- Wurek wu kuszer... - Mio siedziała nad kartką i raz po raz próbowała wypowiedzieć zapisane na niej słowa, ale język plątał jej się już przy trzecim, zaś zdanie niestety było o wiele dłuższe. Ale nie przypadkiem miała opinię osoby upartej i zdecydowanej. Dlatego powstrzymała się w ostatniej chwili przed zgnieceniem kartki i ciśnięciem jej do kosza, ale raz jeszcze spojrzała na zapisane na niej słowa. Zacisnęła zęby, poruszała kilka razy językiem, jakby miała nadzieję, że to ćwiczenie nada mu potrzebną giętkość i spróbowała jeszcze raz.
- Wule wu kuszłe ławek mia... grrrrrr... - rzadko kiedy ktoś miał sposobność usłyszeć nerwowe warknięcie pani major, ale ściany jej gabinetu usłyszały je już dziś któryś raz z kolei. Wszyscy w dywizjonie wiedzieli, że złota zasada Mio brzmi, iż wszystko da się zrobić, to tylko kwestia treningu. Bardzo ale to bardzo nie chciała, aby sama musiała tejże zasadzie zaprzeczyć.
Wiedziała, że odkąd pojawiła się Miyafuji, Perrine czuje się zaniedbana. Chciała jej to jakoś wynagrodzić i dlatego postanowiła, że nauczy się choć tego jednego zdania w języku Francuzki, aby zrobić jej wieczorem niespodziankę. I okazało się, że wypowiedzenie tych paru słów było dla Japonki wyzwaniem godnym samotnej walki z Neuroi.
- Vule fu kusze afek miał sjesje... - język po raz kolejny wykonał o jedną ewolucję za dużo, plącząc się na prostym z pozoru słowie. Zirytowana Mio była bliska walnięcia pięścią w biurko.
- Voulez vous coucher avec moi ce soir? - podskoczyła, kiedy zza jej pleców dobiegło perfekcyjnie wypowiedziane zdanie, z którym od godziny niemal bezskutecznie walczyła. Obróciła się, widząc stojącą w drzwiach Perrine, wyraźnie zakłopotaną, z plikiem dokumentów pod pachą. Odetchnęła z ulgą.
- Oui, mon chere – przynajmniej tyle po francusku umiała.

Charlotte przez dłuższą chwilę stała zaskoczona, nie bardzo wiedząc, co ma zrobić, a co najważniejsze, gdzie patrzeć, a gdzie – lepiej nie. Kiedy Minna zaproponowała, że razem gdzieś wyskoczą, aby odpocząć na chwilę od codziennej służby, Amerykanka była pewna, że tamta ma na myśli zakupy albo co najwyżej obiad w restauracji. Teraz dopiero rozumiała, czemu podpułkownik była nieco spięta, kiedy wsiadały do jeepa i kiedy przez całą drogę starała się zachowywać naturalnie – starała, bo ewidentnie jej to nie wychodziło.
Klub wyglądał bardzo sympatycznie, wnętrze umeblowane było może nieco staromodnie, ale niewątpliwie elegancko, jak to mówili mieszkańcy Wysp Brytyjskich, „za starych, dobrych czasów". Muzyka była spokojna i nienachalna, zaś na parkiecie tańczyło kilka par. Ale tym, co uderzało najbardziej i co sprawiło, że Charlotte nie wiedziała, gdzie podziać oczy, był fakt, że wszystkie osoby, które widziała, były kobietami. Spojrzała na Minnę, która stała obok niej. Ubrana w ciemnogranatowy mundur wyjściowy spojrzała wydawała się jeszcze bardziej spięta. Mogła być dowódcą dywizjonu, ale najwyraźniej zaproszenie Charlotte w to miejsce było dla niej większym wyzwaniem niż wszystkie pojedynki z Neuroi.
- Jeśli chcesz, możemy iść gdzieś indziej i... - zaczęła Minna, spuszczając wzrok.
- Nie, zanim nie postawisz mi przynajmniej drinka – Charlotte uśmiechnęła się do niej, podając dłoń. Pani podpułkownik odetchnęła z widoczną ulgą, po czym ujęła ją za ramię i, niczym rasowy brytyjski dżentelmen, poprowadziła do środka.

Sanya poruszyła się, krzywiąc się jednocześnie z bólu. Złamana noga nie pozwalała o sobie zapomnieć. Oparta o drzewo, młoda Litwinka, robiła wszystko, aby zmusić się do milczenia. Jak na ironię, zawsze była małomówna i wyraźnie zdystansowana względem reszty dywizjonu, a niektóre z dziewczyn wymyśliły sobie prawdziwy sport, polegający na tym, aby skłonić Sanyę do możliwie najdłuższej konwersacji. Ale tym razem to Sanya starała się jak mogła, aby nie krzyczeć. Ostatnim, czego chciała, było aby zwrócić czyjąś uwagę. A już zwłaszcza jej.
Eila siedziała przy ognisku, którego płomień dawał obu nieco ciepła. Sanya unikała patrzenia w oczy przyjaciółce. Czuła się paskudnie z tym, że dała się zestrzelić, a tamta, ratując ją, sama musiała lądować awaryjnie, uszkadzając swojego Strikera. I teraz obie były uziemione tu, na pustkowiu, w środku chłodnej, brytyjskiej nocy. Oczywiście, prędzej czy później ktoś je znajdzie.
Eila sama ja opatrzyła, nazbierała drewna, rozpaliła ognień pocierając jednym kawałkiem drewna o drugi. Teraz siedziała obok, a ręce trzymała wielki nóż. Sanya nie pamiętała, aby kiedykolwiek go u niej wiedziała. Choć znały się przecież od dawna, to fińska pilot kryła jeszcze niejedną tajemnicę.
Szelest, który rozległ się nieopodal, sprawił, że Sanya poruszyła się odruchowo, tym razem nie mogąc powstrzymać zduszonego jęku. Eila wstała błyskawicznie, obnażając ostrze noża. Ktoś się zbliżał. Ktoś... a może coś? Litwinka zauważyła parę czerwono świecących oczu. Wilki! Całe stado! Pożrą je! Poczuła, jak cała drży. To było bez sensu, zbyt głupie, tyle razy narażały życie w powietrzu, aby teraz tak głupio zginąć tu, na ziemi.
Nic nie widziała, gdyż zasłoniła ją Eila. Trwało to krótką chwilę, po czym finka odwróciła się do niej.
- Już dobrze, to była tylko sarna.
Sanya odetchnęła z ulgą, ale i nawet ten ruch przyniósł kolejny ból. Eila znalazła się przy niej, klękając i delikatnie gładząc jej włosy.
- Spokojnie, damy radę, ktoś na pewno niedługo nas znajdzie – powiedziała, tuląc ranną przyjaciółkę. - Wytrzymasz jeszcze trochę, prawda?
- Prawda – odpowiedziała Sanya, myśląc jednocześnie, że nie miałaby nic przeciwko temu, aby nie odnaleziono ich zbyt szybko – bo ból złamanej nogi był nieprzyjemny, ale dotyk Sanyi sprawiał, że potrafiła o nim zapomnieć.