Tłumaczenie za zgodą autorki.
Link do wersji oryginalnej znajduje się na moim profilu.
O świcie udałam się na spoczynek do trumny w piwnicy. Mimo że miałam na sobie ulubioną koszulę nocną, a pod głową najwygodniejszą poduszkę, nie mogłam zasnąć. Parę wieków minęło, odkąd po raz ostatni zmagałam się z tego rodzaju problemem. Dziwne, że jedna krótka wizyta Eryka wywołała we mnie aż tak olbrzymie zdenerwowanie. Doskonale wiedziałam, że jeśli nie zmrużę oka w dzień, wieczorem nie będę w zbyt dobrej kondycji, ale i tak nie potrafiłam zmusić się choćby do przymknięcia powiek.
Zmrok przywitałam tak samo niezdolna do pogrążenia się we śnie jak rano. Dłuższy odpoczynek nie wchodził jednak w rachubę, gdyż inaczej przegapiłabym spotkanie z Godrykiem. Wyczerpana bezczynnością, wygramoliłam się z trumny i podeszłam do lustra. Ciemne sińce pod oczami sprawiały, że wyglądałam jeszcze bardziej „trupio" niż zwykle. Z długimi, rozczochranymi włosami w kolorze kasztanu i nienaturalnie bladą cerą z powodzeniem mogłabym uchodzić za ofiarę morderstwa. — Ha — żachnęłam się na własne myśli. — Przecież naprawdę nią jestem.
Wyciągnąwszy z komody starą, drewnianą szczotkę, rozczesałam splątane włosy. Kiedy związałam je czarną wstążką i upudrowałam twarz, prezentowałam się już nie najgorzej. Niewiele brakowało, bym opuściła piwnicę bez przebrania się, ale w porę przypomniałam sobie, że potężnego, starożytnego wampira nie przystoi witać w piżamie.
Nie posiadałam białych sukienek ani obecnie, ani w przeszłości. Jednakże, z jakiegoś bliżej nieokreślonego powodu, akurat teraz poczułam się w obowiązku taką właśnie założyć. Skoro było to fizycznie niemożliwe, ostatecznie wślizgnęłam się w granatową, sięgającą mi do kolan. Godryk mógł uznać ją za niestosowną; czasem nawet mnie krępowało pokazywanie tak dużej części nóg, ale nie miałam wyboru. Skończyły się czasy, w których sklepy sprzedawały długie suknie. Pozostawało jedynie uszycie sobie własnych, a że nigdy nie uchodziłam za mistrzynię igły i nitki, musiałam zadowolić się bardziej skąpymi strojami współczesnej epoki.
Głód nie doskwierał mi od prawie trzech miesięcy; wyglądało na to, że im starsza się stawałam, tym mniej interesowałam się jedzeniem. Po wyjściu z piwnicy z zupełną obojętnością minęłam więc lodówkę wypełnioną butelkami z Czystą Krwią i od razu skierowałam kroki na zewnątrz.
Noc była dość rześka jak na środek lata, ale czego innego spodziewać się po Chicago? Rozejrzawszy się dokoła, by sprawdzić, czy nikt nie znajdował się w pobliżu, jednym susem wskoczyłam na dach. Uważnie wpatrując się w teren swojego podwórka, podziwiałam robaczki świętojańskie.
Na dłuższy moment oderwałam się od rzeczywistości, zatracona w zachwycie nad migającymi światełkami. Kiedy się ocknęłam i obróciłam, moim oczom ukazał się Godryk.
Opanowawszy początkowe zaskoczenie, skłoniłam się przed nim z szacunkiem. W odpowiedzi obdarzył mnie lekkim uśmiechem, w którego szczerość nie do końca uwierzyłam, po czym podszedł bliżej.
— Julianno — odezwał się łagodnie, chwytając moją dłoń. — Przykro mi, że przez cały dzień nie zmrużyłaś przeze mnie oka.
Godryk potrafił wyczuć targające mną emocje bądź zlokalizować miejsce mojego pobytu choćby i z drugiego końca świata, toteż nie zdziwiłam się, że wiedział, iż w ogóle nie spałam. Nawet gdyby nie posiadał tej zdolności, podobne wnioski pomógłby mu wysunąć stan mojej twarzy.
— Zdaje się, że ty także doświadczyłeś męki bezsennego dnia — zauważyłam, spoglądając w jego ciemne oczy; krótkie, brązowe włosy miał lekko zwichrzone.
Pomimo braku snu Godryk nadal był niezwykle przystojnym wampirem. Co prawda za sprawą upływu lat na jego obliczu pojawiło się pewne znużenie. Niski, ale o atletycznej budowie, zawsze trzymał się w sposób, którym egzekwował od innych szacunek i uznanie. Jednakże dzisiejszego wieczoru wydawał się delikatniejszy i normalniejszy niż zwykle. Nieznacznie też się garbił, jakby wreszcie poczuł na plecach ciężar czasu. Zauważyłam, że dotknąwszy mojej ręki, trochę się rozchmurzył.
— Ja również nie zaznałem należytego odpoczynku. Od dość dawna. — Odwrócił się, wciąż trzymając moją dłoń. Wyraźnie nie chciał jej puścić. — Odkąd przyśnił mi się koszmar.
Nie potrafiłam powstrzymać ciekawości. — O czym? — spytałam.
Przez chwilę patrzył na chmarę świetlików, sprawiając wrażenie oczarowanego ich migotaniem w takim samym stopniu jak ja wcześniej. — O tobie. — Ścisnął mi mocniej rękę, a spojrzenie jego brązowych oczu napotkało moje.
Zalała mnie fala szoku i przerażenia zarazem, gdyż nie wiedziałam, co to mogło znaczyć. W swoim długim życiu nieraz uniknęłam już śmierci z rąk tego wampira. Niewykluczone, że zamierzał dziś dokończyć dzieła. — Godryku... — zaczęłam.
— Nie — przerwał mi i łagodnym ruchem dotknął mojego ramienia. — Nie bój się. Nie przybyłem tu, by cię skrzywdzić.
(stulecia wcześniej)
Obudziłam się struchlała ze strachu; serce waliło mi jak młotem, w głowie się kręciło, a w uszach dudniło. Z nadzieją, że miałam po prostu niezmiernie realistyczny, okropny sen o śmierci Heleny, gołym człowieku-wilku i młodzieńcu z kłami, podniosłam powieki. I wówczas okazało się — nic bardziej mylnego.
Przebywałam w mrocznym pokoju, leżąc na łóżku znacznie wygodniejszym od tych, do których przywykłam w domu. Pomieszczenie to stanowiło dla mnie miejsce zupełnie obce, co już samo w sobie budziło niepokój. Jednakże dopiero po zerknięciu w dół odkryłam prawdziwy powód do paniki.
Naga. Byłam kompletnie naga. Ze skrajnym przerażeniem nabrawszy do płuc powietrza, pospiesznie chwyciłam lniane płótno i częściowo się nim nakryłam. Ze stanu mojej skóry wywnioskowałam, iż niedawno przebywałam na dworze; pokrywała ją bowiem, podobnie jak i włosy, cienka warstwa brudu. Najwyraźniej ktoś najpierw mnie obnażył, a potem... zaciągnął na zewnątrz? Nie pamiętałam, bym kiedykolwiek aż tak się umorusała, nawet podczas wietrznych dni spędzonych na pracy na polu. Zastanawiając się nad przyczyną swojego stanu, wpadłam jedynie na pomysł, że gdy spałam, ktoś zakopał mnie żywcem. Tylko że to najzwyczajniej w świecie nie miało żadnego sensu.
Znienacka po drugiej stronie izby przemknął czyjś cień. Przytuliwszy się mocniej do prześcieradła, zawołałam: — Kto tu jest?
Z ciemności gwałtownie wysunął się młody mężczyzna, który zawisnął nade mną z obnażonymi kłami. — Nie lękaj się, Julianno — odezwał się cicho. — Nie zrobię ci krzywdy.
Gdy rozpoznałam w nim chłopaka, który w dopiero co przeżytej przeze mnie makabrze zabił moją siostrę, natychmiast się zaniepokoiłam i odsunęłam od niego jak najdalej, ciągnąc płótno ze sobą. — Co to za miejsce, czym jesteś i co się stało z moją suknią? — pisnęłam z trwogą.
— Przebywasz w naszym gnieździe — odparł gładko Godryk. Ogarnąwszy spojrzeniem pokój, nie dopatrzyłam się w nim żadnych ptasich cech. — A ja jestem Śmiercią.
— Wcale nie — zaprotestowałam nieco drżącym głosem. — Inaczej byłabym już martwa.
Na jego twarzy widniała kompletna pustka, kiedy mówił: — Jesteś martwa. Zabiłem cię.
Rzuciwszy na siebie okiem, zauważyłam szybkie wznoszenie się i opadanie mojej klatki piersiowej; ponadto w uszach brzmiał mi własny puls. Doszłam zatem do wniosku, że bez wątpienia nadal należę do świata żywych, a młodzieniec z kłami to szaleniec.
— A co z moją suknią?
Nieoczekiwanie w izbie rozległ się głos kogoś innego, przez co z lekka się wzdrygnęłam: — Włączenie w nasze szeregi dziewicy ściągnęłoby na nas złe fatum.
Mimo że domyśliłam się ukrytego znaczenia tych słów, początkowo nie potrafiłam przyjąć go do wiadomości. Wkrótce do moich oczu napłynęły łzy. Zerknąwszy na siebie po raz kolejny, poczułam się brudna, ale tym razem nie z powodu ziemi, którą wciąż byłam pokryta; wręcz zemdliło mnie z obrzydzenia. W chwili obecnej pragnęłam jedynie zażyć kilkugodzinnej kąpieli, przyodziać się i płakać.
— Zhańbiłeś mnie? — wyjąkałam, ledwie co zdobywając się na to, by popatrzeć na Godryka.
— Spędzimy razem wieczność — odpowiedział. Nie uznałam tego ani za przydatne, ani za pocieszające.
Nie potrafiąc zapanować nad wstydem, ukryłam twarz w dłoniach i zaszlochałam. Nie wiedziałam, że młodzieniec przebywał w aż tak bliskiej odległości, dopóki jego lodowata ręka nie znalazła się nagle na moich obnażonych plecach.
— Łapy precz! — wrzasnęłam, gdy tylko zorientowałam się, że mnie dotykał, po czym zamachnęłam się niczym dzikuska, by go odepchnąć; bez rezultatu. Złapał moje ramię i wykręcił je tak mocno, że niewiele brakowało, aby całkowicie oderwało się od tułowia.
— Nie waż się zwracać do mnie w taki sposób! Jestem twoim twórcą, masz mnie kochać! — warknął z oczyma rozjarzonymi wściekłością. Mimo że doskonale widziałam jego kły, nie bałam się. Towarzyszyło mi jedynie poczucie bycia zdradzoną i wykorzystaną. I za nie nienawidziłem Godryka całym sercem.
— Za to, co mi zrobiłeś, nigdy nie zdołałabym cię pokochać — stwierdziłam jadowicie, w reakcji na co zmrużył oczy i jednym płynnym ruchem złamał mi rękę. Kiedy krzyknęłam z bólu, puścił mnie, ale nie na długo; sekundę później zacisnął dłoń na mojej szyi.
— Możesz mnie nie kochać — syknął mi prosto w twarz — ale będziesz mnie szanować. Jestem od ciebie starszy, silniejszy i mogę cię zniszczyć.
Gdyby spojrzenia zabijały, z łatwością zamordowalibyśmy się intensywną nienawiścią, która emanowała z naszych oczu. Oboje nie zamierzaliśmy odwracać wzroku; Godryk trzymał mnie za gardło z siłą anakondy, nie pozwalając mi złapać oddechu.
Na szczęście ten ktoś, kto odezwał się wcześniej, położył mu dłoń na ramieniu, dzięki czemu młodzieniec natychmiast dał za wygraną. Skupiwszy się na swojej zranionej ręce, uznałam, że bolała ona o wiele mniej, niż należało się spodziewać. Tymczasem mężczyźni dyskutowali ze sobą w tym samym nieznanym mi języku, którego użyli w lesie. Z pewnością dysputowali o mnie, ale nie miałam pojęcia, co dokładnie mówili. Niebawem Godryk skłonił się swemu rozmówcy i opuścił pomieszczenie.
— Kim jesteś? — zapytałam mojego wybawcę. Był wysoki i smukły, a od jego prawego ucha aż do linii szczęki biegła głęboka blizna, której kontynuacja widniała na szyi. Miał czarne włosy, podobnie jak Godryk krótko przystrzyżone. Niebieskie, niewyrażające żadnych emocji oczy nieznajomego stanowiły jednak wyraźny kontrast do tych czarnych, przenikliwych, które spoglądały na mnie przed chwilą.
— Na imię mi Mariusz. Jestem twórcą Godryka — odparł i odwróciwszy się, skierował kroki ku kufrowi w rogu pokoju.
— Czym jesteś? — uściśliłam, podczas gdy on stał zwrócony do mnie plecami. — I Godryk, jak przypuszczam...
— Oraz ty — dodał, przez co zadrżałam. — Nie musisz się lękać. Przynależność do naszej rasy niesie ze sobą sporo korzyści, jak choćby to, że jesteś już w pełni wyleczona. — Ponownie dotknęłam swojej ręki i ze zdumieniem stwierdziłam, że to prawda. Wyciągnąwszy z kufra długą, białą suknię, Mariusz ostrożnie przewiesił ją sobie przez ramię, po czym zatrzasnął wieko i obrócił się ku mnie z takim samym obojętnym wyrazem twarzy, jaki widziałam u Godryka. — Każda kultura nazywa nas inaczej: śmiercią, demonem, diabłem, monstrum. Wszystkie te określenia są w równym stopniu surowe. Ja jednak preferuję termin germański: wampir.
Z łatwością znalazł się przy mnie w ułamek sekundy; poruszał się z niewiarygodną szybkością. Kiedy podał mi szatę, ostrożnie odebrałam ją od niego jedną ręką. — Zabiliście moje siostry. Jesteście mordercami.
Potwór zdawał się nie przejmować mym chłodnym tonem; ojciec za nic w świecie nie pozwoliłby mi przemawiać do siebie w taki sposób. Mariusz natomiast kompletnie to zignorował. — Zabijamy, by zaspokoić głód. Wampiry muszą pić krew, żeby przetrwać. Do jej wysysania używamy kłów, którymi wbijamy się zwykle w szyję ofiary. Jesteśmy od ludzi szybsi, silniejsi, nasze rany goją się także znacznie efektywniej.
Rewelacje te wydawały się niezmiernie przytłaczające. Zapewne wyglądałam na tak samo zagubioną, na jaką się czułam, gdyż mężczyzna się zaśmiał. — Z czasem uzyskasz odpowiedzi na każde z nurtujących cię pytań, moje dziecko. Teraz jednak udam się do izby jadalnej. Wkrótce zasiądziemy do wieczerzy, na której jesteś oczekiwana. Ufam, że suknia przypadnie ci do gustu. — Zanim zdążyłam odpowiedzieć, Mariusz opuścił izbę, zostawiając mnie samą.
Przez kilka minut zbierałam myśli, aż w końcu postanowiłam ubrać się i opuścić to przeklęte miejsce. Szata, którą otrzymałam, okazała się cudowna, lecz nie chciałam przybierać się w biel przed dniem kończącym moje panieństwo. Skoro jednak nie pozostawiono mi większego wyboru, założyłam ją i zawiązałam najlepiej jak umiałam, by leżała na mnie jak należy.
Suknia spełniała wszystkie oczekiwania, jakie miałam względem swego ślubnego stroju, jeśli Helenie i Irenie pozwolono by go ukończyć. Wiedziałam, że teraz, kiedy obie nie żyły, moje zaślubiny przebiegną w zupełnie innej atmosferze. Im dłużej o tym myślałam, tym bardziej wątpiłam, czy ceremonia w ogóle dojdzie do skutku. Bo czy gdy Teodozjusz dowie się, że nie jestem już dziewicą, nadal będzie chciał wziąć mnie za żonę?
Dumając nad swoim zrujnowanym weselem, odruchowo dotknęłam środkowego palca, na którym zwykł znajdować się mój srebrny pierścień zaręczynowy. Gdy zerknęłam w dół, zorientowałam się, że znikł. Parę następnych minut spędziłam zatem na poszukiwaniach, podnosząc poduszki i sprawdzając przestrzeń pod łóżkiem. Na próżno. Pierścień, który tak troskliwie nosiłam przez ostatni miesiąc, przepadł bez śladu. Co więcej, nie miałam pojęcia, gdzie mógł się podziać.
Wciąż pełzałam po podłodze, częściowo skryta pod łożem, gdy zza pleców dobiegł mnie zgrzyt otwieranych drzwi. Na myśl o tym, jak komicznie musiałam wyglądać, gwałtownie wciągnęłam powietrze do płuc, po czym podjęłam próbę pełnej wdzięku ucieczki przed kłębami kurzu. Kiedy wreszcie wydostałam się spod materaca, mój spuszczony wzrok napotkał parę czarnych, owłosionych łap.
Szeroko otworzywszy oczy, podniosłam głowę i ujrzałam przed sobą tego samego wilka, który w puszczy zaatakował Helenę. Warknął na mnie, w reakcji na co wskoczyłam na łóżko z nadnaturalną prędkością, którą zdziwiłam się bardziej niż widokiem przybysza. Przerażona i obecnością bydlęcia, i swoimi nowymi umiejętnościami, wrzasnęłam co sił w płuc, stojąc na środku łoża, jakby było ono łódką, której groziło wywrócenie się do góry dnem.
Wilk przechylił głowę, wyraźnie zaciekawiony źródłem mojego strachu, po czym zaczął szczekać i także wszedł na łóżko, szeroko rozwierając paszczę, gotowy kąsać. Wówczas zrobiłam to, co jako jedyne przyszło mi do głowy: kopnęłam zwierza. Mimo że chwycił mnie zębami za kostkę, siła uderzenia okazała się na tyle duża, że posłała go na posadzkę. Oboje jęknęliśmy z bólu.
Z początku bestia wydawała się oszołomiona. Następnie pokręciła łbem i znowu kłapnęła zębiskami. W trakcie ataku dolna część mojej szaty została rozerwana; wilk pociągnął strzęp materiału za sobą. Warknąwszy na mnie po raz ostatni, podniósł kawałek tkaniny z podłogi i niczym burza wypadł z izby.
Przez jakiś czas nie schodziłam z łoża, ciągle niepewna, co się właśnie wydarzyło. Rzuciwszy okiem na nogę, zobaczyłam, że chociaż pokrywała ją krew, nie było żadnej rany. Z westchnieniem zdezorientowania zeskoczyłam na podłogę i pognałam ku wyjściu.
Na jednym z końców korytarza dostrzegłam niewyraźny zarys ogona, toteż niezwłocznie pospieszyłam w tamtym kierunku. Nie istniał żaden dobry powód, dla którego zdecydowałam się podążyć za zwierzęciem, lecz skoro nie wiedziałam, dokąd powinnam się udać, stwierdziłam, że lepiej pójść za kimś, kto znał to miejsce.
Budynek wydał mi się ogromny. Po obu stronach korytarza znajdowała się pokaźna ilość drzwi. Niektóre z nich były otwarte, dzięki czemu dowiedziałam się, że prowadziły do komnat sypialnych, a sam dom to z pewnością jakaś rezydencja. Na wsi nie spotykało się gmachów podobnych rozmiarów, więc odgadłam, że zawleczono mnie daleko od rodzinnego gospodarstwa.
Minąwszy róg korytarza, wkroczyłam do gigantycznego holu, gdzie grupa... ludzi... udzielała się towarzysko. Nieliczni poderwali głowy i popatrzyli na mnie jak na jakieś niecodzienne zjawisko, po czym na powrót zatopili się w przerwanych rozmowach, tym razem prowadząc je szeptem. Zażenowana, kontynuowałam śledzenie wilka.
Gdy minęłam kolejny zakręt, okazało się, że bydlę siedziało przed progiem jakiejś izby i spoglądało wyczekująco w moją stronę. Zamarłam, nie wiedząc, do czego się przymierzało. Jednakże zamiast na mnie napaść, popchnęło łapą drzwi i wmaszerowało do pokoju. Przybliżywszy się do wejścia do tajemniczego pomieszczenia, najpierw usłyszałam dziwny hałas, a potem: — Przyprowadziłem dziewczynę. Przyszła tu za mną.
Zatrzymałam się w miejscu, gdzie nikt ze środka nie mógł mnie dostrzec, lecz wkrótce moich uszu dobiegł głos Mariusza: — Julianno, wejdź tutaj. Nie każ nam dłużej na siebie czekać, gdyż w innym razie wyślę po ciebie Godryka. — Nie miałam najmniejszej ochoty na konfrontację z Godrykiem, więc niechętnie zastosowałam się do polecenia.
W izbie stał wielki stół, przy którym siedziało mnóstwo różnych osób. Rozpoznałam tylko Godryka, Mariusza i mężczyznę-wilka; ten ostatni nie miał na sobie żadnych ubrań, dlatego też pospiesznie zakryłam oczy dłońmi, rumieniąc się. — Kasjuszu, musisz się przyodziać. Wprowadzasz damę w zakłopotanie. — Kiedy po chwili podniosłam powieki, wszelka nagość odeszła w zapomnienie, dzięki czemu poczułam się o jotę swobodniej. Mariusz powstał w geście powitania i wskazał ręką na krzesło obok Godryka. — Spocznij tam, proszę.
Zatrzymałam spojrzenie na ciemnookim młodzieńcu, który popatrzył na mnie rozkazująco. Z powrotem przeniosłam wzrok na Mariusza, oczekując alternatywnej oferty. Gdy ta nie nadeszła, zmusiłam się do zajęcia miejsca przy Godryku.
Kasjusz, człowiek-wilk, rzuciwszy mi wrogie spojrzenie, usiadł obok Mariusza, a naprzeciwko mnie. — Ta mała dziewka kopnęła mnie w żebra. Mogła mnie poważnie zranić — poskarżył się. Mariusz obrócił się w moją stronę, wyraźnie zszokowany. Godryk natomiast sprawiał wrażenie rozwścieczonego.
— Czemu to zrobiłaś? Jego obrażenia nie goją się tak szybko jak nasze! — ofuknął mnie.
— Uspokój się, Godryku. Julianna nie wiedziała, że wilkołaki nie posiadają tych samych mocy co my.
Zebrani wpatrywali się we mnie niecierpliwie. Wątpiłam, czy obchodził ich fakt, że to Kasjusz zaatakował jako pierwszy. Nie chciałam go przepraszać. — Przykro mi — mruknęłam w końcu — że nie uderzyłam go mocniej. Za to, co zrobił Helenie i Irenie, zasłużył na znacznie więcej — miałam ochotę dorzucić, ale w porę ugryzłam się w język.
Choć Mariusz wspomniał, że to wieczerza, na stole nie było żadnego jadła. Słuchając rozmów pozostałych gości, wychwyciłam, że rozprawiali o czyichś zaślubinach. Sprawiło to, że zapragnęłam opuścić to potworne miejsce jeszcze mocniej niż wcześniej, toteż zwróciłam się do Godryka z zapytaniem: — Kiedy będę mogła wrócić do domu? Niebawem wychodzę za mąż i muszę przebywać ze swoją rodziną. — Po krótkiej chwili zastanowienia dodałam: — I czy nie widziałeś przypadkiem mojego srebrnego pierścienia?
W pokoju zapadła cisza, którą przerwał Godryk: — Nie wrócisz już do domu. Nigdy. Twoje ludzkie życie dobiegło końca. Ale wyjdziesz za mąż.
To wszystko stawało się powoli nie do zniesienia. — No tak, za Teodozjusza.
Pokręciwszy głową, Godryk sięgnął pod stołem ku moim splecionym na kolanach dłoniom. — Nie. Poślubisz mnie. Dzisiejszej nocy.
