Noc jest dziś pochmurna i tak czarna, że zlewa się z kolorem asfaltu i nie wiadomo już, gdzie tak naprawdę kończy się droga, a zaczyna niebo. Przytulone do siebie ciasno ceglane kamienice i bliźniacze domy wyglądają w ciemności jak zdeformowane twarze olbrzymów zakopanych w ziemi aż po szyję. Stukanie niedomkniętych okiennic, skrzypienie drzwiczek nienaoliwionej furtki, szeleszczenie liści na wietrze… To przypomina język. Jakiś stary i dawno zapomniany język kosmicznych olbrzymów.
Latarnie przy Mill Lane prawie dziś nie świecą. Ostatni autobus podmiejski odjechał pół godziny temu. Wskazówki podniszczonego zegarka na ręce Jo Poutney pokazują północ.
To nie jest czas dla małych dziewczynek.
− Jest późno... Od dawna powinnyśmy być w domu – zrzędzi rozpaczliwie towarzyszka Jo. – To się źle skończy! Zarobimy szlaban do końca życia!
− Mel, a ty znowu swoje? Niczego nie zobaczysz i nie przeżyjesz, jeśli będziesz cały czas siedzieć w pokoju!
− Mamy dopiero po piętnaście lat! Mamy jeszcze czas! – Melania z niepokojem ogląda się przez ramię. – O ile nic nas zaraz nie zabije… – dodaje, przyspieszając kroku.
To miejsce. Ta ulica. Co one tu właściwie robią?! Za którąś z furtek słychać niepokojące warczenie psa. Wiatr wprawia w ruch niezbyt dokładnie przystrzyżone żywopłoty. Może to obłęd wkrada się w głowę Melanii, a może drzewa naprawdę szepczą jakieś groźby pod ich adresem.
− Nie marudź. Musimy to zobaczyć! – Jo ucisza przyjaciółkę. Mel to histeryczka i w chwilach takich jak te Jo żałuje, że nie wybrała się na poszukiwanie przygód sama. No, ale w końcu musi mieć jakiegoś świadka, że tu była i TO widziała. Nikt jej nie uwierzy, jeśli nie będzie miała dowodów.
− Zobaczyć co? – Mel wzdryga się. Jest ciemno, zimno, idą obie zupełnie pustą ulicą, gdzieś pośrodku niczego. Nie na to się pisała! Miały przecież iść do kina, na maraton nieszkodliwych komedii romantycznych. A tu?! Tu nic nie jest ani romantyczne, ani nieszkodliwe. A jeśli już jest to komedia, to czarna, a takie nigdy się dobrze nie kończą. − Zobaczyć co? – powtarza więc Melania, niemal gotowa siłą wydusić odpowiedź z przyjaciółki.
− Och, na pewno znasz tą historię… − Jo macha ręką od niechcenia. – Na Josie Street jest ten stary dom, przeznaczony do rozbiórki. Odłączono mu prąd i kanalizację, ale mimo to codziennie dwanaście minut po północy w oknie na trzecim piętrze zapala się światło i staje w nim kobieta ubrana na czerwono. Krwawa dama, która przez przypadek zabiła męża! Ona wciąż nie może w to uwierzyć i teraz co noc pojawia się za szybą. Wypatruje zmarłego ukochanego…
− Przestań! Boję się! Zresztą, to tylko głupia legenda! Chyba nie myślisz, że ta kobieta naprawdę tam jest!?
Jo uśmiecha się soczyście i Mel wie już, że to nie wróży nic dobrego. Jeśli do tej pory nie wystraszyła się na śmierć, to jest to czysty przypadek.
− Nie! Proszę, nie mów, że w to wierzysz! I co? Z tego powodu ubrałaś się w czerwoną sukienkę?!
Po co w ogóle Mel o to pyta…? Czy to nie oczywiste?
− To mój hołd dla ducha. A teraz nie krytykuj. Jesteśmy już blisko!
Mill Lane 66… Mill Lane 68… Josie Street 2… Josie Street 4… Josie Street 6…
Numery rosną na ledwie widocznych w ciemności tabliczkach na ścianach domów. Jo czuje, jak jej serce przyspiesza. To jest ten moment! Ta chwila! Chwila, w której Jo Poutney zobaczy ducha kobiety w czerwieni i… wygra chyba z tysiąc zakładów!
Josie Street 8… Josie Street 10… Josie Street 12.
Jo przystaje. Spogląda w okna domu numer dwanaście, jakby rzucała mu wyzwanie, i pospiesznie zdejmuje z ramienia napakowany plecak. Zegarek na jej ręce wskazuje dwunastą dziesięć. Są więc w sam raz, żeby wszystko przygotować.
− Muszę włączyć kamerę – stwierdza i podaje Melanii telefon komórkowy. – Masz. Będziesz robić zdjęcia.
− Jo, to nie jest śmieszne!
− Nie! To obłędnie ekscytujące! – Jo wciska włącznik w kamerze i nakierowuje ją na okna starego, niepozornego domu porośniętego przywiędłym bluszczem. Na razie nigdzie nie pali się światło. Dom jest martwy i cichy. Pusty. Tak podejrzanie pusty, że niemal pewne, że coś jest w środku.
Jo uśmiecha się do siebie. Oddycha coraz szybciej, filmując dom i jego otoczenie. Zegar na ekranie kamery odlicza kolejne sekundy.
12:11:47
12:11:48
12:11:49
− A jeśli duch naprawdę się pojawi? – Melania drżącą dłonią unosi telefon, przygotowując się do robienia zdjęć.
− Miejmy nadzieję, że doceni nasze starania – zaśmiewa się Jo i robi kilka kroków w tył, by mieć lepsze ujęcie.
12:11:58
12:11:59
− Coś się dzieje… − Melania otwiera usta szeroko. W oknie na piętrze rzeczywiście widać ruch. Jakby cień kogoś, kto czai się w ukryciu.
− Jo! Uciekajmy stąd! Proszę, Jo! – szepcze Mel jakby wiedziała, że TO może ją usłyszeć. Nikt jej jednak nie odpowiada. Słychać dźwięk uderzenia o bruk i przerażona odwraca się za siebie. Jo nigdzie nie ma. Na ziemi leży kamera ze stłuczoną szybką, wciąż rejestrując obraz przed sobą.
− Jo? − Powtarza nieprzytomnie Melania.
Ulica jest pusta. Drzewa szumią jakby chciały coś powiedzieć. Mel rozgląda się rozpaczliwie. Otaczają ją domy, ale w żadnym z nich nie pali się światło. Dlaczego więc czuje na plecach ten dreszcz, to niemiłe połaskotanie, jakby ktoś ją obserwował? To jest jak muśnięcie, jak dotyk lodowatej ręki…
Duchy nie istnieją. Duchów nie ma! – uspokaja się Melania. Powoli odwraca głowę ku staremu domowi, przeznaczonemu do rozbiórki. W oknie na trzecim piętrze momentalnie robi się jasno.
Zza szyby tego okna patrzy na nią kobieta w czerwieni.
− Nie! − Mel wydaje z siebie wrzask i nie myśli już o niczym. Po prostu biegnie przed siebie, zostawiając wszystko w tyle.
Leżąca na ziemi kamera wyłącza się automatycznie. Ostatnią rzeczą jaką widać na ekranie jest zegar, bezlitośnie rejestrujący każdą sekundę tej nocy.
12:12:12
Ten pokój… Pachnie wilgocią, żywicą i trocinami. Wszystko ma tu kolor kurzu i sepii, jak stara, nadpleśniała fotografia. Gdzieś w tle tyka zegar. Szybko. Stanowczo zbyt szybko jak na zwykły zegar.
− Jo! – Głos Melanii słychać z oddali. Jakby był tylko starym nagraniem puszczanym z winyli.
Jo Poutney podnosi się z podłogi. Rozmasowuje obolałą skroń. Gdzie ja jestem? – pyta samą siebie. Zdecydowanie sensowniej byłoby spytać „gdzie ja byłam?". Tego jednak nie robi. Rozgląda się.
To pomieszczenie... Ściany są tu gładkie, pokryte jasną, staroświecką tapetą. W rogu stoi wielka szafa z dębiny. Po prawej stronie jest okno. Wielkie, pozbawione zasłon, ciemne okno, a za nim… tylko pustka. Jakby pokój unosił się w ciemności. I żarówka. Nie ma żarówki? A przecież skądś musi się brać to rażące oczy światło.
Jo zerka na zegar wiszący na ścianie. Wskazówki pokazują dwunastą dwanaście. Ta godzina… To godzina duchów.
Wspomnienia wracają. Josie Street, dom przeznaczony do rozbiórki, kobieta w szkarłacie, morderczyni czekająca na swojego męża… Wszystko wydaje się teraz tak niedorzeczne, jak to okno wychodzące na ciemność.
Okno!
Oczy Jo stają się nagle wielkie jak spodki. Jej rezolutna młoda twarz jakby się zapada. Bo czy nagle wszystko nie staje się jasne?
Powoli, bardzo powoli Jo Poutney odwraca się do okna. Dotyka palcami lodowatego szkła. W tej szybie widzi tylko własne odbicie. Odbicie młodej, bladej kobiety w czerwonej sukience.
Duchy nie istnieją. Duchów nie ma…
Epizod I. Kobieta w czerwonej sukience
− Rory!? Widziałeś mleko?
− Tak.
− No to gdzie jest?! – Amy po raz setny otwiera lodówkę.
Jest przedpołudnie, a oni dopiero jedzą śniadanie. Przez te zawirowania w czasie ciężko jest wrócić do normalnego trybu życia. Człowiek od razu robi się jakiś bardziej podenerwowany. Zagląda do szafek i szuflad, jakby szukał niezbędnej przyprawy do życia i chciał zapytać „gdzie jest mój dreszczyk emocji?".
− Przed chwilą miałaś je w dłoni – mruczy pod nosem Rory, przeglądając gazetę.
− A tak! – przypomina sobie Amy. Złości się. − Czy oni muszą naklejać informacje o zaginięciach akurat na kartony mleka!?
− Dlaczego cię to drażni?
− To psuje mój dzień. Po prostu ilekroć mam ochotę na płatki, biorę do ręki mleko i mam wrażenie, że sama mogłabym wylądować na takim kartonie i popsuć komuś dzień.
− Daj spokój. − Rory spokojnie odkłada gazetę i poprawiając okulary, zerka na ogłoszenie o zaginięciu. − Te kartony ratują ludziom życie. Może dzięki nim ktoś rozpozna w kobiecie z amnezją Caroline Hornby, lat 44, matkę dwójki dzieci, zaginioną przed trzema dniami na Josie Street.
− Więc mówisz, że mam manię prześladowczą? − Ostatecznie Amy rezygnuje z płatków i rozbija dwa jajka na patelni.
− Tak, to pewnie przez… − zaczyna Rory, ale nie kończy. Kubek z jego kawą drży delikatnie, jakby gdzieś nieopodal powstawało małe trzęsienie ziemi.
− Słyszałeś to!? – Amy odruchowo podbiega do okna, i najwyraźniej coś dostrzega, bo zaraz potem wybiega do ogródka.
− …Doktora. – Rory kończy myśl i wzdycha. Bierze ostatni spokojny łyk kawy i też wychodzi na zewnątrz.
Tuż przy ich podwiędłym klombie, pod pochyloną topolą stoi chudy człowieczek w tweedowej marynarce i wyjątkowo paskudnej muszce. Pod pachą ściska wielkie pudło, co nie przeszkadza mu w puszczaniu kaczek po maleńkiej ogrodowej fontannie.
− Doktorze! – Amy dopada go pierwsza.
− A! Witajcie, Pondowie! – Doktor rozpromienia się jak dziecko. Chowa nieużyty, płaski kamyk do kieszeni i wciska w dłonie Amelii dziwne podłużne pudło, które przywlókł ze sobą Bóg wie skąd.
− To kosmita w trumnie? – Amy potrząsa paczką. Jest zadziwiająco lekka, jak na coś niebezpiecznego.
– Rory? – Doktor dostrzega przyjaciela, a ten wywraca oczami.
− Zezwalam – odpowiada (jakby miał jakiś wybór!) i przez chwilę musi znosić Amy wtulającą się w Doktora w taki sposób, jakby był jedynym mężczyzną na świecie.
− Witaj. – Doktor nie byłby sobą, gdyby nie uściskał i Rory'ego.
− Tak, tak… ty też witaj – odpowiada chłopak. Zadziwiające, jak zapach perfum Amy bezwstydnie osiadł na Doktorowej marynarce.
− Gdzie zostawiłeś TARDIS? – Amelia rozgląda się po ogródku.
− Zaparkowałem po drugiej stronie drogi. – Doktor macha od niechcenia ręką, jakby odganiał natrętnego owada. – Ktoś mógłby was wziąć za dziwaków, widząc cyklicznie pojawiającą się w waszym ogródku niebieską budkę policyjną.
− Teraz do tego doszedłeś? – Rory znów wywraca oczami i łapie się na tym, że jednocześnie radośnie się uśmiecha.
Doktor tymczasem krzywi się znacząco. Na jego czole uwydatniają się zmarszczki. Surowe spojrzenie wędruje w stronę domu. Taka mina zawsze oznacza jakieś niebezpieczeństwo.
− Co?!
− Pożar! − Doktor wbiega do kuchni Pondów i skanuje śrubokrętem patelnię, z której dymi się przypalona jajecznica. Zanim ktokolwiek wpada na pomysł, by zwyczajnie zdjąć patelnię z gazu, Doktor chwyta pierwszy z brzegu pełny kubek i wylewa jego zawartość na spalone jajka. W okamgnieniu w kuchni robi się siwo.
− Do widzenia, kawo. – Rory'emu opadają ręce. Patelnia syczy, jajka dymią, Doktor skacze. Na dodatek macha poparzoną przez parę ręką. Amy wybucha śmiechem i ostrożnie wyrzuca zwęglone jajka do kosza.
− Chrzanić to. Niepotrzebne mi śniadanie. – Przyjmuje stratę wyjątkowo łagodnie. – To co jest w paczce? I Kiedy wyruszamy?
− Śniadanie to najważniejszy posiłek dnia. – Doktor otwiera drzwiczki lodówki, wkłada do środka poparzoną rękę i z lekką nieufnością obwąchuje ser pleśniowy, który Amy kupiła do zapiekanki.
− Właśnie. Chciałbym najpierw zjeść – mówi Rory, starając się brzmieć stanowczo i z żalem zerka do wnętrza swojego kubka. Po kawie zostały mu tylko fusy.
− A więc do dzieła! – Doktor z rozpędu klaszcze i wydaje z siebie jęk, bo jedna z jego dłoni wciąż pokryta jest bąblami.
− Masz ochotę na płatki? – Amy potrząsa paczką kukurydzianych chrupek. Rory nawet się nie łudzi, że to pytanie do niego. Znowu się zaczyna… Ten ich mały, wspólny, dziwny świat, w którym Amy i Doktor są tylko we dwoje, na który Rory może tylko patrzeć z boku, bo zawsze będzie nieco zbyt praktyczny, by pojąć te wszystkie dziwactwa.
− Nie, ale na mleko jak najbardziej. – Doktor dostrzega karton, chwyta go pospiesznie, ogląda jakby szukał daty ważności i nie krępując się upija łyk. „Nie krępując się" powinno być jego drugim imieniem.
− To co jest w paczce? Kiedy i gdzie wyruszamy? – powtarza wytrwale Amy, siadając na kuchennym blacie. Zadziwiające, zazwyczaj nie ma cierpliwości do nikogo.
− Och, to. – Doktor trąca palcem pudło. – Prezent. Nie ode mnie. Od Marilyn. Już się nie dopinała, więc zabrałem ją dla ciebie. Chociaż… nie mam pewności, czy nie mówiła przypadkiem o tej drugiej…
− Mówiąc Marilyn, masz na myśli… − Amy chwyta pudło z typowo babską ekscytacją. – …Monroe!?
− Tak. – Doktor przygryza wargę wciąż coś analizując. – Ale… Nie, chyba nie mówiła o tej drugiej? Była jej potrzebna na spotkanie z prezydentem…
Biedna Marilyn, najwyraźniej odwiedzi Kennedy'ego nago − komentuje w myślach Rory, przyglądając się zachwyconej Amy, która wyciąga z pudła krzykliwą czerwoną kieckę z tafty. I ta sukienka jest wcale niezła. W takich chwilach „yowzah" wydaje się nawet na miejscu.
− Skoro już dostałam coś takiego, to nie odpuszczę, lecimy na imprezkę! Coś wytwornego! Koniecznie z szampanem! Doktorze, bukuj bilety na Nowy Rok w Paryżu!
Kwadrans później Amelia jest już przebrana. Wygląda wystrzałowo i Rory czuje się przy niej trochę jak kelner w swoim fraku. Tylko Doktor nie przejmuje się niewypastowanymi butami.
TARDIS rzeczywiście stoi zaparkowana po drugiej stronie ulicy. Niezmiennie niebieska, antyczna i całkiem nowa policyjna budka… Zdaje się zerkać na nich z oddali, jakby zachęcająco.
− Nie!
Rory niemal podskakuje, gdy Doktor dobiega do TARDIS i krzyczy: − Kto ci to zrobił, kochana?!
− Co się stało? – Amy reaguje pierwsza.
− To się stało! Całą ją obkleili! Jak jakiś słup! Jak słup na ogłoszenia! – Doktor zaczyna zrywać przyczepione do TARDIS kartki, których Pondowie wcześniej nawet nie zauważyli. Porozrywane na kawałki papiery latają w powietrzu.
− Niech no ich złapię! – mruczy pod nosem Doktor i poklepuje budkę z czułością. – Zostaniesz pomszczona, kochana. Nikt nie będzie robił z ciebie tablicy ogłoszeń! – Zerka pogardliwie na wymiętoszone plakaty, walające się teraz po chodniku.
Rory też patrzy, ale najwyraźniej nie wszystko dostrzega.
− O! – Doktor nagle zupełnie zapomina o zhańbionej TARDIS i z miną szaleńca zbiera rozrzucone przed chwilą kartki. Amelia zerka na swojego męża i wybucha śmiechem, gdy Doktor próbuje skleić jedno z ogłoszeń na ślinę.
− Czy on… czy on odtwarza to, co przed chwilą zepsuł? – pyta z niedowierzaniem Rory.
− Najwyraźniej… – Amelia jest bardziej rozbawiona niż zdziwiona. Doktor chwyta ją nagle za rękę, obraca wokół własnej osi i krzycząc „przytrzymaj to tutaj", robi z niej podpórkę dla porozrywanego ogłoszenia. Po chwili to samo próbuje zrobić z Rorym, który nieco marudząc, w końcu się poddaje.
− Mógłby chociaż powiedzieć o co chodzi – mamrocze pod nosem Williams. To się robi coraz bardziej niezręczne. Doktor przybliża i oddala twarz od trzech plakatów, które Pondowie przytrzymują od niechcenia na drzwiach TARDIS. Robi kilka kroków w tył, jakby oceniał dzieło sztuki, by po chwili podbiec i niemal dotknąć nosem któreś z ogłoszeń.
Człowiekowi się czasem wydaje, że te jego absurdalne dziwactwa nie mogą urosnąć jeszcze bardziej, a tymczasem mogą. Mogą być wielkie i głośne jak wodospad Niagara!
− Przykro mi, ale Paryż musi poczekać – stwierdza w końcu Doktor śmiertelnie poważnym tonem.
− Co znowu? – Rory sam nie wie, czy jest bardziej zły, czy zawiedziony.
− Ogłoszenie.
− Proszę, powiedz, że chcesz kupić opla!
Doktor kręci głową.
− Ktoś chce znaleźć córkę – stwierdza i nagle zupełnie niespodziewanie wyciąga zza pazuchy karton z mlekiem, ogląda go dokładnie i upija łyk, jak gdyby nigdy nic.
− Ukradłeś mleko z naszej lodówki?! – Rory'emu znowu opadają ręce.
− Mleko jest bardzo ważne.
− Ukradłeś… mleko… z naszej… lodówki!
Tym razem Amy wywraca oczami.
− Rory, daj spokój, niech sobie weźmie to mleko.
− Nie chodzi o mleko!
− Nie. Chodzi o to!− Doktor podstawia mu pod nos karton, jednocześnie stukając palcem w ogłoszenie trzymane przez Amy. − Takie same!
− Jak dla mnie to nie są do siebie w ogóle podobne – Amy ocenia dwie fotografie. Na jednej jest młoda dziewczyna, na oko piętnastoletnia. Na drugiej czterdziestoletnia gospodyni domowa. Nie mają ze sobą nic wspólnego.
− Nie kobiety. Przyjrzyj się dobrze, Pond! Ogłoszenia. Są takie same.
Amelia patrzy raz jeszcze i tym razem widzi. Rzeczywiście. Ta sama godzina zaginięcia. Zniknięcie na tej samej ulicy.
− Uwińmy się z tym szybko − wzdycha. − Wystroiłam się.
Dano nam oczy, byśmy widzieli, powieki, byśmy mogli się obudzić i kolory, byśmy rozpoznawali niebezpieczeństwo czające się w trawie. Czerwień jest najbardziej toksycznym kolorem we wszechświecie, kolorem prehistorycznych trucizn, muchomorów, węży mlecznych, czerwonych dwumetrowych mrówek…
Ale ty już to wiesz, Doktorze... Wyczuwasz niebezpieczeństwo, gdy je widzisz.
Musisz je tylko dokładnie zobaczyć.
Spoglądam na ciebie z oddali. Nawet nie wiesz, że tu jestem, że błyszczę jak czerwona lampka ostrzegawcza. Patrzę, jak wsiadasz do niebieskiej budki, i rozumiem, dlaczego jest niebieska.
Ten kolor jest zdrowy i czysty.
TARDIS znika właśnie sprzed moich oczu. Tu i teraz zaczyna się twoja nowa podróż, Doktorze, a ja muszę ci w niej towarzyszyć z oddali i w milczeniu, bo oni są wszędzie, wszystko widzą i wszystko słyszą. Czytają znaki.
Jestem jak samotny głos w Ciszy.
Boję się.
Indianie Kappa mówią, że nadchodzi wielka burza, Szkarłatna Zamieć, która zmiecie wszechświat i zabierze ostatniego dobrego człowieka…
Kubły na śmieci wywracają się z hukiem. Zapchlony kot wyskakuje zza jednego z nich w pogoni za jaskrawym papierkiem po batoniku, który turla się po bruku. Letni wiatr porusza spieczonymi od słońca liśćmi żywopłotów przy Mill Lane i Josie Street, skrzyżowaniu dwóch najspokojniejszych uliczek na świecie.
Wszystko jest dziś rozgrzane i szkarłatne, pachnące topiącym się asfaltem. Dachy mienią się w słońcu, a powietrze zdaje się być gęste jak smoła. Miedziane tabliczki z numerami domów połyskują na czerwono. Na furtce starego domu przeznaczonego do rozbiórki wisi ogłoszenie o zaginięciu piętnastoletniej Jo Poutney. Rezolutna nastolatka spogląda z niego na przechodniów, którzy nawet nie dostrzegają pojawiającej się za przystankiem autobusowym niebieskiej budki policyjnej.
− To tutaj? – Amy wygląda z wnętrza TARDIS na ulicę i ze zgrozą stwierdza, że znajduje się w Górnym Leadworth. Do bani. Zajeżdża tu nudą, a atmosfera jest tak senna i duszna, że aż chce się krzyczeć z irytacji. I jeszcze coś… Dziwne uczucie, któremu trudno się oprzeć. Bezsensownie irracjonalna myśl, gdzieś na dnie ludzkiej świadomości… Myśl, że jest się obserwowanym.
Doktor wychodzi z budki, oblizuje palec i wystawia go tak, jakby sprawdzał kierunek wiatru. Po chwili robi dziwaczną minę i wzrusza ramionami. Najwyraźniej wszystko jest w normie.
Nie ma się czym przejmować, no nie? To tylko Górne Leadworth.
− Myślisz, że coś naprawdę tu jest? – Rory zamyka za sobą drzwi do TARDIS i zerka na zamyśloną żonę.
− Nie. − Amy kręci głową. – Zresztą, Paryż! Lecimy do Paryża, dlatego nic nie może tu być. – Uśmiecha się i zerka na zegarek. Jest samo południe. Dobrze by było, gdyby poszukiwanie zaginionych matek i córek zajęło im najwyżej kwadrans.
− Ludzie się na nas gapią. – Rory nie może się powstrzymać od stwierdzenia faktu.
− Jeszcze nie przywykłeś? Wozimy się w budce policyjnej z gościem w muszce. Po prostu muszą się na nas gapić. – Amelia uśmiecha się nieco rozbawiona. – A na dodatek dziś mam na sobie sukienkę Marilyn! – dodaje i zostawia skonsternowanego Rory'ego w tyle. Serio. Mógłby wreszcie wyluzować. Nie ma powodów do paniki. To przecież Górne Leadworth! Ostatnio gdy tu byli, nie działo się nic specjalnego. No… może poza bandą bardzo starych ludzi zmieniających Bogu ducha winnych mieszkańców w popiół. Amelia kręci głową. To nie był dobry przykład. To wszystko działo się we śnie.
Dziewczyna dogania Doktora, który wpatruje się z zainteresowaniem w budynek popadający w ruinę.
− Josie Street 12. – Odczytuje adres z tabliczki na murze. − Myślisz, że zajęli go kosmici? − pyta trochę dla żartu, trącając łokciem ramię przyjaciela. Jednocześnie nie może się oprzeć wrażeniu, że gdzieś słyszała już o tym miejscu.
− Nie. To zwykły dom. Bardzo zwykły. – Doktor wpatruje się w okno na trzecim piętrze, jak gdyby czekał, aż ktoś się w nim pojawi. – Amelio, która jest godzina?
− Nazywasz mnie Amelią tylko wtedy, gdy się o mnie martwisz. − Amy rzuca Doktorowi przekorne spojrzenie.
− Co mnie omija? – Rory krzyczy jej nagle niemal do ucha i dziewczyna podskakuje w miejscu.
− Nic! Zupełnie nic! Stoimy tu i gapimy się na dom. − Odwraca się do męża nieco zirytowana. − Zwykły dom. Bardzo zwykły. Jest dwunasta dziesięć. Nie, przepraszam, dwunasta dwanaście. I mam ochotę już stąd iść. Paryż! Sukienka Marylin i…
Nagłe szarpnięcie zwala Amelię z nóg. W jednej chwili wszystko rozmywa się niczym w dymie papierosowym. Uliczkę zasnuwa mrok. Twarz Rory'ego znika. Pojawia się ciemność i próżnia.
Gdyby nie pełna świadomość tego, co się dzieje, Amy mogłaby pomyśleć, że zemdlała. Ale zdecydowanie nie jest to omdlenie, bo wtedy ciało staje się wiotkie, a przecież mięśnie Amelii napinają się w tej chwili do granic możliwości. Jej ciało doznaje skurczu i spina się w sobie, próbując złapać równowagę w nicości.
Dziewczyna spada. Zanurza się w czarną, gęstą, niematerialną przestrzeń. Wiruje wokół własnej osi, a potem nagle, jak gdyby nigdy nic, uderza ramieniem o podłogę.
Zwykłą drewnianą podłogę.
− Au! – zrywa się i nie jest w stanie zrozumieć, co dokładnie się stało. Przez chwilę jakby po prostu nie istniała, a teraz… leży na dnie nicości na zwyczajnej drewnianej podłodze!?
Dociera do niej zapach kurzu i trocin, a potem oślepia ją jasne światło, które z pewnością nie pada z okna. Za szybą jest tylko znajoma, niematerialna, czarna przestrzeń.
− Amy! – krzyk Rory'ego zdaje się tak odległy, jakby dochodził ze szczytu wysokiej góry.
Amelia odwraca się za siebie i widzi, że znajduje się w pokoju, w którym nie ma drzwi. Jest tylko okno pozbawione zasłon, zegar wskazujący dwunastą dwanaście oraz wielka szafa z dębiny.
To miejsce nie ma najmniejszego sensu!
− Amy!? – Dziewczyna znów rozpoznaje wołanie Rory'ego, ale jego głos jest już niemal niesłyszalny. Jakby był tylko szeptem niesionym przez wiatr kołyszący liście. Za to słychać coś innego. Coś, co brzmi jak oddech lub świst. Towarzyszy mu skrzypienie desek, dźwięk stawiania butów na drewnianej podłodze.
W korytarzu słychać kroki.
Tyle że ten pokój nie ma odchodzącego od niego korytarza…
− Cholera! − Amy rozgląda się za czymś, co mogłoby posłużyć za broń. Próbuje rozbić okno, ale zimne szkło nawet nie pęka.
Ten ktoś, idący przez nieistniejący korytarz, zbliża się z każdą chwilą.
Niewiele myśląc, Amelia otwiera dębową szafę, jedyną możliwą kryjówkę. Pospiesznie rozgarnia wieszaki, na których wiszą same czerwone sukienki. Wchodzi do środka i zamyka się wewnątrz. Stara się oddychać tak cicho, jak tylko może, zerkając przez zamek w drzwiach na pokój.
Kroki w korytarzu milkną. Przez chwilę jest zupełnie cicho, jak w grobie, ale to tylko cisza przed burzą. Amelia zaciska pięści, gotowa się bronić.
Słychać dźwięk skrzypiących, otwierających się drzwi.
Szary cień pada na podłogę, którą oświetla wciąż to jasne, niezidentyfikowane światło. Amelia przygląda się postaci pojawiającej się pokoju. Otwiera szeroko usta ze zdziwienia.
− Co u licha!?
− Amy! – Rory, niewiele myśląc, wbiega po spróchniałych schodach na trzecie piętro domu, przeznaczonego do rozbiórki. Kaszląc, wpada do brudnego pokoju.
− Amy!? – rozgląda się zupełnie zdezorientowany.
− Nie znajdziesz jej tutaj. – Doktor staje w drzwiach tuż za chłopakiem.
Jasne! – myśli Rory. Jeśli Doktorowi wydaje się, że nie jest wystarczająco bystry, by to dostrzec… to źle mu się wydaje!
− Dokąd poszła?
− Nigdy jej tu nie było. – Doktor sugeruje skinieniem głowy, by spojrzał w dół.
Na mlecznoszarej od kurzu podłodze widać jedynie ślady butów Rory'ego. Nikt poza nim od dawna nie stał w tym pokoju.
− Znajdziemy ją. – Doktor kładzie rękę na ramieniu przyjaciela i skanuje pokój śrubokrętem. Ściany są tu pokryte pajęczyną, podłogi trzeszczą. To zwykła rudera.
− Nie rozumiem! Przed chwilą tu była! Zniknęła na naszych oczach, a potem widziałem ją w oknie tego domu. Dokładnie tutaj! – Rory staje przed wielkim oknem i oddycha ciężko. Cząsteczki kurzu unoszą się w powietrzu, a on patrzy nieco zszokowany przez brudną szybę i dostrzega senne skrzyżowanie Mill Lane i Josie Street.
Dlaczego przed chwilą widział, jak w tym właśnie oknie zapala się światło, a Amy spogląda przez nie w przestrzeń jak zjawa?
− Powinna tu być!
− Rory, to tak nie działa. Musisz się uspokoić. – Doktor zerka na odczyty ze śrubokrętu. To zwykły pokój. Ma tylko nieco podniesione stężenie roztoczy.
− Nie! Jest coś, co przeoczyliśmy! – Rory miota się. Co za absurd. Jeszcze przed chwilą pił kawę w swojej własnej kuchni, a teraz? Włamał się do opuszczonego domu, bo jego żonę wciągnął… pokój?! – Musi być coś, co przeoczyliśmy!
Chłopak odwraca się do Doktora na pięcie.
− Dawaj je! – wyciąga rękę.− Dawaj te ogłoszenia!
− Rory… − w głosie Doktora pobrzmiewa pobłażliwość i troska, jakby mówił do rozgorączkowanego dziecka. Ale Rory nie jest już dzieckiem, a Amy zniknęła. Znowu zniknęła! Znowu na to pozwolił!
− Dawaj!
Po chwili chłopak patrzy na karton z mlekiem i pomiętą kartkę, zerwaną z TARDIS. Zniknięcia zawsze koło północy. Północ, południe. No tak, dwunasta… Wzdycha głośno. Obie zaginione to kobiety. Obie zniknęły właśnie tutaj i obie…
− Widziałeś to?− Rory podsuwa Doktorowi ogłoszenia. − Tutaj. Dokładnie tutaj jest napisane, w co były ubrane, gdy widziano je po raz ostatni.
Doktor podnosi wzrok i spogląda na Rory'ego, jakby już wszystko wiedział. Przez chwilę wydaje się zmęczony i bardzo wiekowy. Tę starość widać w oczach, pomiędzy mrugnięciami.
− Czerwone sukienki.
− To przecież musi mieć znaczenie – bełkocze Rory. – Przy tobie takie rzeczy zawsze mają znaczenie! − Łapie się za głowę.
Co to ma być?! To jakaś bzdura! Amy została porwana z powodu ubrania!?
− Nie mamy czasu na ataki paniki. Znaczenie! Skupmy się na znaczeniu – Doktor próbuje przemówić mu do rozsądku. − Coś wciąga tam tylko kobiety. Tylko kobiety w sukienkach… Ale dlaczego czerwonych?!
− Czemu ona włożyła tą sukienkę?! Przecież ona nigdy nie nosi sukienek!
− Rory! Bądź cicho, próbuję myśleć. Dlaczego akurat czerwonych?!
− Nie mam pojęcia!
− Czego symbolem jest czerwień?
− Krwi! – To pierwsze, co przychodzi Rory'emu do głowy. Z jakiegoś powodu w tej chwili ma w głowie mnóstwo rzymskich rzeczy i ani jednej przydatnej wskazówki.
− Krwi, krwi… – przedrzeźnia go Doktor. − Skup się, Rory! Wszyscy mamy krew! Gdyby chodziło o krew, nas też by wciągnęło. A on szuka… – Doktor milknie na chwilę i marszczy czoło. − Konkretnych kobiet…
− Co jest, Doktorze? Ty coś wiesz? To coś zje Amy?! Doktorze!?
Rory przygląda się jego skupionej minie i czuje, że musi znać odpowiedź.
− Powiedz mi – prosi niemal szeptem. Doktor spogląda mu w oczy, robi spokojny, głęboki oddech i stwierdza jednym tchem:
− W wielu kulturach czerwień jest kolorem seksualnej gotowości. On nie szuka kobiet by je pożreć, Rory. Szuka sobie żon.
− Filtr nie rozróżnia płci. Poznaje kobietę po atrybutach kobiecości, w tym wypadku po sukienkach. Musimy oszukać system. – Doktor pociąga za jakąś wajchę w TARDIS i zerka na monitor. Słychać dźwięk lądowania i niebieska budka materializuje tuż obok starego domu numer 12.
− Więc dlaczego ja mam na sobie kieckę, a ty nie? – pyta Rory, mając wrażenie, że zaraz umrze z zażenowania.
− Jestem Doktorem! To oczywiste, że nie mogę mieć na sobie sukienki. Nie pasowałaby do mojej muszki. – Doktor poprawia koszulę, oglądając się w wypolerowanej konsolecie.
− Nie wyjdę tak na ulicę – mówi Rory dobitnie, tak by do Doktora dotarło. − Znajdź inny sposób. Albo sam ubierz się jak idiota.
Nie byłoby to zresztą nic nowego.
− Czekałeś dwa tysiące lat na Amy, a teraz nie wyjdziesz dla niej w sukience? Pomyśl, że to rzymska tunika. Będzie ci łatwiej. – Doktor poklepuje chłopka po ramieniu i bez zbędnych wyjaśnień wychodzi z TARDIS.
− Jesteś najgorszym przyjacielem na świecie! Robisz to specjalnie! − krzyczy za nim Rory. Bierze dwa głębokie oddechy i wychodzi na zewnątrz. TARDIS stoi na środku ulicy, tuż przed domem przeznaczonym do rozbiórki. Rory obciąga sukienkę i czym prędzej wbiega do budynku. Dzięki Bogu jest noc. Może nikt go nie zauważył.
− To ten sam pokój, w którym już byliśmy. Nic się nie zmieniło. – Stwierdza, gdy znajduje Doktora w pomieszczeniu na trzecim piętrze.
− Godzina jest ważna. W tej chwili mamy dwunastą jedenaście. Za minutę zostaniesz schwytany, a ja dostroję się do twojej częstotliwości i polecę jako pasażer na gapę. – Doktor poklepuje Rory'ego po twarzy, po czym skanuje go śrubokrętem i zerka na zegarek. Wskazówki zaczynają szaleć.
Chyba już czas powiedzieć „Geronimo!".
Rory czuje dziwny podmuch, który zwala go z nóg i podwiewa jego sukienkę, nie… RZYMSKĄ TUNIKĘ! Słyszy podekscytowany głos Doktora, chociaż go nie widzi. Wszystko jest czarne, gęste i przyprawia o klaustrofobię. Chłopak unosi się w nicości i nagle uderza plecami o drewnianą podłogę. Natychmiast zasłania sobie oczy dłonią. Jakieś jasne, rażące światło sprawia, że kręci mu się w głowie.
− Wstawaj. – Doktor chwyta go pod pachami i podnosi z ziemi, po czym dopada do wielkiej dębowej szafy stojącej w rogu pokoju. Rozgarnia w pośpiechu wieszaki w jej wnętrzu i wyciąga z kieszeni śrubokręt, którym sprawdza odczyty.
Rory, osłaniając oczy jak przed słońcem, zbliża się do wielkiego okna, które ma przed sobą. Wygląda przez nie.
− Nie widać miasta. Jest pusto i ciemno – stwierdza.
− To oczywiste. – Doktor podchodzi do okna i sprytnie otwiera je za pomocą odpowiedniego ustawienia sonicznego. Wyciąga z kieszeni kamyk i puszcza go w ciemność. Po chwili kamyk spada prosto pod nogi Rory'ego.
− To okno nie służy do tego, by przez nie wyglądać, tylko by zaglądać. Światło pojawia się, ilekroć ofiara zostanie złapana w pułapkę. To jak kontrolka, która zapala się, gdy baterie zostaną załadowane.
− Doktorze. – Rory odwraca się do niego powoli. − Czy to znaczy… To znaczy, że on wie, że tu jesteśmy?
Nagle w korytarzu słychać kroki. Podłoga skrzypi pod czyimiś stopami.
A przecież od tego pokoju nie odchodzi żaden korytarz.
− Doktorze…− Rory przełyka głośno ślinę.
− Trzymaj się blisko mnie. – Doktor wymierza śrubokrętem w przestrzeń.
Rory stara się nie mrugać na wypadek, gdyby to coś było szybsze niż strzała i wyjątkowo groźne. Do diabła, to pewne, że będzie wyjątkowo groźne! Dlaczego choć raz to nie mógłby być kosz pełen śliczniusich, puchatych kociaków!
Słychać dźwięk, jakby ktoś przejeżdżał kredą po szkolnej tablicy. Na ścianie tuż przy wielkiej szafie pojawia się linia, jakby niewidzialna ręka rysowała węglem po beżowej tapecie. Linia odrysowuje kształt drzwi i pojawiają się one w ścianie. Powoli, jak huba na drzewie, wyrasta na tych wrotach wielka mosiężna klamka.
Ktoś stoi po drugiej stronie wejścia. Długi cień wpada do pokoju poprzez szczelinę pod drzwiami. Klamka porusza się nagle. Słychać skrzypienie zawiasów i przejście otwiera się.
Rory przełyka ślinę, zaciska pięści i nagle… kamień spada mu z serca. W drzwiach stoi Amy. Prawdziwa Amelia, w swojej krótkiej dżinsowej spódniczce i butach kowbojkach. Przechodzi przez próg i uśmiecha się jakby chciała powiedzieć „to ja, głupia gębo!".
− Nic ci nie jest!
− Rory, to nie ona. – Doktor zatrzymuje przyjaciela. – To nie jest Amelia!
− Jak to nie?!
− Nie. Jest inaczej ubrana.
− Przebrała się.
− Jak? Przecież w szafie jest tylko jedenaście czerwonych sukienek! Gdyby się przebierały, byłoby tam też ubranie dla ciebie.
Rory zerka na szafę. Wisi w niej sukienka Marylin, którą Doktor przyniósł rano. Co on bredzi, Amy musiała się przebrać.
− To ona, pomyliłeś się – Rory robi krok do przodu.
Amelia stojąca w drzwiach uśmiecha się nieco złośliwie i wyciąga rękę.
− Nie, Rory. To nie jest Amy. W pokoju nie ma oznak walki! Wiesz, co to znaczy? One się nie bronią, gdy ktoś po nie przychodzi, bo to zawsze jest ktoś, komu ufają. Kogo chcą zobaczyć…
Coś rzeczywiście jest nie tak. Dlaczego Amelia tak stoi? Dlaczego tak dziwnie patrzy? Dlaczego pod jej bluzką widać dziwny ruch, jakby nosiła pod spodem węża? Ten wąż wije się pod materiałem i nagle wychyla się spod niego.
− Ona ma macki! – stwierdza Rory dziwnie piskliwym głosem. Z rękawów Amy wysuwają się jak liany dziwne odnóża, które suną w kierunku Rory'ego i Doktora.
To naprawdę nie jest Amelia! To jakieś monstrum!
− Nie pozwól, by cię dotknęła – krzyczy Doktor, gdy jedna z macek jak pocisk pędzi w ich stronę.
− Jak niby mam to zrobić?! – Rory uchyla się i zapomina, że ma na sobie kieckę. W tym się nie da biegać!
Potyka się niezdarnie i wpada do wielkiej szafy. Wieszaki z ubraniami lądują na nim z hukiem. Sukienka Marylin opada na podłogę i nagle… Rory wiąże fakty. To jest jak uderzenie w twarz, po którym człowiek trzeźwieje. Jak mógł wcześniej nie zauważyć?!
− Centurion! W nogi! – krzyczy Doktor, jakaś macka uderza z hukiem w ścianę tuż obok jego głowy.
Rory nie słucha.
Sukienka Marylin. Sukienka Marylin. Sukienka Marylin!
Amy dostała ją od Doktora. Miała ją na sobie, bo przyniósł ją rano. To wszystko po prostu by się nie stało, gdyby nie ta sukienka!
− Rory! Biegnij! – kolejny raz Doktor ledwie się uchyla. Fałszywa Amelia próbuje go dorwać za wszelką cenę!
− Rory!
− Nie… − chłopak patrzy na przyjaciela. To niemożliwe… − powtarza sobie w duchu. Nie zważa na pędzące w jego kierunku macki przebranego za Amelię potwora.
− Ty! – krzyczy na całe gardło w stronę Doktora. – Zrobiłeś to specjalnie! Ufała ci, a ty wystawiłeś ją jak przynętę!
Przez twarz Doktora przebiega jakiś dziwny cień. I nagle przestrzeń zaczyna się rozmywać. Rory zerka na swoją rękę i widzi, że to coś oplotło jego nadgarstek. Próbuje się wyrwać, ale jest już za późno. Kolejna obślizgła macka chwyta go za szyję.
− Nie! − Krzyk Doktora zdaje się odległy i dziwnie przytłumiony.
Wszystko zalewa gwałtowne, rażące oczy światło.
Ten pokój… Pachnie wilgocią, żywicą i trocinami.
Doktor stoi w nim całkiem sam. Nie ma z nim Rory'ego, nie ma fałszywej Amy.
Wszystko jest wysprzątane. Gdzieś z góry wydobywa się jasna poświata, a w szafie wisi równo, na dwunastu wieszakach, dwanaście czerwonych sukienek.
CDN.
