KUROKO NO BASUKE - OPOWIADANIE "IMPERIUM" ROZDZIAŁ 1

TRIUMF NAD STRACHEM

Słodkawa sonata beztroski, już nigdy nie zagra w umysłach tych ludzi, pomyślał Akashi, jako pierwszy wjeżdżając na graniczne uliczki stolicy. Potwierdzenia swoich przemyśleń, wcale nie musiał szukać daleko. Ludzie musieli byś świadomi jego zbliżającego się pojawienia, gdyż całkiem spore tłumy, ustawiły się wzdłuż ścieżek. Nie był pewien, czy było to swego rodzaju przywitanie czy przygotowanie do pogrzebu tego kraju.

Przemarsz oddziału przez stolicę, rzeczywiście bardziej zbliżony był do uroczystości pogrzebowych, aniżeli powitania jego osoby i akceptacji jako nowego władcy. Ale nie miało to żadnego znaczenia. Wiedział, że teraz, nie mógł oczekiwać szacunku. Na razie w tych ludziach, gromadziła się jedynie wściekłość i strach, a jemu w pełni to wystarczało. Nie miał nic przeciwko bycia nienawidzonym, tak długo jak mu podlegali, zmuszeni byli klęczeć przed jego absolutyzmem, albo też ginąć za jego sprawą.

Marsz żałobny, był długi i cichy, nawet wieśniacze łzy, kapały na ziemię bez akompaniamentu lamentów i wrzasków, a złość nie kipiała wymownie wprost na niego, bo nikt też nie ośmielił się na niego spojrzeć. Nawet deszcz, nie uraczył ich obecnością, by zalać łagodnie hańbę i zdławić ją w środku całego buzującego napięcia. A on, potrafił jedynie odczuwać tą swoistą niecierpliwość. Oczekiwanie tak mulące, że aż zaślepiające prawdziwe powinności.

Aomine odłączył się dyskretnie, pozostając między ściśniętymi uliczkami, wybrukowanych alei. Znudzony, rozglądał się niestarannie za jakąś pracownią, w której mógł zlecić przekucie ostatniej sygnatury władzy Seirin.

Ciemniejące nad miastem chmury, kłębiły się, skutecznie maskując zachód słońca kolejnego dnia. Ale dalej nie spadła ani jedna kropla, mogąca obmyć zakrwawionych żołnierzy pierwszego oddziału, znajdującego się pod dowództwem generała Nijimury, który jeszcze kilka lat temu, pomagał Imperatorowi w nauce fechtunku. Dziś, sam mógł się od niego uczuć.

Mieszkańcy nie kryli swych emocji, ale także nie ośmielili się okazać ich nadmiernie, by nie wzbudzić w nim złość, ale Akashi o to nie dbał. Pragnął posłuszeństwa. Obecnie ich zachowanie, bardzo przypominało mu tego giermka, który dostarczył mu królewską głowę, a który został daleko w tyle za kłusem koni. Zapewne, gdy wkroczy do stolicy, będzie już po wszystkim. Mimo tego, zapragnął wykorzystać tych ludzi.

Nie był furiatem, pozbawionym logicznego myślenia, kierującym się wyłącznie bestialskimi odruchami, ale naprawdę zapragnął im wszystkim zademonstrować egzekucję, której planował dokonać na królewskim dworze jeszcze zanim skończy się ten dzień. Kamienne mury, niewielkiego, skromnego zamku, nieustannie zbliżały się do niego.

Zdrowy rozsądek, nakazywał mu spalenie całej stolicy wraz z ludźmi, jako ostatnia przestroga dla ewentualnych rebelii, które mogły zostać wzniecone, gdy koronuje się ostatecznie nad swoim nowym królestwem. Ale dane słowo, skutecznie zamykało mu usta w tej sprawie.

Naprawdę nie przypuszczał, że król Seirin, przystanie na zaproponowaną przez niego ugodę. Po tych ciężkich, ciągnących się tygodniami, samobójczych walkach, sam nie spodziewał się, że Seirin, mogłoby się dobrowolnie poddać. I pomyśleć, że wystarczyło samo jego zapewnienie, że ludności nic się nie stanie, a jedyne czego żąda, to głowa króla i władza.

Nie zamierzał łamać danego słowa – honor nigdy by mu na to nie pozwolił, ale ich mała obietnica, nie miała nic wspólnego z bezpieczeństwem arystokracji na królewskim dworze oraz pozostałości z królewskiej rodziny. Starzec z pewnością o tym wiedział, ale czy w takim razie, miał czego szukać na zamku? Czy może wszyscy uciekli?

Jakby to w ogóle było możliwe, stwierdził, dostrzegając na horyzoncie zalążek morza. Seirin nie posiadało żadnej floty, ani portu rybackiego. Chociażby istniała tylko jedna łódka, to nie dałoby się w ten sposób przepłynąć przez ścianę wody, tak nieobliczalną i niebezpieczną.

- Zorganizujcie jakieś wozy z prowiantem dla garnizonu, wezmę ze sobą tylko dziesiątkę najlepszych ludzi – ogłosił, patrząc przed siebie z obojętnością. Na nikim nie zatrzymywał spojrzenia dłużej niż kilka sekund, a i tak bardziej zainteresowany był samą strukturą miasta, aniżeli ludźmi. I z przykrością musiał to przyznać – było to niezwykle marne zwycięstwo.

Seirin, było przeciętnie biednym królestwem, z dużą liczbą chłopów oraz mieszczan, stolica kraju, nie mogła się równać nawet z wioskami w Rakuzan, ale to oddanie i zdolności bitewne, które miał okazję oglądać podczas walki, były zdumiewająco poprawne, a nawet zaskakujące. Nie zmieniało to jednak faktu, że przez jego głowę, przeszła myśl, iż jest to najmarniejsze ze wszystkich zwycięstw, które odniósł w tej błyskawicznej, dwu-letniej wojnie na terenie tej krainy. Kraje, które ze sobą połączył... Jakby w dalszym ciągu to do niego nie docierało.

Czyżby potencjał jaki wyczuł w Seirin, umarł wraz z wojskiem, które zmiażdżył bezlitośnie w krwawej miazdze? Jeśli tak, to stracił wiele czasu na tą bezsensowną walkę o nijakiej jakości ziemie i kolejnych ludzi, których teraz, jako ich władca, będzie musiał wykarmić.

Minąwszy biedną część stolicy, wjechał do jej centralnej części i jeszcze dotkliwiej odczuł, jak biedne jest to państwo. Biedne i niezwykle proste w porównaniu do północnych ziem, ale nie tak nieszczęśliwe z tego powodu, a przynajmniej tak pomyślał, ignorując płacz kuriozalnej nienawiści, odbijający się echem za jego plecami.

- Słabi ludzi, czynią ten kraj jeszcze gorszym, niż jest.


Ciepła krew, obmyła alabastrowe posadzki na głównym dziecińcu, niczym wąskie, dziewicze biodra najpiękniejszych z panien, robiąc to z tak subtelnym patosem, że poczuł się jak w domu. W domu, podczas występów najznakomitszych skrzypków w kraju.

Podeszwy jego skórzanych butów, brodziły w szkarłacie, przesiąkając nim doszczętnie, aż chlupotały przy każdym kroku. Z krańca naostrzonego sztyletu, kropla po kropli, dolewała się krew, wypełniając czarę po brzegi goryczą, wypluwaną przez jego ofiary na tą właśnie podłogę, wprost na krwawą drogę.

Przeczesał mokrą ręką włosy, odgarniając je z wolna z oczu i czoła. Posoka niespiesznie zakrzepła, odznaczając się na czole, niczym piętno mnogości dokonanych już zbrodni oraz zapowiedź tych, dzięki którym dostąpi zaszczytu zrzucenia z tronu samego Szatana.

Ściśnięta w rogu kobieta, obserwowała każdy jego ruch przez zaszklone ślepia zaczerwienionych oczu. Posłał jej pojedynczy uśmiech, zastanawiając się, czy dygocze z podekscytowania czy też zniecierpliwienia. Miał nadzieję, że obu tych powodów.

Gdyby tylko nie śmierdziała tak strachem, mógłby określić ją mianem atrakcyjnej. Ostatnia spośród wszystkich tych, którzy w swej śmiesznej dumie, pozostali by stawić mu czoła. W zaprawdę żałosny sposób, jedynie wzbudzając w nim posmak irytacji. Akashi naprawdę wzgardzał tym wstrętnym smrodem strachu, który był domeną słabych i kobiet. Wypełniał on całe powietrze, jak napięcie budowane przez śmierć od kilku godzin. Był już mocno podjudzony, jak wiele czasu miał jeszcze zmarnować na te gierki?

- Posłuchaj – zaczął spokojnie, zbliżając się do niej krok po kroku. Cichy jęk, rozbrzmiał niechcący w całej sali, a kobieta, jakby jeszcze bardziej pragnęła się wtopić w ściany. - Zabiję cię – zapowiedział, kucając przy jej ciele.

- Nie dajesz mi wyboru, odmawiając ze mną współpracy. - Wytarł ostrze o materiał spodni i schował je za pasek, aby mógł obiema dłońmi, ująć ją za szyję i zmusić na spojrzenie wprost w jego oczy. - Tak więc, zabiję cię. Tak, jak zabiłem resztki waszej gwardii, tak jak zrobiłem to ze strażą, dwórkami, pozostałościami służby – wyliczał. Potarł łagodnie skórę, wyczuwając dreszcz, jaki się na niej pojawił.

- Jesteś jego rodziną, tak? Kuzynką, jak przypuszczam?

- Nie, Ni-e. Ja... - wyjąkała, zapewne gdyby nie jej króciutkie włosy, ukryłaby za nimi twarz, poczerwieniałą ze zdenerwowania. Dla Imperatora, była to jednoznaczna odpowiedź.

- Upuszczę z ciebie krew, patrząc wprost w twoją duszę, a w afekcie złości, czując chwilową ulgę w momencie, w którym nadzieję cię na ostrze, zagłębię je powoli w twoim wnętrzu – obiecał, zjeżdżając lewą ręką po jej lewym boku i zatrzymując się na biodrze. - Wbiję je... tutaj – wskazał palcem, naciskając leciutko na napięty brzuch, tuż przy pępku. Toczące się łzy, spływały wzdłuż linii szczęki, a drżenia nie można już było powstrzymać, jakby miała zaraz dostać konwulsji.

- Rozkroję niczym nasiąknięte wodą płótno, a jeśli wydasz z siebie krzyk, najdrobniejszy jęk czy stęknięcie, nawet zwykłe sapnięcie lub westchnięcie, wycofam równie powoli sztylet. A ulga będzie jedynie chwilowa, i nie mówię tu o bólu, który raptownie powróci ze zdwojoną siłą. - Pociągnął za sznureczek od gorsetu, wcale nie mając jednak zamiaru jej rozbierać. Raczej pragnął zająć czymś palce, by całkiem przypadkiem nie zrobić jej przedwcześnie krzywdy.

- Wtem zabiorę się za napoczynanie skóry na twojej klatce piersiowej – powiedział, ściskając przy tym niewielką pierś. Stwardniałe sutki były widoczne przez sam materiał. - Zedrę ją z ciebie tak, jak kochankowie zdzierali z ciebie łachmany, własnymi rękoma, wyłamię ci żebra i dogrzebię się do serca – mówił tak, jakby nie mógł się już doczekać tych wszystkich rzeczy, które może uczynić z jej ciałem, a ona, bała się z sekundy na sekundę, coraz bardziej i bardziej. Zanim się spostrzegła, spomiędzy jej warg, wypłynęła krew. Przegryzła język, ale ból, widoczny był tylko w głębi jej tęczówek.

- Wówczas ponownie spojrzę w twoje oczy i zadam ci pytanie: czy jego życie, było tego warte? - Już teraz chciał o to pytać. Czy książę, ostatni prawowity dziedzic, wart był całej tej szopki, którą przed nim rozegrano? Czy życie jednej osoby, może być tak ważne, by zaryzykować swoje bezpieczeństwo?

Puste, rozdygotane spojrzenie, zalało się jeszcze większymi łzami, a Akashi zrozumiał, że deszcz nie był dziś wcale potrzebny, mała ulewa przeszła przez życie niejednej osoby w przeciągu ostatnich godzin. Przez ściśnięte gardło, wydał się jęk boleści.

- Już za późno. Jego już tu nie ma – zapewniła go, niemalże upadając jeszcze niżej i zwijając się w kłębek. Podniósł się z kolan. - Księcia już tu nie ma – rozpłakała się na dobre. Splunął na ziemię. Nie lubił tego robić, ale chciał jej pokazać, jak wielkim ścierwem się dla niego okazała. Nie bez powodu zostawił ją ostatnią.

- Teraz naprawdę mnie zdenerwowałaś – wyznał jej. Wyciągnął nóż zza paska, sprawdzając jego ostrze na opuszku jednego ze swych palcy. Na wpół tępe. Zapowiadała się przednia zabawa. - Rozbierz się – rozkazał, podwijając rękawy splamionej koszuli. Rozejrzał się ponownie po owalnej przestrzeni, którą oświetlał jedynie blask świeczników. Zmarnować tyle czasu...

- Słyszałaś? Wstań i rozbierz się – warknął zimno. Drażniła go, każąc się powtarzać. - Głupiutkie dziewczę, zasadniczo i tak nie mógłbym ci darować życia – zdradził jej, mimo wszystko, nie pomogło to w pozbyciu się tego pieprzonego uczucia niezadowolenia i złości.

Kobieta zrobiła to, czego od niej wymagał. Opierając się o ścianę z rozdygotanymi nogami, rozplątywała supły swojego gorsetu. Palce plątały się, a gorzkie, skapujące łzy, wsiąkały w materiał.

- Pospiesz się. - Zniecierpliwiony, chwycił ją za nagie już ramiona i potrząsnął nią, jakby licząc, że otrząśnie się ze strachu.

- Księcia już tu nie ma – powtórzyła mu za to, jak w amoku, denerwując go jeszcze bardziej. Słowa, którymi niemalże błagała, aby przestał. Zdanie, które usłyszał już niezliczoną ilość razy w dniu dzisiejszym, i które zdążył już tak głęboko znienawidzić. Uderzył kobietę w twarz i złapał za włosy.

- Jest bliżej, niż byś tego chciała. Musi być w zamku – stwierdził, zdzierając resztę sukni, z grymasem negatywnie oceniając jej ciało. Chciała stać przed nim dumnie wyprostowana, oddychając pełną piersią i patrzeć wprost w te demonie oczy, ale jedynie zawyła głośniej, zakrywając pobieżnie ciało i starając się wyrwać. Dostała jeszcze raz. A później, Akashi zrobił to, co jej obiecał.


Sala tronowa, była już spustoszona, kiedy Imperator wkroczył do jej wnętrza. Zasiadł na podeście, zapatrując się na pole, widoczne zza wielkich, przestronnych okiennic. Było już po wszystkim, a on czuł się niewyobrażalnie zmęczony. W dalszym ciągu wiedząc tyle samo, co przed opanowaniem zamku.

Ściągnął z czubka głowy własną koronę. Złota, okrągła blacha – ta sama, którą jego ojciec nosił za życia. Wstręt do jego osoby, dalej kotłował się w jego umyśle. Prawdopodobnie nigdy nie zniknie.

- Panie? - do sali weszło dwóch żołnierzy. Akashi nie znał ich z imienia, ale Nijimura, zapewnił go, że są niezwykle sumienni, a dodatkowo byli znakomitymi tropiącymi. Widocznie miał rację, bo zaraz za dwójką żołnierzy, wprowadzony został wysoki, postawny mężczyzna, z tak wściekłym wyrazem twarzy i gotowością do walki, że zapragnął się zaśmiać. - Znaleźliśmy go w lochach, pilnował wejścia do kanałów.

- Kanałów? - zadziwił się. Czyli ten maleńki zameczek, posiadał podziemną część, w dodatku porządnie rozbudowaną. - Posłaliście kogoś do kanałów? - dopytał, całkowicie ignorując skutego więźnia.

- Haizaki-san ruszył w pościg, przypuszczał, że to tą drogę uciekł książę.

- Doskonale – odparł z zadowoleniem. Wszystko układało się po jego myśli. - Dołączcie do niego, nie wątpię, że sam doskonale by sobie poradził, ale lepiej nie zapeszać. - Podniósł się do góry, schodząc z podestu i zbliżając się do warczącego jak tygrys mężczyzny. - Ty – zwrócił się do niego. - Widziałem cię na polu walki, wycofałeś się, gdy twój kapitan wydał ci rozkaz, prawda? Wiedzieliście jak to się skończy, więc wróciłeś, by zająć się księciem?

- Nie zamierzam z tobą rozmawiać, psycholu! - warknął, spluwając na ziemię z obrzydzeniem. Jeden z żołnierzy kopnął go w bok i szarpnął kajdanami. - Kuroko jest bezpieczny, nigdy go nie dostaniesz!

- To mocne słowa – stwierdził spokojnie, odwracając się plecami i stając twarzą w twarz z portretem, widzącym na ścianie. Patrzyły na niego pełne opanowania i łagodności oczy, które szybko zdefiniował jednak jako obojętne, puste. Cała twarz była taka bezwyrazowa, a jednocześnie biło z niej niesamowite opanowanie. - Jak książę ma na imię? - zapytał, nie kierując pytania jedynie do jeńca.

- Kuroko to nazwisko – wypalił natychmiast jeden z żołnierzy. Akashi już to wiedział, ale chciał poznać imię. Imię, które zapamięta na bardzo długo.

- Więc, powiesz mi? - zagadnął ponownie, tym razem patrząc na mężczyznę.

- Kuroko – odparł hardo. - Kuroko Tetsuya, ten który odpłaci się z nawiązką! A ja, to Kagami Taiga, mnie także tak łatwo nie zabijesz, popieprzeńcu!

- Tetsuya? - powtórzył, uśmiechając się delikatnie. - A więc przyprowadźcie go do mnie. Tak szybko, jak to tylko możliwe - wydał rozkaz. - Weźcie ze sobą także zwiadowców. Kagami Taiga, pojedzie wraz ze mną do Rakuzan. Mam już dość tego kraju. Nadszedł czas koronacji, ale przed tym, zburzcie ten zamek, jeśli trzeba będzie, poślijcie po dodatkowych ludzi z garnizonu. - Minął wszystkich i opuścił już nieużyteczną salę tronową. Puścił mimo uszy wyzwiska Kagamiego, który domagał się uczciwego pojedynku na śmierć i życie, ale Akashi, potrafił już myśleć o tym, jak przebiegnie nadchodzące spotkanie z Tetsuyą. Bo nie miał wątpliwości co do tego, że Haizaki, znajdzie go szybko, może jeszcze nim wyruszy w drogę powrotną do Rakuzan.