Prolog cz. II

Nie jestem pewny ile razy przerwano mi posiłek. Poranna poczta, jak zwykle niezapowiedziana wizyta Elizabeth, aż w końcu dwaj idioci w interesach. I choć byłem już naprawdę głodny, a stół uginał się pod ciężarem błyszczących półmisków aż po brzegi wypełnionych jedzeniem, na koniec musiałem udać się do swojego gabinetu i w towarzystwie owych bufonów odbyć 'przemiłą' rozmowę na temat nowego, ponoć innowacyjnego projektu zabawek, które, cytuję: „Zdecydowanie powinny znaleźć się na półkach każdego sklepu należącego do korporacji Phantomhive". A dlaczego? Dlaczego?! Bo się im, cholera, godzina pomyliła.

- Naprawdę chodziło o 10.30?

- Tak.

- Hmm no ciekawe, w takim razie, hrabio, czy moglibyśmy przełożyć to spotkanie na 9.05? To byłoby już teraz!

Moja mina mówiła sama za siebie. W tym momencie jedyne co byśmy mogli, a w zasadzie co ja bym mógł sprowadzało się do wywalenia moich rozmówców za drzwi.

Ubrany w ciemną pomarańcz mężczyzna strapił się wyraźnie i nerwowo przycisnął do siebie swój wymyślny melonik. Zarówno on jak i jego wspólnik już na pierwszy rzut oka wydali mi się skończonymi oszustami, którzy nie pierwsi i pewnie nie ostatni uznali, że ktoś w moim wieku mający do dyspozycji ogromny majątek jest łatwym celem dla byle jakiego naciągacza. Po kilkunastu minutach zacząłem zastanawiać się, dlaczego właściwie zgodziłem się z nimi spotkać. Obaj w ekstrawaganckich, płytko skrojonych surdutach, przedstawili się jako bracia Mutlock. Gdyby nie fakt, iż na wieść o mojej śmierci akcje spadły o jakieś dziesięć procent zwyczajnie zignorowałbym ich już podczas telefonicznej rozmowy.

- Sądzicie, że to coś może przynieść mi jakąkolwiek korzyść? – zapytałem, zasiadłszy za potężnym biurkiem i bez zainteresowania przyjrzałem się kolejno projektowi i kilku zaprezentowanym przez nich zabawkom. Były mizernej jakości, jak to bywa u prototypów i na dodatek wyglądały raczej dziwacznie. Przechodząc obok czegoś takiego na pewno nie wziąłbym tego za zabawkę. Chyba, że zepsutą.

- Tak, oczywiście. – drugi z nich zamachał mi przed oczami garścią jakiś dokumentów, rzekomo świadczących o zapotrzebowaniu na ich wyroby. Każde dziecko chciałoby mieć słonia z trzema trąbami i oczami niczym żaba w swoim pokoju. Głupiec, sam w to nie wierzył, a próbował wcisnąć mnie. Randall Mutlock w przeciwieństwie do swojego krępego i płochliwego brata, był wysoki i dobrze zbudowany. Z jego wąskich, szparkowatych oczu sączył się przesłodzony jad. Wyraźnie niecierpliwił się, kiedy zadawałem kolejne, niewygodne dla takiego krętacza jak on, pytania. Jeżeli spodziewał się, że pójdzie mu łatwo teraz zaczął nabierać wątpliwości. Tak bywa, kiedy ma się nikłe doświadczenie i przerośnięte ambicje, ale mniejsza o to…

Dwa razy do pokoju przyszedł Sebastian, na srebrnej tacy przynosząc zakąski w postaci filigranowych torcików, croissantów nadziewanych własnej roboty marmoladą czy też babeczek z bitą śmietaną i finezyjnie powycinanymi owocami. Przeklęty! Dobrze wiedział, że podczas tego typu spotkań nie biorę do ust niczego poza herbatą. Nie omieszkałem spojrzeć na niego najbardziej upodlonym wzrokiem, na jaki było mnie w tym momencie stać.

Mdliło mnie na myśl, że mógłbym zjeść coś w towarzystwie takiego motłochu. Wystarczyłoby żebym ubrudził koniec nosa w bitej śmietanie, co niechętnie przyznaję zdarza mi się dosyć często i skompromitowałbym się na całej linii. Potem gadaliby, że jestem uroczy, co bezwątpienia negatywnie wpłynęłoby na moje samopoczucie, tudzież opinię publiczną na temat mojej skromnej osoby. Ja, hrabia Ciel Phantomhive, nie mogę pozwolić sobie nawet na tak drobny blamaż.

Niemniej jednak Sebastian jak zwykle zachowywał się profesjonalnie, wyginał wąskie wargi w tym irytującym, uprzejmym uśmiechu i kilkakrotnie pytał moich 'gości' czy niczego nie potrzebują. Tak, jak się spodziewałem ci idioci nie zwrócili na niego większej uwagi. Lokaj jak każdy inny, czyż nie? Uśmiechnąłem się na tę myśl krzywo, co zostało mylnie odebrane przez braci Mutlock, którzy odpowiedzieli tym samym, lecz w entuzjastycznej wersji.

- Więc twierdzisz, że we Francji sprzedały się w tysiącach egzemplarzy każdy? To zmienia postać rzeczy. – podciągnąłem kąciki ust do wrednego uśmieszku, ignorując przeczucie, że nie wyjdzie mi to na dobre. To właśnie ludzie pokroju braci Mutlock najczęściej trwonili mój cenny czas, by niedługo potem, w najgorszym wypadku bardzo pokornie przepraszać za swoją wizytę. Ostentacyjnie upiłem łyk gorzkiej herbaty.

Chudzielec zatarł ręce, wyobrażając sobie jaką fortunę zbije na chłoptasiu siedzącym przed nim. Szczerze mówiąc zaczynał go już wkurzać, jeszcze parę minut, a porozmawialiby sobie inaczej. Willa znajdowała się na obrzeżach Londynu, co więcej w całym budynku była tylko garstka służby. Nic nie stało na przeszkodzie żeby pewne sprawy załatwić jego sposobem. Tylko płochliwe spojrzenia Stanley'a powstrzymywały go od pokazania temu dzieciakowi, kto tu, kogo, o co prosi.

Randall dał słowo, że zdobędzie pieniądze i miał zamiar go dotrzymać za wszelką cenę. Kiedy patrzył na nadętą buźkę Ciela Phantomhive'a przed oczami stawała mu twarz wymizerniałego chłopca, który już od miesiąca chorobą przykuty do łóżka modlił się o lekarstwo lub bezbolesną śmierć. Bardzo cierpiał… Do tego stopnia, że samemu Mutlock'owi coś drgało niebezpiecznie za każdym razem, gdy go odwiedzał. Tak nie powinno być. Jego trzynastoletni kuzyn nie zasłużył na taki los, był naprawdę dobrym dzieckiem. Jako jedyny z całej rodziny nie stronił od niego, nie bał się wyjętego z pod prawa Randalla Mutlock'a, który w życiu nie zrobił nic dla innych, a tylko przysparzał im kłopotów. Kradł, pił, wdawał się w mordobicie tak często, jak tylko było to możliwe. Teraz miał szansę mu pomóc – wystarczyło sprzedać pomysł i kupić lek. Czasu było naprawdę niewiele i albo uda mu się dzisiaj albo wcale.

Skwapliwie pokiwał głową wyszczerzając przy tym nie całkiem kompletny rząd, o dziwo białych zębów. Grubszy Mutlock zawtórował mu niemrawym kiwnięciem głowy i po raz któryś zaprezentował jak jeździ powóz na 3 kołach, po brzegi wypchany istotami zwierzętopodobnymi. Nazwa tego cacka brzmiała „cyrk na kółkach", co według Ciela było całkiem trafnym określeniem. Większość wykonana była z drewna, tylko gdzieniegdzie miały znajdować się metalowe elementy. Nic nowego. Jeżeli dziwaczność i brzydotę tych drobiazgów można było nazwać innowacyjnymi to rzeczywiście warto było je mieć, choćby na pamiątkę jak zabawek robić nienależny.

- W takim razie dowidzenia.

Randall omal nie dostał ataku apopleksji.

- Że co proszę drogi hrabio? Chyba źle się zrozumieliśmy…

- Nie. Nie potrzebuje zabawek, które zostały wyprodukowane w innym kraju i to w tak dużym nakładzie. Co więcej jeszcze tego roku zamierzam otworzyć sieć sklepów na terenie Francji i zgadzając się przyjąć wasze projekty poniósłbym same straty. – ciągnął beznamiętnym głosem, a twarz Randalla Mutlock'a z sekundy na sekundę coraz bardziej przypominała nabrzmiałą papryczkę chili. – Ponadto te śmieci, które nazywacie zabawkami są tandetne i odpychające. Przeciętne dziecko prędzej ucieknie z płaczem niż zechce przytulić do siebie pluszowego królika z jednym okiem i sześcioma…

- Ależ hrabio czasy się zmieniają. – przerwał mu z wymuszonym uśmiechem, któremu przeczyły zaciśnięte pod stołem pięści. – Jesteśmy skłonni zaoferować kilkanaście nikomu nieznanych konceptów, które według naszych ekspertów od sprzedaży osiągną jeszcze większy sukces niż poprzednie.

- Być może.

- Być może co, drogi hrabio?

- Być może pokazałbym wam jak dużo niedociągnięć jest w tych waszych innowacyjnych projektach, a przy okazji z jak marnymi ekspertami pracujecie, ale nie mam na to czasu. Żegnam.

Randall nie wytrzymał i pięścią uderzył w blat biurka, zrzucając przy tym swoją filiżankę na podłogę. Delikatna porcelana rozprysnęła się na kilka kawałków, a znajdujący się w niej ciemny płyn natychmiast wsiąknął w beżowy dywan.

- Tss. Kolejna zastawa.. – mruknął Ciel i wyczekująco spojrzał na drzwi.

Mutlock prawie się popluł słysząc tą jawną ignorancję wobec jego osoby. Stanley wcisnął się w fotel tak, że zza miękkich poręczy wystawał jedynie kawał jego odstającego brzucha.

Jeszcze nie teraz, powtarzał sobie w myślach Randall. Jeżeli to spieprzy drugiej szansy nie będzie już nigdzie. Na dodatek cały czas czuł się obserwowany przez kogoś z zewnątrz. Fizycznie nie było to możliwe, znajdowali się na drugim piętrze; nie było możliwości, aby wspiąć się po ścianie, nie było nawet żywopłotu. Chyba, że mieli tu jakieś ukryte przejścia – w końcu nie takie rzeczy widziało się u tych przeklętych bogaczy. Do diabła, robił się irytująco podejrzliwy.

- Wiele tracisz hrabio. – wysyczał przybierając obojętny wyraz twarzy. Teraz jeszcze bardziej przypominał węża, który w każdej chwili mógł zaatakować aplikując ofierze śmiertelną dawkę jadu. Tyle, że żaden wąż nie rzuca się na tygrysa, nawet, jeśli ten jest tylko tygrysiątkiem. Cały dygocząc podniósł się do pozycji stojącej. – Dowidzenia. Idziemy Stan. – rzucił w stronę brata i nie czekając na jego reakcję szybkim krokiem opuścił gabinet.

- Jeszcze tego pożałujesz Cielu Phantomhive. Ja Randall Mutlock obiecuję ci to..

- W czymś pomóc?

Mutlock odwrócił się napięcie, wbijając wściekłe spojrzenie w lokaja, który niespodziewanie pojawił się tuż za jego plecami. Miał zamiar na niego nawrzeszczeć, ale coś w spojrzeniu tego mężczyzny powstrzymało go od jakiegokolwiek komentarza. Szarpnął za klamkę i trzaskając drzwiami wydostał się na świeże powietrze. Stanley czekał już w powozie. Odjeżdżając, Randall ostatni raz rzucił okiem na nieskromną posiadłość Phantomhive'a. Mógłby przysiąc, że w jednym z okien zauważył dziwną zmorę ubraną w strój lokaja.