Prawa Autorskie należą do tych, do których należą, blebleble.


Posłańcy Thranduila dotarli do podgórza Gór Mglistych niedługo przed Yule. Zima była ostra, szalały śnieżyce, od mrozu pękały drzewa. Niepodobnym było przebycie Wysokiej Przełęczy i Przełęczy Gladden nawet dla elfa. Postanowili przezimować w Lorien. Gdy tam dotarli posłaniec, który dostarczył wiadomość dla Galadrieli i Celeborna był już w połowie drogi do domu.

W Złotym Lesie zostali przyjęci gorąco, co nie było niczym dziwnym, Galadhrimowie i leśni elfowie z Mrocznej Puszczy byli bratnimi szczepami. Zima minęła im na zabawach i awansach do urodziwych lorieńskich ellith, a ich popularności sprzyjała sława bohaterów wojennych, świeżo okrytymi wawrzynami zwycięstwa.

Zaopatrzeni w najlepsze lembasy, nowe ubrania, a posłaniec do Rivendell Glínir, nawet szary lorieński płaszcz, który utkała mu pewna srebrnowłosa elleth z którą miał się ku sobie. Opuścili w połowie marca krainę Wiedźmy ze Złotego Lasu i wyruszyli ku Przełęczy Czerwonego Rogu. Tam się rozdzielili. Jeden udał się na północ ku domowi Elronda Półelfa, a drugi prosto na zachód do Zielonej Ścieżki, potem następnie nią na północ ku Bree, gdzie znów skręcił w stronę zachodzącego słońca i Szarych Przystani gdzie rezydował najstarszy z elfów Śródziemia Kirdan Szkutnik.


W sumie sytuacja była nawet zabawna, bo posłańcy Thranduila nie wiele się rozminęli z Tauriel i Kilim. Przekroczyli Anduinę Starym Brodem, a elleth i naugrim w tym samym czasie znajdowali się kilka dni drogi od domu Beorna. Razem z Gandalfem i Bilbem przezimowali w domu człowieka-niedźwiedzia. Beorna nie obchodziły konflikty międzyrasowe, czy zaszłości historyczne, nie miał o nich większego pojęcia, tylko orków nienawidził. Gandalf jak to zwykle, tylko się tajemniczo uśmiechał i pykał fajkę. Nikt nie był wstanie zgłębić zakamarków umysłu czarodziejów. Snuli oni swe własne plany, widzieli w prostych rzeczach ukryty sens, nawet taki, którego by Celebrimbor czy dziad jego Feanor, nie dojrzeli. Bilbo zaś z natury był przyjaźnie nastawiony do świata i polubił krótkobrodego krasnoluda i jego rudowłosą wybrankę.

Podobnie jak posłańcy Thranduila, Kili i Tauriel zimę wspominali bardzo dobrze. Krasnolud znał się na kowalstwie i innych rzemiosłach bez porównania lepiej niż Beorningowie. Na brak zajęcia nie narzekał, a jak wiadomo krasnale zawsze muszą mieć zajęte ręce pracą. Dla rudowłosej zaskakujące było to ile Beorningowie mogą się nauczyć od niej jeśli chodzi o tropienie i obycie w lesie. Niby byli ludźmi lasu, pewnie jednymi z lepszych ludzkich tropicieli i traperów Śródziemia, ale nadal wiele długości za elfami z Mrocznej Puszczy. Tak więc mijała im zima na miłości, nauczaniu Beorningów i długich posiadówach z Beornem, Gandalfem i Bilbem.

Lecz przyszło im w końcu opuścić gościnne progi Beorna, nigdy nie rozważali zostania tam na dłużej, mimo wszystko zbyt blisko do królestwa Thranduila. Pod koniec marca wyruszyli na zachód.


Gdzieś przy wylocie Wysokiej Przełęczy, początek drugiej dekady kwietnia. Tauriel i Kili znikli w lesie, powiedzieli, że chcą się rozejrzeć za opałem do ogniska. Bilbo łaził w tą i we w tą, coś go wielce strofowało. Gandalf siedział na zwalonej kłodzie, bawił się fajką, ziele fajkowe skończyło się już dawno, ale siła nałogu i tak go zmuszała nawet do tego by nerwowo obracać fajkę. Podniósł swe krzaczaste brwi.

- Coś cie dręczy, mości hobbicie?

- A Gandalfie, niby tak, ale to nie wypada chyba mówić.

- Drogi Bilbo, mnie możesz o wszystkim powiedzieć, jestem w końcu czarodziejem – Gandalf miał świadomość kretyńskości tego argumentu, który o dziwo działał na hobbitów zadziwiająco skutecznie.

- No dobrze – Bilbo wbił wzrok w ziemię i wiercił butem w ziemi – Wiem, że oni nie chodzą wcale po drewno, ale pofiglować sobie.

- I to jest powód twego frasunku? - czarodziej starał się powiedzieć jak najuprzejmiej, pomyślał, że zaraz mu się pięćdziesięcioletni Bilbo przyzna, że jeszcze nigdy nie zakosztował hobbitki.

- Eee tam, to nie, ale tak sobie myślę, jak to w ogóle jest możliwe! Przecież ona jest od niego o dwie stopy wyższa. Sam jak na hobbita mam duży rozmiar, dlatego tak często zmieniam sprzątaczki i inne służki, bo one już nie wytrzymują – nuta dumy głosie - ale na kobietę dużych ludzi, to jednak za mało, myślę by było. Czy Kilemu wystarcza, pewnie nie, a może elfice mają tam jakoś inaczej, no nie wiem, żaden hobbit tego nie wie przecież. Nawet w księgozbiorze Wielkich Smalajów nie ma pewnie nic o tym, a Tukowie przecież najwięcej przygód widzieli, a wuj Isengar ponoć żeglował po mo...

- Spokojnie panie Baggins – czarodziej przerwał potencjalnie nieskończony hobbicki słowotok, a losy Isengara Tuka znał doskonale, sam go w końcu namawiał do przygód. - Wszystko wyjaśnię.

Uderzył w fajkę tak jakby wytrząchiwał popiół, a potem wsadził ją do ust, ale po chwili się zreflektował, że przecież i tak nie ma fajkowego ziela, westchnął.

- Otóż drogi Bilbo, krasnoludowie są dziwnym ludem, nie tylko z obyczajów, ale także i ciała. Niby niewielcy, ale całkiem inaczej zbudowani niż elfowie, duzi ludzie i hobbici. Te trzy ludy są, jakby to ująć równomierne, zgrabne – Gandalf nie sądził, że Bilbo zna słowo "proporcjonalne", które weszło pod wpływem sindarinu do uczonej i literackiej formy westronu w Gondorze. Pomyślał też o rozrośniętych, zarośniętych stopach niziołków, ale w końcu dla wykładu to bez znaczenia. - Natomiast u krasnali jest inaczej. Są jak widzisz, bardzo szerocy w barach, ręce jak bochny, nogi grube, by twardo na ziemi stać mogli, a ich członki, no cóż, nadspodziewanie duże, niżby to z ich wzrostu wynikało. Takie bardziej jak u dużych ludzi... tak... jak u dużych ludzi hm...

Stary czarodziej zamyślił się. Bilbo coś tam paplał, ale Gandalf tylko część uwagi mu poświęcał. Resztą starał sobie przypomnieć pewne sprośne anegdoty o naugrimiach, jakie słyszał w czasie swej młodości na Najdalszym Zachodzie. Niestety tamte czasy pamiętał jak przez mgłę. Strzępki wspomnień tego kim był i co robił, sporo przydatnej wiedzy i wyryte głęboko w jego jaźni zadanie. Choć twarzy tych tytanów siedzących na tronach, którzy nadali mu jego nowe przeznaczenie, nie pamiętał wyraźnie.


Tauriel i Kili leżeli na płaszczu, okryci drugim, ptaki śpiewały, zawilce kwitły, a majowe słońce miło grzało. Wczoraj rozstali się z Gandalfem i Bilbem praktycznie u granic Rivendell. Wiedzieli, że raczej nie mają czego szukać w skupiskach elfów. Ręce Thranduila sięgały bowiem daleko.

- Tharkun mówił o Gondorze – krasnal wiedział, że Tauriel lubi dźwięk krasnoludzkiego imienia Gandalfa – ale nie wiem jaki to ma sens, to daleko. Nie byłem tam.

- Też tak sądzę – Tauriel przeciągnęła się jak kotka, i obróciła na bok, płaszcz się z niej zsunął nieco, podparła głowę ręką. Kili mógł podziwiać jej posągowe ciało. Jak z marmuru pomyślał, nawet jej małe piersi zupełnie inne niż u krasnoludzic cenił. Kochał ją, żadnej jej wady takie jak brak owłosienia, małe piersi czy wzrost nie miały znaczenia.

- Chyba dla nas najlepszy będzie zachodni Eriador. Niedaleko jeziora Evendim albo nad Lhun. Ludzie lubią krasnoludów, a elfów też mniej się boją, zajęcia się znajdzie – wyliczał.

Tauriel bawiła się włosami na klatce piersiowej Kilego. Owłosienie krasnoluda stanowiło dla niej pewien fetysz, podniecało ją, w przeciwieństwo do gładkiego ciała księcia Legolasa. Taki on się chłopięcy wydawał w porównaniu do jej krasnoluda

- Ludzie tam, są jak dunedainowie, ale inni, bardziej przyjaźni. Dobry khuzd kowal, gdy przyjdzie to docenią, przyjmą, zapłacą, pracowałem tam. Przecież nie będziemy mieszkać wśród nich, ale trochę dalej. Lasy tam bujne, zwierzyna też.

Zmrużyła oczy, nie bardzo miała ochotę na słuchanie Kilego, tyle już o tym rozmawiali. Ale słońce dziś tak ładnie grzało, miała na co innego ochotę. Zamknęła mu usta pocałunkiem.


Złotowłosy książę, wielmożny elf z Najdalszego Zachodu, jedyny, który wrócił z okowów śmierci do Śródziemia, potomek po kądzieli królewskiego rodu, żyjący w świecie widzialnym i niewidzialnym, ten który widział światło drzew, pogromca balroga, zmarszczył brwi gdy zobaczył, że nietypowa para będzie już drugi raz spółkowała tego ranka.

Cóż za karygodny brak czujności pomyślał, obserwował ich od trzech godzin, w swym szaroburym ubraniu był niewidoczny, a chodził ciszej od kota. Znał swe możliwości, że w całym Zachodnim Śródziemiu jest może jeszcze czterech elfów, którzy by byli wstanie podkraść się do rudowłosej elfki, która była kapitanem straży Leśnego Królestwa, nawet jeśli ona była zajęta mizianiem lub figlowaniem się ze swoim krasnoludzkim kochankiem.

Glorfindel oczywiście wiedział kogo obserwował. Posłaniec od leśnego króla już zdążył opuścić Rivendell. Narada jaką potem odbył z Elrondem, jego synami i Erestorem była nawet zabawna. Elrondowicze wyrazili gotowość do nauczenia Taurieli "kultury" i "pomszczenia dziadka Thingola" jak nazwali, swe zamiary względem krasnoluda. Co wywołało wściekłość Elronda, który zwymyślał ich od bratobójców i klasyczne "nie tak was wychowałem" także padło. Niestety od czasu gdy Celebriana ich opuściła, braciom zdarzało się wpadać w krwiożerczy amok. Dobrze chociaż, że zazwyczaj kierowali go w stronę orków. Stanęło na tym, że nie będą polować i ścigać Taurieli i Kilego. Jakby chcieli przekroczyć granicę Imladris, zostaną delikatnie poinformowani, że mistrz Elrond nie życzy sobie ich obecności.

Dla samego Glorfindela ich związek nie był przedmiotem szczególnego oburzenia. Pobyt w Mandosie nauczył go cierpliwości i stoickiego spokoju. Ale i wcześniej jak sięgał pamięcią do czasów Gondolinu, nie był przeciwnikiem związku Tuora i Idril. W przeciwieństwie do niektórych, no a zwłaszcza Maeglina. Cóż wtedy nie wiedział o chorym pożądaniu jakim Maeglin darzył swoją kuzynkę. Nawet nie uwierzył Idril Celebrindal, gdy wyznała mu w czasie ucieczki kozimi ścieżkami z płonącego Gondolinu, co kuzyn chciał jej zrobić. Dopiero znacznie później w Mandosie, gdy z ust samego Maeglina usłyszał wyznanie win, przyjął tą straszną prawdę.

Ani to pouczające doświadczenie, obserwacja kopulacji elleth i naugrima, ani widok przyjemny, tyle że dziwny, wystarczająco raz go ujrzeć, uznał złotowłosy elf. Powoli się wycofał ku miejscu nad strumykiem gdzie zostawił swego konia Asfalotha XLIII. Cieszył się w duchu, że mądry zwierz nie zarżał, bo mogłaby go usłyszeć nawet z tej odległości ruda leśna elfka, a wtedy mogłoby nie być wesoło.


Ps.

Uznałem, że Glorfindel jest wnukiem albo synem Findis lub Irime. Czyli pochodzi po kądzieli z rodu Finwego, króla Noldorów.

W Niedokończonych Opowieściach w rozdziale o Istarich było wspomniane, że pamiętali oni swój czas w Valinorze niezbyt wyraźnie. W pewnym sensie byli więc kimś innym niż w Błogosławionym Królestwie. Dodatkowo nie mogli korzystać ze wszystkich swych mocy, raczej inspirować, wspierać, doradzać wolnym ludom w walce z Sauronem, niż walczyć z nim twarzą w twarz.

Elleth, ellith – to w sindarinie elfka/elfki.

Khuzd – to po krasnoludzku krasnolud, liczba mnoga khazad.

Tharkun – imię nadane Gandalfowi przez krasnali.