Rozdział 2: Nie wszystko złoto, co się świeci

O rety, pomyślał Soo-won, cofając się o krok. Ale się porobiło…

Nie powinien był wchodzić do tego zaułka, choć oczywiście jeszcze chwilę temu tego nie wiedział. Ba, jak do tej pory wydawało się, że to świetny plan. Wymknąwszy się z zajazdu, chłopiec uznał, że łatwiej będzie mu przemknąć się do centrum miasta bocznymi uliczkami. Istniało ryzyko, że na głównej ulicy przyuważyłby go ktoś z gospody i jeszcze zacząłby zadawać niewygodne pytania albo od razu spróbował zawrócić. A Soo-won nie chciał, żeby jego wyprawa skończyła się, nim jeszcze na dobre się rozpoczęła.

Niestety, jak się okazało, w swoich rozważaniach nie wziął pod uwagę kilku istotnych kwestii, wiążących się z chadzaniem zaułkami. I, w efekcie, tkwił teraz w kłopotach. Po samiuśkie uszy.

- Zgubiłeś się, chłopczyku? - Niewysoki, acz potężny typ, który od dłuższej chwili mierzył go taksującym spojrzeniem niewielkich czarnych oczu, uśmiechnął się przymilnie. - Może pokazać ci drogę?

Towarzysze osiłka zarechotali zgodnie. Było ich dwóch: jeden żylasty, chudy i niedogolony, drugi wysoki na ponad sześć stóp, o barach szerokich jak u niedźwiedzia i pięściach jak bochny. Nim chłopiec się spostrzegł, obstawili oba końce uliczki, skutecznie odcinając możliwą drogę ucieczki.

- Chętnie ci pomożemy - gruchał tymczasem ten, który jako pierwszy zatrzymał Soo-wona. Jego ton rażąco kłócił się z dziobatą fizjonomią. - A ty na pewno zechcesz pomóc nam. Taki uroczy malec jak ty z pewnością ma przy sobie kilka dukatów, którymi chętnie podzieli się z potrzebującymi.

- Nie wyglądacie na potrzebujących - odparł Soo-won hardo, choć zapewne niezbyt rozsądnie. - Raczej na łobuzów.

- Ohoho, nasze drogie paniątko się stawia! - zaśmiał się paskudnie domniemany przywódca rzezimieszków, a pozostali i tym razem poszli w jego ślady. - Uważaj, chłopczyku, mamusia na pewno by płakała, gdyby ktoś ci posiniaczył tę śliczną buzię.

Chłopiec zacisnął pięści, zerkając na prześladowców spode łba. Doprawdy, za kogo oni go mieli? Za byle dzieciaka, którego mogą zastraszyć, by zatańczył, jak mu zagrają? Phi! Akurat! Soo-won z chęcią wygarnął by im, z kim w istocie mają do czynienia, ale to byłoby niemądre. Ojciec nie bez powodu postanowił, że będą podróżować na poły incognito i najpewniej po części szło właśnie o to, by uniknąć możliwych zagrożeń. Wyjawienie tu i teraz swego prawdziwego miana i pozycji mogło tylko przysporzyć więcej kłopotów - a obecne były wystarczająco duże.

- No, to jak będzie? - Drab zmrużył oczy, wyraźnie poirytowany przedłużającym się brakiem odpowiedzi. Soo-won odetchnął głęboko. Nie, złością i porywczością nic tu nie wskóra. Może tylko pogorszyć sytuację.

- Obawiam się, że nie mam nic wartościowego - rzekł, spoglądając złoczyńcy prosto w oczy. Tamten przechylił głowę w bok.

- Doprawdy? - zapytał przeciągle. - Kto by pomyślał… A ja bym powiedział, że ta klamerka wygląda na wcale drogocenną.

Niespodziewanie złapał chłopca za kołnierz, pociągnął ku sobie. Soo-wonowi wyrwał się krótki okrzyk, zdumiony i wystraszony zarazem. Jeśli do tej pory się bał, udawało mu się nad tym panować, ale teraz czuł, jak serce trzepoce mu w piersi. Spokojnie, tylko spokojnie, przykazał sobie w duchu. Co w tej sytuacji zrobiłby Hak?

Cóż, zakładając, że w ogóle dałby się złapać - jakby nie patrzeć, chodziło o Haka - to zapewne byłoby to coś na tyle widowiskowego i brawurowego, by zbić napastników z tropu i uciec, nim w ogóle zdążą zareagować. Sęk w tym, że ledwie chwilę wcześniej Soo-won stanowczo wykluczył użycie podobnych metod; zresztą to, co mogło się udać przyszłemu przywódcy klanu Wiatru, wcale nie musiało udać się jemu. Należało wymyślić coś innego i to czym prędzej.

Chłopiec dyskretnie obrzucił wzrokiem najbliższe otoczenie w poszukiwaniu rozwiązania - czy choćby jakiejkolwiek podpowiedzi. Drewniane, pociemniałe ściany, kilka beczek, stara drabina, okna…

Okna!

Pomysł, który zaświtał Soo-wonowi w głowie, był może trochę wariacki, a szanse jego powodzenia co najmniej wątpliwe, ale lepsze to niż poddać się bez walki, czyż nie? Poza tym… a nuż się uda?

Wlepił oczy w okno na pierwszym piętrze, przybierając niewinnie zaciekawiony wyraz twarzy.

- Hmmm… Czemu ta pani w oknie jest goła?

Podziałało!

Złodziej z wrażenia aż wybałuszył oczy i - co było znacznie ważniejsze - puścił jego kołnierz.

- Gdzie?!

Soo-won rzecz jasna ani myślał odpowiadać, miast tego wystrzelił do przodu jak strzała. Pozostawał jeszcze drab u wylotu zaułka, ale wielkolud nie zdążył choćby poruszyć ręką, gdy chłopiec wyprysnął pod jego ramieniem i pognał przed siebie ile sił w nogach, jakby goniła go wroga armia z opowieści Son Mun-deoka. Spodziewał się, że napastnicy nie odpuszczą tak prędko, a ulica, na którą wybiegł, jak na złość nie wyglądała na zbyt uczęszczaną. Mogliby go tu z łatwością pochwycić i nikt nawet nie zwrócił by uwagi…

Z oddali usłyszał za plecami tupot biegnących stóp i, na ile było to możliwe, jeszcze przyspieszył, niespecjalnie patrząc przy tym przed siebie. W rezultacie nie dostrzegł przeszkody, która nagle znalazła się na jego drodze i stęknęła boleśnie, gdy wpadł na nią z całym impetem. Sam Soo-won o mało się nie przewrócił, ale czyjeś ramię w porę go podtrzymało. Chłopiec odskoczył odruchowo w obawie, że ma do czynienia z kolejnym napastnikiem, lecz gdy spojrzał w górę, napotkał wyraźnie zaniepokojone spojrzenie fiołkowych oczu, spoglądających nań zza nieco przydługiej czarnej grzywki.

Soo-won błyskawicznie ocenił sytuację. Nieznajomy - wysoki młodzieniec w schludnym, popielatoniebieskim stroju - nijak nie wyglądał na bandytę, więc…

- Ratuj! - wypalił ku przybyłemu bez zastanowienia. - Gonią mnie!

Chłopak tylko ściągnął ciemne brwi, po czym, bez słowa komentarza, pociągnął go za sobą w uliczkę, z której chwilę wcześniej wyszedł. Z początku Soo-won nawet nieco się wystraszył, czy aby na pewno podjął właściwą decyzję, ale rychło jego obawy okazały się płonne. Młodzieniec zatrzymał się przy stercie skrzyń, ustawionych pod ścianą zaułka, wszedł na najniższą z nich, wyciągnął rękę.

- Szybko!

Nie zwlekając, wspięli się obaj na dach, gdzie przywarli płasko do nagrzanych słońcem desek. Przez kilkanaście głębokich oddechów Soo-won leżał bez ruchu z mocno bijącym sercem, a potem zobaczył skręcających w uliczkę bandytów. W pierwszym odruchu chciał się odsunąć od krawędzi dachu, ale jego ciemnowłosy towarzysz uspokajająco położył mu dłoń na ramieniu.

- Nie ruszaj się - przykazał. - Inaczej usłyszą.

- I… nie zobaczą nas? - upewnił się chłopiec z przejęciem.

- Sam się przekonaj.

Soo-won ostrożnie popatrzył w dół. Niefortunni złodzieje zatrzymali się ledwie kilka kroków od ich kryjówki na dachu, rozglądając się trochę podejrzliwie, a trochę bezradnie.

- No i gdzie ón polazł?

- Licho wie! Jakby się rozpłynął w powietrzu, psiakrew!

- Uch, jakbym tak dorwał gówniarza…!

Bandyci jeszcze przez chwilę kręcili się bez celu, aż w końcu odeszli jak niepyszni, kopiąc wściekle, co popadnie, i klnąc na czym świat stoi. Chłopiec bacznie nadstawił ucha. Hak często popisywał się, powtarzając co sprośniejsze powiedzonka i anegdoty, zasłyszane od pałacowych straży i wojowników Wiatru. Jeśli Soo-won zamierzał kiedykolwiek pokonać go na tym polu, nie mógł nie skorzystać z nadarzającej się okazji…

- Nigdy nie patrzą w górę - mruknął jego wybawca z niejaką satysfakcją.

- Znasz ich? - zaciekawił się Soo-won szeptem.

- Nie sądzę. Ale nie wyglądają na takich, którzy mieliby szlachetne zamiary. - Chłopak podniósł się do pozycji siedzącej. - No, droga wolna.

Zwinnie zeskoczył z dachu, po czym pomógł zejść Soo-wonowi. Gdy tylko znaleźli się na dole, chłopiec zgiął się w ukłonie.

- Bardzo, bardzo dziękuję za pomoc! Sam na pewno nie dałbym rady!

- Nie ma o czym mówić. - Młodzieniec przysiadł na skrzynce, przyglądając mu się uważnie. - Nie jesteś stąd, prawda?

Soo-won zawahał się.

- Ummm…

- Gdybyś był, wiedziałbyś, że zaułki za dzielnicą handlową to nie najlepsze miejsce na przechadzkę dla dobrze urodzonych chłopców. Choć, bez wątpienia, jest to opcja godna rozważenia, jeśli próbujesz wymknąć się niepostrzeżenie.

Chłopiec zaczerwienił się mimowolnie. Jego towarzysz był bardzo bystry.

- Właściwie nic mi do tego - ciemnowłosy uśmiechnął się przyjaźnie, wyciągając przed siebie długie nogi - ale… twoi rodzice nie będą się martwić?

- Martwią się aż za bardzo! - fuknął chłopiec buntowniczo. - Nie pozwalają mi nawet opuszczać zajazdu! Jak mam się dowiedzieć czegoś pożytecznego, skoro cały czas siedzę w czterech ścianach?

- I zakładam, że wysunąłeś już ten argument? - Młodzieniec leciutko uniósł brew. Soo-won skrzyżował ramiona na piersi.

- Pewnie, że tak!

- No tak, teraz rozumiem. - Starszy chłopak pokiwał głową; w fiołkowych oczach lśniły iskierki humoru. - I zapewne nie chciałbyś od razu wracać do gospody, czyż nie?

- Nooo… nie - przyznał Soo-won szczerze, acz trochę nieśmiało. Jego nowy znajomy podniósł się energicznie.

- W takim razie - oznajmił - mam propozycję, która chyba ci się spodoba. Co powiesz na to, żebym odprowadził cię do zajazdu?

Soo-wonowi natychmiast zrzedła mina, ale, jak się okazało, przedwcześnie.

- Okrężną drogą - dokończył tymczasem młodzieniec, spoglądając nań szelmowsko. - I możemy najpierw trochę pozwiedzać. Na przykład… targ?

Chłopiec z miejsca się rozpromienił.

- Och tak! Co za wspaniały pomysł!


Targ był jeszcze wspanialszym miejscem, niż wyobrażała sobie Yona. Soo-won, choć od zawsze wychowywany w ociekających złotem i przepychem komnatach pałacu, nigdy w życiu nie widział tylu niezwykłych rzeczy. Czego tam nie było! Różnobarwne tkaniny i stroje, całkiem inne od tych, które widywał w pałacu, furkoczące na wietrze wstążki we wszystkich kolorach tęczy, misternie wykonane ozdoby z drewna, metalu i paciorków. Naczynia z dziwnej chropawej ceramiki, smukłe i pękate; lampy oliwne w różnych kształtach i rozmiarach; plecione kosze - od całkiem maleńkich po takie, w których zmieściłby się człowiek. Dziwne narzędzia, które Soo-won widział pierwszy raz w życiu i zaskakująco znajome zabawki. Dojrzałe owoce, na sam widok których aż ciekła ślinka i tajemnicze, acz cudownie pachnące i smakowicie wyglądające wyroby, których chłopiec z chęcią by skosztował. I nade wszystko: żywe zwierzęta, gdaczące, kwiczące, porykujące i czyniące większy gwar aniżeli zaproszeni goście podczas dworskiej gali. Od wszystkich barw, zapachów i odgłosów aż kręciło się w głowie - a jedna z kur próbowała nawet dziobnąć go w palec! Soo-won nie pamiętał, kiedy ostatnio czuł się równie podekscytowany.

Kye-sook - bo tak przedstawił się jego nowy znajomy - wytłumaczył mu, że w pobliżu krzyżują się dwa ważne szlaki handlowe i dlatego miasto opływa w dostatki. Nie było to zresztą jedyne, czego Soo-won się odeń dowiedział - jego nowy znajomy zajmująco opowiadał o wszystkim, co widzieli, jak również tłumaczył działanie wszelkich tajemniczych przedmiotów, które szczególnie fascynowały chłopca. Soo-won nie mógłby sobie wymarzyć lepszego towarzysza i przewodnika.

- Zajdziemy tutaj. - Kye-sook przystanął niespodziewanie, przerywając arcyciekawą opowieść o sidłach na niedźwiedzie i wskazując ruchem głowy na prawo. - Mam coś do załatwienia.

Kram, do którego podeszli, okazał się oszałamiająco pachnącym stoiskiem zielarza. Pod płóciennym daszkiem zawieszono pęki świeżych i suszonych ziół, a szeroką ladę zastawiały ciasno słoiczki, butelki i flakony z nieodgadnioną zawartością. Soo-won podświadomie oczekiwał, że zaraz ujrzą kobietę o zagadkowym uśmiechu, obwieszoną mnóstwem błyskotek - tak, jak to zwykle bywało w baśniach i opowieściach - jednak zamiast tego ich oczom ukazał się niewysoki, pulchny staruszek w słomkowym kapeluszu.

- Czegóż paniczom trzeba? - zagadnął energicznie, zacierając dłonie.

- Poproszę o korzeń rozwaru - Kye-sook w mig przeszedł do rzeczy. - I trochę suszonej szachownicy cesarskiej. Rozumiem, że to już z tegorocznych zbiorów?

- W rzeczy samej, paniczu, w rzeczy samej. - Sprzedawca zakrzątnął się żywo. - Widzę, że ma panicz do tego dobre oko. Już podaję, już wszystko podaję.

Soo-won z początku przypatrywał z nieskrywaną fascynacją, jak staruszek starannie odmierza odpowiednie ilości pokruszonych ziół i zawija je w papier, tworząc zgrabne paczuszki; gdy jednak rozmowa zeszła na przewagę żeń-szenia nad różeńcem, zainteresował się pobliskim straganem ze słodkościami. Cukrowe smoki i ryby na patyku, przygotowywane przez kramarza na rozgrzanej blasze, wyglądały zachwycająco i zapewne smakowały równie dobrze. Żałował, że nie może takiego kupić Yonie, ale po pierwsze nie wziął ze sobą pieniędzy (królewskie dukaty w rękach małego chłopca mogłyby wzbudzić nie lada podejrzenia), po drugie, musiałby wytłumaczyć pochodzenie rzeczonego podarku ojcu, a ów raczej nie uwierzyłby w wyssane z palca wyjaśnienia. Cóż, księżniczka będzie musiała zaczekać, aż Soo-won sam zacznie rozporządzać swoim wolnym czasem i wydatkami…

- Coś się stało? - zagadnął niespodziewanie Kye-sook, który odszedł już od straganu zielarza i najwyraźniej usłyszał westchnienie chłopca. Soo-won potrząsnął głową z uśmiechem.

- Nie, nic takiego - odparł, podejmując marsz. Ruszyli przed siebie powoli, tak że wciąż mógł rozglądać się wokół i cieszyć oczy coraz to nowymi widokami. - Wiesz, Kye-sook, cieszę się, że tu przyjechałem. W takim wspaniałym miejscu wszyscy muszą być bardzo szczęśliwi.

- Tak uważasz?

- A ty nie? - zdumiał się Soo-won, spoglądając na swego towarzysza szeroko otwartymi oczami. Czy mu się zdawało, czy w głosie młodzieńca usłyszał cień… niezadowolenia?

- Nie o to chodzi. - Chłopak odgarnął kosmyk włosów za ucho. - Po prostu… nie jestem z miasta. Mieszkam jakąś godzinę drogi stąd na północ.

- Naprawdę? - Zdumienie chłopca jeszcze przybrało na sile. - Nigdy bym nie pomyślał! Tak dobrze się we wszystkim orientujesz!

- Często tu bywam - wyjaśnił Kye-sook z uśmiechem. - Pewne rzeczy można zdobyć wyłącznie w mieście. Twój ojciec też przyjechał tu w interesach, prawda, Soo?

- Aha - przyznał Soo-won. Wcześniej, przedstawiając się nowemu znajomemu, zdecydował się na wersję możliwie najbliższą prawdzie, która nie zdradzała przy tym najważniejszych faktów. Młodzieniec był zbyt inteligentny, by dało mu się zamydlić oczy pierwszym z brzegu kłamstewkiem. - Tyle że on wcale nie chadza na targ. Całymi dniami nic tylko rozmawia z urzędnikami…

- Cóż, taki już los dorosłych - wytknął Kye-sook rzeczowo, acz z humorem. Chłopiec wydął usta.

- Kiedy to musi być strasznie nudne! - oświadczył dobitnie, po czym wymierzył palec w swojego rozmówcę. - Poza tym, ty jesteś prawie dorosły, a nic takiego nie robisz! Możesz spokojnie wybierać zioła na straganie! A właśnie - zainteresował się - kupiłeś w końcu ten żeń-szeń?

- Obawiam się, że mogłoby mnie to zrujnować. - Kącik ust młodzieńca uniósł się w krzywym uśmiechu. - Wiesz, że żeń-szeń jest kilka jeśli nie kilkanaście razy droższy od złota?

- Poważnie? - Soo-won wytrzeszczył oczy. Owszem, uczono go, że niektóre rośliny, zwłaszcza wykorzystywane w medycynie, bywają bardzo cenne, ale nigdy by nie przypuszczał, że idzie o tak znaczne kwoty. - Przecież to tylko korzeń!

- I jedna z najważniejszych roślin leczniczych - poczuł się w obowiązku wyjaśnić Kye-sook. - Wzmacnia odporność, dodaje energii, pomaga w skupieniu uwagi i zapamiętywaniu, zwiększa szybkość reakcji… a to jeszcze nie wszystko. I na dokładkę wcale nie tak łatwo go znaleźć.

- Jeeej! - Soo-won po raz nie wiedzieć który tego dnia był pod wrażeniem. - Naprawdę się na tym znasz!

- Tylko trochę - chłopak machnął ręką - więc niespecjalnie jest się czym chwalić. Zresztą, nie chciałbym cię zanudzać. Odpoczniemy chwilę?

Przysiedli przy fontannie na niewielkim placyku, położonym na przecięciu głównego traktu handlowego z inną ulicą. Chłopiec przelotnie zerknął w niebo - wyglądało na to, że minęło już południe. Spojrzenie to nie umknęło uwadze Kye-sooka.

- Nie powinieneś już wracać?

- Zostawiłem wiadomość, że wrócę przed wieczerzą! - zakomunikował Soo-won tonem, jakby to wyjaśniało wszystko. W jego opinii było dużo, dużo za wcześnie na powrót do zajazdu. - Poza tym chciałbym jeszcze zobaczyć główny plac! I zmianę wart przy bramie! I…

- W porządku, w porządku! - Młodzieniec, wyraźnie rozbawiony, uniósł dłonie w obronnym geście. - Widzę, że działasz z rozmachem.

- No ba! - Soo-won dumnie wypiął pierś. Jego towarzysz zaśmiał się, puścił do niego oko.

- To może lepiej coś przekąsimy? Żeby nie zabrakło ci sił do dalszego podziwiania?

Chłopiec rozważył szybko tę propozycję. Właściwie jadł dziś tylko śniadanie w gospodzie i to dobrych kilka godzin temu - a niektórych smakołyków, które widział na targu, naprawdę chciałby spróbować. Zatem…

- Świetna myśl - odparł. - To… dokąd pójdziemy?

- Znam taki jeden sklepik - Kye-sook podniósł się z miejsca - ale to dość szemrana okolica. Lepiej będzie, jak tu na mnie zaczekasz

Soo-won ściągnął brwi. No tak, to brzmiało rozsądnie, szczególnie że nie uśmiechało mu się kolejne spotkanie z rzezimieszkami z bocznych uliczek. Skinął głową.

- Nie ruszę się stąd nawet na krok! - przyobiecał. - Ale…

- Tak?

- No bo wiesz, Kye-sook… Nikogo nie zainteresuje, że siedzę tu całkiem sam?

- O to bym się nie martwił. - Chłopak potoczył wzrokiem dokoła. - Tu wszyscy są zajęci swoimi sprawami. Co najwyżej wezmą cię za kupieckie dziecko, które czeka, aż ojciec dokończy transakcję. Pamiętaj, najłatwiej ukryć się w tłumie.

Soo-won zamrugał. Nigdy tak o tym nie myślał; przeciwnie, do tej pory zdawało mu się, że powinien dokładać wszelkich starań, by jak najmniej rzucać się w oczy.

- To ja zaraz wracam - oznajmił tymczasem Kye-sook. - A ty dobrze obmyśl dalszą trasę wycieczki!

- Jasne! - Chłopiec uśmiechnął się od ucha do ucha. Młodzieniec pomachał mu, by w chwilę potem zniknąć w kolorowej ciżbie przechodniów. Soo-won ponownie zwrócił wzrok ku niebu, po którym płynęły chmury o fantazyjnych kształtach; równocześnie zaś starał się zrealizować sugestię Kye-sooka. Szkopuł w tym, że w gruncie rzeczy niewiele wiedział o pozostałych atrakcjach miasta - niewątpliwie jego towarzysz był w tym zakresie znacznie lepiej zorientowany. Nie pozostawało nic innego, jak tylko cierpliwie nań poczekać…

Tyle że czas mijał, słońce przygrzewało, puchate obłoki sunęły po niebie - a młodzieniec nadal nie wracał. Chłopiec zaczynał już nabierać przekonania, że jego nowy znajomy najzwyczajniej w świecie wystawił go do wiatru, gdy ów zjawił się w końcu z zadowolonym uśmiechem na twarzy.

- Przepraszam, że musiałeś tyle czekać - oznajmił. - Proszę.

Soo-won zganił się w duchu - doprawdy, jak mógł choć przez chwilę wątpić w uczciwość Kye-sooka? - po czym zajrzał ciekawie do podanej mu papierowej torebki. Wypełniały ją okrągłe ciastka, udekorowane tak, że przypominały kwiaty o sześciu płatkach, i słodko pachnące miodem.

- Wyglądają cudownie!

- A smakują jeszcze lepiej. - Jego kompan z powrotem usiadł na obmurowaniu fontanny. -Spróbuj.

Soo-won, nie zastanawiając się dłużej, wyjął jedno ciasteczko, ugryzł ostrożnie - po czym niezbyt elegancko wpakował całe do ust. To samo uczynił z kolejnym.

- Pyszne! - zachwycił się, z rosnącym zapałem pałaszując zawartość torebki. Kye-sook przyglądał mu się z niejakim pobłażaniem, spokojnie pogryzając własny przydział. - Tylko strasznie słodkie!

- Napij się. - Młodzieniec podał mu noszoną u paska manierkę. - Choć obawiam się, że to tylko woda…

- To nic! - zapewnił chłopiec, pociągnąwszy kilka głębokich łyków, a następnie oddał naczynie towarzyszowi, by ten również się napił. - Ale mamy problem, Kye-sook! Musisz mi koniecznie podpowiedzieć, co jeszcze warto tu zobaa-…

Soo-won niespodzianie ziewnął, głowa raz czy dwa kiwnęła mu się do przodu. Nagle zdał sobie sprawę, że oczy same mu się zamykają i za nic w świecie nie chcą pozostać otwarte.

- Wszystko w porządku? - zaniepokoił się Kye-sook.

Chłopiec zamrugał gęsto, walcząc z nieoczekiwanym przypływem senności.

- Niieee… Tylko trochę zachciało mi się spać…

- Może zbyt długo siedziałeś na słońcu. - Soo-won poczuł, że młodzieniec przykłada mu dłoń do czoła. - Lepiej zdrzemnij się trochę, mamy jeszcze dużo czasu.

- Kiedy ja… - chciał zaprotestować chłopiec, ale nie zdążył. Myśli zmąciły mu się, powieki opadły i ani się spostrzegł, jak otuliła go aksamitna ciemność.


Soo-won uniósł dziwnie ciężkie powieki, zamrugał kilkakrotnie. Z niezrozumiałych przyczyn bolała go głowa i jakby go… mdliło?

Udało mu się wreszcie skupić wzrok i zdał sobie sprawę, że sufit, który widział nad sobą, z pewnością nie był sufitem jego pokoju w zajeździe. Był znacznie niższy, odrapany, a z poczerniałych belek zwieszały się pęki ziół. Chłopiec przez chwilę przyglądał im się dość bezmyślnie, nim powaga sytuacji uderzyła go z pełną siłą.

Gdzie był? I jak się tu znalazł?

Poderwał się do pozycji siedzącej, gorączkowo rozglądając się wokół. Znajdował się w prostej, a być może nawet ubogiej izdebce - choć, rzecz jasna, nie miał żadnego porównania. Pod niskimi ścianami dostrzegał sprzęty, których przeznaczenia mógł się tylko domyślać, podłogę wyłożono czymś, co przypominało powiązaną w pęczki trawę, a jedyne umeblowanie stanowiła słusznych rozmiarów skrzynia ustawiona w kącie. Przynajmniej tyle dało się zobaczyć w dość skąpym świetle wpadającym do wnętrza przez wysoko umieszczone okienko.

Soo-won zacisnął powieki, czując silny zawrót głowy, po którym nadeszła kolejna fala mdłości. Jęknął. Zasłona oddzielająca izbę od innego pomieszczenia odsunęła się i wyjrzała zza niej znajoma twarz.

- Obudziłeś się, jak widzę - oznajmił jego znajomy z targu, przysiadając obok posłania i przyciskając mu dłoń do czoła. - Jak się czujesz?

- Okropnie… - zaczął Soo-won, po czym, przypomniawszy sobie o niepokojących okolicznościach, czym prędzej nachylił się do ucha towarzysza. - Kye-sook, gdzie my jesteśmy? Co się stało?

- Najpierw wypij. - Młodzieniec podał mu trzymany w ręku kubek. - Niedługo powinieneś poczuć się lepiej.

Chłopiec powąchał napar - pachniał ziołami - po czym upił odrobinę. Tak jak się spodziewał, smakowało okropnie, ale Kye-sook znał się na rzeczy. Skoro twierdził, że powinno pomóc, należało posłuchać; zresztą w obliczu znacznie bardziej palących kwestii nie wypadało się spierać z powodu takiej błahostki.

Soo-won opróżnił duszkiem naczynie, po czym ponowił pytanie.

- Co to za miejsce, Kye-sook? Dlaczego tu jesteśmy?

Niespodziewanie chłopak odsunął się nieco, jego wargi wygiął dziwny, jakby przepraszający uśmiech.

- To moja rodzinna wioska - odparł. - W górach.

Soo-won dłuższą chwilę przyglądał mu się z niezrozumieniem, usiłując przyswoić informację i jakoś umiejscowić ją w kontekście. Fakty nijak nie chciały się łączyć w klarowną całość.

- Ale… dlaczego mnie tu zabrałeś? Przecież nic mi się nie stało?

- Wiem. Choć w pierwszej chwili trochę się martwiłem, czy aby dawka nie była zbyt duża.

- Dawka…? O czym ty… - zaczął chłopiec i urwał ze zgrozą, gdy zdał sobie sprawę, co Kye-sook próbuje mu powiedzieć. Pusty kubek wysunął mu się z dłoni.

- Ty…

- Uśpiłem cię. I uprowadziłem. - Młodzieniec ze spokojem potwierdził jego najgorsze przypuszczenia. - Właśnie tak.

- Ale czemu? - nie potrafił zrozumieć Soo-won. Cała sytuacja wymykała się jego pojmowaniu. - Przecież ja nic…

Ugryzł się w język - jeśli do tej pory nic nie powiedział o swojej prawdziwej tożsamości, tym bardziej nie powinien wygadać się teraz. Kye-sook jedynie uśmiechnął się cierpko.

- „Nic nie znaczę"? - dokończył, szczęściem w nieszczęściu opacznie interpretując niedokończoną wypowiedź chłopca. - Nie bądź dla siebie taki surowy. Jeśli twój ojciec negocjuje umowy handlowe z rajcami miejskimi, to znaczy, że jest dość bogaty, by zapłacić okup.

Okup? Ta koncepcja dotąd nie postała w Soo-wonowi w głowie. Dzieci z królewskiego rodu nikt nigdy nie porywał z tak banalnego powodu; zazwyczaj szło albo o zemstę, albo o próbę wymuszenia czegoś na władcy. Tak zawsze mówiły opowieści…

Tyle że Kye-sook nie miał pojęcia, że porwał dziecko królewskiej krwi, a to nie była opowieść. Wszystko przypominało raczej koszmar senny, z którego Soo-won bardzo, ale to bardzo chciał się obudzić.

- Dla-… Dlaczego? - wyjąkał, a głos zadrżał mu bardziej, niż by chciał. Przez twarz młodego porywacza przemknął cień.

- Cóż… można powiedzieć, że miałem swoje powody.

Soo-wonowi łzy napłynęły do oczu. To… to było niemożliwe. Zdążył już polubić Kye-sooka, a ten… Ten…

- Kiedy… Ja nie rozumiem! - wychlipał. - Przecież byłeś taki miły!

- Jesteś zbyt ufny, chłopcze. - Kye-sook podniósł upuszczony kubek, obrócił w dłoni. - Ciesz się, że trafiło na mnie.

- Mam się cieszyć? - oburzył się Soo-won. - Porwałeś mnie!

- To prawda. - Młodzieniec wstał, mierząc go poważnym spojrzeniem. - Zważ jednak, że żyjesz, jesteś cały i zdrów. I ze swojej strony zaręczam, że tak pozostanie… o ile nie przyjdzie ci do głowy jakieś piramidalne głupstwo. Wierz mi, bynajmniej nie każdy byłby gotów ci to zagwarantować.

- Nie uwierzę w ani jedno twoje słowo! - krzyknął chłopiec czupurnie, choć broda mu się trzęsła. - Ty… Ty farbowany lisie!

- Twoje prawo. - Kye-sook uniósł brew. - Choć prawdę mówiąc, nie przypominam sobie, bym jakoś znacząco cię okłamał. To ty zinterpretowałeś moje słowa, jak ci się podobało.

Soo-won popatrzył na niego gniewnie.

- Ach tak?! Obiecałeś, że odprowadzisz mnie do… zajazdu… - ostatnie słowo przeszło w trwożny szept, gdy chłopiec uświadomił sobie coś, od czego aż ścierpła mu skóra. Kapitan Joo-doh… Soo-won obiecał mu, że wróci przed zachodem słońca. A co, jeśli…

W jednej chwili zerwał się z miejsca, łapiąc Kye-sooka za rękaw. Może… Może jednak uda mu się go przekonać? Przecież… młodzieniec nie mógł być aż tak nieczuły, prawda?

- Kye-sook, ja muszę wrócić…! - poprosił żarliwie. - Kapitan… Miał mnie pilnować! Ojciec na pewno go ukarze, jeśli nie zjawię się przed zmierzchem! Kto wie, co gotów zrobić!

Fiołkowe oczy porywacza pociemniały niebezpiecznie. Chłopiec cofnął się o krok, puszczając jego rękaw. Po plecach przebiegł mu dreszcz.

- Należało się nad tym zastanowić, zanim zachciało ci się przygód - oznajmił Kye-sook zaskakująco zimno. - Teraz to już cokolwiek poniewczasie.

- Ale… Ale Kye-sook! - Soo-won ledwie mógł uwierzyć w to, co słyszy. - Nie obchodzi cię, co się z nim stanie?

- A czy ciebie to wcześniej obchodziło? - Młodzieniec przeszył go spojrzeniem, które było jak sztylet. - A teraz wybacz, muszę dopatrzyć kilku spraw.

Po tych słowach obrócił się na pięcie i ruszył w stronę zasłony; zaś chłopiec wpatrywał się w jego plecy z niedowierzaniem i rosnącym bólem. Gdzie się podział jego uprzejmy, pomocny kompan z targu…? Czyżby… czyżby nigdy go nie było…?

- Aha. - Kye-sook zatrzymał się na chwilę, nim przeszedł do sąsiedniej izby, jakby jeszcze o czymś sobie przypomniał. - Gdyby przypadkiem przyszło ci do głowy uciec… Za domem jest dobre pięćdziesiąt stóp litej skalnej ściany, a chatę widać jak na dłoni z każdego miejsca w wiosce. Och, i byłbym zapomniał… Przy wejściu i oknie stoją straże. Na twoim miejscu niczego bym nie próbował… zwłaszcza że naprawdę nie chciałbym cię wiązać.

To rzekłszy, zniknął za zasłoną. Soo-won, osłupiały i zraniony, został sam ze swoim nieszczęściem.