Tej nocy w ogóle nie mogłam zasnąć. Nic zresztą dziwnego, skoro tylko kilka godzin dzieliło mnie od spotkania z Sherlockiem. Wraz z pierwszymi promieniami słońca zerwałam się z łóżka.
Do kostnicy przybyłyśmy około ósmej. Sherlock dołączył do nas o dziewiątej. Ledwo go poznałyśmy. Ubrany był w wąskie zielone spodnie i czarny golf. Jego włosy przybrały rudy kolor i straciły swoje loki, dość spory rudy wąs zasłaniał mu pół twarzy, a zielone oczy mocno odcinały się od bladej cery. Był chudy jak szkielet, co nadawało mu wygląd mocno niepokojący. Rozradowana Mary mocno go przytuliła. Ja nie bardzo wiedziałam, jak się zachować.
— Bardzo cieszę się, że cię widzę — powiedziałam ucieszona.
— Ja też bardzo cieszę się, że was widzę — odparł nieco zachrypniętym głosem, w którym trudno było znaleźć starego Sherlocka.
— Koniecznie musisz nam opowiedzieć, co wydarzyło się, od kiedy opuściłeś Londyn... — stwierdziła Mary, gdy minęła pierwsza radość.
— Kiedyś to zrobię — obiecał. — Na razie mam ważniejsze sprawy na głowie... Okazało się, że jest jeszcze ktoś... — urwał, bo do kostnicy wszedł John.
— John, poznaj Charles'a Poirot — przedstawiłam mu Sherlocka. — Przyjechał tu na kilka dni, bo pisze rozprawę doktorską na temat serca. Przy okazji nam pomoże.
— Rozumiem. Jestem John Watson — przedstawił się i wyciągnął rękę ku Sherlockowi. Ten ją uścisnął. — Dużo mamy pracy na dziś?
— Jak na razie musimy przeprowadzić sekcje jeszcze dwóch osób zmarłych wczoraj — powiedziałam, zerkając na papiery.
— Dobrze. — Sherlock zatarł ręce. — Mógłbym ją przeprowadzić? Z wielką chęcią obejrzę serce tego nieboszczyka.
— Zgoda, pomogę ci — odpowiedziałam.
— W takim razie ja i Mary zajmiemy się drugim — powiedziałam i dzień zaczął się toczyć swoim trybem.
Około trzynastej, gdy John i Mary prowadzili sekcje jednego z pacjentów, do kostnicy wniesiono worek na zwłoki. Za nimi wszedł inspektor Lestarde.
— Co się stało, Greg?— zapytałam.
Jego ludzie przenieśli worek na stół.
— To Daniel, jeden z moich ludzi. Zginął we własnym domu. Miał tylko trzydzieści lat...
— Rozumiem, zajmiemy się tym, jak będziemy coś wiedzieć, to dam ci znać... — odezwałam się.
— Dziękuję, Molly— powiedział i opuścił kostnicę.
Podeszłam do denata i zaczęłam go rozbierać; naszym oczom ukazała się wytatuowana na jego przedramieniu pajęczyna.
— Widzieliście już kiedyś ten znak?— zwrócił się do nas Sherlock tylko po to, by zachować pozory. Ten tatuaż był symbolem osobistych snajperów Jamesa Moriartyego.
— Nie...— skłamała Mary.
— Ja też nie — odpowiedział John.
— Trzeba będzie zwrócić na niego uwagę — skwitowałam. — Możemy zacząć sekcje?
— Myślę, że tak — odpowiedział Sherlock. Sekcja przebiegła bez zakłóceń, aczkolwiek, gdy Sherlock zdobył wszystkie potrzebne dane, momentalnie ulotnił się do laboratorium. Gdy doprowadziłyśmy zwłoki do ładu i składu, poszliśmy za nim, żądając wyjaśnień.
— Znalazłeś coś? — zapytałam.
— Jeszcze chwila. Zaraz zakończy się reakcja... — odpowiedział skupiony.
— Dlaczego ty to robisz? Jesteś przecież kardiologiem— zauważył John.
— Ponieważ prócz wykształcenia kardiologicznego, jestem wykształcony również w dziedzinie chemii — odpowiedział Sherlock rozdrażnionym głosem — No proszę... — dodał i szybko napisał długi łańcuch chemiczny. — Myślę, że możemy już dzwonić po tego policjanta, to co znalazłem, może go zainteresować — powiedział, a ja posłusznie wyjęłam telefon i zadzwoniłam.
Po przywiezieniu ciała do kostnicy wróciłem na miejsce zdarzenia. Mieszkanie Daniela było strasznie sterylne. Nikt by nie uwierzył, że mieszkał tam samotny mężczyzna. Nie było żadnych śladów osób trzecich. Tylko ten list, na którym nie znaleziono nawet odcisków palców. Molly zadzwoniła do mnie, gdy odkryliśmy spory arsenał broni snajperskiej w jednym z pokoi. Dopilnowałem zabezpieczenia tych dowodów, poprosiłem o zrobienie wizji lokalnej i pojechałem do Barts. Moi przyjaciele oraz jakiś mężczyzna, którego wcześniej nie zauważyłem, czekali na mnie w pokoju socjalnym. Przywitałem wszystkich i zostałem przedstawiony Charlesowi, który pokazał mi wyniki badań. Aż usiadłem ze zdziwienia.
— Wiecie, że od tej samej trucizny zginęły ofiary taksówkarza? — zapytałem.
Molly i John wyglądali na wstrząśniętych, Mary otworzyła szeroko oczy ze zdumienia, a Charles popatrzył na nas zaciekawiony.
— Jak to możliwe? — wyjąkał John.
— Nie wiem, John... Podejrzewam, że Daniel się komuś naraził, a ten ktoś postanowił się go pozbyć… Na razie mogę zdradzić tylko tyle – przyznałem.
— Pewnie niepokoi cię obecność Charlesa — odezwała się Molly. — Oczywiście to rozumiemy, dlatego nie będziemy cię o to wypytywać… Nasza praca zakończona.
— Dziękuję Molly. Będę leciał, muszę przekazać moim podwładnym informacje, które od was uzyskałem.
