Odchodząc w Mrok
NB.
Cz.2.
Zostawiłeś mnie stojącego tu,
samego, zimnego.
Wierzę, że któregoś dnia, niedługo,
mój ból się skończy.*
Minął prawie rok odkąd Harry żył w 1978. Dyrektor pomógł mu, gdy kilka tygodni po ataku Toma, otworzył oczy. Cudem przeżył. Tak blisko skoncentrowana czarna magia okaleczyła bardzo jego ciało. Wstać mógł dopiero po długiej rehabilitacji. W świętym Mungu powoli usuwali skutki Sectumsempry. Dopiero, gdy odzyskał w miarę sprawność i magię, mógł dokładnie wytłumaczyć, jak usunąć wszelkie efekty tej jeszcze nieznanej im klątwy. Żałował, że od razu nie wytłumaczył Pomfrey przeciwzaklęcia, gdy po raz pierwszy miała z nią do czynienia.
Teraz zmarnował dużo czasu i nie wiedział, jak odnaleźć Severusa.
Po wyleczeniu poprosił dyrektora Hogwartu o pomoc w znalezieniu jakiegoś zajęcia.
Dzięki Albusowi trafił do aurorów. Nic specjalnego, był jeszcze za młody na akcje, ale przynajmniej był blisko serca informacji, a jednocześnie daleko od miejsc, w których jego obecność mogła wpłynąć na czas.
Jednak to nie powodowało, że miał przestać uważać.
Czuł się cały czas osaczony. Wszystkie rozmowy musiał analizować, czy czegoś przypadkiem nie zdradzi. W efekcie stał się milczkiem. O dziwo, nikt z tego powodu go nie unikał. Przyciągał do siebie ludzi jak magnes. Każdy chciał z nim chwilę porozmawiać, nawet jeśli w odpowiedzi miał otrzymać tylko pocieszający uśmiech i stwierdzenie: „wszystko będzie dobrze". Harry pracował jako recepcjonista, przynajmniej tak to można było nazwać. Pilnował porządku przy wejściu na posterunku aurorskim, przyjmując petentów i odsyłając ich w odpowiednie miejsce.
Gdy po raz pierwszy poradził sobie z bardzo zdenerwowanym i wzburzonym czarodziejem w towarzystwie dwóch wilkołaków i nawet nie odniósł obrażeń, inni zaczęli patrzeć na niego inaczej. Część podejrzliwie, bo pomimo młodego wieku wykazywał nawyki wieloletniego szkolenia, którego przecież nie odbył. Kolejni z dumą posiadania „takiego" młodego człowieka w swoich szeregach.
Tak było do ataku śmierciożerców w pobliżu ich biura. Musieli wtedy wziąć udział wszyscy aurorzy, przebywający w kwaterze. Walka trwała dziesięć godzin. Wszyscy walczyli o swoje i cywili życie.
W pewnej chwili, pod sam wieczór, gdy każda ze stron wykazywała coraz większe oznaki wyczerpania, pojawił się sam Voldemort i aurorzy zadrżeli. Poza tym młodym człowiekiem, który jako jedyny wystąpił, stając prosto i celując w Czarnego Pana, tak jakby robił to nie pierwszy raz. Nikt nie zareagował, ani śmierciożercy, ani aurorzy. Każda ze stron była zszokowana odwagą lub głupotą chłopaka. Cisze przerywały tylko trzaski ognia, który pożerał pobliskie domy i jęki rannych.
A potem Harry sam zamarł.
Tom uśmiechnął się do niego sarkastycznie i nakazał osobie, stojącej za jego plecami, wysunąć się do przodu.
— Wkrótce się z nim spotkasz. Osobiście wyślę go żeby cię zabił, chłopcze — zasyczał, a po plecach zebranych znów przebiegły dreszcze na ten dźwięk.
Na bezgłośny znak Riddle'a wszyscy przeciwnicy odeszli za swym przywódcą.
Harry usiadł na gruzach sklepu z magicznymi artefaktami, który był głównym celem śmierciożerców i opuścił głowę na kolana, nie zwracając uwagi na to, co się dookoła działo. Nie interesowało go to ani odrobinę.
U boku Toma bowiem stał Severus.
Nie wyglądał jakby go rozpoznawał, ale to na pewno był Severus z tych czasów. Co takiego działo się przez ostatni rok, że wzrok Snape'a był pełen pustki, o której on już prawie zapomniał, że kiedyś tam była? Takie oczy miał jego Severus, zanim go z niej wydobył. Czy i tego też będzie musiał?
— Młody, masz się zgłosić do głównego dowódcy. — Ktoś klepnął go w ramię i wskazał jednego z grupy aurorów, którzy teraz obserwowali go z daleka, dyskutując cicho.
Spodziewał się tego już od jakiegoś czasu. Wiedział, że zaczął wzbudzać swoim zachowaniem ciekawość nie tylko zwykłych aurorów, ale także i swoich przełożonych. Ale nie mógł wrócić do swoich czasów, gdy historia Severusa uległa zmianie. Miał jednak jeszcze trochę czasu, zanim nadejdzie dzień, w którym Potterowie zginą, ratując swojego jedynego syna. Do tego momentu on musi przywrócić w miarę porządek.
Gdyby teraz wrócił…
Aż bał się myśleć, co działoby się w tamtych czasach, w których nie byłoby nikogo, kto maczałby palce w planach Voldemorta.
Podniósł się ciężko i czując powoli pierwsze efekty kilkugodzinnej walki, skierował się w stronę dowódcy. Coś czuł, że ta rozmowa zakończy jednocześnie jego pracę na posterunku.
— Panie Grim, czy mógłbyś wytłumaczyć, co tu się właśnie wydarzyło? — W pierwszej chwili nie skojarzył, że pytanie jest skierowane właśnie do niego.
Tak rzadko używał swojego fałszywego nazwiska, że zapomniał o nim.
— Nie bardzo — odparł, w dużej mierze zgodnie z prawdą.
— Nie bardzo, bo nie wiesz, co się naprawdę działo? Czy, nie bardzo, bo nie chcesz nam nic powiedzieć?
Harry milczał. Co miał im odpowiedzieć? Nie mógł zdradzić swojej tajemnicy.
— Jesteś zawieszony do wyjaśnienia tej sprawy.
— Nie będzie takiej potrzeby — odparł z cichym westchnięciem. — Przykro mi, że sprawiłem i jeszcze pewnie trochę nabałaganię, ale teraz muszę się jeszcze pożegnać.
Nim zdołano go zatrzymać aportował się. Kilka sztuczek, które nauczył go starszy Severus, były wciąż przydatne. Zwłaszcza na terenie antydeportacyjnym. Bo może nie można było się w nim aportować poza teren zaklęcia, ale jeśli było ono na tyle szerokie, wystarczyło zniknąć z oczu przeciwnika. Potem jedynie przekraczało się granicę czaru i puff! No, może nie całkiem tak prosto, bo trzeba było jeszcze przełamać pole, ale czym szersze tym słabsze. Powtórzenie kilkakrotnie aportacji nie było za miłe dla żołądka, ale gubiło się niechciany pościg. Nie mógł pozwolić sobie na złapanie i następnie test Veritaserum. Nie miał dostępu do eliksiru Severusa z przyszłości. Wtedy przesłuchanie nie robiłoby mu najmniejszej różnicy, bo zwyczajnie by go zwalczył.
Musiał coś wymyślić. Krążenie bez celu jakoś nie bardzo przypadło mu do gustu. Voldemort wreszcie zareagował i określił swoje plany względem niego, a także Severusa. Harry najbardziej bał się tego, co lord zrobił Snape'owi. Nie wyglądało to za wesoło. I to nie tylko dla niego, bo jeżeli oni obaj przegrają teraz, to kto w przyszłości pomoże młodemu Harry'emu.
Przystanął na moście. Światła latarni odbijały się w ciemnej wodzie. Zmęczenie walką coraz bardziej dawało się we znaki, a on nie mógł wrócić do swojego małego mieszkanka po cokolwiek. Bolały go mięśnie i był spragniony. Pozostawała mu jedynie różdżka i to, co miał przy sobie. Niewiele tego było, ale przynajmniej starczy na ciepły posiłek w pobliskiej restauracji. Nic specjalnego. Knajpka serwująca gorące potrawy przez całą dobę.
— Nie uciekłeś z domu, mały?
Nigdy nie był wysoki, a dziś oczywiście musiano mu to wypomnieć.
— Jestem pełnoletni, jeżeli o to panu chodzi.
Właściciel, czy pracujący akurat na zmianie kucharz, zmierzył go z góry na dół i podsunął kartę. Całe szczęście Harry nie miał w zwyczaju nosić czarodziejskich szat. Ubrany był tak, jak większość młodych ludzi w mieście. Nie lubił zwracać na siebie uwagi. Z tym ostatnim to różnie bywało, ale w końcu był kim był. Nigdy nie przyzwyczaił się do rozgłosu, który zawsze wokół niego panował.
Zamówił sobie coś do jedzenia i zaczął się zastanawiać, co dalej. Śmierciożercy, a zwłaszcza ten jeden szczególny, odnajdą go dosyć szybko.
— Mam nadzieję, że długo nie czekałeś?
Bał się odwrócić głowę od okna, choć już odbicie mówiło, że się nie pomylił. Severus usiadł po drugiej stronie stołu, jakby byli tu umówieni na spotkanie. Cóż, długo nie dano mu odpocząć.
— Dobry wieczór, Severusie — rzucił trochę niepewnie.
Za bardzo niepewnie.
— Boisz się? Mój Pan mówił, że jesteś kimś niezwykłym. To miał być dla mnie zaszczyt usunąć cię z jego drogi.
Harry nie potrafił wydobyć z siebie głosu. To był prawie rok, a Severus tak bardzo się zmienił. Wydawało mu się, że wcale nie cofnął się w czasie. To był Snape z jego czasów, zanim go wydobył z otchłani. Zgorzkniały, oschły i zraniony. Puste, beznamiętne spojrzenie tych czarnych oczu przebijało go na wskroś. To bolało. I to naprawdę mocno.
— Severusie, to ja. Harry — powiedział, dotykając jego policzka i w tej samej chwili uzmysłowił sobie gorzką prawdę.
Ten Ślizgon nie zna jego dotyku. Nic mu nie mówi, znali się za krótko. Opuścił zrezygnowany dłoń.
— Nie wiem, czego próbowałeś, ale na mnie nie zadziała.
— Widzę — zauważył smutno.
Czy już nic mu nie pozostało? Żadnej nadziei?
— Jeśli masz jeszcze jakieś życzenia, to mów. Mi się nie śpieszy.
— Cokolwiek bym sobie zażyczył, to i tak nie zwróci mi to tamtego Severusa. Ty nie jesteś już prawdziwy. Stałeś się marionetką. Kukiełką, którą za sznurki steruje Tom. Chcę Severusa, który pomimo swojego sarkazmu i wylewającej się z niego złośliwości zawsze potrafił pomóc. Bezinteresownie, czasami w ukryciu. Innym razem nawet nie fatygując się, by uratowany zdążył podziękować, już równał go z błotem. Wróć, Severusie. Wróć do mnie.
Najmniejszy mięsień nie drgnął na twarzy drugiej osoby na znak, że coś go poruszyły te słowa.
Harry'emu został przyniesiony posiłek i kelner odszedł, krótko zerkając na drugiego chłopaka.
Milczeli, patrząc tylko na siebie.
To było trudne. Jak ma przypomnieć temu Severusowi siebie, skoro znali się kilka dni? Nic silniejszego poza jedną, wspólną nocą ich nie łączyło.
— Jedz. Nie chcę byś mi potem grymasił, że twój ostatni posiłek był zimny.
Harry nagle podjął inny plan.
— Widziałeś się ostatnio z Lily? Za kilka miesięcy ukończy szkołę. — Miał nadzieję, że ta część wspomnień nie została naruszona.
— Nie interesuje mnie ta szlama! — warknął Severus, ale reakcja została już wymuszona.
— Sam jesteś księciem Półkrwi — zauważył Harry, pijąc kawę, by choć trochę pobudzić zmęczony umysł i ukryć drżenie dłoni ze zdenerwownia.
I tym razem twarz zdradziła Snape'a, ale jednak nic nie powiedział.
— Tom będzie chciał ją zabić — drążył dalej chłopak.
— Po co? Niczym mu nie zagraża.
— Jeszcze nie. Wkrótce.
Uczucia Severusa do Lily nadal były głębokie. Tom nie mógł ich usunąć, nie niszcząc w ten sposób całkowicie umysłu sługi. Może to w czymś mu pomoże? Może chociaż nie pozwoli historii ulec zmianie. On chwilowo był najmniej ważny. Dyrektor poznał jego historię i miał nadzieję, że w przyszłości nie pozwoli mu na ten skok. Teraz musi zająć się Severusem.
Jednak nie było mu to dane.
Gdy tylko zjadł, młody mężczyzna złapał go za rękę i aportował ich obu poza miasto, nie przejmując się ani niezapłaconym rachunkiem, ani tym bardziej kucharzem, który zauważy ich znikniecie.
Pogoda, jak na złość, miała podobnie nie wesoły humor co Harry. Zaczęło mżyć i po chwili obaj stojący naprzeciwko siebie mężczyźni byli mokrzy. Potter odgarnął mokre włosy i nic poza tym ruchem nie zrobił. Ciągle myślał, jak obudzić starą wersję Severusa.
Przed pierwszym zaklęciem zwyczajnie uskoczył, kolejne zablokował tarczą. Naprawdę nie miał najmniejszej ochoty walczyć z Severusem, nawet jeśli on sam chciał jego śmierci.
Unikał, lub tylko blokował, jego ataki. Oczywiście przeciwnik nie był głupi i to zauważył.
— Przestań! Walcz w końcu! Nie baw się ze mną!
I chociaż Harry nie podjął rękawicy, on nadal atakował i to wcale mu nie pobłażając. Zaklęcia niszczyły wszystko dookoła, gdy odbijały się od tarczy.
— Tchórzysz? Wolisz zwyczajnie zdechnąć? Ty chcesz bym cię zabił — stwierdził. — Pragniesz umrzeć. Tom miał rację, jesteś niezwykły, ale chyba nie w tym sensie co myślałem.
Tego jednego Harry chyba nie potrafił wytrzymać. Wyrwał różdżkę z ukrytego w rękawie szaty przytrzymującego paska i zaatakował kilkoma potężniejszymi zaklęciami. Normalnie rzadko używał tego typu czarów, ale tylko Severus zawsze potrafił go zdenerwować.
Niestety magia została powstrzymana nim doleciała do obranego celu.
Przed Snape'em stał Riddle, mężczyzna który w krótkim czasie zniszczy życie jego jeszcze nienarodzonej wersji. Voldemort spojrzał na swojego zwolennika marszcząc czoło i prawie w tej samej chwili Harry poczuł jego dłoń na szyi, a drugą przytrzymującą różdżkę, by nie mógł atakować. Tylko ciche echo mówiło, że użył szybkiej aportacji, by się do niego zbliżyć.
Dotyk nie bolał. Tom nie miał jeszcze w sobie jego cząstki magii i poświęcenia Lily. Nim to do Harry'ego dotarło, że nie będzie bólu, usłyszał trzask. Spiął się, ale to nie była żadna z jego kości. Powoli, wręcz ślimaczo, opuścił wzrok.
Część, ta węższa, jego różdżki leżała mu u stóp. Bliźniacza różdżka Czarnego Pana została zniszczona.
A Severus tylko beznamiętnie patrzył. Nie wykonał nawet najmniejszego gestu.
— On należy do mnie. Nie uratujesz go w żaden sposób. Tamtego Severusa już nie ma.
Słowa Toma bolały, ale nie byłby Potterem, gdyby czegoś nie zrobił. Odepchnął od siebie Toma i uskoczył w bok. Voldemort w ogóle nie zareagował, jakby te przepychanki chłopaka tylko go bawiły. Harry podbiegł do Severusa. Skoro wróg nie bierze go poważnie, może coś uda mu się zdziałać. Cokolwiek.
Zdecydował się na jedno.
Pocałował zachłannie Snape'a, obejmując go za szyję i zanurzając jedną z dłoni w jego włosy.
To było jedyne, co naprawdę ich połączyło. Ten Severus jeszcze o tym nie wiedział, ale w ten sam sposób Harry przełamał mur w jego przyszłości.
— Mactabilis Paciscor.**
Potter zamarł rozpoznając inkantację i odsunął się z szokowanym wyrazem twarzy.
Spojrzał w dół. Severus także.
Na piersi Harry'ego zaczęła rozrastać się plama czerwieni. Nogi zaczęły się pod nim uginać i złapał się kurczowo szaty Severusa. Ten tylko stał, gdy chłopak upadał najpierw na kolana, a potem na bok, na ziemię.
— Severusie… — szepnął Harry.
On tylko zmarszczył brwi i spojrzał na Toma, który stał przed nim na wyciągnięcie ręki. To Riddle rzucił zaklęcie.
Dlaczego ten chłopak woła go takim zbolałym głosem, jakby coś dla niego naprawdę znaczył? I dlaczego go to tak porusza?, pomyślał Severus, ściskając dłonie w pieści, jednak poza tym nic po sobie nie pokazując.
— Wracamy. Może będzie mieć szczęście i ktoś go kiedyś znajdzie oraz pochowa. — Upiorny śmiech mógł oznaczać dla Harry'ego tylko jedno.
Był na całkowitym bezludziu. Nikt go tutaj nie odnajdzie. Przed oczami zaczęły pojawiać mu się mroczki i z trudem utrzymywał oczy otwarte.
— Severusie… — jęknął już załamany i wyciągnął w jego stronę rękę.
Znów odchodził, a on nic nie mógł zrobić. Łzy, niekontrolowane, spłynęły mu po policzku.
Ile razy jeszcze będzie tracił Severusa? Czy takie było ich przeklęte przeznaczenie?
Został sam w zapadających coraz bardziej ciemnościach. Uniósł dłoń w górę i cicho szepnął:
— Expecto patronum.
Srebrzystobiałe zwierzę zniknęło, gdy tylko wydał mu polecenie. Patronusy nie ograniczała przestrzeń, pewnie już był przed Dumbledore'em. Za to on musi wytrwać do jego przybycia. Czuł się naprawdę źle. Ból już osłabł, gdy coraz bardziej popadał w odrętwienie. Walka ze śmierciożercami, potem z Severusem, a teraz rana. To wszystko razem powinno go zabić. Powinno w ciągu kilku najbliższych minut, jeśli czegoś nie zrobi.
Ledwo poruszając ręką, która dodatkowo zaczęła drżeć, pewnie z szybkiej utraty krwi, szukał fiolki. Zawsze jakieś nosił przy sobie. Dziwaczny nawyk Severus przeszedł na niego. Jego palce powoli sprawdzały oznaczenia na zamknięciach buteleczek. Każda miała inny kształt, by to ułatwić.
Znalazł!
Nadal ją miał. Otoczone zaklęciem wiecznej świeżości, ciągle była dobra i gotowa do spożycia. To wystarczało, by wytrwał do przybycia dyrektora. Wypił ją.
Umarłeś dziś,
Lecz ciągle oddychasz,
W moim umyśle,
Tak jest,
Nie ma już dobrych ludzi.*
Severus szedł niespokojnie po korytarzach dworu Lorda. Takie zachowanie było do niego niepodobne i każdy usuwał mu się z drogi. W końcu to była prawa ręka Czarnego Pana i najmłodszy mistrz eliksirów. Kto wie co mógł dodać do posiłku, gdyby ktoś mu podpadł.
Zebranie śmierciożerców powoli dobiegało już końca, a Severus nawet nie potrafił sobie przypomnieć o czym była mowa.
— Severusie, idziesz ze mną! — usłyszał nagle polecenie, które natychmiast wyrwało go z zamyślenia.
Pochylił głowę na znak, że przyjął rozkaz i czekał aż Voldemort zbliży się do niego. Szpaler, którym Tom kierował się w stronę wyjścia, w całości miał pochylone głowy. W końcu sam Lord opuszcza zgromadzenie, nie wypada, albo raczej nikt nie odważyłby się zrobić inaczej. Powodował to nimi bardziej strach niż szacunek.
Gdy Tom minął Severusa, ten podążył za nim. Mężczyzna prowadził go do swojego prywatnego gabinetu. Mijani zwolennicy zatrzymywali się w pokłonie, jakby co najmniej sam król przechodzi obok. Ale każdy wiedział, że takie są zasady. Ten, kto odważy się je złamać, zostaje zaproszony na prywatną audiencję. W najłagodniejszym wypadku zajmie się nim Wewnętrzny Krąg, w najgorszym sam Lord, a to ostatnie równało się śmierci i to wcale nie szybkiej.
Severus zamknął drzwi i czekał po środku komnaty. Tom oparł się o biurko i taksował go wzrokiem przez dłuższą chwilę.
— Co się dzieje, Severusie? — zapytał niezwykle miękko. — Jesteś ostatnio jakiś nieobecny.
— Nic, Mój Panie. — Severus pochylił głowę z szacunkiem. — Wybacz mi moje roztargnienie. To się więcej nie powtórzy.
Marvolo jednak nie dał się tak łatwo zwieść. Zbliżył się do chłopaka i uniósł jego twarz, zatrzymując dłoń na podbródku i kciukiem gładząc szczękę.
— Mnie nie oszukasz. Coś się z tobą dzieje odkąd zabiłem tamtego chłopaka. — Natychmiast poczuł, jak Severus lekko drgnął na to stwierdzenie. — Zapomnij już o nim. Jego już nie ma.
Pochylił się w jego stronę i pocałował. Powoli, ale jednocześnie bardzo zachłannie. Oplótł ramieniem w pasie, przyciągając go bliżej, tak by ocierali się o siebie biodrami. Severus cicho jęknął. Usta Toma drażniły pocałunkami jego skórę, powodując napięcie w dole. Gdy ten dotarł do miejsca tuż za uchem, jęk wyrwał się o wiele głośniej z jego ust.
— Jesteś mój, Severusie.
To nie było czyste stwierdzenie faktu. To był fakt oczywisty.
Tom nie przerywał nawet na chwilę. Bardzo dobrze wiedział, które miejsca na Severusie pragną najbardziej dotyku jego dłoń i ust. Pozbył się swojej i jego góry, pozostając w samych spodniach. Lubił czuć coś, co oddzielało go od prawdziwego celu jego dążeń. Wtedy wrażenia były potęgowane, jednocześnie chcąc więcej i więcej.
Severus, jak zawsze, poddawał się mu bez sprzeciwu. Był jak modelina, którą mógł formować jak tylko chciał. Lubił, co prawda, gdy druga osoba się broni, ale od tego miał swoje ofiary. Najlepszego towaru nie kaleczy się biczami, czy zaklęciami tnącymi. Nie oszpeca.
Posłuchanie tamtego nieznajomego mężczyzny przyniosło mu same korzyści. Nikt nie stanął na razie na jego drodze. Nawet ten starzec Dumbledore od miesięcy siedział cicho, jak mysz pod miotłą. I choć jednocześnie taka cisza była niepokojąca, nie przejmował się tym zbytnio. A już na pewno nie w tej chwili, gdy doprowadzał Severusa na skraj.
Chłopak pozwalał mu na wszystko. Jego blokady zostały zdjęte w jednych miejscach, a założone w innych jeszcze mocniej w zależności od planów Lorda. Najwybitniejszy i jednocześnie najmłodszy, wyszkolony mistrz eliksirów. Świetny strateg i czarodziei, który niewiele ustępował mu wiedzą z zakresu zaklęć z czarnej magii.
I jego uległa zabawka.
Ale to później. Severus wręcz domagał się uwagi. Siedząc mu na kolanach, ocierał się o jego krocze biodrami coraz intensywniej. Nie przerywał mu, przeciwne pomagał jeszcze wzmocnić doznania, dociskając go mocniej dłonią.
Oczywiście na niego też to działało, wciąż był młodym mężczyzną, który potrzebuje się czasem wyładować. W pewnej chwili chciał już tylko jednego. Ubrania całkowicie zniknęły z ich ciał.
Zostawiłeś mnie stojącego tu,
samego, zimnego.
Wierzę, że któregoś dnia, niedługo,
mój ból się skończy.
Harry powoli otworzył oczy. Bolała go klatka piersiowa jakby ktoś wyrwał z niej jej kawałek. Nagle przypomniał sobie, że przecież faktycznie tak się stało. Jęknął, gdy spróbował się trochę unieść, by rozejrzeć się gdzie jest.
— Leż spokojnie. — Ktoś nakazał mu zaprzestać poruszania się.
Koło łóżka stał mężczyzna w białym fartuchu, ale wcale nie przypomniał mu magomedyka ze świętego Munga.
— Gdzie jestem? — usłyszał swój mocno zachrypnięty głos i natychmiast zadał kolejne pytanie. — Jak długo tu jestem?
— Dosyć długo. Byłeś w śpiączce i to cię uratowało. Twoja rana jest bardzo rozległa, cudem cię uratowaliśmy.
Harry rozglądał się lekko zdezorientowany. Był opleciony masą urządzeń, które z całą pewnością nie były magiczne.
Dlaczego był w mugolskim szpitalu? Czyżby Dumbledore nie przybył i znaleźli go ludzie? W jaki sposób go wybudzili? Może sam zwalczył Wywar Żywej Śmierci? Ale przecież to niemożliwe.
— Ja długo…?
— Prawie trzy miesiące — odpowiedział mu wreszcie lekarz.
Chłopak opadł na poduszkę. Znów zmarnował czas. Zostaje mu go coraz mniej.
Lekarz sprawdzał w ciszy jego stan. Czekał aż pacjent przetrawi spokojnie wszystkie informacje. Potter w ciszy obserwował zaognioną ranę, która po chwili skryła się pod świeżym opatrunkiem.
— Kiedy będę mógł wyjść?
— Nie prędko. Rana bardzo źle się goi. Pomimo naszych starań, dzięki którym już dawno powinna…
— Nie ważne — przerwał mu Harry. — Rozumiem.
Choć to ostatnie nie do końca była prawda. Powinien nie żyć, skoro nie miał dostępu do eliksirów. Zaklęcie Toma miało go zabić, a Wywar Żywej Śmierci tylko wstrzymał ten moment.
Jak zwykli mugolscy lekarze zdołali go wybudzić i dodatkowo uleczyć, chociaż jeszcze nie do końca, ranę?
— Czy ktoś mnie odwiedzał?
— Tak, co parę dni masz gościa. Zawsze przychodzi w te same dni i o tej samej godzinie. To od niego dowiedzieliśmy się, że jest pan uczulony na niektóre leki. Gdybyśmy tego nie wiedzieli, moglibyśmy panu nieświadomie zrobić jeszcze większą szkodę.
— O której zwykle przychodzi? — Harry zastanawiał się, czy to Dumbledore i jeżeli tak, to dlaczego wybrał dla niego mugolski szpital?
— Powinien zaraz przyjść. Nigdy dotąd się nie spóźnił, Zawsze jest równo w południe.
Na zegarze ściennym za plecami lekarza dochodziła właśnie dwunasta. W chwili, gdy wskazówki zrównały się na tej właśnie godzinie, drzwi do sali otworzyły się.
— Dzień dobry. Przyszedł pan w odpowiedniej chwili, właśnie się obudził. — Lekarz przywitał go i skierował się do wyjścia. — Zostawię was na chwilę samych. Pewnie macie co nieco sobie do powiedzenia.
W przeciwieństwie do podejrzeń lekarza, zapanowała cisza po opuszczeniu przez niego pokoju.
— Co tutaj robisz, Severusie? — odezwał się po chwili Harry, jednocześnie nie mogąc oderwać wzroku od młodego mężczyzny.
Mugolski świat dziwnie patrzył na czarodziejskie szaty, dlatego Severus był przebrany. W przyszłości, jeżeli musiał udać się do świata mugoli, nigdy nie ubierał czegoś co zwróciłoby uwagę innych właśnie na niego.
Teraz było wręcz przeciwnie. Wszystko, co miał ma sobie, podkreślało jego atuty. Idealnie dopasowane ubranie opinało ze zmysłowością zgrabne ciało powodując, że wyglądał jeszcze bardziej tajemniczo. Włosy związane czarną aksamitką spływały falą na plecy. W ręku trzymał lekki płaszcz, który po chwili odłożył na wolne krzesło.
— Jak się czujesz? — zignorował wcześniejsze pytanie.
— Dlaczego to robisz?
— Bo mnie dręczysz? Nie dajesz mi spać w nocy, w dzień nie mogę zapomnieć o tobie.
Serce Harry'ego drgnęło. Severus coś do niego czuł, pomimo że została mu zabrana lub zmodyfikowana pamięć.
— Nie dręczę cię. Twoja prawdziwa osobowość daje o sobie znać. Tom cię oszukuje. Użył jakiegoś zaklęcia…
— Nie chcę tego słuchać! Pomagam w twoim leczeniu, bo Lord wtrącił się do naszego pojedynku.
Harry westchnął ciężko, odwracając głowę. Tego się nie spodziewał. Severus leczy go, by móc znów z nim wałczyć.
— Chcesz mnie zabić? — szepnął, przełykając niechciane, gorzkie łzy.
— Tak. To jedyny sposób, żeby o tobie zapomnieć. Wymazać cię z mojego życia.
— Dlaczego?
— Co „dlaczego"?
— Czemu tak usilnie chcesz mnie wymazać ze swojego życia. Byliśmy przyjaciółmi zanim Tom nie namieszał ci w głowie.
— Nie pamiętam cię. Nic mnie z tobą nie łączy.
Ranny westchnął bezgłośnie. Jego wszelkie nadzieje pryskały właśnie jak bańki mydlane.
— Za dwa dni przyjdę po ciebie. Dam ci odpowiednie eliksiry, a potem zobaczymy.
I wyszedł z pokoju szpitalnego.
Harry nie mógł się za intensywnie poruszać, bo z kilku miejsc wystawały mu rurki lub kable, ale uniósł się trochę na łokciach i obserwował, jak Severus rozmawia z lekarzem. Ten uścisnął mu dłoń i pożegnał, wracając do sali Harry'ego.
— Przyjaciel zabierze pana pojutrze. Ma miejsce w innym szpitalu.
Tak, oczywiście. W innym szpitalu. Chyba prosektorium.
Jego czarny humor został zauważony, ale nieskomentowany. Trudno było go nie dostrzec, gdy marszczył twarz, jakby zjadł cytrynę, albo nawet z tonę tych kwaśnych owoców. Harry zwyczajnie zaczął się złościć. Na Severusa, na Toma, a szczególnie na siebie. To wszystko by się nie stało, gdyby znów nie chciał zobaczyć Severusa. Mógł przyzwyczaić się…
Nie! Nie potrafił! Jak mógłby obejść się bez tego tłustowłosego dupka? Przecież jeszcze nie wszystko stracone! Może jeszcze przekonać Severusa, by podążył utartą historią. Nawet jeżeli będzie to oznaczać jego śmierć. Czas musi zostać pchnięty na stary tor.
Następnego dnia odczepiono od niego cały sprzęt, informując, że nie jest mu już potrzebny, skoro jest przytomny. Pozostawiono jedynie welflon, by nadal móc podawać leki. Rana, w niektórych miejscach nadal mocno zaczerwieniona, ciągle bolała przy poruszaniu. Harry chciał odzyskać trochę sprawności, nie czekając na mikstury lecznicze Severusa. Na razie mógł sam dotrzeć do łazienki i z niej skorzystać. Na dłuższe maratony jednak nie miał sił, ani pozwolenia pilnujących go lekarzy oraz pielęgniarek. Te ostatnie przypominały mu Pomfrey. Może z tego stróżowania miały jakiś specjalny kurs? Zawsze wiedziały, kiedy próbował im się wymknąć pod byle pretekstem. Po jakimś czasie dał spokój sobie i im. Tak naprawdę to i tak nie miał dokąd iść. Pozostało mu czekać na Severusa i jego plan.
— Wstawaj!
Mocne szarpnięcie obudziło go następnego dnia o niemiłosiernie wczesnej godzinie. Mógł się założyć, że jeszcze nie ma kolejnego dnia, albo dopiero co nastąpił.
Severus pochylał się nad nim i nadal potrząsał nim tak długo, aż śpiący otworzył w końcu oczy.
— Nie śpię. Nie musisz traktować mnie jak worka ziemniaków — burknął Harry, nadal nie całkiem wybudzony.
— Pij!
Na pościeli wylądowało kilka fiolek, których barwne zawartości wiele mówiły Harry'emu. Przeciwbólowy, przeciwgorączkowy, wzmacniający i parę innych eliksirów leczniczych, które często zdarzało mu się zażywać.
Posłuchał. Chciał być sprawny w takiej chwili. Działanie mikstur było natychmiastowe. Wyprostował się, czując jak ból i wyczerpanie tak poważnym zranieniem mija, chociaż wiedział, że nie bezpowrotnie. Blizna na piersi zbladła w kilka sekund i tylko biały ślad odznaczał się na jego skórze. Gdy opróżnił ostatnią buteleczkę, zerknął na zegar. Dochodziła druga w nocy. Korytarz, widoczny przez odgradzające go okna, był zaciemniony, a pielęgniarek nigdzie nie było widać.
— Pośpiesz się — ponaglił go Severus, odkrywając.
— W takim ubraniu nie pójdę! — oburzył się Potter, bo jego pidżama nie miała pleców, a gołym tyłkiem nie miał, w swoich ostatnich chwilach, zamiaru świecić.
— Pójdziesz.
Snape złapał go za ramię i chłopak poczuł, jak brzuch skręca się w tym niemiłym uczuciu aportacji.
— Przynajmniej pozwoliłbyś mi się ubrać — warknął do niego wściekle, odsuwając się. — Chyba na tyle…
Reszta zdania została urwana i zagłuszona przez pocałunek.
Harry w pierwszej chwili był tym faktem tak zaskoczony, że zamarł. Trwało to może z kilka sekund i potem zapadł się w tym odczuciu całkowicie. Dłonie zatonęły we włosach Severusa, przyciągając go jeszcze mocniej do siebie. Zamknął oczy i pozwolił mu na wszystko. Kochał każdy dotyk, jakim obdarzał go ten szczególny mężczyzna. Wszystkie tak doskonale znane i jednocześnie tak nowe. Dla niego ta chwila mogłaby się nigdy nie kończyć, trwać wiecznie. Był tylko mógł przebywać blisko Severusa. Powoli, bez pospiechu, pozbywali się swoich ubrań. Severus z ironicznym uśmiechem rozwiązał jedynie te trzy tasiemki, które podtrzymywały szpitalną koszulę i chwilę patrzył na ciało swego kochanka. Palcami przesunął po ledwo zaleczonej ranie na piersi, potem po tej na plecach.
— Niewiele brakowało, a zginąłbyś tamtego dnia.
— Nie pierwszy i nie ostatni, jak sądzę. Takie już moje fatum, że ktoś ciągle uwielbia, gdy jestem umierający, ale cudem unikam śmierci.
Usta Severusa podjęły swoje wcześniejsze działanie. Harry znów przymknął oczy, przyciągając jego głowę jeszcze bliżej. Nagle poczuł, że zostaje pchnięty i ląduje na czymś miękkim. Dopiero w tej chwili zdał sobie sprawę, że są w jakiejś sypialni. Wcześniej nie robiło mu to różnicy gdzie wylądowali. A teraz też było mu wszystko jedno. Dłoń Severusa podążała utartym do jednego celu. Harry wygiął się w łuk, cicho jęcząc z przyjemności. Kochanek zamruczał, całując jego bark na ten pokaz. Potter kochał to. Kochał Snape'a, który robił z nim co chciał i jak chciał. Doprowadzał go na samą granicę. Z głośnym krzykiem otworzył oczy, gdy ten do niego dołączył, tworząc teraz jedno, scalone ze sobą ciało.
— On cie zabije.
Nie takich słów oczekiwał Harry na koniec ich zbliżenia. Może nie od razu wyznań miłości, ale na pewno nie tego.
— Wiem. Ciągle próbuje. — Dotknął piersi Severusa, jak wiele razy wcześniej, czując pod nią uspokajające się powoli serce.
— I spełni swoją zachciankę.
Co ma odpowiedzieć? Że bardo dobrze o tym wie? Że jeszcze zanim się urodzi, będzie o nim przepowiednia, która raczej nie ma szczęśliwego zakończenia.
— Dlaczego tak mu się stawiasz? Jesteś potężny. Mógłbyś przystąpić do niego. Pozwoliłby nam się spotykać.
To ostatnie zdanie ubodło Harry'ego. Uniósł się na łokciach.
— Pozwolił? A co ty jesteś? Jego zabawką? Własnością? Mam zezwolić osobie, która wymordowała cała moją rodzinę, by łaskawie „pozwoliła" spotykać się z moim własnym… — umilkł, wiedząc że powiedział za dużo.
— Twoim, co? — drążył Severus.
Wstał i zaczął się ubierać, czekając na odpowiedź.
— Nie ważne — szepnął cicho Harry. — Po prostu nie chcę mieć nic wspólnego z Voldemortem.
— Ale masz. Nie wiem jak, ale masz.
Harry transmutował prześcieradło w spodnie i ubrał się, stając następnie naprzeciw Severusa.
— Odejdź od niego, Severusie. On nie przyniesie nic dobrego w twoim życiu. Będziesz cierpieć i ta pustka — dotknął znów jego piersi — będzie się tylko rozrastać. Pochłonie cię w końcu.
— Nie mogę. — Odtrącił jego dłoń. — Od Czarnego Pana się nie odchodzi.
— On zabije wszystko co kiedykolwiek kochałeś. Zabije Lily, Dumbledore'a, mnie. Nic nie stanie mu na drodze do celu.
Severus tylko patrzył na niego, a chłopak czuł, że jednak przegrywa. Oczy tego młodego mężczyzny nadal były puste. Nie pomagało nic.
— On jest mój.
Tom pojawił się nagle i Harry zaczął sam siebie besztać, iż tak zgłupiał po pocałunku Severusa. Nie nałożył w około nawet najprostszych barier ochronnych. Źrenice Severusa ściemniały jeszcze bardziej, gdy Czarny Pan objął go ramieniem i pocałował w policzek. Ten nawet nie drgnął. Stał jakby to nie było nic nowego.
— Miałeś go zabić, Severusie — szepnął mu do ucha zimno Marvolo.
— Ta… Tak, Panie.
Harry zmrużył oczy. Znał to zaklęcie. Skoro Tom stosował go ciągle od ponad roku, to wcale nie zdziwił się zmianie Severusa. Każdy by się zmienił. Tego czaru nie da się od tak złamać. Jeśli chce uratować Snape'a, musi zdecydować się na coś bardzo drastycznego.
Zaatakował Toma Marvolo Riddle'a.
W niewielkiej sypialni zaklęcia błyskały niczym światła w dyskotece. Lord otrzymał kilka ran, ale nadal nie zagrażały one jego życiu. Harry wiedział, że teraz nie ma z nim najmniejszych szans. Nic nie łączyło go z tym Voldemortem, by mógł to wykorzystać na swoją korzyść.
Severus przyglądał się temu pojedynkowi. Nie mógł wtrącić się do niego. Jednak coś go jednocześnie powstrzymywało jak i ponaglało do działania. Widział, że kochanek jest coraz bardziej osłabiony. Eliksiry musiały zacząć tracić swoje właściwości i nawet, jeśli rana wygoiła się całkowicie, stan Harry'ego nie był najlepszy. Zmarszczył brwi, gdy Tom rzucił chłopaka zaklęciem odrzucającym na ścianę tuż koło niego.
— Teraz osobiście przypilnuję żebyś mi znów się nie wymknął śmierci. Tamten nieznajomy ostrzegał mnie przed tym, a ja go nie posłuchałem. Nie popełnię ponownie tego błędu. Avada Kedavra!
Severus skoczył w tej samym momencie w stronę chłopaka, ten jednak chyba spodziewał się właśnie takiej reakcji, bo w ostatniej chwili pchnął zbliżającego się Snape'a na ścianę, otrzymując skierowanym w niego zaklęciem. Severus czuł jakby czas zwolnił. Widział dokładnie jak zielone oczy tracą blask i martwe już ciało upada w jego ramiona. Coś w nim pękło, gdy obracał ciało Harry'ego w swoją stronę. Czuł dziwne gorąco w piersi, które coraz bardziej się rozprzestrzeniało. Nie mógł złapać oddechu.
Uniósł głowę i spojrzał na Toma, który chował właśnie różdżkę.
— Pozbądź się tego ścierwa. Potem wracaj do dworu.
— Tak, Panie — odpowiedział chłodno, ale Voldemort już tego nie dosłyszał, aportując się po rzuceniu rozkazu.
Severus wziął ciało na ręce i wstał. Tylko jedna osoba mogła mu teraz pomóc. Aportował się pod bramę Hogwartu. Szybko znalazł się w gabinecie Dumbledore'a. Starzec ułożył ciało Harry'ego na kanapie i zaczął czegoś szukać w biurku. Po chwili znalazł to i znów podszedł do ciała. Sekundę i jeden błysk światła później po zwłokach nie było śladu.
— Co teraz, dyrektorze? — zapytał w końcu Severus niepewnym głosem.
Czy mógł zdradzić teraz kim naprawdę był?
— Wszystko zależy od ciebie, mój chłopcze. — Jednocześnie wykonał ruch dłonią i Snape poczuł łaskotanie magii, ale zaraz o tym zapomniał.
Potrząsnął głową i sięgnął po filiżankę, gdy nagle drzwi do gabinetu trzasnęły, a do środka wpadła dziwacznie ubrana kobieta.
— Albusie, masz może…? — W tej samej chwili jej głos zmienił się całkowicie, a ona sama zesztywniała w miejscu i zaczęła mówić coś, co zmieniło od tej chwili bieg historii, choć tylko jedna osoba w tym pokoju zdawała sobie z tego sprawę. — Oto nadchodzi ten, który ma moc pokonania Czarnego Pana. Zrodzony z tych, którzy trzykrotnie mu się oparli, a narodzi się, gdy siódmy miesiąc dobiegnie końca. A choć Czarny Pan naznaczy go jako równego sobie, będzie on miał moc, jakiej Czarny Pan nie zna. I jeden z nich musi zginąć z ręki drugiego, bo żaden nie może żyć, gdy drugi przeżyje. — Tak samo nagle tonacja kobiety uległa ponownej zmianie. — …trochę tych twoich cytrynowych dropsów?
— Ależ oczywiście, Sybillo. Zastanawiamy się właśnie z Severusem, czy nie przyjęłabyś posady nauczycielki wróżbiarstwa, skoro i tak szukasz pracy? Mogłabyś przedłużyć swój pobyt tutaj na trochę dłużej niż wakacje? — pytał dyrektor, patrząc jednocześnie na Snape'a, gdy podawał swoje ulubione słodycze kobiecie, która kiwnęła twierdząco głową i zaraz potem wyszła. — Wszystko teraz zależy od ciebie, Severusie — dodał jeszcze raz, tym razem obserwując dłużej młodego mężczyzny. — Jak mówiłem przed chwilą, stanowisko nauczyciela eliksirów będzie wolne od przyszłego roku szkolnego, możesz je wtedy objąć.
— Przemyślę to, Albusie. I dziękuję za propozycję.
Liczyłem, że mnie zobaczysz,
Liczyłem, że zrozumiesz
Lub ukrzyżujesz mnie za moje uczucia,
Moje okrutna ambicja,
Cieżka do wytłumaczenia
A mój ból... się skończy.*
Koniec.
*Skindrive - No more good guys.
** Mactabilis Paciscor — śmiertelny zadać cios
