Od Autorki: Dziękuje za wszystkie komentarze, ten rozdział wiele rozwiąże w fabule...
Kilie: kilka odpowiedzi na twoje pytania znajdziesz poniżej, dziękuję za wnikliwa analizę mojej twórczości...
Enjoy
Rozdział II
I am not resigned to the shutting away of loving hearts in the hard ground.
So it is, and so it will be, for so it has been, time out of mind:
Into the darkness they go, the wise and the lovely. Crowned
With lilies and with laurel they go; but I am not resigned.
Lovers and thinkers, into the earth with you.
Be one with the dull, the indiscriminate dust.
A fragment of what you felt, of what you knew,
A formula, a phrase remains, - but the best is lost.
The answers quick & keen, the honest look, the laughter, the love,
They are gone. They have gone to feed the roses. Elegant and curled
Is the blossom. Fragrant is the blossom. I know. But I do not approve.
More precious was the light in your eyes than all the roses in the world.
Down, down, down into the darkness of the grave
Gently they go, the beautiful, the tender, the kind;
Quietly they go, the intelligent, the witty, the brave.
I know. But I do not approve. And I am not resigned.*
- Przyszliśmy po ciebie. Mamy cię dostarczyć do Hogwartu.
Harry'emu przez chwilę odebrało oddech z zaskoczenia. Rozglądał się ukradkiem po twarzach nieznajomych, jak gdyby mógłby z nich wyczytać, że to żart. Milczał przez chwilę nie mogąc pojąć słów, które padły pod jego adresem. Jeśli już to nie było szaleństwem to co nim jest?
W końcu doszedł do siebie i zdołał chrząknąć.
– Ale jak to macie mnie... dostarczyć? I gdzie? – Nagle poczuł, że jego pytanie musiało zabrzmieć, co najmniej niegrzecznie, zreflektował się jednak szybko i wymruczał ciche przeprosiny.
Cedric uśmiechnął się i wyjął zza rękawa bluzy kilkunastocalowy patyk, machnął nim i szepnął:
– Muffiato
Zgodnie z tym jak Harry podejrzewał, nic się nie stało. Chyba trafił na jakąś "szczególną" grupę pacjentów tego szpitala. W istocie bardzo szczególną... To było nieco niepokojące, jeśli głębiej o tym pomyślał, ale dla dobra sprawy już zaczął się rozglądać za patykiem dla siebie, gdy nagle coś się zdarzyło. Harry spuścił oczy w stół przekonany, że to jego zachowanie jest powodem nagłego zaciekawienia.
Jasnowłosa dziewczyna obok niego zachichotała trzęsąc głową i rozsypując włosy po ramionach. W rękach reszty pacjentów przy stole pojawiły się znikąd podobne patyki, na co Harry pokręcił z dezaprobatą głową. W końcu jednak nie chciał poczuć się do końca wykluczonym...
Poczuł lekki dotyk na ramieniu.
Lekki a jednocześnie paraliżujący...
Cedric.
Tak to był Cedric.
Dlaczego ten chłopak tak na niego działał? Jego gra, uśmiech, zapach, głos tworzyły spójną całość nieodmiennie przyciągającą go do niego. Mimo że znali się dopiero kilka minut Harry miał wrażenie, że nie są sobie obcy.
– Harry?
– Słucham?
Odwrócił twarz w jego stronę i uśmiechnął się lekko. Ten wysunął w jego stronę podłużne białe pudełko i spojrzał na niego z wyczekiwaniem.
– Mmm... Co to jest?
– Twoja różdżka - zabrzmiał ciepły głos tuż przy jego uchu owiewając je ciepłym powietrzem.
– Moja różdżka?
Kilka osób przy jego stole zachichotało, a blondynka parsknęła śmiechem jak gdyby tłumaczono pięciolatkowi, że toalety z kółkiem na drzwiach są dla mężczyzn a te z trójkątem dla kobiet.
– Po prostu jej dotknij – powiedział ze znużeniem Nevile
Harry wyciągnął palec wskazujący i musnął nim drewno różdżki.
Kilka rzeczy wydarzyło się na raz najpierw poczuł silny przepływ energii elektrycznej, wtłaczającej się w jego ciało z zabójczym impetem. Łzy pociekły mu z oczu znacząc niewyraźnie blady materiał obrusa. Przez jego głowę przetoczyło się setki tysięcy myśli, wspomnień i snów. Poczuł że kilka osób chwyciło go za ubranie, dwie za ramię, a Cedric za rękę.
Poczuł nagłe dziwnie znajome szarpnięcie w okolicy pępka, świat zawirował w szaleńczym pędzie i zniknęli.
– Dyrektorze?
Stary mężczyzna drzemiący na wysłużonym fotelu ocknął się z zamyślenia. Jego długa siwa broda i okalające twarz włosy nadawały mu pozór wiekowości, ale przebywając w jego otoczeniu czuło się, że to wciąż niezwykle potężny czarodziej i nadal sprawny mężczyzna. W walce rzadko okazywał litość, bo i wrogowie, z którymi zazwyczaj się mierzył byli bestiami w ludzkiej skórze.
Albus Dumbledore spojrzał na swojego pracownika z uwagą.
– Chłopak już tu dotarł. – Opanowany głos Mistrza Eliksirów nie pozostawiał wątpliwości do tego, że ów nieszczęśliwiec nie był jego ulubieńcem – Poppy podała mu kilka eliksirów na wzmocnienie, a Filius sprawdził osłony zamku.
– Czyli mam rozumieć wszystko z nim w porządku?
– Bariery zaklęcia nie wykazały żadnych naruszeń, w świecie chłopaka nikt nie zauważy jego nieobecności.
– To dobrze, dobrze... – Głos Albusa wyrażał zarówno ekscytację jak i zmęczenie. W końcu to zaklęcie było magicznym novum wymyślonym przez Filiusa na potrzeby tej sytuacji i jego działanie nigdy nie było sprawdzone.
– A co z resztą Wysłanych?
– Poppy podała im kilka eliksirów, ale nie wiemy jak długo utrzymają się w tej rzeczywistości. Myślę, że powinni wyruszyć jak najszybciej...
Albus pokiwał w zamyśleniu głową pewien, że liczy się każda godzina.
– Ruszajmy, więc – i weszli na korytarz prowadzący do infirmerii.
Po chwili wirowanie ustało, kolory wróciły na swoje miejsce, a podróżujący zaczęli opadać.
W pierwszej chwili Harry myślał, że śpi i to, czego doświadczył nie może być prawdziwe. Tak, to jakiś straszny, surrealistyczny sen pierwszego dnia, w psychiatryku. Zaraz się obudzi i wszystko będzie już w porządku.
Czuł, co prawda rękę Cedrica na swoim nadgarstku, jego chłodne długie palce głaszczące uspokajająco skrawek skóry przedramienia. Czuł i innych, Hanna i Luna puściły już jego ramię a Nevile otrzepywał spodnie po zetknięciu z dziwnie miękką posadzką.
Znajdowali się w dużej, jasnej sali rozświetlonej światłem wschodzącego słońca, które przebijało się przez duże wykuszowe okna. Dookoła nich stały w równych rzędach porządnie zaścielone łóżka, a oni sami znajdowali się w jednej z alejek pomiędzy nimi.
W ich stronę zbliżała się około sześćdziesięcioletnia kobieta w schludnym białym kitlu z tacą pełną różnego rodzaju butelek i kubków. Od razu pomogła im wstać i przelotnie uśmiechnęła się do Harry'ego. Była to jedna z tych kobiet, które traktują swych podopiecznych jak członków rodziny.
– Witaj kochaneczku
– Dzień dobry pani – Harry chrząknął i zarumienił się zaskoczony zdrobnieniem – Czy my się znamy?
Kobieta popatrzyła na niego ze smutkiem w oczach niepewna ile może powiedzieć, a co najlepiej przemilczeć. Łzy stanęły jej w oczach, jednak górę nad sympatią do chłopca wziął obowiązek. Pani Pomfrey na nowo ruszyła rozdzielać eliksiry i dopiero po kilku minutach na nowo stanęła przed Harry'm.
– Proszę kochaneczku, wypij to. Za chwile przyjdzie dyrektor i to z nim omówisz wszystko – uśmiechnęła się i wyszła cicho pociągając nosem.
Harry stał przez chwilę rozglądając się po reszcie obecnych z dziwną miną. Cedric podszedł do niego i w pocieszającym geście położył mu rękę na ramieniu.
– Gdzie my jesteśmy? - Zapytał obawiając się odpowiedzi.
– W Hogwarcie, a dokładniej w Skrzydle szpitalnym.
– Gdzie?! – Wrzasnął Harry
– W Hogwarcie, w południowej Szkocji...
– ALE JAK?!
– To chyba tylko ja będę mógł panu wyjaśnić panie Potter.
Drzwi rozwarły się nagle i do Skrzydła wkroczyli stary mężczyzna z długą, siwą brodą i ubrany na czarno mężczyzna o tłustych włosach. Obszerna szata tego pierwszego wdzięcznie opadała ku podłodze, a złote gwiazdy na niej wyszyte skakały po całej jej powierzchni. Jego towarzysz był raczej niechętny tej całej sytuacji, ale dyplomatycznie milczał czekając na rozwój wypadków.
Dyrektor wziął głęboki oddech i zaczął mówić.
– Witaj Harry. Jestem dyrektorem tej placówki i wezwałem cię abyś nam pomógł. Nazywam się Albus Dumbledore. Znajdujesz się w Hogwarcie, skutkiem zaklęcia, które rzuciłem. Miało ono sprowadzić cię tutaj abyś zapobiegł wielu nieszczęściom, które spadły na świat czarodziejów.
Mężczyzna umilkł na chwilę spodziewając się natłoku pytań, ale zastawszy ciszę kontynuował.
– Twój odpowiednik z tej rzeczywistości wyruszył w przeszłość, aby zabić złego czarnoksiężnika. Voldemort, bo tak miał na imię szesnaście lat temu zamordował jego rodziców. Harry użył jednego ze zmieniaczy czasu i w jakiś sposób zmodyfikował przeszłość, tak że to, co wydarzyło się podczas wojny z Voldemortem i po niej nie miało miejsca. Wszyscy ludzie, którzy urodzili się wskutek wpływu Voldemorta na bieg historii zaczęli zanikać. Wysłałem część z nich do twojej rzeczywistości, aby cię tu sprowadzili.
Przełknął ślinę i kontynuował:
– Udało mi się powstrzymać wykonywanie paradoksu, ale nie wiem na jak długo...
Albus zamilkł i spojrzał na Harry'ego. Ten namyślił się i zdołał wyszeptać bezgłośnie
– Wszyscy?
– Niestety tak...
Po tych słowach spojrzał na wciąż trzymającego go za rękę chłopaka. Cedric był zachwycająco piękny w świetle poranka.
– Czy ty?
Puchon skinął głową.
– Tak, niestety tak... Słyszałeś może o efekcie motyla?
Harry pokręcił głową z dezorientacją przeczesując pamięć ale nic nie przychodziło mu na myśl.
– To taka hipotetyczna mugolska teoria mówiąca o paradoksie czasowym. Załóżmy, że dzisiaj cofniesz się w przeszłość, zgnieciesz tam przypadkiem jakiegoś motyla i dajmy na to za trzy lata od tamtego czasu skutkiem twojej ingerencji wymrze cały gatunek ludzki. Dla tego też wszelkie ingerencje w czas są tak drobiazgowo kontrolowane przez ministerstwo. Istnieje grupa specjalistycznie wyszkolonych pod tym kątem czarodziei, ale i oni zawiedli. - Dyrektor zachichotał, po czym stwierdził cierpko - w końcu nikt nie chciał zatrzymywać Harry'ego Pottera.
Harry przypomniał sobie niektóre obrazy, jakie zobaczył dzięki różdżce, pierwszy lot, walka z bazyliszkiem, uratowanie Syriusza i... i śmierć Cedrica. Zadrżał mimowolnie próbując zebrać myśli. Nagle coś mu przyszło do głowy.
– Dlaczego to właśnie ja mam temu zapobiec? To znaczy, dlaczego to po mnie przybyli?
Dyrektor podniósł z posadzki jakiś biały, podłużny przedmiot i podał mu jego różdżkę.
– To ona cię wybrała, zrozum Harry próbowaliśmy z wieloma twoimi alterami, ale tylko ty byłeś w stanie uruchomić świstoklik zaklęty w różdżce. To ona cię wybrała. Żaden z twoich alterów nie zdołał jej aktywować. Czujesz tą moc przepływającą przez twoje żyły i otaczającą ciało?
Harry skinął głową przytłoczony ciężarem odpowiedzialności, jaka na niego spadła. Starzec miał rację, czuł tą moc ale to wszystko było takie... odlegle, niczym sen który kiedyś śnił o którym pamięta, ale nie potrafi go sobie przypomnieć.
Ciemnowłosy mężczyzna obok dyrektora ruszył do przodu i przemówił akcentując co drugą sylabę.
– Są dwie możliwości: albo pan Potter wyruszy w przeszłość i powstrzyma Pottera z naszej rzeczywistości przed wyruszeniem w przeszłość, albo go zabije i sam go zastąpi.
Albus pokręcił w zamyśleniu głową i popatrzył na Harry'ego tak jak gdyby ta decyzja zależała od niego.
– Nikogo nie zabiję.
– Jesteś zbyt słaby chłopcze – syknął mężczyzna w czerni zbliżając się do niego – nie masz dość siły by...
– Milcz! – krzyknął znienacka Cedric – to jego decyzja!
Wszyscy popatrzyli na niego ze zdumieniem, a Harry wściekle się zarumienił.
– Diggory, jak śmiesz – Sewerus ruszył do przodu wyciągając różdżkę gdy nagle magia Harry'ego odepchnęła go na ścianę. Mężczyzna zatoczył się i upadł.
– Nie zabiję! – krzyknął Harry – nikogo nie zabiję!
Dumbledore położył mu uspokajająco rękę na ramieniu.
– Severusie, Harry zadecydował – dyrektor pogrzebał w kieszeni szaty i wyciągnął malutką klepsydrę na łańcuszku. Założył ją Harry'emu i Cedricowi na szyje i obrócił kilkakrotnie.
– Ruszajcie już.
* Tłumaczenia wiersza Edny St Vincent Milay "Lament Be Muzyki"
Nie pozwalam na więzienie kochających serc w twardej ziemi
Tak jest, tak będzie, tak było od niepamiętnych czasów
Ku ciemności idą, mądrzy i piękni. Ukoronowani
Liliami i wawrzynem idą. Ale ja się na to nie zgadzam.
Kochankowie i myśliciele, do ziemi z wami
Stańcie się martwym, niewybrednym pyłem
Częścią tego, co czuliście, co widzieliście
Zasada, zdanie pozostanie - ale ich sens znikł.
Odpowiedź szybka i bystra, uczciwe spojrzenie, śmiech i miłość -
Przeminęły. Stały się pokarmem róż. Wytworne i falujące
Jest kwiecie. Zapach jest kwieciem. Wiem. Ale się nie zgadzam
Cenniejszy był blask twoich oczu niż wszystkie róże świata.
W dół, w dół, wół ku ciemności grobu
Spokojnie idą, piękni, czuli, dobrzy;
Cicho idą mądrzy, dowcipni, odważni
Wiem. Ale nie pochwalam. I nie zgadzam się na to.
