Kilka dni wcześniej jego życie było zupełnie przewidywalne, poukładane i spokojne. Praca w ministerstwie, rodzina, wakacje- WAKACJE. Zachciało mu się wakacji w leśnych ostępach Dartmoor, w zapomnianych połaciach lasu Teign Gorge. A miało być tak pięknie. Romantyczne spacery leśnymi dróżkami, szumiące strumyczki, słońce ciepło otulające konary drzew, zapach testrali swobodnie pasących się na szmaragdowych polanach….. Mieszkał razem z Ginny w przytulnej, drewnianej leśniczówce, pośród śpiewu ptaków a lokalne centaury zaglądały na wspólne kolacje.

Kompletnie nie potrafił odpowiedzieć sobie na pytanie, co go podkusiło, aby w środku nocy urządzać samotne spacerki po nieeksplorowanych wcześniej terenach leśnych. Aktualnie myśląc o tym miał ochotę raz a dobrze walnąć głową w ścianę- może by pomogło. Raczej nie. Cóż za idiotyzm. Może by zginął tragicznie i resztę swego istnienia spędził próbując wyskoczyć z okna. Nie. To błędne koło. Błędne koło durnych myśli, ale w tej sytuacji trudno było o myśli mądre...

Harry Potter miał pełną świadomość tego, że znalazł się w miejscu, zwanych przez niektórych czarną dupą. Była bardzo czarna. I bardzo dupa.

Kilka dni temu - w zasadzie kilka nocy temu bez żadnego istotnego powodu postanowił urządzić wycieczkę przez nieznany sobie las, który wydawał się być zupełnie pospolitych i typowym drzewostanem. W nocy. Wydawało mu się to lepszą alternatywą niż bezsensowne przewracanie się w łóżku skoro nie mógł zasnąć. Cholera, następnym razem weźmie cały zapas eliksirów nasennych i popije Ognistą żeby tylko nie łazić po nocach jak ten kretyn. Albo jak Lupin. Z dwojga złego wolałby łapać pchły w sierści niż potem znosić towarzystwo gadającego łba.

Noc jest do spania a nie do łażenia. Ma teraz za swoje.

Ścieżka wiła się miedzy buczynami zupełnie niewinnie, srebrny księżyc oświetlał drogę, cisza, spokój, i to powinno już być podejrzane. No nie było. Lazł ta dróżką piekielną ciesząc się z odnajdywania śladów kopyt centaurów. Mało wymagająca rozrywka.

Nie zwrócił specjalnie uwagi na kładkę będącą przedłużeniem ścieżki. Nie żaden tam most- kładka zwykła, drewniana, śliska od wody, ale na tyle szeroka, że dało się przejść nie wybijając sobie zębów. Pod kładką szemrał cichutko strumyczek a księżyc uśmiechał się do swego odbicia w wodzie. Nie zauważył, iż był to uśmiech pełen jadu.

Nie zwrócił też uwagi na dyskretny odblask przed sobą i za sobą po obu stronach prowizorycznego mostku. Odblask był logicznym następstwem odbicia światła księżycowego (ściślej światła słonecznego odbitego od księżyca a następnie od tafli wody) - od powierzchni odbijającej a zarazem przezroczystej, której tam absolutnie być nie powinno, co ze zdumieniem stwierdził waląc nosem w rzeczona powierzchnię po przeciwnej stronie kładki. Ponieważ nawet w świecie magii od czasu do czasu działają newtonowskie prawa fizyki, więc odbił się od powierzchni, której nie widział a nogi wykonały na śliskim drewnie taniec kurczaków na kursie latania. Nic to nie pomogło i rymnął głową do przodu a nogami na obie strony próbując zębami złapać spadające okulary. Nie było to najlepszym pomysłem gdyż oprawka okularów wbiła się mu w gardło w podstępnej próbie zadławienia go. Szczęśliwie bezskutecznej. Doskonale zdawał sobie sprawę z idiotycznej pozycji, w jakiej leżał, z bólu rozbitego nosa, z drutu w gardle i z przekleństw, które w ciszy plątały się miedzy zwojami mózgowymi.

Kątem oka ujrzał odbicie światła również po drugiej stronie kładki, ograniczające jakąkolwiek możliwość ucieczki. Czuł…. Czuł, że został złapany pomiędzy dwoma końcami zmurszałego kawałka drewna przewieszonego nad rachitycznym strumyczkiem. Żadnych fanfar i żadnej potęgi.

Poczuł też, że nie jest sam.