Zanim Jimmy odzyskuje jako taką kontrolę nad sytuacją, pan Barrow znika zupełnie, zostawiając go w towarzystwie zbytnio-spoufalającego-się blond doktora i zaniedbanego, małego kundla; oboje przyglądają się mu z głębokim zaniepokojeniem. Jimmy natomiast, zupełnie się nie przejmuje. Jimmy nie przejmuje się, bo jest przekonany, że trwa w czymś w rodzaju koszmaru.
– Śnię – odzywa się do lekarza z przekonaniem. – Ty i ty – mówi, wskazując na każde po kolei – jesteście częścią jakiegoś okropnego koszmaru, który mi się śni. W każdej chwili posługacz zapuka do mojego pokoju, będę musiał się obudzić i zmierzyć z gniewem pana Carsona, z powodu talerza, który wczoraj stłukłem.
Wszystko do niego wraca. Prawdopodobnie rzeczywiście doznał jakiegoś urazu głowy, ale to nie stało się tutaj i nie z powodu potknięcia się o tego głupio wyglądającego psa. Tak właściwie, to potknął się o cholerną stopę Molesley'a i upadł ze schodów, pamięta to całkiem dokładnie. Niezbyt kojarzy, co stało się po upadku, ale jest pewny, że pani Hughes posłała po pana Barrowa i on, razem z Molesley'em, pomogli Jimmy'emu wejść na górę, do jego pokoju, gdzie przespał cały czas od upadku. A teraz, za kilka cholernych sekund, Jimmy się obudzi w swoim łóżku, obolały i zły, ale z całą pewnością w 1923 roku.
– Jimmy – mówi blond doktor ostrożnie, wyglądając bardzo poważnie, nie tak, jak jeszcze przed chwilą, kiedy wchodził do pokoju, bujając w obłokach, jak zakochany. – Obawiam się, że to nie jest sen. To bardzo poważna sprawa. Jaka jest ostatnia sytuacja, którą pamiętasz?
– Powiedziałem już – mówi Jimmy, zirytowany. – Wczoraj, w Downton, potknąłem się na schodach. Wysłali mnie na górę, żebym się położył i dlatego teraz jestem tutaj.
– Rozumiem – odpowiada doktor. – I nie pamiętasz niczego, co wydarzyło się od tamtej chwili? Nie pamiętasz przyjazdu do Londynu z panem Barrowem, ani pracy w sklepie na dole?
– A dlaczego miałbym pamiętać? – pyta Jimmy, a jego irytacja przeradza się w złość. Nawet w snach nie mieszkałby, ani nie pracował z panem Barrowem. Nawet w snach pana Barrowa nie byłoby to możliwe. – Przecież to nie jest realne, prawda? To mi się tylko przyśniło.
– W porządku, Jimmy – uspokaja go lekarz, ostrożnie poklepując go w ramię. – Myślę, że najlepiej będzie, jeśli położysz się na jakiś czas i dasz głowie odpocząć. Przyniosę ci jakiś lód i… porozmawiam z panem Barrowem. Wrócę za chwilę, dobrze?
– Jak chcesz – mówi Jimmy.
W gruncie rzeczy, nie martwi się. Lada chwila się obudzi. Czeka, aż lekarz wyjdzie z pokoju, po czym przeciąga się, zajmując całą sofę. Odczuwa ból, ale nie przejmuje się, zupełnie, nawet wtedy, gdy pies przychodzi i z wahaniem liże mu palce. Jimmy zamyka tylko oczy i drapie go po łbie, pomiędzy uszami.
Jakiś czas później, Jimmy znów otwiera oczy, słysząc odgłosy kroków, ale to nie doktor staje nad nim. To pan Barrow, nadal raczej ponury i nieszczęśliwy. Siada na sofie, tuż przy nodze Jimmy'ego, na co Jimmy odsuwa się tak, by się nie dotykali. Ruch sprawia, że brwi pana Barrowa marszczą się jeszcze bardziej, niż do tej pory.
– Mam twój lód – mówi pan Barrow. Wykonuje ruch, jakby chciał przyłożyć obwiązany flanelą lód bezpośrednio do głowy Jimmy'ego, ale zatrzymuje się w ostatniej chwili i wyciąga rękę, żeby Jimmy mógł go od niego odebrać. – Doktor Barnes miał kolejnego pacjenta, do którego musiał iść – wjaśnia cicho – ale powiedział, że wróci, jeśli twój ból głowy się nasili, albo stracisz więcej wspomnień. Powiedział… że nie pamiętasz naszego przyjazdu do Londynu, otwarcia sklepu. Mówił, że wydaje ci się, że jesteś w jakimś okropnym śnie.
– Cóż – odpowiada Jimmy, patrząc na mękę, widoczną na twarzy pana Barrowa, oczywistą dla każdego, kto zna go tak dobrze, jak Jimmy. – Nie jest to coś, co zazwyczaj mi się śni, muszę przyznać.
– Wiem – mówi pan Barrow, z czymś w rodzaju zbolałego uśmiechu. – Miewasz tylko koszmary z twoim ojcem, umierającym na froncie.
– Racj… – Jimmy przygląda mu się, zszokowany. To jest prawda i w tym problem. Jedyny, nawracający koszmar Jimmy'ego z czasów wojny, to jego ojciec ginący od postrzału, chociaż nie widział tego na własne oczy. Nie wie, jak pan Barrow mógł się dowiedzieć, bo Jimmy był cholernie pewny, że nigdy nikomu o tym nie powiedział. – Gdzie o tym usłyszałeś?
Pan Barrow przełknął ślinę i spojrzał w bok.
– Naprawdę niczego nie pamiętasz, tak? – mówi, bardziej do siebie, niż do niego i głowa Jimmy'ego znów zaczyna pulsować.
– Nie ma nic do pamiętania – mówi mu Jimmy. – To wszystko, to jakiś głupi sen.
– Tak – mówi pan Barrow, zaciskając usta i wstając. – Cóż, muszę wracać na dół, do sklepu. Odwołałem wszystkie dzisiejsze spotkania, więc nie musisz się o nic martwić. Po prostu… po prostu odpocznij, dobrze? – Nie czeka, aż Jimmy udzieli mu odpowiedzi, od razu wychodząc, chociaż zatrzymuje się jeszcze, przy drzwiach. – Chodź, Sally!
Sally, biedny kundel, obdarowuje palce Jimmy'ego ostatnim liźnięciem, po czym truchtem posłusznie wychodzi za panem Barrowem. Jimmy wyciąga się wygodnie i zamyka oczy.
Jak na całą tę hecę ze snem, myśli Jimmy kilka godzin później, jest potwornie nudno. Raz na jakiś czas słyszy dźwięk dzwonka z parteru, ale oprócz tego nie ma nic, co by odwróciło jego uwagę od bólu głowy – nic, poza tykaniem zegarów, porozrzucanych dookoła, które właściwie tylko pogarszają sprawę.
W którymś momencie Jimmy uświadamia sobie, że jest głodny, co, jak sądzi, jest wystarczającym powodem, by w końcu wstać z sofy. Odkłada prawie zupełnie roztopiony okład z lodu i siada powoli. Musi się zatrzymać na moment, kiedy dopadają go zawroty głowy, po czym zwleka się z siedziska, podpierając się meblem, kiedy traci równowagę. Odzyskuje ją szybko, a kiedy ma pewność, że utrzyma się na nogach, decyduje się odrobinę pomyszkować. Ostatecznie, sen czy nie, nie zaszkodzi, jeśli pozna rozkład domu; nie wie, jak długo to będzie trwało, więc może równie dobrze być przygotowany.
Pokój, w którym się znajduje, jak już wcześniej ocenił, jest połączeniem salonu i jadalni, z sofą w jednym końcu pomieszczenia i stołem w drugim. Wnosząc ze stanu stołu, Jimmy zauważa, najwyraźniej ktokolwiek przy nim jada, uwielbia zajadać się zębatkami, przekładniami i innymi rzeczami. To mały, zagracony pokój, nic, co mogliby zaaprobować pan Carson czy pani Hughes, ale nie jest niewygodny i Jimmy przyznaje, że ma mieszane uczucia.
Są, jak liczy Jimmy, trzy pary drzwi, prowadzących z pomieszczenia, w którym się znajduje. Jedne z nich, wetknął głowę do środka, prowadzą do małej kuchni, w pełni wyposażonej, z maleńkim piecykiem, a nawet elektrycznym tosterem, po którym Jimmy wnosi, że sklep na dole prosperuje całkiem nieźle. Pomieszczenie powinno być odpowiedzią na jego głód, ale Jimmy nie jest pewny, czy byłby w stanie zrobić choćby tosta, bez spalenia go, a nawet we śnie nie jest to coś, z czym chciałby się zmagać. Jego brzuch burczy, ale opuszcza kuchnię i sprawdza następne drzwi.
Ten pokój jest czyjąś sypialnią. Dwóch osób właściwie, sądząc po zburzonej pościeli. Aczkolwiek Jimmy nie ma dość siły, by stawić czoła temu, co to oznacza, nie na pusty żołądek i z pulsującym bólem głowy, więc opuszcza pokój takim, jakim go zastał, bez dotykania czegokolwiek, i sprawdza trzecie drzwi, które jako jedyne w całym salonie nie są żadną tajemnicą.
Drzwi, przypomina sobie Jimmy, są tymi, przez które przechodził wcześniej pan Barrow; zgaduje, że prowadzą do schodów, tych, z których podobno wtedy spadł. Na dole są kolejne drzwi, które Jimmy otwiera ostrożnie. Po drugiej stronie znajduje się schludny, mały sklepik z zegarami, a za ladą stoi pan Barrow, dłubiąc w jakimś mechanizmie, o którym Jimmy nie ma zielonego pojęcia. Nie powinno to Jimmy'ego zdziwić tak, jak go zdziwiło, nie z tym, co wiedział o panu Barrowie i przy tych wszystkich fragmentach zegarów na górze, ale mimo wszystko jest odrobinę zszokowany. Nie potrafi, nawet w snach, wyobrazić sobie pana Barrowa w żadnej innej pracy, niż służba, a obserwowanie go tutaj, prawdziwego sklepikarza – wywołuje dziwne uczucie w brzuchu.
Musiał go zdradzić jakiś dźwięk, bo pan Barrow zagląda znad zepsutego zegara i uśmiecha się do niego. To trwa tylko sekundy, po czym z twarzy pana Barrowa znów znikają wszystkie emocje, ale blask, bijący od niego przez ten moment sprawił, że Jimmy instynktownie robi krok w tył, plecami wpadając na drzwi.
– Miałeś leżeć – beszta go pan Barrow, wracając do swojej dłubaniny.
– Byłem głodny – wyjaśnia Jimmy.
– Cóż, wiesz jak się gotuje – pan Barrow go zbywa, ale Jimmy potrząsa głową, powoli, z powodu bólu.
– Nie wiem – mówi, ściągając na siebie ostre spojrzenie pana Barrowa.
– Oh – wzdycha po chwili. – Tak, rzeczywiście możesz nie wiedzieć, skoro ostatnie, co pamiętasz, to 1923. To wtedy się nauczyłeś, jeśli dobrze pamiętam. Byłeś… nieugięty w przekonaniu, że to umiejętność, której będziesz potrzebował.
– Dlaczego miałbym jej potrzebować? – pyta Jimmy, marząc o tym, by zrobić jeszcze jeden krok w tył, ale nie mając już gdzie uciec. – To jest dla dziewczyn, czyż nie? – Odkąd sięga pamięcią, zajmowanie się domem to jedyny powód, by w ogóle brać ślub. I te nieprzyzwoite rzeczy, oczywiście, ale Jimmy potrafi sam się sobą zająć i nawet robi to dość często.
– O tak – oschle odpowiada pan Barrow. – Bo mamy ich tutaj tak wiele.
– Żadnej? – desperacko dopytuje się Jimmy. Nie tylko jedzenie go martwi, ale dalsze implikacje słów pana Barrowa, bo jeśli nie mieszka tu żadna dziewczyna, to kto śpi w sypialni na górze?
Pan Barrow mu nie odpowiada, ostatecznie tylko odkłada narzędzia i wyciera dłonie o rękawy.
– Nie zamartwiaj się, Jimmy – mówi z wymuszoną obojętnością. – Nie będziemy głodować. Potrafię trochę gotować, nawet jeśli nie mam twoich umiejętności.
To wcale nie jest tak uspokajające, jak by tego chciał pan Barrow. Nic mu jednak nie pozostaje, tylko patrzeć, jak pan Barrow zamyka sklep i wraca razem z nim na górę; przez cały czas mając nadzieję, że wybudzi się z tego pieprzonego snu, zanim będzie musiał zjeść to, co uda mu się przygotować.
Właściwie, po posiłku składającym się z herbaty, zimnego mięsa i sera, Jimmy czuje się odrobinę lepiej; na tyle dobrze, by zejść z panem Barrowem z powrotem na dół, do sklepu i usiąść obok niego za ladą; z Sally na podłodze, pomiędzy nimi, jakby doskonale wiedziała, jak się zwykle sprawy mają. Jimmy uważnie słucha, podczas gdy pan Barrow wyjaśnia działanie interesu, z czego wynika, że Jimmy zajmuje się sklepem i klientami, podczas gdy pan Barrow jeździ z domowymi wizytami do londyńskich arystokratów, naprawiając zegary dziadków i te, których nie da się łatwo transportować. Wydaje się, że pana Barrowa cieszy opowiadanie o tym wszystkim, co w następstwie cieszy też Jimmy'ego; nie może patrzeć na nieszczęśliwego pana Barrowa, nawet jeśli to tylko głupi sen.
Przez całe popołudnie mają, o dziwo, stały ruch i Jimmy obserwuje, jak pan Barrow obsługuje klientów. Jest genialnym sprzedawcą i Jimmy nawet nie jest zaskoczony, odkrywając ten fakt. To ma sens, koniec końców, skoro pan Barrow jest przystojny i czarujący i na tyle sprytny, że sprzedałby lód Eskimosom. Jimmy wątpi, czy sam by sobie poradził, gdyby spróbował i zastanawia się, jak działa sklep w dni, gdy pan Barrow wychodzi.
Sprzedaż wydaje się zadowalać pana Barrowa na tyle, by przebrnęli przez resztę popołudnia, bez powrotu na jego twarz porannej udręki.
Sklep zamykają o szóstej i idą na górę, na herbatę, którą akurat Jimmy potrafi zrobić sam, chociaż napar nie jest nawet w połowie tak dobry, jak ten, który robi pani Patmore, albo nawet głupiutka Ivy. Wkład pana Barrowa, to częściowo spalony tost i dżem, co jedzą razem na sofie, w milczeniu, jeśli nie liczyć ich chrupania i proszącej o resztki Sally. Później pan Barrow sięga po gazetę, leżącą na stoliku i zaczyna czytać, zostawiając Jimmy'ego, wałęsającego się po pokoju, szturchającego elementy zegarów i studiującego okładki książek w drugim końcu pokoju.
– Gdyby tylko było pianino – mówi w końcu.
– Hmm? – odpowiada mu niewyraźnie pan Barrow, nawet nie odrywając oczu od gazety.
– Pomyślałem tylko, że gdybym sobie wyśnił takie mieszkanie, przynajmniej byłoby w nim pianino.
Pan Barrow sztywno odkłada gazetę i spogląda na Jimmy'ego.
– Naprawdę niczego nie pamiętasz? – pyta desperacko.
Jimmy chciałby go zapewnić, że wszystko jest w porządku, ale nie ma do powiedzenia nic ponad to, co już powiedział, więc tylko wzrusza ramionami.
Gazeta, odłożona z powrotem na stolik, ma datę piątkową, 24 czerwca 1927 roku. Jimmy wzdycha i zamyka oczy.
Posiłek jest jeszcze mniej komfortowy niż herbata; pan Barrow z konsekwencją unika oczu Jimmy'ego, gdy jedzą paszteciki, które przyniósł ze sklepu przy tej samej ulicy. Jimmy nie próbuje zaczynać rozmowy, nie wiedziałby, co powiedzieć. Oczywiście źle się czuje z tym, że pan Barrow zadręcza się przez niego, ale skoro ani pan Barrow, ani ta sytuacja nie są prawdziwe, nic nie da się zrobić; pozostaje być wyjątkowo miłym dla pana Barrowa, kiedy następnego dnia obudzi się ze swojego snu. Dlatego jedzą w ciszy i tyle.
Po kolacji pan Barrow dalej studiuje gazetę, chociaż wiedząc, jak szybko czyta, Jimmy mógłby się założyć, że dawno ją skończył i raczej próbuje zyskać odrobinę czasu. Jimmy tylko siedzi i patrzy nieprzytomnie przez okno, obserwując przechodniów i nie myśląc o niczym konkretnym.
W końcu odzywa się pan Barrow:
– Powinieneś iść do łóżka, Jimmy.
– A co z panem? – pyta Jimmy przejęty, starając się nie przywoływać w pamięci zburzonej pościeli w sąsiadującym pokoju, bo, nawet w śnie, absolutnie nie będzie stawiał czoła tym nonsensom.
– Będę spał na sofie – mówi pan Barrow.
Ton jego głosu jest szorstki, ale Jimmy udaje, że nie zauważył. W zamian, wierząc mu na słowo, idzie do sypialni. Korzystając z łazienki, ignoruje istnienie dwóch szczoteczek do zębów, stojących w jednym kubku. Kładzie się na łóżku i bagatelizuje zapach pana Barrowa (dym papierosowy i płyn po goleniu i ciepło drugiego ciała) na pościeli. W końcu zasypia i udaje, że wciąż wierzy w to, że jutro rano obudzi się w Downton.
