Pierścień. Przekleństwo nas wszystkich.

Jest tutaj. Czuję jego nieposkromioną moc. Ciemną siłę, która kusi każdego, kto ma czelność znaleźć się zbyt blisko. Gdy zamykam oczy, pod powiekami stają mi te pragnienia, których wstydzę się najbardziej. Może z pierścieniem znaczyłabym dla niego więcej?

- Zdurniałaś całkiem – słowa same wypłynęły z ust. Wzrok podniosłam na własne odbicie w lustrze. Ręka, którą szczotkowałam włosy, zamarła w połowie ich długości. Podobno wyglądam jak Nana. Długie blond włosy. Nie tak proste, jak u ojca, czy Legolasa, lecz te same jak u niej nieposkromione fale i zielone, kocie oczy. Prawdopodobnie przypominam ją tak bardzo, że stało się to początkiem moich problemów z Adą.

Nie pamiętam jej twarzy. Śmiech, słodki głos, który usypiał mnie do snu i ciepło jej rąk, tak. Inne wspomnienia zacierają się w głowie. Westchnęłam opuszczając dłoń. Nie mam za złe Adzie, tego co się stało. Nawet nie jestem w stanie wyobrazić sobie co oznacza strata ukochanej. Tej jedynej, bratniej duszy. Gdyby nie obowiązki związane ze mną i bratem, Ada pewnie dołączyłby do Nany w Halach Mandosa. Znalazł jednak w sobie wystarczająco dużo siły, by z nami zostać. Rozumiałam to, a mimo to nie potrafiłam do niego dotrzeć. Mur, który przez te lata powstawał wokół niego wydaje mi się teraz nie do przebicia.

Z rozmyślań wyrwał mnie odgłos pukania.

- Proszę!

W lustrze zobaczyłam odbicie Lindira. Zawahał się, widząc że jestem jeszcze nieprzygotowana do kolacji, ale przywołałam go gestem dłoni. Stanął za moimi plecami, a nasze spojrzenia spotkały się w ramach lustra. Pochylił się i wyjął szczotkę z mojej ręki.

- Pozwól, że dokończę – pierwszy przerwał ciszę.

Zaczął rozczesywać moje długie włosy, a następnie zaplatać je z tyłu. Zawsze miał do tego dryg. Jako jedyny robił to, gdy byłam mała. Tylko jemu na to pozwalałam. Dotyk i jednostajne ruchy ukoiły nieco moje rozedrgane nerwy.

- Coś cię trapi – ponownie przerwał ciszę, a jego uważne spojrzenie spotkało moje odbicie.

- Za dużo wspomnień związanych z Rivendell – przytaknął głową, na znak, że wie o co mi chodzi. Nie musiałam więcej tłumaczyć. Wystarczyło, że byliśmy w jednym pomieszczeniu i wszystko wydawało się jasne. Przynajmniej dla mnie. Poruszyłam głową, by obejrzeć jego dzieło z każdej strony.

- Jak zawsze idealnie – przywołałam uśmiech na usta, by rozproszyć ten dziwny humor – możemy iść.

Wstałam poprawiając zieloną suknię, której fałdy zaplątały się mi między nogami.

- Może i jestem księżniczką, ale do tego nigdy się nie przyzwyczaję. Lindir, to jakiś koszmar!

Podniosłam głowę i napotkałam jego roześmiane spojrzenie.

- Wyglądasz przepięknie, moja Pani – ta sztywna końcówka nieco zbiła mnie z tropu.

- Od kiedy jesteś taki formalny, mellon? – spytałam zdziwiona.

Podniósł jedną brew do góry, drocząc się ze mną, po czym mrugnął do mnie.

- Jestem zarządcą Rivendell, formalność to moje drugie imię.

Coś się zmieniło. Czułam to. Pod pozorami wesołości czaiło się napięcie, a ręka która poprowadziła mnie na wieczerzę, nie miała w sobie tej czułości co kiedyś. Jednak to nie był czas, ani miejsce odpowiednie do szukania odpowiedzi na moje wątpliwości.

Kolacja, mimo mojego rozkojarzenia minęła w przyjaznej atmosferze. Większa liczba postaci, które miały pojawić się na Radzie, była już w Rivendell. Z przyjemnością przywitałam się z dawno niewidzianym przyjacielem brata, Aragornem czy Lordem Elrondem. Poznałam również grupę niziołków, którzy swoim temperamentem i optymizmem bardzo przypadli mi do gustu. To z nimi i Lindirem przesiedziałam prawie cały wieczór, wymieniając się opowieściami i żartami. Pod koniec wieczerzy jednak mój przyjaciel zniknął z pola widzenia. Po czasie wstałam znużona winem i wyszłam na balkon, by się przewietrzyć.

Oparłam się o balustradę, twarz wystawiając w stronę gwiazd. Ktoś do mnie dołączył.

- Księżniczko Limanniel.

- Lordzie Elrondzie – odparłam pochylając lekko głowę w geście szacunku.

Dłuższą chwilę staliśmy obok siebie, podziwiając w milczeniu zatopione w blasku księżyca wzgórza Rivendell. Ruch na platformie pod nami odwrócił moją uwagę. Wzrok Elronda powędrował za mną, jednak szybko wrócił do mojej twarzy, czego nie zauważyłam, bo skupiona byłam tym co dzieje się poniżej. Lindir wędrował ścieżką w górę. Jednak nie sam, towarzyszyła mu piękna elleth, którą kojarzyłam z dzieciństwa, to była jedna z tych pracujących w kuchni. Zmrużyłam oczy nie rozumiejąc do końca co widzę. Po chwili zażenowana odwróciłam wzrok, gdy Lindir w czułym geście dotknął jej twarzy, a radosny śmiech dobiegający z dołu zmiażdżył moje serce.

Nie zauważyłam jak mocno ściskam balustradę, dopóki nie poczułam na dłoniach uspokajającego dotyku Elronda. Zamknęłam oczy, pochylając głowę do dołu.

- Musisz go uwolnić, Manni – ciche słowa Elronda sprowadziły mnie ponownie na ziemię.

Głośno wciągnęłam powietrze i zdziwiona spojrzałam na niego. Widziałam, że mój ból odzwierciedla się w jego oczach.

- To co było między wami nigdy nie powinno mieć miejsca. Nie to jest wam pisane.

- Co jest w takim razie? I kto o tym decyduje?! – odparłam z gniewem, odwracając wzrok.

- Lindir jest… - westchnął ciężko, po czym zaczął ponownie – Lindir jest dzieckiem światła. Nadal zakochany w tym miejscu, sztuce i muzyce, chyba nie do końca zdaje sobie sprawę z otaczającego nas świata. Z niebezpieczeństw, które niesie zwłaszcza. Jego miejsce jest tutaj, nie na polu walki. Nie będzie w stanie zapewnić Ci bezpieczeństwa w podróży, która Cię czeka i to go zniszczy.

Coś w jego słowach kazało mi się zastanowić. Nie będzie w stanie zapewnić Ci bezpieczeństwa.

Zamknęłam oczy. Wdech, wydech, wdech, wydech. Gniew był obezwładniający. Za często słyszałam to zdanie, by nie wiedzieć, kto za nim stoi.

- Ada tu był, prawda? – Elrond przerwał w połowie zdania. Totalnie zaskoczony nie wiedział co powiedzieć.

Zebranie myśli zajęło mi chwilę czasu oraz klika cykli wdechów i wydechów.

- Pięć miesięcy temu wybrał się w podróż. Twierdził, że udaje się za Dol Guldur, ale był tutaj – już całkiem spokojna spojrzałam na niego , ale nie otrzymałam odpowiedzi, więc kontynuowałam, bardziej tłumacząc sobie całą sytuację.

– Teraz wszystko wydaje się tak oczywiste, to jego dziwne zachowanie… - zaśmiałam się pod nosem z własnej głupoty, bo powinnam się była tego spodziewać - Na pewno z nim rozmawiał, powiedział, że na mnie nie zasługuje, że mnie nie obroni…Wuju?! - podniosłam głos, choć nie powinnam.

Dotknęłam dłonią twarzy, czując że robi mi się słabo. Ze zdziwieniem zauważyłam na niej słone łzy. Elrond zamknął wokół mnie swoje ramiona, walczyłam próbując się wyrwać, ale nie miałam szans. Gdy opadłam z sił wtuliłam się jeszcze bardziej i zaniosłam się szlochem. Nie płakałam tak bardzo od pamiętnego dnia, gdy zginęła Nana.

- Wuju… to… - czkawka nie pozwalała mi na stworzenie porządnego zdania – to.. to niesprawiedliwe. On nie może tego robić! Decydować za mnie, żyć za mnie!

- Ciiii… pen tithen – kołysanie zaczynało mnie uspokajać – Pewnego dnia zrozumiesz, że zrobił to dla twojego dobra, że pisane jest tobie coś większego, uczucie większe niż jesteś w stanie sobie wyobrazić.

- Nie rozumiem – wierzchem dłoni przetarłam mokre oczy, szata wuja i tak była zrujnowana.

- Myślę, że on też tego jeszcze nie rozumie.

Powoli zaczynałam panować nad sobą. Nie dostrzegałam jednak, że wszystkiemu przypatruje się z oddali para czekoladowych oczu, które tak uwielbiałam. Lord Elrond jednak widział. Ledwo dostrzegalnym gestem głowy zasygnalizował, że to nie jest czas na pomoc. Nie jego.