łóżko – wypalił bez zastanowienia.

- Dzięki. – Podeszła do kuchenki i zamieszała gotujący się w rondlu sos.

- Twarde, pewnie rzadko używane…

Nie widział jej twarzy, bo stała tyłem do niego w tych cudownie obcisłych dżinsach.

- Lubię twarde materace – powiedziała powoli. – Dobrze się na nich śpi.

- I nie tylko – dodał, nie spuszczając z niej wzroku.

Milczała przez chwilę.

- Nie mogę – powiedziała wreszcie cicho, chyba bardziej do siebie niż do niego.

- Czego nie możesz?

Nie odpowiedziała, nakładając do miseczek ryż, a następnie polewając go sosem. Kiedy znowu odwróciła się do niego twarzą, uśmiechała się. Podała mu jego porcję.

- Chodź.

Poprowadziła go do sypialni, gdzie wskazała mu łóżko. Usiadł; od razu zauważył, że Natasha musiała wygładzić pomiętą narzutę. Kobieta zostawiła go samego tylko na chwilę; wróciła z dwoma butelkami wina. Jedli ryż i popijali czerwonym trunkiem, wymieniając krótkie uwagi i nie rozmawiając o niczym konkretnym. Kiedy odstawili puste miski na podłogę, rozłożyli się wygodnie na łóżku. Clint podsunął sobie pod głowę poduszkę i zerknął na swoją towarzyszkę. Ta siedziała nadal po turecku ze splecionymi na nogach dłońmi i gapiła się na własne palce. Po chwili jednak sięgnęła po swoją butelkę i zaczęła pić. Jeden łyk, drugi, trzeci i kolejne aż ją opróżniła i odstawiła obok łóżka. Wtedy dopiero na niego spojrzała.

- Plan był inny – powiedziała.

- Jaki plan?

- Ten – mówiąc to, szybkim ruchem palca wskazującego pokazała najpierw na niego potem na siebie.

- Nie rozumiem.

- Chyba za dobrze się znamy, żeby… Za bardzo się szanujemy czy coś…

- Do czego zmierzasz? – Clint poprawił się na poduszce.

- Budapeszt. Naprawdę chciałam… wtedy… z tobą… - wydukała, po czym patrząc mu prosto w oczy powiedziała szybko: - Plan był taki, że miałam na ciebie czekać w tym mieszkaniu. Mając na sobie tylko to – wyciągnęła spod poduszki skrawek majtek i stanika, które musiała tam schować, a które on tam zostawił – płaszcz i czerwoną szminkę na ustach. A potem planowałam cię uwieść.

Clint niemal zachłysnął się własnym oddechem. Kobieta przeczesała włosy palcami.

- Mogę uwieść każdego i każdą, tak zostałam wyszkolona, ale… ciebie… nie potrafię. Po prostu nie potrafię. I nie wiem, dlaczego… Z tobą jest wszystko w porządku, niczego ci nie brakuje… Widziałam na własne oczy. Ze mną też. Więc w czym tkwi problem? – Wzięła głęboki oddech. – Dlaczego mając tyle okazji jeszcze się ze sobą nie przespaliśmy? Co, Clint?

Nie spuszczał z niej oczu. Musiał mieć głupią minę. A nawet więcej niż głupią.

- Nie wiedziałem, że chcesz… - zaczął niepewnie. Nie do końca wierzył, że oto właśnie prowadzili taką rozmowę. – Ze mną… no wiesz.

- Och, litości! – Uderzyła pięścią w poduszkę. – Wysyłałam ci wszystkie właściwie sygnały!

- Więc musiały być nie do końca właściwe – odparł ostrożnie.

- A może to twój „odbiornik" nawala?

- Z moim „odbiornikiem" wszystko jest w porządku, zapewniam cię.

Mierzyli się wzrokiem.

- Spróbujmy – zaproponowała po chwili. Znowu przeczesała włosy palcami.

- Spróbujmy – zgodził się.

- Obróć się na plecy.

- Po co?

- Dasz się uwodzić, czy nie?

- No dam, dam.

- To się zamknij.

Clint ułożył się na plecach; dłonie położył płasko na swojej nagiej piersi. Miał chaos w głowie. Natasha uniosła się i po sekundzie siedziała mu okrakiem na biodrach. Jej ciężar był dla niego bardzo przyjemny. Kobieta położyła dłonie na jego dłoniach i nachyliła się. Ich usta dzieliła coraz mniejsza odległość. Na wargach poczuł jej ciepły oddech. Była tak blisko, że czubki ich nosów niemalże stykały się ze sobą. Przymknął powieki, czekając na pocałunek.

Ale ten nie nadchodził.

Po chwili otworzył oczy i spojrzał prosto w rozszerzone i pociemniałe od pożądania źrenice Natashy. Dostrzegł w nich niemą prośbę. Uniósł głowę i to jego usta dotknęły jej warg. Najpierw delikatnie, nieśmiało, badawczo. Potem znacznie odważniej, mocniej. Wysunął koniuszek języka i dotknął jej miękkich ust. Te rozchyliły się lekko. Pogłębił swój pocałunek, smakując jej śliny i sprawdzając ostrość twardych zębów. Jej język robił to samo w jego gardle, a ta cudowna pieszczota rozpalała ogień w żyłach mężczyzny. Wsunął palce w jej rude loki i przyciągnął jej twarz mocniej do swojej. Nagle kobieta przerwała pocałunek i wyprostowała się, po czym jednym szybkim ruchem zerwała z siebie t-shirt. Zanim zarejestrował kolor jej stanika znowu się całowali. Na wargach czuł miękkość jej ust i nie mógł sobie przypomnieć, kiedy podobna pieszczota z inną kobietą sprawiła mu tyle przyjemności.

Wysunął dłoń spod jej smukłej ręki i położył ją na jej udzie. Skóra Natashy była gładka jak jedwab, pod bardzo czułymi opuszkami swoich palców łucznika czuł pokrywający ją delikatny meszek. Był bardzo świadomy jej ciała, chłonął każdy jego szczegół ciekawską dłonią, polegając zupełnie na zmyśle dotyku, gdyż oczy nadal miał zamknięte, rozkoszują się smakiem jej ust. Przesunął dłoń po jej wąskiej talii tuż nad paskiem spodni i wyżej. Nieśpiesznie rozpiął jej stanik jedną ręką, której to umiejętności uczył się dosyć długo na koleżankach w liceum. Przesunął dłoń z jej pleców na dekolt i wsunął palce w miseczkę stanika. Jej pierś była ciepła i miękka tak, jak się tego spodziewał.

Nagle Natasha zsunęła się z niego na posłanie obok i zerwała z siebie rozpięty stanik. Cisnęła go na ziemię i zaczęła rozpisać spodnie, unosząc do góry biodra, żeby je z siebie zsunąć. Clint nie mógł oderwać od niej oczu. Ich spojrzenia spotkały się.

- Na co czekasz? – syknęła, zrzucając spodnie na podłogę. Za nimi poleciały jej majtki.

Szybko rozpiął dżinsy i zsunął je w dół, zahaczając o swoją erekcję. Z jego ust wyrwało się pojedyncze jęknięcie. Nie do końca wierzył, że to wszystko, Natasha i on, dzieje się naprawdę. Ale po chwili już o tym nie myślał; nie myślał zresztą w ogóle, bo znowu całował agentkę Romanoff do utraty tchu, tym razem leżąc na niej. Wplótł rękę w jej włosy, drugą wsunął między ich ocierające się o siebie ciała. Pod palcami poczuł wilgotne, miękkie ciepło; nakrył je swoją dużą dłonią. Natasha objęła go mocniej.

Niecierpliwie zsunął z siebie bokserki, a Natasha pociągnęła je jeszcze niżej po jego udach. Kiedy w nią wchodził, jej usta rozchyliły się lekko, więc zamknął je pocałunkiem. Objął ją, przyciskając jeszcze mocniej do siebie. Jego biodra zaczęły kołysać się miarowo w rytm pojękiwań Natashy. Kiedy przyspieszył, kobieta zaczęła drżeć i szeptać coś po rosyjsku. Jeszcze nigdy ten język nie wydał mu się tak seksowny. Pocałował ją w rozpalony policzek. Pchnął kilka razy i doszedł. Natasha krzyknęła krótko i ochryple. To, jak mocno drżała, czuł całym sobą; zwłaszcza tą jego częścią, którą nadal mocno ściskało jej miękkie ciało. Napawał się jej bliskością jeszcze przez kilka minut.

Poczekał, że cudowne szczytowanie przegrzmi w ich połączonych ciałach, po czym wysunął się z niej i opadł na posłanie obok. Odetchnął głęboko, kątem oka widzą jej sterczące, nagie piersi.

- Agencie Barton – powiedziała nagle oficjalnym tonem. Spojrzał na nią; uśmiechała się.

- Agentko Romanoff. – Też się uśmiechnął.

- Misja wykonana?

Uniósł brwi.

- No ja myślę – mruknął.

- Tylko szkoda, że nie zaczęliśmy wtedy w Budapeszcie.

Przewrócił się na brzuch i uniósł się lekko, żeby pocałować ją w łagodną linię obojczyka.

- Nadrobimy – rzucił.

W odpowiedzi objęła go i przyciągnęła do siebie.

THE END