- Litości, Bryan! Zachowujesz się jak rozkapryszona baba!

Obserwując swojego przyjaciela, Phil jęknął głośno, wyciągając słuchawki z uszu. Bryan od kilkudziesięciu minut nie odezwał się do niego ani słowem; ignorował także jego osobę. Tracąc powoli cierpliwość, Brooks wyłączył zmniejszył prędkość na bieżni i zwrócił się twarzą do biegnącego obok niego mężczyzny.

- Możesz mi łaskawie wyjaśnić o co Ci chodzi? - zapytał powoli, wyraźnie akcentując każde swoje słowo.

- Nie mów mi, że jeszcze się nie domyśliłeś, Sherlocku. Dobrze wiesz, że chodzi mi o tamtą dziewczynę – Bryan prychnął, spoglądając na przyjaciela. - Nie musiałeś być aż tak chamski, Phil – dodał szybko, widząc jego kpiący wyraz twarzy.

- Nie moja wina, że nie potrafiła upilnować tego małego...

- Po prostu daj spokój, Phil. Nie chcę o tym już rozmawiać.

- Więc nie rozmawiajmy. Obraź się i machnij w moją stronę ręką niczym Maryse. Chrzań się, Danielson!

Phillip zeskoczył ze swojej bieżni, wkładając z powrotem słuchawki do uszu. Podszedł do leżącej w rogu sali torby treningowej i podnosząc z niej czysty ręcznik, rzucił wrogie spojrzenie mężczyźnie po drugiej stronie sali. Zupełnie niewzruszony jego wcześniejszym przemówieniem Bryan biegł nadal, wpatrzony w punkt przed sobą. Wzruszając ramionami, Phil zabrał z podłogi torbę, po czym skierował się w stronę wyjścia z sali.

Odgarniając przyklejone do spoconego czoła włosy, Allison szybko podniosła się z podłogi, zabierając ze sobą swoje rzeczy. Po skończonej rozgrzewce miała piętnaście minut przerwy zanim rozpoczną się kolejne jej zajęcia. Miała więc chwilę czasu, by złapać trochę dystansu i skoncentrować się na tym, co robi.

- Allison! Allison, zaczekaj na mnie!

Odwracając się w kierunku, z którego dobiegał ją głos, Allison spostrzegła Megan, dziewczynę, z którą znajdowała się w jednej grupie. Uśmiechając się delikatnie, przystanęła, czekając na nią.

- Meg. Coś się stało? - zapytała cicho, wciąż nie mogąc złapać pełnego oddechu po rozgrzewce.

- Ty mi powiedz, All – odparła dziewczyna. - Obserwowałam Cię podczas treningu. Wszystko w porządku?

Uśmiech Allison zniknął; zastąpił go natomiast ledwo widoczny grymas, który wkradł się na twarz brunetki.

- Wszystko gra, Megan. Mam przejściowe kłopoty, ale to nic, czym powinnaś się martwić.

Dziewczyny powoli ruszyły w kierunku wyjścia z sali ćwiczeń. Spoglądając ukradkiem na koleżankę, Megan westchnęła ciężko.

- Nie wyglądasz na zbytnio szczęśliwą... - zaczęła, mając nadzieję, że wyciągnie od Allison jakieś informacje.

- Straciłam pracę. Nie mam pojęcia, jak opłacę mieszkanie, rachunki i szkołę – dziewczyna odparła, nie patrząc w stronę idącej obok niej drobnej blondynki.

- Straciłaś pracę? - Megan niemal krzyknęła, zwracając na siebie uwagę ludzi znajdujących się dookoła niej. - Co się stało? - dodała, znacznie ściszając swój głos.

- Robert. Próbował okraść jednego z klientów siłowni – wyjaśniła Allison.

- Próbował?

- Tak. Przyłapał go. Narobił strasznej awantury, przyszedł mój szef, a dalej już chyba nie muszę Ci mówić...

- Strasznie mi przykro, All. Gdybym tylko mogła Ci jakoś pomóc, mów.

Spoglądając na swoją przyjaciółkę, Allison uśmiechnęła się smutno. Od przyjazdu do Oklahomy nie miała w mieście zbyt wielu przyjaciół – znajomość z Megan była jedną z dobrych rzeczy, która się jej tu przydarzyła. Nie widziała jednak sposobu, w jaki dziewczyna mogłaby jej pomóc. Wsparcie duchowe to jedno, a niezapłacone rachunki to drugie. Allison poważnie martwiła się o swoją przyszłość.

- Odeślij Roberta do domu.

Jak przez mgłę dotarły do niej słowa Meg. Odwróciła głowę w jej kierunku, unosząc brwi w górę.

- Nie chcę, żeby wiedział, Meg. Będzie się niepotrzebnie martwił – odparła sceptycznie.

- Więc nie mów mu o niczym. Po prostu odeślij go do domu. Samej będzie Ci łatwiej zadbać o siebie i sprawy dookoła. Znajdziesz jakąś pracę, opłacisz wszystko i wtedy pomyślimy, co z Robem.

Brunetka wiedziała, że jej przyjaciółka ma rację. Odesłanie brata do domu było najlepszym wyjściem z tej sytuacji. Poza tym, jeśli Robert nie przestanie sprawiać kłopotów, nie poradzą sobie dalej w tym mieście.

- Myślę, że możesz mieć trochę racji – stwierdziła w końcu, uważnie rozważając za i przeciw pomysłu Megan. - Porozmawiam z nim o tym, gdy wrócę do domu...

Wchodząc do hotelowej restauracji, Phil z daleka zauważył siedzących przy jednym stoliku przyjaciół. Uśmiechając się pod nosem natychmiast skierował w ich kierunku swoje kroki, nie zwracając uwagi na siedzącego wśród nich Bryana. Pomimo kłótni, która wybuchła między nimi tego ranka, wątpił, by chłopak miał jeszcze siłę, by o niej pamiętać. Danielson nie był z reguły pamiętliwym gościem. W gruncie rzeczy to właśnie dlatego byli najlepszymi kumplami.

Nie odzywając się słowem podszedł do czwórki siedzących przy stoliku mężczyzn, po czym usiadł na jednym z krzeseł, rozglądając się po stoliku.

- Gdzie u licha byłeś?

Nie przejmując się pełnymi ustami sałatki Kofi Sarkodie-Mensah wykrzyknął w stronę nowo przybyłego towarzysza.

- Oglądałem miasto – odparł Phil, wzruszając ramionami.

- Sam? - zdziwił się siedzący po lewej stronie Kofiego Matthew Korklan.

- Nie, Dylan był moim ochroniarzem. Polecam. Jeśli chcecie wyjść spokojnie na miasto, to tylko z nim – wyjaśnił spokojnie Phillip, patrząc na dwóch siedzących naprzeciwko niego mężczyzn. - Bryan? A Ty? Nie zapytasz, jak było na spacerze z Hornswogglem? - zwrócił się nagle do swojego przyjaciela, szturchając go lekko łokciem w żebro.

- Odczep się ode mnie, Brooks – wymamrotał chłopak, nie podnosząc głowy znad stojącego na stole talerza z wegańskim daniem.

Kofi i Matt wymienili spojrzenia, nie potrafiąc pojąć dziwnego zachowania blondyna. Phil pokręcił chwilę głową, odchylając się do tyłu na swoim krześle.

- Nadal masz do mnie pretensje o tą dziewczynę... - stwierdził, uśmiechając się półgębkiem. - Ile razy Ci mówiłem, że to nie moja sprawa?

- A ja Ci mówiłem, że nie chcę o tym gadać. Skończ z tym – odrzekł Bryan, skupiając się na swoim jedzeniu.

- O czym Wy mówicie? - spytał Kofi, przenosząc wzrok z Matta na Phillipa.

- Jaka dziewczyna? - dodał szybko Matt.

- Chłopaki, to nic ważnego. Po prostu dzisiaj w siłowni jakaś dziewczyna...

- Nic ważnego? JAKAŚ dziewczyna?

Słowa Philla zostały gwałtownie przerwane wybuchem złości Bryana. Odsunął od siebie talerz, odwracając się w stronę przyjaciela.

- Gdyby nie Twoje wielkie ego, nie straciłaby swojej pracy! Rozumiesz? Straciła swoją cholerną pracę! Ty nie musisz się o nią martwić, a pomyślałeś, że może dla niej ta praca była czymś ważnym? Choć raz rozejrzyj się dookoła i zobacz coś więcej, niż czubek własnego nosa! - krzyknął, ściągając na siebie uwagę wszystkich gości restauracji.

Patrząc na niego z niedowierzaniem, Phil przygryzł dolną wargę. Po chwili jednak niedowierzanie zaczęło przeradzać się we wściekłość. Danielson naprawdę nadepnął mu na odcisk.

- W porządku – rzekł, starając się zachować spokój, a następnie wstał, nie spuszczając wzroku z siedzącego obok blondyna. - Chcesz, żebym coś zrobił? - zapytał, czekając na jakąkolwiek odpowiedź chłopaka. - Więc zrobię! - dodał i nie zawracając sobie głowy reakcją Bryana opuścił salę pełną gości.