Rozdział 1
Czerwiec 2002
Strażnik Mycroft Holmes, Poszukiwacz Przewodników Nadzwyczajny, stał w Orlim Gnieździe London Tower i obserwował swoje terytorium. To była pogodna noc i klinowe drzwi kopuły były w pełni rozwarte, wpuszczając do środka zapachy i dźwięki wschodnio-południowej części miasta. Pozwalał, aby wszystkie dane sensoryczne spływały po nim, jak biały szum w nurcie powodzi, tu i tam wyławiając ułamek informacji, który mógłby okazać się adekwatny w jego pracy.
Nie odpływał, jak wielu Strażników, gdy postawieni przed za dużą dawką informacji, albo jak ci, którzy sięgali za daleko. Pozostawał zupełnie świadom swojego spartańskiego otoczenia, starego kamienia pod jego palcami, garstki pogodo-odpornych mebli, które wytrzymały wiele nocy gorszych niż ta, kolistych schodów po środku podłogi, które prowadziły do wnętrza wieży. Właśnie tam, Anthea, związany z nim Przewodnik, siedziała skulona na batystowym krześle, laptop oświetlał jej twarz niebieskawym blaskiem, a stabilny strumień opanowania i siły emanował z jej metodycznego umysłu.
W tym samym czasie, był świadom dziecka histeryzującego nad swoją kolacją trzy kilometry dalej. Gdzie indziej, młody mężczyzna kłócił się ze swoimi kolegami o wynik meczu rugby. A dokładnie poniżej wieży, przechadzał się tajemniczo wyglądający mężczyzna, z wężem pełzającym w jego cieniu – niezwiązany Strażnik, wciąż nowicjusz w patrolowaniu ulic. Przypadkowy. Nieistotny. Mycroft będzie skanował jeszcze kilka minut zanim odwróci kopułę, by przeskanować inną dzielnicę. Jutro wybierze się na przejażdżkę przez miasto i zobaczy, czy jego zmysły wyłapią więcej, gdy będzie znajdował się na ziemi.
Gdyby tylko więcej Przewodników oddawało się w ich ręce z własnej woli, jego praca byłaby zupełnie zbędna. Ale tak długo, jak znacząca liczba Przewodników zamierzała unikać swojego prawnego i biologicznego powołania, ktoś musiał ich odszukiwać. I jak się okazało, Mycroft miał do tego talent. Rzadkością było, by niezwiązany Przewodnik mógł ukryć się w jego mieście na dłużej niż kilka tygodni, nim został przez niego wywęszony i zabrany do domu. Zawsze byli tak przerażeni utratą życia, które znali, wiązaniem, nieznanym. Ale gdy pierwszy szok mijał, dostrzegali, że to wcale nie jest takie złe życie. Matka Natura nie robiła błędów.
Ta praca dawała wiele satysfakcji, gdyby pominąć te nieprzyjemne części.
Wysoko w górze, kołując cicho, leciał jego Orzeł, skanując miasto na swój własny, niepojęty sposób. Mycroft nie wiedział czy Orzeł był naprawdę jakimś rozszerzeniem jego samego – były chwile, gdy tak właśnie to odczuwał – czy rzeczywiście był to inny, wyższy byt, który w jakiś sposób przytwierdził się do jego duszy – co również wydawało się prawdziwe. Istniały stosy filozofii i spekulacji na ten temat. Czemu zwierzęta? Co każde z nich znaczy? Czy kształt był wrodzoną cechą, czy był może nieświadomie wybierany zgodnie z oczekiwaniami Strażnika czy Przewodnika? Czy Normalni je mają, ale nie posiadają wystarczającej mentalnej siły, aby je ujawnić? Mycroft nie zamęczał się zbytnio tym tematem. Był po prostu z całego serca zadowolony, że jego Orzeł istniał w ogóle.
Zwykle to Orzeł, a nie geniusz czy zmysły Mycrofta, jako pierwszy alarmował go o zdobyczy. I tak właśnie stało się również tego wieczora. Ptak odwrócił się gwałtownie w stronę Tamizy i zaczął tam krążyć. Serce Mycrofta przyspieszyło w oczekiwaniu polowania. Chociaż zewnętrznie nie przypominał zbytnio Strażnika, nadal posiadał wszystkie ich instynkty. Nic nie satysfakcjonowało go bardziej niż dobry pościg - pod warunkiem, że mógł być przeprowadzony z tylnego siedzenia samochodu.
- Mamy żywego, kochanie - zawołał do Anthei. Gdzieś tam był niezwiązany Przewodnik, samolubnie próbujący wymigać się z jego lub jej obowiązków wobec Korony i państwa. Ale już nie na długo.
Przewodnik Anthea przelotnie podniosła wzrok znad swojego laptopa.
- Chcesz sam zgromadzić zespół, czy mam to zrobić ja? Czy zdajemy się na to, co zmontuje Hope?
- Ech - powiedział Mycroft. - Daj wolną rękę Hope'owi. On wie lepiej niż każde z nas, którzy Strażnicy są w największej potrzebie. Mam przeczucie, że ten będzie sprawiał kłopoty - jego usta wygiął zmieszany uśmiech. – Sam nie jestem pewien dlaczego, lecz podejrzewam, że będziemy potrzebowali prawdziwego głodu, aby dorwać tego Przewodnika.
Anthea zatrzasnęła laptopa i wyciągnęła telefon z torebki. Podczas gdy Mycroft wcisnął przycisk zamykający kopułę, ona zadzwoniła na niższe piętra do Przewodnika Jeffrey'a Hope'a - poniekąd sławnego Swata London Tower. Mycroft zwrócił swoje zmysły z powrotem w stronę obszaru, który wyróżnił Orzeł. Usłyszał robotników portowych zbliżających się do końca długiej zmiany, czuł pot, śmieci i odór rozkładających się ryb. Olej i rdzę. Nieciekawy aromat samej Tamizy. Nic konkretnego. Ten przewodnik był przebiegły, wykorzystywał swoje miejsce pracy by ukryć swoją woń. Mycroft będzie musiał się znacznie przybliżyć, by go wytropić. Czas ruszać.
W ciągu dziesięciu minut jego zespół zgromadził się w pokoju konferencyjnym na trzecim piętrze. Ośmiu niezwiązanych Strażników, wszyscy mężczyźni, rozsiedli się wygodnie, próbując wyglądać swobodnie, pomimo że wszyscy byli nakręceni jak sprężyny w zegarku. Większość z nich znała Mycrofta, jeżeli nie osobiście, to przynajmniej z reputacji, ale kilku było wystarczająco młodych by zmierzyć go zdziwionym wzrokiem. Mycroft, choć nie był empatą, mógł wyraźnie odczytać pogardę na ich twarzach. Miał tylko trzydzieści pięć lat i był zupełnie zdrowy, ale w ich młodych oczach był staruszkiem, który już zmiękł i sflaczał. Nie był kimś, po kim spodziewaliby się dowodzenia fizycznej pogoni. Dzieci.
Uśmiechnął się do jednego z nich.
- Jak tam twoja wyprawa do Wallingford? Wizyta u mamy przebiegła dobrze? Już lepiej z jej żołądkiem?
Pyłek kwiatowy, perfumy i zapach wieku cierpiącego na niestrawność wciąż się go trzymały.
Strażnik podskoczył.
- Skąd…
- Pocałowała cię w policzek, trzy godziny temu. Ma lilie kwitnące w ogrodzie. Poczęstowała cię imbirową herbatą i czekoladowymi ciastkami. Pomimo mojego wyglądu, jestem Strażnikiem. I to uważnym.
Młodziak kiwnął, zawstydzony swoimi wcześniejszymi wątpliwościami. Dzięki temu trikowi, Mycroft uzyskał zarówno szacunek nowicjuszy, jak i ich uwagę.
Ach, no i przybył Hope.
Hope był drobnym mężczyzną, nawet jak na standardy Przewodników, ale pozostawiał po sobie spore wrażenie, gdziekolwiek się pojawiał. W średnim wieku i pomyślnie związany, potrafił uspokoić nawet najbardziej psychotycznego Strażnika oraz przywrócić z odrętwienia tych, którzy odpłynęli. Dzięki temu był uwielbiany przez niezwiązanych. Poprzez lata, zapracował na swoją reputację (choć Mycroft nigdy nie był pewien w jakim stopniu zasłużoną) posiadania umiejętności przenikliwego rozumienia kompatybilności. Jego dopasowania rzadko zawodziły, a kiedy już do tego dochodziło, miał taki talent do przeprowadzania rozwodów, że inne Tower regularnie przekazywały w jego ręce swoje najtrudniejsze przypadki. Mycroft obserwował jak z godną pozazdroszczenia sprawnością brata się z zebranymi. Uśmiech, objęcie ramionami najbliższych Strażników i kiwnięcie w stronę reszty.
- Widzę, że już poznałeś ekipę – powiedział Przewodnik Hope, gdy zapanował spokój. – To dobra partia, Strażniku Holmes. Z niektórymi już pracowałeś, Maybury i Ames przechodzili ostatnio przez mały kryzys, więc będą dobrze zmotywowani. I Henkel i Vin – kiwnął na nastolatków – są zapaleni do pojęcia fachu. Jeden z Niemych właśnie przygotowuje pokój kwalifikacyjny dla szczęśliwej pary, którykolwiek z was łajdaków to będzie – powiedział do niezwiązanej bandy.
Ekipa polująca wniosła wiwatujący okrzyk.
Padło kilka słów instruktażu, przez które musieli przebrnąć, głównie dla tej dwójki, która nigdy wcześniej nie polowała, ale Mycroft dobrze wiedział, że nie może pozwolić na przedłużanie sprawy. Ktokolwiek był w dokach, raczej tam nie zostanie na wieczność. Jeżeli był na jednym z frachtowców, mógł nie zostawiać w Londynie na tyle długo, by dostali drugą szansę.
- Pomyślnego polowania – życzył im Hope i rozeszli się. On wrócił do swojego biura w Tower, a Strażnicy wcisnęli się w dwa nieoznakowane pasażerskie furgonetki. Mycroft i Anthea podążali w limuzynie – jeden z dodatków do rangi Mycrofta.
Furgonetki dotarły do doków nieznacznie wcześniej. Przestraszony strażnik machnął na nich, dając im pozwolenie na przejechanie przez bramę. Wyraźnie bił od niego niepokój. Bóg wie, co Strażnicy w furgonetce powiedzieli, by go zastraszyć. Będzie musiał ich ponownie pouczyć na temat stosunków ze społeczeństwem. Ale biorąc pod uwagę okoliczności, mogło im to zostać wybaczone. Poprosił o zdesperowany zespół i właśnie to dostał od Hope'a.
Woń niezwiązanych Strażników wisiała ciężko w powietrzu, gdy Mycroft wyszedł z auta. Ich potrzeba wołała o odpowiedź. Jeżeli Przewodnik był gdzieś w pobliżu, to powinien zacząć podświadomie reagować. I rzeczywiście, pod smrodem doków, krył się nikły powiew zdobyczy. Jednak mieszanka fetoru doków prawie całkowicie pokrywała ten zapach. Gdyby go nie szukał, łatwo byłoby przeoczyć tę słabą woń.
- Jest tutaj – powiedział do Anthei. - Powiadom naszych łowców, żeby się równomiernie podzielili i roznieśli swoją woń. Powiedz im, żeby sami nie próbowali go wyczuć. Smród tego miejsca sprawi, że odpłyną. Ja wezmę się za zawężanie obszaru.
Wyciągnął dłoń w stronę Anthei, chwyciła ją. Razem, spacerowym tempem, przeszli obok skrzynek na butelki i zardzewiałych kontenerów ze słonymi plamami odległego oceanu wciąż trzymającymi się ich powierzchni. Zespół rozdzielił się tak, jak został poinstruowany, tworząc sieć. Mógł wyczuć ich irytację w sposobie poruszania się. Instynkt kazał im użyć zmysłu powonienia, ale żaden z nich nie posiadał wystarczających umiejętności, by selektywnie zagłuszyć informację w taki sposób, jak dokonywał tego Mycroft. Byli zdani na niego, by poprowadził ich we właściwym kierunku. I właśnie tutaj udowodni swoją wartość.
Feromony Przewodnika stawały się coraz mocniejsze, gdy Strażnicy zbliżali się do niego. Teraz nadszedł najdelikatniejszy moment, gdyż niedługo Przewodnik przejdzie od nieświadomego pobudzenia do pełnej świadomości - i kto wie, jak zareaguje. Coś we wnętrzu Mycrofta podpowiadało mu, że ten będzie sprawiał trudności. Lepiej zamknąć sieć szybko i zdecydowanie.
Mycroft pewnie przeszedł obok pierwszej grupy spoconych pracowników doków. Odsunęli się od niego spłoszeni, lecz on ich zignorował. Normalni. Niemi, jak nazywał ich Hope. Zobaczyli jego odznakę i wiedzieli, że lepiej się nie wtrącać.
Gdy dotarł do brzegu, spojrzenie Mycrofta zogniskowało się na jednym z drewnianych budynków osadzonych na krawędzi doków. Zaczął przeczesywać warstwy danych sensorycznych, wybiórczo odrzucając hałas— i jest, tutaj! Młody, lecz dojrzały, zdecydowanie płci męskiej, wciąż całkiem spokojny i opanowany. Rozmawiał przez telefon z jakimś dystrybutorem, z pewnością w głosie towarzyszącą komuś, kto wykonuje swoją pracę już jakiś czas. Mycroft pomachał Anthei, która przekazała sygnał dalej, szepcząc do swojego radia.
Momentalnie jego zespół pospieszył w jego kierunku. Wskazał kierunek palcem.
- Tam, chłopcy. Powinniście być w stanie go wyczuć, gdy będziecie w środku.
Pospieszyli do drzwi. Prawie jak zsynchronizowany z nalotem, puls osób wewnątrz biura zwiększył tempo. Zapach adrenaliny wypełnił powietrze. Ich zdobycz zaczęła pompować ją do swoich żył jedynie na sekundę szybciej przed resztą biura. Mycroft usłyszał jak upuszcza telefon w połowie słowa i zrywa się na równe nogi. A teraz biegł, przez tylne wyjście i w dół po stromych schodach po drugiej stronie.
Kłopotliwy manewr. Mycroft powinien był również mieć ludzi po tamtej stronie. Nieważne, Przewodnik nie będzie miał nad nimi przewagi na długo.
- Anthea, obawiam się, że nasz Przewodnik postanowił być bardzo głupi. Bądź gotowa na uspokajanie rozjuszonych niezwiązanych.
Anthea pokiwała głową, jak gdyby nie było to najmniejszym problemem.
Mycroft przeskanował prawdopodobne drogi ucieczki. Przewodnik wciąż będzie kombinował tak, by ścigający zgubili jego ślad – dosłownie - i to sprawiało, że jego wybór był oczywisty. Chód Mycrofta zmienił się w szybki trucht. Niestety, jego siedzący tryb życia odbił się na nim bardzo szybko. Oddychał ciężko i pocił już, gdy dotarł do obszaru o wyjątkowo ostrym zapachu - zrzucano tu ryby w sąsiedztwie beczek benzyny i swądu środków przeciwporostowych.
Wtedy usłyszał jak rozpętuje się walka jakieś dwieście metrów dalej.
Choć już pozbawiony tchu, Mycroft zmusił się do pośpiechu. Minutę później, znalazł swój zespół zgromadzony pomiędzy dwoma długimi ścianami kontenerów transportowych. Henkel i Bugti zachowali tyle rozsądku, by zablokować oba końce i odgonić Normalnych. I dzięki bogu. To była jedna z tych rzeczy, których Tower nie lubiła podawać do informacji publicznej. Reszta zespołu uformowała luźny okrąg wokół punktu w połowie drogi, gdzie przerażony Przewodnik w kuckach opierał się o ścianę z blachy falistej.
Niecały metr dalej znajdowali się Ames i Vin, nawzajem tłukąc się pięściami, obaj współzawodniczący o prawo do nagabnięcia Przewodnika. Nie oszczędzali się. Vin obficie krwawił z rany na czole, a Ames nie wyglądał lepiej z przeciętą wargą i zakrwawionymi rękami. Albo Przewodnik miał szerokie spektrum kompatybilności albo Hope dokonał błędu i wybrał dwóch Strażników z podobną skalą kompatybilności. Tak czy siak, woń Przewodnika wołała ich obydwu i obaj próbowali odpowiedzieć w jedyny sposób znany stworzeniom z silnym poczuciem własnego terenu: za pomocą totalnej walki o dominację.
Gdyby tylko Przewodnik nie uciekał. Gdyby otoczenie nie było tak irytujące. Być może wtedy Anthea byłaby w stanie uspokoić sytuację i Mycroft mógłby wszystko uporządkować. Ale nie z dwoma kompatybilnymi Strażnikami i niezwiązanym Przewodnikiem, który wypacał obfite ilości feromonów, jeszcze bardziej podkręcając ich żądzę. Gdy do równania doszedł głód, o który Mycroft właściwie poprosił - nawet nerwy niekompatybilnych Strażników zaczynały wisieć na włosku.
- Anthea! –zawołał Mycroft, ale Anthea go uprzedziła i już zaczęła wysyłać projekcje spokoju w kierunku grupy. To nie będzie wystarczające.
Mycroft pospiesznie zmierzył rywali wzrokiem. Ames był starszy, trzydziestodwulatek, doświadczony i widocznie bardziej głodny by się związać. Vin miał dziewiętnaście lat, był lżejszy i szybszy i wystarczająco pewny siebie by myśleć, że wygra. Jeden z nich będzie musiał odpaść. W mniemaniu Mycrofta, nie było tutaj żadnych zawodów.
- Henkel! - zawołał, wybierając spośród pozostałych Strażników tego, który odpłynął w najmniejszych stopniu. - Zabierz stamtąd Vina. Weź go to Bart's, żeby go pozszywali.
Młody Strażnik, którego kołnierzyka wciąż trzymał się zapach perfum jego matki, zanurkował odważnie, by zatrzymać walkę. Vin, wyczuwając kogoś za swoimi plecami, okręcił się i warknął. Mycroft wyłapał przelotne mignięcie hieny u jego stóp, cofającej wargi i ukazującej ostre zęby. W tym momencie, Ames, korzystając z zamieszania, wymierzył pięść w solidnym uderzeniu w policzek Vina. Głowa chłopaka przekrzywiła się, a hiena zniknęła, gdy nieprzytomny upadł na ziemię.
- Henkel… - zaczął Mycroft, lecz wtedy zobaczył Amesa, ociekającego krwią, oddalającego się pędem w stronę, z której przyszedł Henkel. Przewodnika nigdzie nie było.
- Szlag by trafił – wymamrotał. Przeklęty Przewodnik znów uciekał. Głupiec, nie wiedział, że został schwytany? Nie istniało miejsce wystarczająco zasmrodzone, aby odciągnąć Amesa na tym etapie.
- Henkel, zadzwoń po karetkę. Reszta z was, trzymajcie cywili z dala, zabierzcie ich stąd wszystkich. To nie jest przeznaczone dla oczu społeczeństwa. Anthea, zostań z Vinem do przybycia karetki.
- Ale Ames - zaprotestowała. - Nie będę musiała…
- Za późno - przerwał jej Mycroft. - Nie wiem czy nawet Hope byłby w stanie go uspokoić po tym wszystkim. Zadzwoń i powiedz mu, że pokój kwalifikacyjny nie będzie potrzebny. MSW nie będzie z nas zadowolone.
Dokładnie takiego rozwoju sytuacji Mycroft miał nadzieję uniknąć. Wiedział, że ten Przewodnik będzie problematyczny! Wiedział!
Znów wyruszył za dwójką i miał nadzieję, że Ames szybko złapie mężczyznę. Mycroft już się pocił, a tak bardzo nienawidził wilgotnych koszul. Był całkiem pewien którędy poszli. Słyszał głośny huk, kiedy wydawał rozkazy i dzięki niemu teraz ich namierzał. Tak jak się spodziewał, szybko znalazł miejsce, gdzie ślady bez wątpliwości wskazywały na szamotaninę. Trzy metry dalej, boczne drzwi do magazynu zostały otwarte z czystą, durną siłą. Ościeżnicę plamiła świeża krew. Po smudze wyglądało na to, że Ames wniósł do budynku Przewodnika przerzuconego przez ramię.
Z dali usłyszał, jak spacyfikowany Vin wydał z siebie dziki ryk pełen gniewu. Anthea! Jego serce zdawało się krzyczeć, przepełnione czystym strachem. Instynkt Błogosławionego Protektora pchał go w jej stronę, na ratunek. Na szczęście, krzyk Vina szybko przerodził się w jęk i ucichł, a pchnięcie potrzeby pomocy Antheii zniknęło wraz z nim. Ogłuszyła smarkacza. Kłopot, kłopot, kłopot!
Uwolniony od wewnętrznego przymusu, Mycroft wszedł do budynku. Pomieszczenie było prawie puste, jeżeli nie liczyć sterty drewnianych palet. Twarda, zimna podłoga była pokryta warstwą klejącego oleju i drewnianych drzazg, paznokci i kilku innych nieprzyjemnych rzeczy. Ames by tutaj nie został, szukałby bardziej miękkiego miejsca by zalec ze swoją zdobyczą. Kilka biur było umiejscowionych na półpiętrze w tylnej części magazynu. Był to najbardziej prawdopodobny wybór. I zgodnie z tym przewidywaniem, pomimo wysokiego poziomu otaczającego hałasu, był w stanie ich usłyszeć: pojękiwania Przewodnika i jego liche błaganie, oraz jeszcze delikatniejsze pomrukiwanie Amesa. Nikłe odgłosy szamotaniny.
Mycroft pospieszył ku tylnej części budynku, w górę po drewnianych schodach, przez kolejne wyłamane drzwi i wkroczył w sekcję opuszczonych biur. Było tam prawie zupełnie ciemno, ale Ames nie przejmował się brakiem światła. Zapachy bijące od rzeki były w dużym stopniu osłabione przez dźwiękoszczelne ściany i filtry powietrza. Nadawało to przyjemną świeżość temu miejscu. Trzy pary drzwi dalej, jedno z biur okazało się być dość nieźle uposażone, z autentycznie skórzanym zestawem mebli i miękkim dywanem na podłodze. Tam właśnie poszedł Ames.
Mycroft zbliżył się ostrożnie. Jako że był związany, nie powinien wydawać się zagrożeniem, ale Ames będąc ranny i w takim stopniu poruszony, mógł wciąż na niego naskoczyć. I rzeczywiście, gdy delikatnie otworzył drzwi, Strażnik podniósł na niego wzrok i głośno warknął. Mycroft nie wycofał się i ocenił sytuację. Światło zza okna oświetlało Przewodnika. Leżał płasko na brzuchu, a górna część jego ubrań była już zdarta. Ames przytrzymywał jego nadgarstki nad głową uściskiem jednej silnej dłoni.
- Pomóż mi – błagał zbieg. Teraz, gdy Mycroft miał okazję lepiej mu się przyjrzeć, dostrzegł, że mężczyzna był chudy, o drobnej budowie, jak większość Przewodników. Na oko po dwudziestce, po jego dłoniach widać było lata fizycznej pracy. Włosy miał czarne i kręcone, skórę o ciemnej karnacji. Pakistańczyk lub Hindus z pochodzenia, najprawdopodobniej. Pachniał zdrowo, odpowiednim wyżywieniem, z nikłym śladem zapachu mleka matki, który trzymał się jego porwanych ubrań.
Ech, kłopot!
- Nie mogę – powiedział Przewodnik. – Nie mogę! Mam żonę. Dzieci. Proszę, nie pozwól mu…
Mycroftowi zrobiło się niedobrze. Fiasko. Zupełne fiasko. Nie ma się, co dziwić, że Przewodnik ze wszystkich sił próbował zbiec.
Niektórzy Strażnicy byli hojni i wystarczająco ufni, by pozwolić swoim związanym być w innym bliskim związku, ale Ames nie należał do tego typu. Mycroft wątpił, aby Ames pozwolił swojemu Przewodnikowi jeszcze kiedykolwiek zbliżyć się do jego rodziny i będzie miał do tego każde prawo. Małżeństwo zostanie anulowane. Jako Przewodnik, ten mężczyzna nie miał żadnej prawnej podwaliny, która by pozwalała mu wejść w taki związek. Matka dostanie wyłączne prawa do dzieci i nieskąpą pomoc, jak również ich wspólny majątek, ale to nawet w najmniejszym stopniu nie wynagrodzi ogromu tej zdrady. Dzieci będą pod uważną obserwacją, jako że istniała spora szansa, że same kiedyś zostaną Przewodnikami.
Nic nie można było na to poradzić. Nawet, jeżeli byłoby to legalne, Mycroft nie mógłby rozdzielić Amesa i jego Przewodnika. Nie bez ryzykowania życia ich wszystkich, włącznie z jego własnym.
- Ciii – powiedział do Przewodnika, tak uspokajająco jak tylko potrafił. – Po prostu się zrelaksuj i poddaj. Wszystko potem samo się ułoży.
Ames znów warknął na jego wtrącenie, ale mniej agresywnie. Jakieś resztki rozumowania tlące się pod instynktownym popędem zadecydowały, że Mycroft nie był zagrożeniem dla jego Przewodnika. Będąc już głęboko pochłonięty ferworem wiązania, nie potrafił sformułować słów. Zwrócił swoja uwagę z powrotem ku Przewodnikowi. Trzymał jego głowę twarzą w dół, ciągnąć za zrujnowane ubrania, liżąc i wąchając odsłoniętą skórę. Przewodnik wił się i próbował z nim walczyć, i w ten sposób, jeszcze bardziej wcierał woń Strażnika w swoją skórę.
To był pierwszy etap: ritus fragrans, rytuał woni. I gdyby miało to miejsce w Tower i nie było zwieńczeniem brutalnego polowania, mogłoby ciągnąć się godzinami. Zmieszanie ich zapachów uspokoiłoby obu uczestników, i ostrzegało tych, którzy mogliby przeszkodzić. Pomiędzy chwilami dotyku, wąchania i smakowania, dwójka rozmawiałaby ze sobą, odnajdowałaby wzajemną bliskość i czułość. Stulecie temu, związana para mogłaby nie sięgać po dalsze kroki i przeciągać rytuał przez całe dnie, a nawet tygodnie, powoli się do siebie zalecając. Mogliby nawet rozdzielać się na kilka godzin, by wypełnić inne obowiązki, i potem wrócić - pewni, że ich woń utrudni jakąkolwiek ingerencję rywali. Lub mogli wszystko odwołać, gdyby zdecydowali, że jednak nie są wystarczająco kompatybilni. Jednakże to były lepsze czasy, gdy Przewodnicy byli liczni. Teraz, nawet w Tower, byliby pospieszani, by przejść do kolejnych, bardziej trwałych etapów. A wiązania w terenie, takie jak to, były jeszcze szybsze.
Rytuał woni dawał pożądany efekt. Przewodnik już nie walczył. Leżał spokojnie i cicho, nie licząc oddechu, który coraz bardziej przypominał dyszenie. W końcu, gdy moment, kiedy powinno było stać się to dla niego oczywiste, że został schwytany dawno minął, zaczął godzić się z sytuacją. Jego ciało stało się bezwładne, gdy oddał się instynktom zrodzonym w najgłębszych częściach jego mózgu. W obecności kompatybilnego i niezwykle ochoczego Strażnika, jego potrzeba związania przezwyciężyła skrupuły.
Najgorsze było za nimi. Mycroft westchnął z ulgą. Nie było nic bardziej przygnębiającego niż bycie świadkiem sytuacji, gdy coś, co powinno być pięknym epizodem, zmienia się w coś tak ohydnego jak gwałt.
Ames, wyczuwając kapitulację, widocznie się zrelaksował. Zszedł z pleców Przewodnika i obrócił bezwładnego mężczyznę na drugą stronę, odpinając i zdejmując resztki ubrań, których wcześniej nie dał rady zedrzeć. Przewodnik sięgnął dłonią i czule pogładził twarz swojego Strażnika, na jego twarzy malowało się całkowite zdumienie, tam gdzie minuty temu było miejsce jedynie na panikę. Wtedy jego szyja wygięła się - oddawał się do następnego etapu. Ritus morsus, ugryzienie, które zaprowadzi te dwójkę w namiętne szaleństwo.
Czas iść, pomyślał Mycroft z ulgą. Stało się to oczywistością, że pomimo ciężkiego początku, wszystko teraz będzie szło pomyślnie. Ames nie był już na tyle oszalały, by przypadkiem zrobić krzywdę swojemu Przewodnikowi. Przewodnik ulegał ferworowi wiązania i nie będzie musiał być przytrzymywany. Była już tylko jedna rzecz, którą mógł zrobić dla tej dwójki. Mycroft sięgnął do kieszeni i uważnie się zbliżył. W reakcji na warknięcie, zatrzymał się tam gdzie stał i położył na dywanie paczkę trzech prezerwatyw i małą buteleczkę lubrykantu: coś, co trzymał właśnie na taką ewentualność.
Wtedy Mycroft powoli wycofał się do drzwi i zamknął je za sobą. Nie było to autentyczne zapewnienie prywatności. Wciąż mógł słyszeć, co robią w więcej niż dostatecznym stopniu. Walczył z zażenowaniem, gdy tysiące lat biologii Strażników sprzeczało się z przyzwoitością wpajaną podczas szesnastu lat edukacji w prywatnej szkole.
Na szczęście podejrzewał, że żadne z tej dwójki nie będzie przejawiało specjalnej odporności. Gdy stosunek będzie zakończony, podczas krótkiego momentu następującej błogości, będzie miało miejsce dopełnienie ostatniego etapu. Caerimonia compago, trwała więź. Od tej chwili nigdy nie będą w pełni rozdzieleni. Więź będzie zawsze przywoływała ich z powrotem do siebie. Jedynie poprzez zastosowanie skomplikowanych, trudnych i bolesnych metod, ta więź może zostać zerwana.
O więziach mówiąc, Anthea zbliżała się do niego, używając ich więzi, aby wyłowić jego miejsce pobytu. To oznaczało, że ambulans z Vinem już odjechał i jej usługi nie były już potrzebne. Mycroft spacerowym krokiem obrał drogę powrotną poprzez ciemne biura, do oświetlonej części magazynu. Jego Przewodnik, jako, że nie posiadała umiejętności widzenia w ciemności, przyniosła ze sobą latarkę i ostrożnie przedzierała się przez gruzowisko pokrywające podłogę.
- Hope przekazuje swoje przeprosiny – powiedziała spokojnym tonem, gdy stanął obok niej. Objął ją pewną ręką, świadom szkła, metalu i ostrych drewnianych występów, które się poniewierały wokół. Poddała się jego ochronnym instynktom i pozwoliła, by wziął jej rękę i zaprowadził w miejsce, gdzie mogli usiąść obok siebie na schodach półpiętra.
- Byłbym zdziwiony, gdyby nie przeprosił – odpowiedział Mycroft, nawet nie próbując ukryć swojego gniewu. Anthea i tak by go wyczuła. – Czy powiedział, dlaczego umieścił Amesa i Vina w tej samej grupie?
Wzruszyła ramionami.
- Nie. Mówił tylko, iż był świadom, że ich preferencje częściowo się nakładają, ale uznał, że skoro Vince jest początkujący i stosunkowo przystosowany, podda się w obliczu Amesa, jeżeli dojdzie do takiej sytuacji.
- Cóż, najwyraźniej tak się nie stało – stwierdził Mycroft z goryczą. – A jak się miewa ten smarkacz?
Anthea przewróciła oczami.
- Zupełnie psychotycznie. Na szczęście miałam wystarczająco uspokajającej empatii, by go ogłuszyć. Powinien pozostać nieprzytomny na wystarczająco długo, by dotrzeć do szpitala. Hope mówi, że wyśle Przewodnika, żeby pomógł lekarzom i obsłudze go okiełznać.
Mycroft pokręcił głową i przejechał palcami przez cienkie włosy.
- Boże mu dopomóż. Nie chciałbym być lekarzem, który będzie go zszywał.
ж
Niezbetowane. Wybaczcie przecinki i głupie błędy.
Nie będę nawet prosiła o przebaczenie tej haniebnej przerwy w publikowaniu. Najpierw nie potrafiłam wrócić do tego tekstu po tym jak autorka go porzuciła, potem studia, życie, itd. Ale postaram się to wszystko nadrobić.
Dodałam ostrzeżenie przy poprzednim rozdziale, lecz powtórzę je tutaj, gdyby ktoś od razu przeskoczył tutaj: Ten fic został zawieszony/porzucony przez autorkę, ostatni update miał miejsce w maju 2012. Przetłumaczę wszystkie czternaście rozdziałów, które są opublikowane, ale ostrzegam Was, że z powodów na, które na kompletnie nie mam wpływu, więcej może się nie pojawić. HISTORIA JEST NIESKOŃCZONA I TAKA MOŻE POZOSTAĆ.
((Do osób czekających na Ćmy: naprawdę niedługo będzie nowa część, jestem w fazie przepisywania rozdziału, gdyż pisałam go ręcznie podczas pobytu w Londynie, z którego wczoraj wróciłam. Pisanie ręcznie jest super, przepisywanie to suka.))
