Drugą część napisałam już dawno, ale dopiero dzisiaj przeszła przez sito moich własnych poprawek i niezadowolenia ;)
Coraz bardziej lubię moją własną wizję Rufusa.
Było ich siedmioro. Trzech mężczyzn, trzy kobiety i jedno dziecko. Nikt nikogo wcześniej nie znał, nie było rodzin, wszyscy wpadli na siebie przypadkiem wśród ruin. Dlatego każdy był tutaj równy, doskonale rozumieli, że należy podzielić się każdą odrobiną.
Lekko wgniecioną puszkę z fasolą i kawałek zakurzonego chleba przyniósł mu Ezra, dziewięcioletni chłopiec, który tak go niedawno wystraszył. Rufus przyjął jedzenie z wdzięcznością, choć czuł się trochę nieswojo, wiedząc, że wszyscy go przy tej czynności bacznie obserwują. Nie mógł cały czas mieć zakrytej twarzy, bo to wyglądało zbyt podejrzanie, zsunął więc prowizoryczny kaptur, mając nadzieję, że kamuflaż na nosie i policzkach jest dostatecznie dobry. Dla pewności potrząsnął jednak głową, aby przynajmniej włosy opadły mu na oczy i ugryzł kawałek chleba. Piasek zazgrzytał między zębami.
— A zatem... Kim jesteś, bracie? — zapytał młody, jasnowłosy mężczyzna o sympatycznej twarzy, który jeszcze chwilę temu był gotowy roztrzaskać Rufusowi czaszkę metalową rurką.
Rufus przełknął suchy chleb. Ostre brzegi poraniły mu przełyk, ale nie skrzywił się ani odrobinę.
— Pochodzę z Mideel — odpowiedział lekko zmęczonym tonem. Wymyślanie fałszywego życiorysu stanowiło w tej chwili niezwykle wyczerpujący proces, ale nie było innej rady. — Jak cała moja rodzina zresztą, od pokoleń. Można rzec, że jestem południowcem z krwi i kości.
— Mideel? Niewielu ludzi stamtąd osiedla się w Midgar — wtrącił Grid. — Zdaje się, że żyje się wam tam całkiem szczęśliwie.
Znali się dopiero od pół godziny, a Rufus już miał ochotę go zabić.
— Młodość rządzi się swoimi prawami — odparł znudzony. Przechylił puszkę z fasolą i wziął do ust kilka ziaren. Żuł je powoli, dając sobie nieco czasu na sklejenie wiarygodnej historii. — Nie chciałem spędzić całego życia w wiosce, gdzie wszyscy się znają. Wolałem poszukać swojego szczęścia w stolicy.
— I co, znalazłeś je?
— Nie do końca, jak widać — Rufus uśmiechnął się kwaśno. — Miałem piekarnię w sektorze ósmym, ale teraz jest już przemielona na mąkę. Pełnoziarnistą, typ pięćset pięćdziesiąt.
Blondyn parsknął krótkim, urwanym śmiechem.
— Ja pracowałem dla Shinry, byłem żołnierzem. Chciałem wstąpić do SOLDIER, ale zabrakło mi umiejętności... Mam trochę problemów z koordynacją. — Jasnowłosy uśmiechnął się z zakłopotaniem. — Ale całkiem dobrze wspominam moją służbę. Zwiedziłem kawał świata, płacili mi też wcale nie najgorzej.
— Shinra! — Grid splunął z obrzydzeniem. — Jak możesz w ogóle wymawiać tę nazwę?! To przez nich chowamy się teraz po kątach jak szczury! Już zapomniałeś, jak cię znaleźliśmy? Już możesz im uwierzyć, że to niechcący?
Twarz jasnowłosego jakby poszarzała, a on sam zamarł w bezruchu. Po chwili jednak powoli uniósł głowę i spojrzał na olbrzyma tak pełnym pogardy wzrokiem, że ten natychmiast umilkł.
— Stul mordę, Grid, bo nie ręczę za siebie — wycedził. — Nie chcę oglądać twojego pyska ani sekundy dłużej.
Po tych słowach wstał z kamienia, na którym siedział i odszedł szybkim krokiem, znikając gdzieś między resztkami murów. Nikt nie powiódł za nim wzrokiem, nikt tego nie skomentował. Wszyscy mieli miny, jakby nic nadzwyczajnego się nie stało.
— Emmanuel... jest z nami od przedwczoraj — zaczęła w końcu cicho jedna z kobiet, która najwidoczniej zauważyła zdziwienie i zaciekawienie na twarzy Rufusa. Grid wciąż patrzył w ziemię. — Spotkaliśmy go wieczorem, niedaleko Wall Market w sektorze szóstym. A właściwie to... bardziej go usłyszeliśmy, niż spotkaliśmy...
— I dość szybko dowiedzieliśmy się, dlaczego tak wrzeszczy — podjęła nagle opowieść najstarsza z kobiet. Była już dobrze po pięćdziesiątce, a może to tylko kurz na jej twarzy sprawiał wrażenie, że jest starsza niż w rzeczywistości? Zrobiła krótką pauzę i wzruszyła ramionami. — Od ciała żony odciągaliśmy go siłą.
— Głupek — mruknął nagle Grid i splunął. — W ogóle nie ma tego Shinrze za złe. W ogóle... Nie chce nawet uwierzyć, że to oni, tak mu wyprali mózg. Ciągle gada, że nie mieli z tym nic wspólnego. A jak dla mnie to ten skurwiel Rufus... to wszystko jego wina. Jego nic nie obchodzi, on niczego i nikogo nie stracił.
Wspomniany skurwiel milczał, czekając na dalszy ciąg. Nie ruszały go gromy pod własnym adresem, zwyczajnie nie chciał w tej chwili wdawać się w głębsze dyskusje na takie tematy, bo był zbyt zmęczony, aby zważać na własne słowa. Mógł całkiem łatwo zdradzić się jakąś niepotrzebną uwagą czy wykazaniem się wiedzą o sprawach, o których nie powinien mieć zielonego pojęcia jako przeciętny obywatel Midgar. Z drugiej strony, to chyba dość dobra okazja do uzupełnienia dużej luki w pamięci... A kto wie, czy nadarzy mu się kolejna?
— Hm, nie pamiętam zbyt wiele, ale zdaje się, że Shinra próbowała obronić miasto przed potworem — zaczął niewinnie.
— Bronisz ich?! — zapowietrzył się Grid. — Wiedziałem, że coś jest z tobą nie tak!
— Nie bronię, po prostu zastanawiam się... Celowe zniszczenie własnej siedziby raczej nie leżałoby w ich interesie — ciągnął Rufus ostrożnie i udał, że bardzo zajmuje go wydobywanie z puszki kolejnych fasolek. — Owszem, są bogaci i mogliby odbudować Midgar bez trudu, ale to też kwestie... wizerunkowe. — Zaklął w duchu, bo czuł, że mimo wszystko wszedł na śliski grunt.
— Wizerunkowe? — zdziwił się trzeci mężczyzna, który przysłuchiwał się rozmowie od początku.
— Shinra pozowała na zbawicieli świata, tak? Midgar miało być bezpieczną ostoją. Grid, jeżeli teraz Shinra oznajmiłaby, że odbuduje miasto i zaprasza do ponownego osiedlenia się, chciałbyś tu mieszkać?
— Człowieku, o co ty mnie pytasz? W życiu! Nienawidzę tego miasta. — Olbrzym skrzywił się. — Wynoszę się stąd, jak najdalej. Może poszukam pracy w Gold Saucer, tam ciągle potrzebują ludzi.
— No właśnie. — Rufus pokiwał głową. — Nikt nie chce zostać na skażonej ludzką krwią ziemi — ciągnął ponuro. — Shinrze to też bardzo nie na rękę.
Przez chwilę nikt się nie odzywał.
— Więc kto? Kto za tym wszystkim stoi? — spytała Rufusa przerażonym tonem jedna z kobiet. — AVALANCHE?
No tak, w świadomości mieszkańców Midgar AVALANCHE miało dwie twarze. Jedni uważali ich za bohaterów, chcących uratować świat, dla innych byli to zwykli terroryści, którzy bez mrugnięcia okiem posłali cały sektor siódmy do diabła i na których zrzucało się wszystko, co najgorsze. Rufus nie był jednak do końca pewien, jakie zdanie przeważa wśród tych ludzi, a pomyłka mogła go drogo kosztować...
— Nikt nie jest w stanie tego stwierdzić — zaczął dyplomatycznie. — AVALANCHE może nie dysponować środkami, aby zniszczyć całe miasto. Mogli też mieć inny cel, a to tylko... wypadek przy pracy. Z drugiej strony, nie można wykluczyć ich współpracy z innym wrogiem. Może wszyscy nie docenialiśmy ich potęgi. Nikt tego nie wie, ale dla bezpieczeństwa można założyć, że ktoś... choć wcale niekoniecznie AVALANCHE... rzeczywiście celował w Midgar.
Pochylił lekko głowę, aby ukryć łagodny uśmiech, który mimo woli wpełzł mu na usta. Kto by pomyślał, że lekcje tej bełkotliwej politycznej retoryki przydadzą mu się w takim momencie? Miał wstręt do używania ogłupiającej, bezsensownej nowomowy w swoich przemówieniach, ale rzeczywistość była smutna i brutalna. To właśnie w taki sposób dochodziło się do władzy – poprzez tworzenie bandy idiotów pod sobą. I robił tak każdy jeden polityk, a przynajmniej Rufus nie znał od tej reguły żadnych wyjątków.
Zapadła cisza. Po twarzach otaczających go osób widział wyraźnie, że nikt nie zrozumiał ani słowa z jego bełkotu, choć wszyscy próbowali jakoś ten monolog przetrawić. Kolejna przydatna lekcja, pomyślał, obserwacja przeciwnika...
— A ja słyszałem plotki, że to Sephiroth — odezwał się ów trzeci mężczyzna nieco niepewnie. — AVALANCHE to... zwykli ludzie, jak i my. Nie wydaje mi się, że mogliby pokierować takim meteorem. Niby jak?
— Sephiroth nie żyje, Nev — wtrącił Grid takim tonem, jakby była to najoczywistsza rzecz pod słońcem. — Zginął pięć lat temu, wszyscy to wiemy. Sama Shinra to oficjalnie ogłosiła.
— Nagle wierzysz Shinrze? — Rufus nie mógł powstrzymać się od takiego komentarza, choć mocno starał się, aby nie było w nim złośliwości. — Kto ma władzę, ten tworzy historię. A Shinra miała. Ja także słyszałem pogłoski, że Sephiroth żyje i ma się dobrze. Na pewno wszyscy je słyszeliśmy. I założę się, że tak jak tu siedzimy, wszyscy jesteśmy skłonni w nie uwierzyć. Ty też, Grid.
Olbrzym zasępił się.
— Owszem, słyszałem — przyznał niechętnie. — Tyle, że nikt głośno o tym nie mówi. Wszyscy się boją, Rein. Z ciebie może i jest kozak, bo nie wyglądasz ani nie mówisz jak zwykły robol, ale my jesteśmy zbyt prostymi ludźmi, aby rozumieć, co się dzieje.
— A co się dzieje? — zapytał Rufus, z całych sił próbując, aby pytanie zabrzmiało zdawkowo.
— Jak to: co się dzieje? — Grid zamrugał. — Skądś ty się, chłopie, urwał? Rozejrzyj się dookoła.
Rufus zamyślił się. Postanowił, że powie im prawdę, łatwiej ją kontrolować... a właściwie taką część prawdy, jaka mu nie zaszkodzi.
— Hm, zdaje się, że zachlałem gdzieś w okolicach sektora zerowego — powiedział wolno i uśmiechnął się z zakłopotaniem. — A gdy się obudziłem, miasto wyglądało właśnie tak. — Rufus zrobił pauzę i po krótkim namyśle dodał: — Pamiętam meteor na niebie, ale mam niejasne wrażenie, że wcale nie spadł na Midgar.
Grid zmarszczył brwi.
— Bo? — rzucił krótko.
— To oczywiste. Wtedy byśmy ze sobą nie rozmawiali. — Rufus wzruszył ramionami. — Nasze zwłoki leżałyby gdzieś radośnie wgniecione w olbrzymi krater. A tak... miasto jest po prostu zniszczone, jakby dostało rykoszetem. Tylko tyle, albo aż tyle.
— Cwana z ciebie bestia, Rein — mruknął Grid. — Ale i tak masz więcej szczęścia niż rozumu w bani. Meteor odbił się od Midgar jak piłka i zginęły dziesiątki tysięcy ludzi... I to trzeźwych jak świnie — dodał zjadliwie.
— Odbił się? — powtórzył zaskoczony Rufus, całkowicie ignorując resztę wypowiedzi olbrzyma. — Jak to: odbił się?
— Normalnie — warknął tamten. — Planeta w końcu się poczuła w obowiązku, jebana.
Rufus nie skomentował. Ostatnim, czego się teraz spodziewał, to że coś przywoła dawne, mgliste i bardzo gorzkie wspomnienia z dzieciństwa.
Nie pamiętał matki zbyt dobrze, choć pewne wizje wciąż były bardzo wyraźne w jego pamięci. Miał ledwie pięć lat, gdy nagle zniknęła. Tak po prostu, któregoś dnia nie przyszła rankiem do jego pokoju, aby pogłaskać go z uśmiechem po włosach i obudzić słowami: „Rufusie, wstawaj, już siódma". Przysłany w zastępstwie żołnierz nie potrafił – lub nie chciał – powiedzieć mu, gdzie jest mama. Nie przyszła też następnego i jeszcze kolejnego poranka i Rufus wkrótce przestał pytać. Właściwie to nie zobaczył jej już nigdy więcej. Raz tylko przypadkiem usłyszał, jak ojciec mówił Heideggerowi, że „nareszcie pozbyli się tej jebanej pizdy", ale nie zapytał, o kogo chodzi. Przecież doskonale wiedział. A nim jeszcze zdążył dorosnąć, został wtajemniczony w interesy Shinry i sam nauczył się, jak pozbywać się ludzi tak, aby nie został po nich żaden ślad. Jak ewaporować.
Potrząsnął głową, chcąc odgonić widmo jasnowłosej kobiety o zawsze smutnych oczach.
— Wybacz, dalej nie rozumiem — powiedział z wysiłkiem Rufus.
— Lifestream — wtrącił mężczyzna nazwany Nevem. — Widziałem na własne oczy. To Lifestream odepchnął meteor, zanim spadł na ziemię.
— Przecież i tak nie mógłby spaść. — Najstarsza z kobiet wzruszyła ramionami. — Jakaś magia trzymała go tuż nad miastem, pamiętasz? Tylko... zdaje się, że była za słaba, żeby go zniszczyć...
— No przecież mówię, że to był Lifestream! — nadąsał się Nev. — Odległość między meteorem a ziemią była zbyt mała, aby ta magia nabrała odpowiedniego rozpędu. Lifestream odepchnął go na tyle, że wspominana tu z uporem magia mogła się skoncentrować i uderzyć. Co się tak patrzycie? Ja też pracowałem dla Shinry, tyle że jako fizyk — dodał, widząc zdziwione spojrzenia towarzystwa. — Przecież właściwie każdy w Midgar w jakiś sposób pracował dla Shinry. Ale i tak nie mam pojęcia skąd ten nagły zryw Lifestreamu. Sam z siebie jest absolutnie niemożliwy, badaliśmy takie rzeczy wielokrotnie. Osobiście robiłem większość obliczeń.
— Więc...
— Tak — przytaknął Nev. — Albo jakiś bóg istnieje, albo są na ziemi tak potężne byty, o których nie mamy pojęcia. To, że Sephiroth miał meteor pod kontrolą, już przecież ustaliliśmy.
— Czyli co, Seph ma dobrego brata bliźniaka? — zarechotał Grid. — Drugiego takiego gnoja świat już chyba nie wytrzyma.
Rufus milczał wymownie, czując, że kretyńskie żarty olbrzyma zaraz przechylą szalę. Milczał także Nev i wszystkie kobiety, a wkrótce i Grid przestał się głupkowato śmiać. Machnął ręką i odszedł gdzieś bez słowa.
— A ja nic z tego wszystkiego nie rozumiem — rozbrajająco szczerze przyznał nagle Ezra, który, jak się okazało, przysłuchiwał się rozmowie od jakiegoś czasu.
