Nazywam się Catherine Potter. Wszyscy chyba doskonale wiecie, kim jestem. Jestem Dzieckiem-Które-Przeżyło. Nie piszę tego dla przyjemności, ale dla waszej wiedzy. Wszystko, co tutaj przeczytacie, może okazać się tak dalekie od waszych wyobrażeń, że uznacie to za kłamstwa – w żadnym wypadku wam tego nie bronię. Spróbujcie jednak wziąć pod uwagę słowo dziewczyny, której to bezpośrednio dotyczy. To, czyli wojna. Wojna z Lordem Voldemortem.
Drobna dziewczyna podniosła oczy znad kartki zeszytu, strzelając palcami. To brzmi trochę dramatycznie, pomyślała, ale nie przejęła się tym za bardzo. Jeśli nie rozumieją prostych faktów, to może prawda dotrze do nich w ten sposób. A teraz powinna się już zbierać, zaraz będzie kolacja. Jutro pierwszy września, trzeba będzie wcześnie wstać.
oOo
Jej piąty rok w Hogwarcie nie zaczął się w żaden sposób nadzwyczajnie. Jak zwykle żal jej było, że musi opuścić dom, ale perspektywa kolejnego roku nauki podniecała ją prawie jak Hermionę Granger, chociaż z nieco innych powodów. Dla niej nie były ważne oceny, a umiejętności. Nie poważanie nauczycieli, ale własne osiągnięcia. Cóż, różniła się nieco od przeciętnego ucznia. Kochała magię i kochała naukę, dlatego nie potrafiła wyobrazić sobie dnia, w którym nie nauczyła by się niczego sama dla siebie. Te umiejętności lubiła jednak skrywać – miło było widzieć zaskoczenie i podziw, gdy czasem zaprezentowała światu coś ze swoich umiejętności. Sama jednak dziwiła się czasem, że ze swoim podejściem nie wylądowała w Slytherinie. To była przecież ich stara śpiewka: skrytość, spryt, ambicja. Cóż, musiała mieć w sobie coś jeszcze. A może po prostu Syriusz nie zniósłby, gdyby jego mała dziewczynka trafiła do tego domu wszelkiego zła. Tiara mogła to przecież wyczuć, jej strach przed rozczarowaniem wujka. Poza tym, ona mimo wszystko bardzo lubiła Gryffindor. Szeroki drewniany parapet okna, na którym można było siadać z poduszką pod plecami i zaczytywać się bez końca w dziwne księgi wyszperane dla niej przez Remusa, albo pisać i patrzeć na szkolne błonia targane północnym wiatrem. Takich dni nie było dużo i może właśnie dlatego tak bardzo ich pragnęła. Wszystkie upalne letnie miesiące znosiła z pokorą, żeby w końcu usiąść na parapecie pokoju wspólnego i upajać się jesienią za oknem. Może i było to trochę melodramatyczne, a może po prostu w jej stylu, ale to były jej chwile. Nawet Harry jej wtedy nie przeszkadzał. No... przeważnie. Ale jego problemy to zupełnie coś innego. Był jej bratem bliźniakiem i łączyło ich naprawdę wiele. Ale jej wydawało się, że pod względem dorastania dzieli ich naprawdę wielka przepaść. Czasem łudziła się, że to ze względu na płeć. Ale potem znowu docierała do niej świadomość, że tak naprawdę nie ma nikogo, z kim mogłaby tak po prostu porozmawiać. Przyjaciele jej brata nie byli jej przyjaciółmi i chociaż bardzo ich lubiła, miała wrażenie, że pochodzą z zupełnie innych światów. Zajmowały ich sprawy, na które ona by nawet nie spojrzała. Wstawanie w środku nocy, bo umówiło się na pojedynek z jakimś dupkiem ze Slytherinu, którego właściwie nie znasz? Czemu nie? Ugotowanie eliksiru wielosokowego, żeby wśliznąć się do pokoju ślizgonów? Super zabawa! Nie, takie rzeczy zdecydowanie jej nie bawiły. Jedyne, co mogłoby ją zainteresować na przestrzeni tych lat, to norweski smok kolczasty Hagrida, którego jednak zdążyli przeszmuglować z zamku zanim go porządnie obejrzała, zrobiła notatki czy choćby sfotografowała. I to był ten smutny aspekt Hogwartu – jej samotność. Mimo ciekawych rozmów z nauczycielami i rozmów 'lusterkowych' z Syriuszem i Remusem (ich huncwocki wynalazek jednak się na coś przydał), na codzień nie miała raczej do kogo ust otworzyć. Po stokroć wolała obserwować.
Tak jak dziś. Wielka Sala upstrzona była lewitującymi świecami, które w tym roku pojawiły się w zawrotnej ilości. Niektórym przeszkadzały nawet w jedzeniu, zahaczając w powietrzu o puchary z piciem czy wpadając w locie w sam środek pieczeni. Stół nauczycielski nie zadziwił jej żadną zmianą, o której by wcześniej nie wiedziała – Remus zawczasu uprzedził ją i Harrego o pracownicy ministerstwa, wytypowanej na zajęcie posady nauczyciela OPCMu. Może i jego praca w Wydziale Komunikacji z Magicznymi Stworzeniami nie była za dobrze płatna, ale przynajmniej była stałym źródłem przydatnych informacji. Kto by przecież zwracał uwagę na podrzędnego pracownika mało znaczącego wydziału, z zerowym zainteresowaniem przysłuchującego się rozmowie jakichś szych w windzie Ministerstwa? Nikomu to nie przeszkadzało i nikt nigdy tego nie zauważył. A to działało nieodmiennie na ich korzyść.
Zdziwiły ją natomiast stoły uczniowskie, ciche jak nigdy. Szepcący sobie coś na ucho ślizgoni, a wielu z nich ze złośliwymi uśmieszkami na twarzach. Krukoni wpatrujący się w oczekiwaniu w stół nauczycielski, zapominający kompletnie o jedzeniu. Bladzi puchoni, chowający twarze za wazami z zupą czy kurtyną własnych włosów. No i oczywiście jej gryfoni, najmniej przejęci, ale jednak napięcie między nimi było wciąż wyczuwalne. Czyżby stało się coś, czego nie zauważyła? Miała wrażenie, że w całym tym obrazku coś jej umyka i już miała zapytać siedzącą obok Parvati Patil czy wie może, o co chodzi, ale w tym samym momencie do sali weszła profesor McGonnagall i usadziła na stołku Tiarę Przydziału. Tuż za nią ustawili się w szeregu rozdygotani, szepczący między sobą pierwszoroczni.
- Cisza! - rozkazujący głos McGonnagal w jednej chwili spowodował, że cała Wielka Sala zamilkła, wpatrzona w połatany kapelusz. Któreś z pierwszorocznych kichnęło głośno i przerażone pisnęło „przepraszam", chowając się za swoim kolegą. W tym samym momencie szew na przodzie Tiary rozdarł się, a ona sama zaczęła śpiewać.
Jej pieśń nie różniła się szczególnie od tych poprzednich. Jak zwykle, była w niej mowa o cechach cenionych przez czwórkę założycieli i o sporze Gryffindora ze Slytherinem. Oczywiście, nie wspomniała o kłótni Ravenclaw i Hufflepuff, o której zresztą mało kto wiedział. Coś było jednak na rzeczy i dziewczyna wcale nie zdziwiła się, gdy pod koniec pieśni Tiara zwróciła się nie tylko do pierwszorocznych, ale i do całego ogółu uczniów, dając im radę. O, tak, zjednoczyć się w obliczu zła, pomagać sobie nawzajem i stać murem za innymi. To Dumbledore pomagał ci układać pieśń, czy to resztki ducha Gryffindora tak na ciebie wpływają, Tiaro? Cokolwiek to było, wprawiło Wielką Salę w pewną konsternację. Zapewne nie wiedzieli, że pieśń może dotyczyć w ogóle czegokolwiek oprócz historii i opisu domów. Gdzieś z boku usłyszała szept Hermiony „...tak Ronald, to chyba możliwe. Dla pewności sprawdzę potem w bibliotece...". A, tak. W bibliotece niczego nie znajdzie.
Ale Cat czytała raz książkę, właściwie to księgę, znalezioną w starej biblioteczce Blacków przy Grimmauld Place 12. Może nie dotyczyła ona bezpośrednio Hogwartu, ale zawierała w sobie opisy niezwykle silnych magicznych artefaktów, a tak się składa, że Tiara Godricka Gryffindora należała do jednego z nich. Według autora książki, wszystkie mówiące magiczne artefakty o pewnej mocy działania i samoświadomości (należy tu zaznaczyć, że takich przedmiotów posiadających samoświadomość naprawdę jest niewiele), mają w zwyczaju udzielać rad swoim posiadaczom. Skoro więc Tiara jest własnością szkoły, widocznie za swego posiadacza uznaje całą szkolną społeczność. Nie należy się jednak łudzić, że robi to z dobroci serca, którego właściwie nie posiada. Po prostu silna magia, która jest jej udziałem, nakazuje jej przetrwać – to znaczy nie dać się zniszczyć przez wrogów swojego posiadacza. Ciekawe, co na to wszystko powiedziałaby Hermiona?
Pieśń Tiary ucichła już dobrą chwilę temu. Teraz swoją przemowę kończyła Umbridge, ta pracownica z Ministerstwa, o której wspominał jej Remus. Nie dość, że przerwała Dumbledore'owi mowę powitalną, to jeszcze próbowała zakorzenić w uczniach tą cholerną, ministerialną propagandę... Remus mówił, że tak może być, więc była na to przygotowana, ale i tak mocno ją to zirytowało. Kiedy rozejrzała się dookoła zauważyła twarze wykrzywione podobnymi emocjami i uśmiechnęła się w duchu do siebie. Dobrze, moi kochani współuczniowie, nie dajcie się zwieść polityce!
- Mówiłaś coś, Cathy?
- Nie, Harry. Musiało ci się przesłyszeć.
- Uhm. Co sądzisz o tej Umbridge?
- Trzeba mieć się na baczności. - kiwnął głową i odwrócił się z powrotem do swoich przyjaciół. Cat westchnęła i oparła głowę na ramieniu brata, przymykając na chwilę oczy. To był naprawdę wyczerpujący dzień, a przemowa kobiety wcale nie zmierzała ku końcowi. Musiała przysnąć, bo obudziła ją burza oklasków i hałas wywołany przez głośne rozmowy i uderzanie sztućców o talerze. Rozejrzała się i ze zdziwieniem zauważyła, że od stołu Ravenclawu macha jej szeroko uśmiechnięta blondynka. Znała ją z widzenia, chociaż nigdy nie zamieniła z nią słowa, więc ten gest wywołał w niej niepewność i spowodował, że spięła się odruchowo. W tych czasach nie można było być niczego pewnym.
- Harry?
- Soo? - jej brat nie bawił się w etykietę. Kiedy przychodziło do posiłków, rozmowa z pełnymi ustami była dla niego niemal obowiązkiem do wypełnienia. I skrzętnie się z tego obowiązku wywiązywał, zresztą razem z Ronem. Nieważne, ile razy Remus próbował mu to wybić z głowy.
- Znasz tą dziewczynę? - jego wzrok powędrował w stronę, którą wskazała mu Cat. W jednej chwili twarz lekko mu poczerwieniała i wyglądał, jakby przeżuwane właśnie jedzenie stanęło mu gulą w gardle.
- A... tą dziewczynę. - podniósł rękę i odmachał jej niepewnie. Najwidoczniej usatysfakcjonowało ją to, bo skinęła mu głową, wprawiając przy tym w ruch wielkie, jaskrawoczerwone rzodkiewki zwisające jej z uszu, po czym najzwyczajniej w świecie wróciła do jedzenia puddingu śliwkowego.
- To Luna Lovegood, poznałem ją dzisiaj w pociągu. Jest na roku z Ginny, przyjaźni się z nią. Jest trochę... inna. - spojrzał z powrotem na swoją siostrę, zniżając głos do szeptu – Nawet inna niż ty, a ty i tak jesteś inna.
- Kochany jesteś.
- Wiesz, o co chodzi. Wytłumaczyła mi, czym są testrale.
- A wcześniej tego nie wiedziałeś? - popatrzyła na niego z politowaniem, zastanawiając się, gdzie był, kiedy roztrząsała z Remusem zawiłe sprawy ochrony praw istot magicznych. Ach tak, grał z Syriuszem w Quidditcha...
- No... nie. Ale teraz je widziałem. Widziałem je, wiesz?
- To normalne, po śmierci Cedricka.
- Ale dlaczego nie widzimy ich oboje? Przecież byliśmy tam, kiedy mama...
- Potem ci wytłumaczę, dobrze? Zdaje się, że Ron i Hermiona czekają na ciebie przy wyjściu już od dobrej chwili.
- Rzeczywiście! Dobra, to ja lecę... - i pobiegł. Cat spojrzała na swój ciągle jeszcze pusty talerz i westchnęła z rezygnacją. W końcu dobrze zna drogę do kuchni, prawda? Złapała jednak w rękę kawałek ciasta czekoladowego i dopiero wtedy wstała od stołu.
W holu dopadł ją profesor Flitwick. Był purpurowy na twarzy i dyszał, jakby właśnie przebiegł maraton. Chwilę zajęło jej zorientowanie się, że musiał za nią gonić aż od stołu gryfonów. Na tych swoich krótkich nóżkach, przemknęło jej przez myśl i w ostatniej chwili zdusiła chichot.
- Dobry wieczór, profesorze. - uśmiechnęła się do nauczyciela. Oboje byli niscy, więc ich twarze znajdowały się niemal na równym poziomie. Chyba mu to odpowiadało, biorąc pod uwagę fakt, że większość uczniów patrzyła na niego raczej z góry.
- Panno Potter, dobry wieczór. Chciałem tylko zapytać, czy w tym roku również będzie pani chciała uczęszczać na dodatkowe zajęcia z zaklęć?
- O ile tylko będzie taka możliwość, panie profesorze.
- Oczywiście, oczywiście. Jest tylko kwestia... ekhm...
- Tak, profesorze? - Flitwick wyglądał na wyjątkowo zmartwionego. A może... zmieszanego? O co może mu chodzić? - Istnieje jeszcze kwestia dyrektora, panno Potter. Rozumiem jednak, że nie rozmawiała pani z nim?
- Dzisiaj nie - odparła, przyglądając mu się uważnie. Na jego twarzy pojawił się uśmiech pełen ulgi, a ton głosu stał się nieco mniej piskliwy.
- To wspaniale! W takim razie po naszej pierwszej lekcji ustalimy pasujące terminy. Zdaje się, że to będzie już jutro. A teraz dobranoc, panno Potter! - wyrzucił z siebie jednym tchem i przejeżdżając dłonią po spoconej twarzy, skierował się w głąb korytarza. Nawet nie czekał na jej odpowiedź, wyraźnie usatysfakcjonowany samym faktem, że jego ulubiona uczennica nadal będzie chodziła na jego zajęcia.
- Dobranoc, panie profesorze.
Wspinając się do wieży Gryffindoru była tak zamyślona, że nie zauważyła ruchomych schodów i w ostatniej chwili cofnęła się o krok do tyłu. Przez pustą klatkę schodową przeleciał ze świstem Irytek, kwitując śmiechem jej zdezorientowaną minę.
- Mała Potter się zgubiła, Gruba Dama nie będzie miła! Może z wrzaskiem ze schodów spadnie, kiedy hasła nie odgadnie!
- Irytku, poziom twoich rymów znacznie się pogorszył odkąd cię ostatnio widziałam.
- Iiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii!-odpowiedziało jej urażonym tonem echo, bo poltergeist już pomknął w dół zamku na złamanie swojego ektoplazmowego karku, znikając za zakrętem. Pokręciła jedynie głową, cierpliwe czekając, aż schody zdecydują się w końcu na jakiś kierunek.
Chwilę później już przełaziła przez dziurę pod portretem. Wbrew przewidywaniom Irytka, znała hasło. Zresztą, trudno było go nie zapamiętać - „Głupi sir Cadogan" było jednym z najmniej subtelnych przesłanek Grubej Damy od ładnych paru lat. Naprawdę, poziom inteligencji mieszkańców tego zamku spadał na łeb, na szyję.
W pokoju wspólnym panował jak zwykle trudny do opisania harmider. Znajomi i przyjaciele witali się po wakacyjnych rozłąkach i bynajmniej nie było to takie urocze, jak brzmiało. Takie gryfońskie powitania zawierały w sobie mnóstwo kłótni na temat wygranych i przegranych w Quidditcha z ostatnich dwóch miesięcy, wyklinań na beznadziejnie ułożone plany lekcji (Ale jakoś w końcu trzeba je ułożyć, nie? O tym już nikt nie pomyślał...), straszenia pierwszorocznych Snapem i Trelawney, a także ilości Kremowego Piwa i Ognistej Whisky zdolne powalić średniej wielkości trolla górskiego. Nie, żeby jej brat miał w tym jakąś wprawę, ale i jego zauważyła ze szklanką złocistego płynu tuż przed rozpalonym kominkiem.
Westchnęła i szybko ułożyła w głowie plan przemknięcia się niezauważona do swojego dormitorium. I może udałoby jej się to, gdyby Tiara przydzieliła ją do jakiegoś innego domu. Rozważny Ravenclaw na pewno nie praktykował imprez rozpoczynających rok szkolny, prawda? Spokojny Hufflepuff nigdy by się na coś takiego nie odważył. Może jedynie Slytherin, ale kto ich tam wie... W każdym razie, to był niestety Gryffindor, więc nadzieje Cat na cichy wieczór spędzony sam na sam z książką rozwiały się, zanim zdążyła powiedzieć „węgierski smok kolczasty". Oto na horyzoncie pojawili się wspaniali bracia Weasley... W lewym narożniku czający się do brawurowego wykonania dowcipu Fred, w prawym stojący na czatach George... Obaj zawodnicy zbliżają się w tempie błyskawicy do swojej niczego nieświadomej ofiary...
Jej wewnętrzny monolog został jednak szybko przerwany przez rudych bliźniaków we własnej osobie.
- Hej, Hat!
- Hej, Pat!
- A może Catherine? - Fred mrugnął do George'a, wiedząc doskonale, jak bardzo dziewczyna nie znosi swojego pełnego imienia.
- Cat. Po prostu Cat. Pamiętacie?
- Hej, Cat! - odpowiedzieli jednocześnie, kiwając do wtóru głowami. Jej myśli pomknęły w zawrotnym tempie, szukając wyjścia z sytuacji. Biorąc pod uwagę Hermionę, siedzącą z naburmuszoną między Harrym i Ronem, którzy zawzięcie o czymś dyskutowali, wymówka o nauce odpada, tak samo ta o wyspaniu się przed pierwszym dniem zajęć. Zdziwiło ją jedynie, że Hermiona, jako prefekt, nie reaguje na coraz bardziej rozkręcającą się imprezę (na magicznie powiększonym stoliku do nauki ktoś właśnie ustawiał przekąski i butelki z alkoholem). Widocznie i ona poddała się, postawiona twarzą w twarz wobec niezmordowanego żywiołu balujących gryfonów.
- Słuchajcie chłopaki, mam do sprawdzenia jedną ważną rzecz w dormitorium...
- O, moja droga, nie z nami...
- ...te numery!
- My już dobrze wiemy...
- …co chcesz zrobić! - spojrzała na nich, szybko kalkulując w głowie swoje szanse. I już po sekundzie odezwała się pełnym powagi głosem:
- Dwadzieścia gram sproszkowanych skarabeuszy.
- Noo, teraz mówisz jak prawdziwy przedsiębiorca! - już miała westchnąć z ulgą płynącą z faktu, że przyjęli jej handlarską propozycję i zostawią ją w spokoju, gdy odezwali się po raz kolejny. Widocznie skarabeusze już im nie wystarczały. Ten zamek schodzi na psy, pomyślała, ale utkwiła w nich z powrotem swój czujny wzrok.
- Kontynuuj, Pat.
- Hat.
- Cat, kontynuuj.
- Dwadzieścia gram sproszkowanych skarabeuszy i mogę wam skoordynować cztery zaklęcia powyżej poziomu siódmej klasy. Co wy na to?
- Odprowadzić panią do pani pokoi? - parsknęłaby śmiechem, gdyby nie obawiała się urazić bliźniaków. Czasem byli naprawdę łatwi do zmanipulowania... chociaż może sami sobie na to pozwalali, z nimi nigdy nic nie było wiadome. I to właśnie w nich lubiła.
- Dzięki, dojdę sama. Ale możecie zapewnić mi chwilową niewidzialność?
- Jasne, już się robi! Ej, mały... - Fred momentalnie złapał za ramię jakiegoś drobnego drugorocznego, wręczając mu wyjętą z kieszeni szaty babeczkę o nienaturalnym, seledynowym odcieniu. - …zjedz sobie!
Chłopiec niepewnie odgryzł kęs ciastka, by po chwili zamienić się w wielkiego, obskubanego z piór kurczaka. Kurczak zagdakał żałośnie, przechylając się to w lewo, to w prawo, zupełnie jak mugolska wańka wstańka. Może nawet zrobiłoby się jej żal chłopaka, jednak jego stan był zdecydowanie przejściowy, poza tym dawał jej możliwość natychmiastowego odwrócenia od siebie uwagi. Jak się spodziewała, łysy kurczak w jednej chwili spowodował taki krzyk i wrzask, że Cat z powodzeniem prześliznęła się na schody prowadzące do dormitoriów dziewcząt. Zanim zatrzasnęła za sobą drzwi, zdążyła jeszcze usłyszeć oburzony krzyk Hermiony („Fred, George, wiem, że to wasza sprawka! Natychmiast macie cofnąć to zaklęcie, inaczej pójdę po profesor McGonnagall! A ty co sobie myślisz, Ronald?! Też jesteś prefektem! Zrób coś! Czy ja naprawdę wszystko muszę robić sama?!). Na gacie Merlina, ta biedna dziewczyna chyba się kiedyś udusi, próbując ich wszystkich sprowadzić do wątpliwego pionu.
Jej dormitorium było nagrzane i dokładnie takie, jak je zapamiętała. Już po chwili siedziała zakopana głęboko pod dwoma kocami i kołdrą z pluszu, którą dostała na święta od Remusa, trzymając w dłoniach grubą książkę o jakże wdzięcznym tytule „Eliksiry a zaklęcia innowacyjne, podręcznik akademicki". Dobrze było wrócić do domu.
