Rozdział 1.
Państwo Dursley byli normalną i pozbawioną wszelkiej niezwykłości rodziną. Zwyczajność ta przejawiła się w każdym aspekcie życia. Ich dom wyglądał tak samo jak domy sąsiadów. Jego wnętrze, choć schludne, było proste, ściany pokrywały tapety we wzory, najczęściej kupowane w najbliższym sklepie budowlanym, podłogi, klasycznie wyłożone panelami lub kafelkami w stonowanych kolorach. Na ścianach wisiały portrety lub zdjęcia ślubne Państwa Dursley, a w oknach zawieszone były wykrochmalone, białe firany. Tworzyli okładkową rodzinę. Mąż, - Veron, szef małej, lokalnej firmy produkującej świdry, okrągły niczym piłka, ale z szerokim uśmiechem i przyjaznym nastawieniem, zawsze chętny do pomocy (naprawił kran ich sąsiadce, Pannie Green, trzy razy. ten sam), – żona, - Petunia, wspaniała gospodyni domowa, sąsiedzi zawsze podziwiali jej cudowny, zadbany ogród, sterylnie czysty dom (według Panny Green, można było się przeglądać w kafelkach na podłodze) i doskonała kuchnia, którą Pani Dursley uwielbiała się chwalić na wielu proszonych obiadkach, - oraz dziecko, –syn, krępej budowy (według nich), o uroczym imieniu (według nich) Dudley.
Gdyby spytać o opinię ich sąsiadów, powiedzieliby, że Państwo Dursley, to doskonały model angielskiej rodziny. Często mieli okazję obserwować jak rodzice, żegnają swojego synka, buziakiem w policzek, gdy ten idzie do szkoły - jeżeli pogoda nie sprzyjała, ojciec zawsze podwoził syna do szkoły-, a kilka minut później, Pan Dusley był czule żegnany przez żonę, gdy wybierał się samochodem do pracy. Pani Dursley, po jego odjeździe, zawsze machała za nim kilka minut. To naprawdę rozczulający widok.
Czy cokolwiek mogło zniszczyć ten idealny wizerunek szczęśliwej rodziny?
Nie.
Rodzina Dursley'ów, oprócz tego, że była taka miła, spokojna, towarzyska, hojna...(Panna Green dodawała jeszcze około piętnastu epitetów), była również uczynna. Wychowywali, bowiem, dodatkowo, osieroconego chłopca. Ponoć rodzice biedaczka zginęli w wypadku samochodowym, sam wyszedł z niego, jedynie z blizną na czole, czego wynikiem było lekkie upośledzenie, jak tłumaczył Pan Dursley. Odstawał on od nich wyglądem, był niski i chudy, a Dursley'owie otyli, lub w przypadku Pani Dursley, tyczkowaci. Posiadał on również czarne włosy i zielone oczy, co zupełnie odróżniało go od jego blondwłosych i niebieskookich opiekunów. Różnił się taż od nich charakterem, był chorobliwie nieśmiały i skryty w sobie. Na każde zaproszenie na herbatkę, przez Panią Figg, reagował zmieszaniem, po czym grzecznie-nie patrząc w oczy- odmawiał lub od razu uciekał do domu. Nie można mu było jednak zarzucić lenistwa. Często można było dostrzec jak chłopiec pomaga w ogrodzie Pani Dursley lub przy myciu samochodu, Panu Dursley'owi. Czasami, jeżeli się dobrze przyjrzeć, można było zaobserwować uśmiech chłopca w ich towarzystwie. Sąsiedzi, rzadko mieli okazję zaobserwować, o której chłopiec wychodzi do szkoły, robił to dużo wcześniej niż jego rodzina. Często wracał późno ze szkoły, Petunia tłumaczyła to innym wymiarem godzin nauki chłopca, w końcu przez lekkie opóźnienie w rozwoju, chodził do szkoły specjalnej. Biedny chłopiec wymagał pomocy wielu terapeutów.
Ostatnimi czasy nie można go było jednak nigdzie spotkać. Nie porządkował grządek, ani nie pucował auta, nawet nie pomagał wujowi w garażu.
Petra Green, przeciętnie inteligentna kobieta. Pod względem urody, niezwracająca na siebie uwagi, miała mysiego koloru włosy i szare, rozwodnione oczy, które nadawały jej twarzy zawsze zmęczonego wyrazu. Trzydziestopięciolatka, choć wyglądała, na co najmniej dziesięć lat starszą, zmierzała właśnie do domu Dursley'ów. Musiała dowiedzieć się, co się stało z tym, uroczym maluchem? Ile on właściwie ma lat? Dziewięć może dziesięć? Zastanowiła się.
Nie szła tam, oczywiście, bo się o niego martwiła, tylko, dlatego, że ciekawość skręcała jej kiszki. Oprócz tego, że uwielbiała, wszystko, co małe i urocze, -kotki, kolorowe słodycze, dzieci- to jeszcze kochała plotki. Na osiedlu była znana, jako skarbnica plotek, oraz z przykrej tendencji do ich przekręcania i wyolbrzymiania. Jej sąsiedzi, w nadziei, że gdy usłyszy najświeższe nowinki o nich z ich ust zanim je przeinaczy, nie będzie miał powodu snuć domysłów na ich temat, co kończyło się wręcz odwrotnie, bo dawali jej nowy materiał do wybujałych opowieści.
Hołdując swojej największej miłości, -plotkom- stała na progu domu Państwa Dursley pewnego, późnego popołudnia. Mimo połowy września, pogoda dopisywała. Cały dzień świeciło słońce, a temperatura sięgała dwudziestu kilku stopni. Zapukała szybko trzy razy i praktycznie od razu usłyszała wyraźne „Proszę". Otworzyła, a pani Dursley gestem ręki zaprosiła ją do środka. Wymieniły krótkie pozdrowienia, a następnie została poprowadzona do stołu w kuchnio- jadalni, po czym, jej krzesło zostało uprzejmie odsunięte przez Petunię w zapraszającym geście. Pani Green nigdy nie mogła napatrzeć się na jej wspaniały pokaz manier.
-Na, co masz ochotę, kochanie?- spytała miło Petunia. -Na zieloną herbatkę z odrobinką cytryny i kapką mleka?- odpowiedziała za nią. Petra, z jakiegoś powodu bardzo nie lubiła, gdy Petunia zwracała się do niej per „kochanie" lub „skarbie". Czuła się wtedy potraktowana protekcjonalnie przez młodszą kobietę, jednak nigdy, nie zwróciła jej uwagi, mimo, że czasami miała to na końcu języka. Za drugą irytującą cechę Petunii, uważała odpowiadanie na pytania zadane przez nią samą. Blondynka postawiła czajnik na kuchence elektrycznej- z jakiegoś powodu uważała, że kuchenki gazowe są zbyt nieobliczalne- i odwróciła się z uprzejmym uśmiechem do sąsiadki. Petra, nie czekając zaczęła swój wywiad.
-Jak się miewasz Tuniu?- zapytała delikatnie Petra. To zdrobnienie usłyszała pierwszy raz z ust Vernona. Uważała je za szalenie urocze.
-Och, wspaniale! Dudi wczoraj dostał z wypracowania piątkę. Jestem z niego taka dumna! Mój kochany syneczek! Jest taki zdolny…- szczebiotała szybko i nieprzerwanie, gestykulując rękami. Zawsze, gdy chodziło o jej małego Dudusia, tak się zachowywała. Temu przejawowi, ogromnej miłości do syna, nikt nie mógł zaprzeczyć. Chwaliła go przy każdej okazji.
-A, co z Harrym?- przerwała jej sąsiadka.-Ostatni go nie widać.
-Harry, uczy się w szkole z internatem.- odpowiedziała już z normalną szybkością i z dziwnym wyrazem twarzy jednocześnie krzyżując ręce na klatce piersiowej.-Razem z Vernonem, zdecydowaliśmy wysłać go do szkoły, gdzie będzie miał lepsze warunki, dla osób z jego przypadłością.- dodała pewnie, opierając się o blat kuchenki i krzyżując nogi.
-A gdzie ta szkoła?
-Nie pamiętam,- złapała się za skronie, jakby usiłowała sobie przypomnieć.-Ale Vernon wie.
Petra miała dużo wad i mało zalet. Nie bez powodu była starą panną, ale miała niesłychaną zdolność. Potrafiła bezbłędnie odczytywać mowę ciała. Słabe zdolności dedukcyjne nie przeszkadzały kobiecie w byciu spostrzegawczym. Wiedziała, że Petunia coś ukrywa i już nie mogła się doczekać, kiedy to odkryje, a odkryje na pewno.
-Już za kilka chwil będziemy świadkami doniosłej ceremonii, dnia, na który wszyscy ludzie czekają cały rok. Już za moment będziemy mieć okazję transmitować, dla państwa na żywo niecodzienne widowisko, Ceremonię Przy…-przełączając program, Petunia, przerwała mowę podekscytowanego spikera. Z miejsca, w którym siedziała miała doskonały widok na telewizor. Z jakiegoś powodu Dursley'owie mieli dwa telewizory, jeden w kuchni, a drugi w salonie. Według Petry to strata pieniędzy. Sama nie była jakoś szczególnie oszczędna, ale uważała, że drugi telewizor - trzeci telewizor Dudley miał w swoim pokoju- to już zbytek, zwłaszcza, że doskonale słychać było telewizor z salonu, który był oddzielony od kuchnio-jadalni, tylko cienką ścianą i łukiem, zamiast drzwiami.
-Dlaczego przełączyłaś?
-Zaraz zacznie się mój ulubiony serial.-powiedziała.
-Uwielbiam oglądać Ceremonię, nie mogłam obejrzeć jej pierwszego września.
Z jakiegoś powodu Petunia wyglądała przez chwilę na spiętą.
-Ah, ta piękna Wielka Sala, bajecznie bogaci, bogacze-Petunia przewróciła oczami-ta wszech obecna biel i złoto, no i jeszcze Król, gdyby był młodszy z tak.. ile Król ma lat?- zapytała z rozmarzoną miną, Petra.
-Ponoć 160.-odpowiedziała blondynka.
-No właśnie! Zapomniałam dodać, że czarodzieje żyją dłużej. To pewnie te ich sławetne eliksiry! -Petunia na słowo „czarodzieje" zagryzła usta.-Gdybym upolowała jakiegoś czarodzieja, nawet najbiedniejszego, byłabym ustawiona do końca życia.-kontynuowała z wypiekami, Panna Green.
-Zastanawiałaś się może skąd oni mają to złoto? -Zapytała retorycznie Petunia. - Z resztą nieważne, samo to, że wierzą w KONIA jest śmieszne! -dodała ostro.
-Ależ Tuniu! To Jednorożec, nie koń.
-To nie są poważni ludzie! Wychwalają jakieś zwierzę, które nawet nie istnieje- odwróciła twarz w bok. Jej wyraz twarzy sugerował, że miała do powiedzenia coś więcej, ale w porę się powstrzymała.
Postawa Petunii jasno wskazywała, że nie chce ciągnąć dłużej tego tematu.
-Och, tak późno! Obiecałam jeszcze Arabelli, że nakarmię jej koty. Ponoć na jakieś wakacje wyjechała. To do zobaczenia.
Petra wyszła w okamgnieniu słysząc jeszcze niewyraźne pożegnanie, od Petunii. Usłyszała, co chciała, więc nie widzi sensu w dłuższym przebywaniu u niej, zwłaszcza, że Duduś jest na zajęciach pozaszkolnych, a Vernon nie przyjechał jeszcze z pracy. Ciekawe, do jakiej szkoły go posłali? Ta sprawa z Harrym nie dawała jej spokoju. Musi zapytać Vernona, gdy następnym razem go spotka. Może popsuje znów kran, żeby ten znów go naprawił. Zajęty pracą stawał się bardzo gadatliwy. To najlepszy moment na spytki, gdy wokoło nie kręci się Petunia, przy niej stawał się bardziej powściągliwy. Może z tą szkołą to bujda? Miała podejrzenia, że Harry jest chory, w końcu wyglądał tak mizernie, a Petunia, będąc w szoku, wynikającym ze złego stanu zdrowia chłopca, nie chciała się do tego przyznać. Może jest umierający? Sama nie wiedziała, co myśleć o częstych zmianach zachowania Petunii. Niby wiedziała, że ta nie znosi magii i wszystkiego, co z nią związane, ale nie mogła jednak tego zrozumieć. Czy ona nie rozumie, jakie korzyści niesie ze sobą Magiczny Świat? Pamiętała, jak by to było wczoraj, choć miała wtedy piętnaście lat, dzień, w którym premier, którego nazwiska już nie pamięta, ogłosił istnienie magicznego społeczeństwa. To był autentyczny szok. Przez kilka dni panował światowy chaos. Przypomina sobie, że, za ich przykładem, w kilu państwach, również objawili się czarodzieje. Wszystko się uspokoiło, gdy Król magicznego świata, zawarł z królową brytyjską i brytyjskim rządem, pakt- Konkordat Bieli i Złota. Pozwoliło to na powstanie autonomicznego państwa, Najjaśniejszego Królestwa. Gdy poszła do szkoły, wprowadzono specjalnie nowy przedmiot, poświęcony magicznemu społeczeństwu i jego mieszkańcom. Uczył ich najprawdziwszy mag! Wtedy też rozwinęła się w niej obsesyjna miłość do wszystkiego, co ma związek z magią. Czarodziej, który ich uczył, wydawał jej się ideałem mężczyzny. Co prawda nie pamięta już jego twarzy, ani nazwiska, ale obiecała sobie, że nigdy nie wyjdzie za nikogo innego, niż obywatel magicznego społeczeństwa. To były niespokojne czasy. Wielu ludzi obawiało się czarodziejów. Powstały zorganizowane grupy przestępcze, które próbowały przeszkodzić we wprowadzaniu nowych ustaw zaproponowanych przez czarodziejów. Niestety fizyczne ataki nie wchodziły w rachubę. Czarodziej stronili od normalnego społeczeństwa, a normalne społeczeństwo nie mogło się dostać do „magicznego wymiaru". Największa z takich grup, „A.D.A", a dokładniej „Anglia dla Anglików"- co było zupełnie bez sensu, bo czarodzieje, z którymi walczyli, również byli anglikami-, po próbie pochwycenia Ministra Magii, została w ciągu trzech dni rozbita, a jej członkowie- wszystkich dwieście dwunastu- ponoć wylądowali w magicznym więzieniu. Od tego czasu, sytuacja zaczęła się stabilizować. Czarodzieje dzielili się swoimi odkryciami z ludźmi, a ludzie swoją technologią z nimi. Dla Petry, nazwanie czarodzieja człowiekiem nie wchodziło w rachubę. Czarodziej to czarodziej, a ludzie, to zwyczajne społeczeństwo. Uważał ich za wyższą cywilizację. W końcu, gdyby nie byli tak świetnie zorganizowani, ich świat nie ociekałby złotem i białym marmurem. Co prawda, Petra nigdy nie była na „magicznej ziemi", ale zawsze marzyła, aby być w dziesiątce szczęśliwców zapraszanych, co roku do Królestwa. Oczywiście, najpierw trzeba było wypełnić wiele formalności i wyłożyć nie małą sumę, aby dostać się na listę osób biorących udział w loterii. Nie wiedziała, na jakiej zasadzie odbywało się losowanie, ale szczęśliwcy dostawali listy przyniesione przez najprawdziwszą sowę! Petra widziała sowę lecącą nad ich ulicą, pod koniec lipca. Miała nadzieję, że ta zmierza do niej, ale tylko minęła ją w oddali. Nie mogła pozbierać się z tego rozczarowania przez tydzień. Ze smętną miną oglądała, program, do którego zapraszane są osoby, które wróciły już z wycieczki po Magicznym Królestwie.
Zaczęło się zmierzchać, przyśpieszyła, więc kruku zmierzając do domu Figg, chciała zdążyć przynajmniej na końcówkę Ceremonii Przydziału.
Kilka tygodni wcześniej…
Ciepłe promie porannego, letniego słońca wdarły się przez okno i oświetliły twarz chłopca. Światło zatańczyło na jego powiekach, gdy jego oczy próbowały się otworzyć. Złote refleksy słońca zalśniły w jego oczach, nadając im tajemniczą, złoto-zieloną barwę. Chłopiec, wstając przetarł ręką twarz, a następnie podrapał się po głowie, sprawiając, że jego nieposkromione zazwyczaj włosy stały się absolutnie rozczochrane. Przeciągnął się. Podszedł do swojego kalendarza i wykreślił poprzedni dzień. Dzisiaj oficjalnie zaczynały się wakacje. Jawiły się one dzieciom, jako czas nieustannej zabawy i relaksu. Mogą być wreszcie wolne od trosk, związanych z najbliższymi sprawdzianami lub wyczerpującymi zadaniami domowymi. Harry, który mieszkał w domu o numerze 4 na Privet Drive w Surrey , miał na ten temat zgoła inne zdanie. Czas letni był dla niego okresem wzmożonego wysiłku fizycznego, który serwowała mu ciotka. Za kilka minut wybije siódma. Jeżeli nie zejdzie za chwilę na dół może mieć kłopoty. Ubrał się szybko, po drodze skorzystał z toalety i był już gotowy aby zacząć nowy, okropny dzień. W kuchni zastał już ciotkę, która brała się za przyrządzanie śniadania dla męża. Dudley nie jadł śniadania w wakacje, bo wstawał z łóżka, dopiero, gdy był gotowy obiad. Harry nim gardził, nie tylko ze względu na nieskończone lenistwo kuzyna, ale także, ze względu na jego głupotę, brak obycia i wszelką niegramotność. Nigdy nie mógł się nadziwić, dlaczego jego kuzyn ma problem z prostym wypracowaniem z angielskiego, kiedy on w tajemnicy przerabiał materiał ostatniej klasy szkoły średniej. Nauczyciele wiele razy sugerowali, jego wujostwu, że powinni pozwolić mu na przeskoczenie paru klas. Kilka miesięcy temu jedna z nauczycielek, która wprost urodziła się, aby być nauczycielką, zaciekle starała się o wysłanie Harry'ego do wyższej klasy. Sugerowała nawet drugą lub trzecią klasę szkoły średniej, po sprawdzeniu kilkoma testami jego wiedzy. Była w głębokim szoku, gdy rozwiązywał z łatwością skomplikowane zadania matematyczne, nad którymi ona wylewała kiedyś litry łez. Pisała wiele listów, wysłała dziesiątki próśb, nawet zwróciła się do Ministra Oświaty, jednak ostateczna decyzja zależała od Dursley'ów. Nie zgodzili się. Nauczycielka zrobiła im karczemną awanturę, że tak zaniedbują jego wielki potencjał. Oni w zamian wysłali pismo do dyrektora, w którym opisywali jej niekompetencje, czego skutkiem było jej zwolnienie. Pamiętał, że to był okres, w którym naprawdę bał się o swoje życie, gdy wracał do domu.
Ciotka wreszcie go spostrzegła i wykrzywiła w odrazie twarz.
-Przypilnuj tego. Tylko nie spal!-zawarczała. Wychodząc z kuchni rzuciła mu jeszcze gniewne spojrzenie. Harry często się zastanawiał- skoro go nienawidzili- dlaczego nie oddali go do sierocińca, albo po prostu nie zostawili na mrozie, w noc, kiedy im go podrzucono. Pewnie trzymali go tylko ze względu na tanią siłę roboczą. Zajmował się prawie wszystkimi pracami domowymi: praniem, sprzątaniem, gotowaniem. Od czasu do czasu Petunia coś przyrządzała, ale to, co udało się jej upichcić było, co najmniej przeciętne. Zawsze widział w oczach Dudley'a ten niemy zawód, gdy obiad nie smakował tak dobrze jak zawsze. Harry zastanawiał się czy, Dudley w ogóle zdaje sobie sprawę, kto najczęściej gotuje mu obiadki. Życie jego kuzyna składało się na jedzenie, granie w gry komputerowe, dręczenie małolatów i jeszcze więcej jedzenia. Gdy pomyślał o tych wszystkich zajęciach Dudley'a, zdziwił się, że ten może to wszystko ogarniać z takim mikroskopijnym móżdżkiem. Dokończył przyrządzanie jajecznicy, wcześniej doprawiając ją, aby była perfekcyjna. Nigdy nie robił niczego na pół gwizdka. Zawsze się starał, nawet, jeżeli nie miał z tego żadnych korzyści. Takim był typem człowieka. Ciotka wróciła prowadząc swojego zaspanego męża do stołu, ten czule się uśmiechnął do niej siadając przy stole w kuchni. Harry'emu zrobiło się bardzo nieprzyjemnie, gdy jego wuj spojrzał na niego już pozbywając się uśmiechu z twarzy, jego brwi się uniosły w niemym pytaniu, „ Czego się gapisz, dziwaku?". Harry'ego zastanawiało, dlaczego tak uczuciowi względem siebie ludzie, potrafili w stosunku do niego wykrzesać jedynie pogardę i nienawiść.
-Do roboty bachorze, nie ma nic za darmo!- wychrypiał wuj, między łykami podanej mu przez Petunię kawy, gdy zauważył, że Harry przyglądał się zbyt intensywnie jajecznicy. Był bardzo głodny. Od wczorajszego śniadania nic nie jadł. Po wczorajszej ceremonii zakończenia roku szkolnego dostał srogą karę, która polegała na posprzątaniu strychu. Było to miejsce, w którym nocowały wszelkie owady takie jak muchy i komary. Harry sadził, że wlatują tam przez wybitą, przez Dudley'a kratkę wentylacyjną. Bardzo go brzydziły i niepokoiły wszelkie owady latające. Tylko motyle nie sprawiały, że jego ciałem wstrząsały nieprzyjemne dreszcze. Po takich doświadczeniach, był zbyt roztrzęsiony by cokolwiek zjeść. Na myśl, o jakimkolwiek posiłku żołądek zaciskał mu się boleśnie. Ciotka wiedziała o jego fobii i zawsze wykorzystywała tę karę, gdy chciała mu solidnie dopiec, dawno zrozumiała, że najlepszy skutek otrzyma wstrząsając nim psychicznie, niźli zadając mu fizyczne katusze. Oczywiście wuj nie stronił od uderzeń, policzków czy kopniaków. A, czym że chłopiec zasłużył sobie na taką karę? Zwyczajnie okazał się znowu lepszy w nauce od swojego kuzyna, co nie było trudne, bo nawet orangutan, ma więcej szarych komórek od niego. Nie tylko miał lepsze oceny od Dudle'a, ale także od wszystkich uczniów uczących się w jego szkole. Dostał nawet list gratulacyjny od dyrektora, ale nie śmiał pokazywać go wujostwu. Nie miał by wtedy w ogóle życia, gdyby w taki sposób upokorzyć ich Dudusia.
Ciotka kazała mu skosić trawnik, gdy skończył przyrządzać śniadanie. Wyszedł szybko na zewnątrz. Owiało go przyjemne, rześkie powietrze. Chciał się jak najszybciej zabrać za koszenie nim przyjemna, chłodna aura, stanie się skwierczącym upałem.
Uwinął się z tym dosyć szybko i już po dziesiątej jadł skromne śniadanie składające się z dwóch kromek chleba z masłem, pod czujnym wzrokiem ciotki. Dudley'owi nie wystarczyłoby to nawet jak przystawka, żołądek jego kuzyna był bez dna. Dla Harry'ego było to- wbrew pozorom- sycące śniadanie, przyzwyczaił się do małych racji żywnościowych i ich rzadkiej częstotliwości. Po śniadaniu został zagoniony do przygotowania lunchu. Musiał, czym prędzej się za to zabrać, bo Dursly'owie jadają dokładnie w południe. Pan Dursley czasami przyjeżdżał wtedy do domu, robiąc sobie przerwę w pracy. Jako szef swojej małej firmy, mógł sobie na to pozwolić. Harry wolał być wtedy daleko po za domem. Gdy jego wuj wracał w takie południa, zazwyczaj miał okropny humor i nie wahał się nim „dzielić" z Harry'm. Chłopiec bardzo się martwił, że nie zdąży na czas. Ryba, którą wuj zażyczył sobie dzwoniąc do Petunii, nie upiecze się na czas, chyba, że zdarzy się cud. Gdy miał zabrać się do przyrządzania obiadu, zdał sobie sprawę, że żadnej nie mają w zamrażarce i musiał biegiem po nią pędzić do sklepu. Stracił na to ponad pół godziny. Kto by się spodziewał, że w poniedziałkowe przedpołudnia będzie tyle ludzi w sklepie? Gdy zadał sobie sprawę, że za kwadrans dwunasta zaczął wpadać w panikę. Nawet stołu nie nakrył! Nie miał, co liczyć na pomoc ciotki. Zapewne tylko kpiąco by się uśmiechnęła i z radością czekała, aż Vernon wkroczy i zrobi mu awanturę. Szybko zaczął wykładać sztućce i talerze na stół. Jeszcze tylko szklanki i gotowe. Gdy stawiał ostatnią ręce trzęsły mu się jak w delirce. Nieuważnie postawił szklankę na krawędzi stołu, a ta przechyliła się i spadła. Odruchowo zacisną oczy. Poczuł, że serce mu staje i oblewa go zimno. Nie doczekał się jednak trzasku. Powoli rozchylił powieki, nie ujrzał jednak tego, czego się spodziewał. Cała zastawa stołowa stała w idealnej harmonii, włącznie ze szklankami. Wypuścił wstrzymywany oddech. Niedane mu było jednak zastanawianie się nad tym dziwnym zjawiskiem, bo usłyszał pikanie piekarnika. W samą porę. Jego wuj dopiero zajeżdżał przed dom. Czyli ma jakieś trzy lub cztery minuty. Pędem przeniósł pieczoną rybę, zestaw sałatek ( dla Dudley'a dodatkowo frytki) i świeży sok na stół. Uciekł z kuchni w chwili, gdy jego wuj przekroczył jej próg. Jeżeli miał szczęście ten go nie zauważył. Z kuchni były dwa wyjścia, jedne, te od korytarza, którym wszedł wuj i drugie naprzeciwko, prowadzące do salonu. Zastał tam Dudley'a w piżamie. Chyba poczuł obiad. Z salonu, Harry cichaczem wszedł na korytarz, minął drugie wejście do kuchni, widząc plecy wuja, któremu ciotka już wykładała obiad na talerz. Otworzył drzwi wejściowe i już go nie było. Biegnąc poczuł jak napięcie z niego schodzi. Zastanawiał się, jaki wpływ będzie miał ten wieczny stres na jego zdrowie w przyszłości. Już teraz bał się spać przy zgaszonym świetle, lub inaczej, nigdy nie przestał się bać ciemności. Miał bardzo lekki sen i każdy najcichszy szmer go budził. Gdy chciał mógł biec bardzo szybko, jednak z powodu kiepskiej, jakości jedzenia i chronicznemu niedospaniu, szybko się męczył. Wystarczało to jednak, by w razie potrzeby zostawić Dudley'a i jego kumpli w tyle. Wszyscy mieli w jakimś stopniu nadprogramowe kilogramy. Gdy przychodzili w odwiedziny (Harry wymykał się wtedy z prędkością światła, przez okno w salonie), ciotka zawsze dbała, aby mieli dużo słonych i słodkich przekąsek. Raz zaskoczyli go, gdy sprzątał na górze w drugiej sypialni (graciarni) Dudley'a. Wiedział, że nie ma szans, aby ich wyminąć, tym bardziej, że słyszał ich kroki na schodach. Na pewno zmierzali do tego pokoju, bo jego kuzyn chwalił się najnowszą zabawką, która poniewierał się obok niego na podłodze. Nie mając wyboru, rozchylił okno i spojrzał w dół. Pod oknem rosły gęsto krzewy, o które ciotka kazała mu dbać z namaszczeniem. Miał nadzieję, że choć trochę zamortyzują jego upadek. Byli tuż za drzwiami. Zamknął oczy. Skoczył. Wydawał mu się, że spada zaskakująco długo. Jego nogi miękko dotknęły ziemi. Gdy rozejrzał się wokół, zdał sobie sprawę, że stoi, co najmie trzy metry od krzewów i cztery od domu. Nie wiedział jak to zrobił, ale jego dziecięca wyobraźnia, podpowiedziała mu, że to wyjątkowo silny podmuch wiatru zaniósł go tak daleko.
Minął już ostatni dom w ich miasteczku i szybko zmierzał do małego lasku za drogą. To jedyne miejsce gdzie jego kuzyn ze swoją bandą się nie zapuszczali. Ciotka zawsze go straszyła, że w tym lesie żyją wilki. Harry uważał, ze żaden wilk (nawet, jeżeli faktycznie tam mieszkał, co było mało wiarygodne, bo wyczytał, że nie występują w ich regionie) nie połasiłby się na jego chude i kościste ciało. Truchtem przemierzał las wyglądając „swojego" drzewa. Nazywał je tak, ponieważ w jego dziupli ukrywał swoje „skarby". Były to małe poroża jeleni, czarna łuska, wielkości połowy jego dłoni (Harry przysiągłby, że należy do smoka), kilka skradzionych Dudley'owi ołówków i mały szkicownik (opakowany w woreczek, aby nie zawilgotniał), choć to określenie było nad wyraz, ponieważ były to tylko zszyte nicią kartki. Zrobił go na przerwie w klasie do plastyki, gdy nikogo w niej nie było. Zapełniony był on jego rysunkami. Nie były to jednak dziecięce bohomazy, a całkiem udane szkice. Oglądał przez chwilę swoją ostatnią pracę- jednorożca skubiącego listki poziomek. Znalazł kilka dni temu ich mały krzaczek na skraju lasu i od razu jego wyobraźnia zaczęła działać. W szkicowniku maił wiele takich rysunków: małą wróżkę siedzącą w jego dziupli, smoka, który dumnie kroczył przez lasek, jelenia o porożu przypominającym korzenie drzew, nawet mały portret nauczycielki, która przez niego straciła pracę. Najwięcej stron zajmowały szkice lub studium koni. Wszystkie miały jednak jakiś niezwykły element. Rogi, skrzydła, jaszczurcze łapy… Harry dzięki doskonałej pamięci i wyobraźni przestrzennej potrafił wiernie oddać podobiznę na swoich rysunkach. Nauczyciel plastyki zawsze podziwiał jego talent. Obiecywał, że dużo osiągnie, jeżeli będzie codziennie ćwiczył i bardzo się starał. Niestety rzadko mógł sobie pozwolić na to, aby ćwiczyć, mógł jedynie „bardzo się starć". Przyjrzał się dokładnie swojemu jednorożcowi. Zastanawiał się czy jest, choć trochę podobny do tego, w którego wierzą czarodzieje. Uwielbił wszystko, co wiązało się magią. Nawet nie marzył, że kiedyś zobaczy Magiczne Królestwo. Nie mógł jednak nie podziwiać wszystkiego, co z nim związane, nawet, jeżeli nigdy nie wiedział niczego ani nikogo magicznego. Zawsze miał nadzieję, że będzie mógł posłuchać czegoś o magicznym świecie w telewizji, jednak ciotka i wuj zawsze przełączali telewizję w takich momentach, nienawidzili magii. Harry, mając cztery latka, namalował jednorożca i wręczył go ciotce. Ta pogniotła rysunek i wrzuciła go do kominka. Dostał też srogie lanie. Nauczył się wtedy, że jego opiekunowie cierpią na chroniczną awersję do wszystkiego, co nie jest zwyczajne i choć trochę odstępuje od normy. To właśnie, dlatego trzymał swój szkicownik w takim miejscu, a nie w swojej komórce pod schodami gdzie w każdej chwili mógł wejść Dudley lub ciotka. Zdarzyło się kilkukrotnie, że jego opiekunowie przeszukiwali jego „pokój". Zastanawiał się, czego mogli szukać, skoro posiadał tylko to, co mu dali, czyli niewiele. Pozostałe rzeczy, które miał w dziupli były by w oczach jego ciotki zwyczajnie niehigieniczne. Z radością spaliłaby je w kominku. Przesunął palcem po lekko wygiętym w tył rogu jednorożca. Ciekawiło go, w jaki sposób czarodzieje się do niego modlą, czy składają ręce jak chrześcijanie czy biją pokłony jak muzułmanie? W jaki sposób oddają mu cześć, wznoszą świątynie, kaplice, ołtarze? Kąciki jego ust opadły. Czy gdybym się do niego pomodlił, to wysłuchałby mnie? Wielokrotnie zwracał się do Boga, do świętych, o których się uczył w szkółce niedzielnej, gdy brakowało mu już sił podczas pracy lub gdy znęcano się nad nim w szkole lub w domu. Nigdy nie dostał odpowiedzi. Zdał sobie sprawę, że może polegać tylko na sobie, a nie na jakiś mistycznych istotach. Słyszał, że niektórzy ludzie po wizycie w magicznym świecie zaczęli czcić jednorożca. W jego szkole można chodzić na zajęcia dodatkowe z historii magicznego świata, jednak on i Dudley mają na to kategoryczny zakaz. Raz poszedł na nie w tajemnicy. Było cudownie. Niestety, któryś z kolegów Dudleya też na nie chodził i nie omieszkał wypaplać wszystkiego jego kuzynowi. Dostał takie lanie, że nie chodził przez tydzień do szkoły. Ciotka była bardzo zadowolona, gdy przyniósł do domu swoją pierwszą jedynkę, gdy po tak długiej nieobecności, był nieprzygotowany na zajęcia grupowe. Oczywiście ukarała go za to. Karała go też za dobre oceny. Karała go za wszystko i za nic. Żeby nie dawać jej satysfakcji zawsze odrabiał zadania domowe w szkolnej bibliotece, po lekcjach. Uczył się tam również na sprawdziany. Wracał przez to ze szkoły późnym popołudniem W domu nie miałby na to szansy. Petunia bardzo dbała, aby po szkole był bardzo zajęty i zbyt zmęczony, aby myśleć o lekcjach czy nauce. Zorientował się w tym już w pierwszej klasie. Miał wielkie szczęście, że sam nauczył się czytać w wieku pięciu lat. Pamiętał, że ciotka musiał czytać polecenia zadań domowych Dudley'owi, po trzy razy zanim jego tępy kuzyn zrozumiał. Zorientował się, że jest dziwnie cicho. Żaden ptak nie śpiewał, nie wiał nawet najdelikatniejszy wiaterek. Niebo pociemniało. Wszystko jakby zastygło w oczekiwaniu. To była cisza przed burzą.
