Rozdział 1

Zapach wiśni

Wiatr kołysał czubkami drzew nucąc im jakaś wesołą melodie. Nadchodziła wiosna i wszystko budziło się do życia. Ogrody Artum wciąż były uśpione zimowym snem, ale na większości drzewek pojawiły się młode pączki. Pokochałam to miejsce, od kiedy ujrzałam je po raz pierwszy dwa lata temu. Już wtedy wiedziałam ze będzie to mój azyl, moje miejsce. Nie pamiętam ile razy tu przychodziłam, gdy głębiona rozpaczą czy smutkiem potrzebowałam ciszy i samotności. To miejsce ratowało moją dusze przed śmiercią. Zabrzmi to bardzo patetycznie, ale tak było. Dziś byłam tu po raz ostatni. Wiedziałam że prawdopodobnie już nigdy nie ujrzę tego miejsca, dlatego starałam się chłonąć jego siłę i spokój. To wszystko było mi tak potrzebne teraz, kiedy znów miało się zmienić całe moje życie. Położyłam się na białej, marmurowej ławce i słuchałam jak ten mały świat żyje swoim własnym życiem. Nie wiem czy minęła godzina czy dziesięć minut czy jeszcze inna miara czasu, gdy na kamiennej ścieżce usłyszałam znajome kroki. Zatrzymał się naprzeciw mnie i westchnął.

- Śpiąca Królewno zapuścisz korzenie lub dostaniesz wilka, niepotrzebne skreślić jak będziesz tyle tu siedzieć – usłyszałam.

Roześmiałam się i odwróciłam twarz w stronę Cerio.

- Oj Cerio i jak tu dziewczyna ma złapać sobie księcia z bajki jak nie dasz nawet jej zasnąć na sto lat.

Zrobił minę pokazująca jak bardzo był dumny ze swego czynu, po czym podszedł bliżej i powiedział cicho.

- Niedługo wyruszasz – jego głos zabrzmiał jak pytanie i zrobiło mu się smutno gdyż zarówno on jak i ja wiedzieliśmy, że jest tylko jedna bolesna odpowiedź.

- Tak

Zrobił minę zbitego psiaka. Często mu tak się zderzało, gdy coś mu się nie udawało lub tłumił irytację. Wyglądał wtedy jak mały chłopczyk niezgadzający się z wolą rodziców.

- Nie martw się, już idę. Nie dostaniesz ochrzanu za spóźnienie ostatniego dnia niańczenia mnie – próbowałam go rozśmieszyć, ale on zamiast się roześmiać tylko patrzył na nie tymi swoimi brązowymi oczami.

- Ech Sakura, Sakura…

-Słucham – spytałam robiąc minę niewinnej dziewczynki.

-Do wymarszu jeszcze trzydzieści minut – powiedział. Spojrzał na mnie, po czym dodał z uśmiechem: – Czyli można jeszcze kwadransik sobie poobserwować chmury…

- Cerio…

- Oj posuń się, ławki starczy dla dwojga

Ze śmiechem ustąpiłam mu kawałek miejsca.

Naruto pałaszował trzecią z kolei porcje Ramenu a ja ze zgrozą stwierdziłem ze pewnie byłby w stanie zjeść jeszcze ze trzy. Ten chłopak miał żołądek bardziej pojemny niż skład broni Ten Ten. Nagle odwrócił wzrok i spojrzał na mnie spod łba.

- Co jest młotku? – spytałem.

- Sasuke... – wycedził.

- Co?

- Będziesz to jadł? – powiedział wskazując na moją nietknięta miskę rosołu.

-…

- Dzięki – powiedział i zaczął ją pochłaniać jak tylko mu ja podałem.

- Nie ma, za co i tak straciłem apetyt patrząc na ciebie – powiedziałem, położyłem pieniądze i ruszyłem do wyjścia.

- Ej Sasuke zaczekaj na mnie! – usłyszałem jeszcze za sobą.

Ruszyłem przed siebie sam nie wiedząc gdzie prowadzą mnie nogi. Wydawało mi się, że chodzę bez celu i nie wiem sam, czemu znów znalazłem się w tym miejscu.

Pusta uliczka, kamienna ławeczka i drzewo wiśni tuż przede mną. Przyglądałem się przez chwilę, choć nie znajdowałem w tym drzewie nic godnego mojego zainteresowania. Chciałem już odejść, gdy usłyszałem za sobą zasapany głos Naruto.

- Wkrótce zaczną kwitnąć, prawda?

- Taa

Nie wiedzieć, czemu przez chwilę staliśmy pod tym drzewskiem jak uwięzieni w jakimś genjustu. W końcu przywołałem się do porządku i ruszyłem dalej.

- Do jutra Naruto.

Otrząsnął się dopiero, gdy byłem już prawie za rogiem.

-A dobra, cześć…

Za swoich pleców usłyszałem jeszcze ciche:

-Sakura-chan…

Strasznie sentymentalny chłopak z tego Naruto, pomyślałem. Minęło ponad dwa lata, od kiedy opuściła osadę. Bez listu, bez pożegnania. Takie to wydawało się do niej niepodobne. Mała, płaczliwa, irytująca dziewczyna. Taką ją pamiętam. Nawet nie potrafiłem w myślach odtworzyć rysów jej twarzy. Spróbowałem przywołać w myślach obraz dziewczyny, ale nie potrafiłem powiedzieć nic konkretnego. Oczywiście wiedziałem, jaki miała kolor włosów czy jak mniej więcej wyglądała, ale obraz ten był dziwnie zamazany. Spróbowałem jeszcze raz, ale sytuacja się powtórzyła. Zirytowany przyśpieszyłem kroku by już po chwili znaleźć się przed własnym domem. Przywitała mnie jak zwykle cisza. Błoga cisza. Zrzuciłem kamizelkę i resztę rzeczy i od razu wpakowałem się pod prysznic. Gorąca woda podziałała kojąco na zmęczone mięśnie. Rozluźniony, przebrany w mniej oficjalny ubiór z ulga rzuciłem się na łóżko. Kątem oka dostrzegłem stare zdjęcie sprzed lat.

- Drużyna numer siedem – powiedziałem sam do siebie. Ponowiłem próbę odtworzenia w myślach twarzy Haruno. Obraz nadal był niewyraźny.

-Cholera! I czym ja się tak przejmuję – zganiłem sam siebie. Ze złością obróciłem się na drugi bok i w końcu poczułem, że ogarnia mnie błoga senność. W duszy obiecałem sobie, że to był ostatni raz, kiedy poszedłem z Naruto na ten cholerny ramem, choć dobrze wiedziałem ze pewnie nie dotrzymam tej obietnicy…

Sama nie wiem, kiedy minął mi ten tydzień. Podróż przebiegał gładko i bez żadnych zakłóceń. Nie uznałam za zakłócenia tych kilku prób napadu ze strony rabusiów. W sumie to można powiedzieć ze potraktowałam to jako dość sympatyczny przerywnik monotonnej wyprawy. Zabawne jak teraz o tym myślę to kiedyś nie lubiłam walczyć. Teraz bardziej pewna swoich umiejętności i wzbogacona o wiedzę przez Tetsu-san traktowałam walkę jak coś naturalnego. Nie to jednak sprawiło, że zaczęłam się zastanawiać nad wielkimi zmianami, jakie we mnie zaszły od czasu opuszczenia osady.

Najgorsze, że zauważyłam jedną rzecz: im bardziej zbliżałam się do Konochy tym bardziej zwalniałam kroku. Sama się zastanawiałam, czemu tak robię, z drugiej strony nawet nie próbowałam z tym walczyć. Ale nawet spowolniając krok coraz bardziej mimo wszystko przybliżałam się do tego, co nieuniknione.

W końcu stanęłam przed nią. Przed wielką bramą. Zawsze otwarta dla przyjaciół, zagradzająca drogę wrogom. Stałam przez chwilkę, niepewna czy chce postawić kolejny krok. Zamknęłam oczy i ruszyłam przed siebie. Kiedy otworzyłam je ponownie już byłam w osadzie. Powitał mnie gwar, śmiechy i para białych, przenikliwych oczu wpatrujących się we mnie w oczekiwaniu…

Niebo tak ponure i ciężkie ze wydawało się zaraz spadnie na głowę. Wiatr łamiący gałęzie i ta walka. Głupia, bezsensowna i tak nierówna. Potem to uderzenie. Cichy jęk i spojrzenie, które mnie prześladuje. Spojrzenie pełne rozpaczy. Spojrzenie, które stawia mi to pytanie: dlaczego? Odrzucam je z pogardą. Odwracam wzrok na swojego przeciwnika i na nim koncentruje całą swoją uwagę.

Tylko ze przeciwnik znika, wszystko pogrąża ciemność i w tej ciemności widzę tylko te przeraźliwie smutne zielone oczy. Ich bezmiar mnie pochłania. Nie potrafię się od nich odwrócić. Nie potrafię ich przekląć. Mogę tylko patrzeć i patrzeć…

Po raz kolejny budzę się z tym uczuciem pustki. Zły na siebie idę do łazienki i serwuje sobie lodowaty prysznic. Ale nawet zimna woda nie potrafi zagłuszyć tych myśli, które powoli, zdradziecko rodzą się w mojej głowie. Nie chce ich wypowiadać głośno. Kończę toaletę i jem szybkie śniadanie. Zastanawiam się gdzie spędzę ten wolny dzień. Opcję są dwie: urządzić sobie wyczerpujący trening albo…urządzić sobie jeszcze bardziej wyczerpujący trening.. Koniecznie taki, który mnie wykończy na tyle żebym mógł paść i nie myśleć o bzdurach.

Próbuje przywołać w myślach zestaw ćwiczeń ale przed oczami znów mam to spojrzenie…

-Szlag! Chyba dam się znów wyciągnąć Naruto na ramen – może jego gadanie uwolni mnie od tego przekleństwa.

Słyszę stukot w okno. Odwracam się by ujrzeć ptasiego kuriera hokage. Odbieram wiadomość. Natychmiastowe wezwanie do siedziby.

- Misja? – pytam sam siebie – przecież wczoraj nam dała w końcu wolne po tygodniu biegania…A zresztą co mi tam…

Wizja skopania kilku tyłków pozytywnie wpływa na moje samopoczucie. Przynajmniej się odstresuje. Błyskawicznie opuszczam mieszkanie. Po drodze dołącza do mnie Naruto. Ziewa i marudzi jak zwykle. Zaplanował sobie na ten dzień randkę z Hinatą a teraz będzie musiał obejść się smakiem…Uśmiecham się złośliwie. O mało nie dostaje za ten drobny gest z kunia. Wszystko zdaje się wracać do normy…

- Spodziewałam się każdego, ale nie Ciebie Neji – uśmiecham się widząc jego zaciekawienie.

- Zrobiłaś sobie chyba spacerek krajoznawczy Sakura. Miałaś przybyć wczoraj wieczorem – powiedział, ale zaraz przywołał na twarz ten swój tajemniczy uśmiech.

- No cóż jak to mówi pewien sensei „zbłądziło mi się na ścieżce życia"

Neji parska śmiechem. Doskonale wie, o kim mówię. To powiedzonko jest wręcz kultowe. Bycie w drużynie Kakashiego odcisnęło w moim sercu głębszy ślad niż przypuszczałam. Kończę rozmyślania i patrzę na Nejiego. Przyglądam mu się uważnie. Jest taki, jakim go zapamiętałam, choć nie, znów wyprzystojniał. Był chyba jedyną osoba z osady, która widziałam podczas pobytu w Vardergardzie i prawdopodobnie jedna z nielicznych, które wiedziały ze tam przebywam. Nie wiem czy to, dlatego czy tez z innych nieznanych mi powodów ten tak niedostępny chłopak, elita wśród shnobi stał mi się bliższy. Nie czułam już zażenowania, kiedy z nim rozmawiałam a i on poświęcał mi teraz uwagę, gdy rozmawiając o wspólnych znajomych szliśmy na spotkanie hokage. Teraz droga wydała mi się wyjątkowo za krótka. Nie zdążyłam przekazać mu nawet pozdrowień od Tsubaki i reszty towarzystwa, kiedy stanęliśmy przed okazałą siedziba przywódców wioski.

- Nic tu się nie zmieniło – powiedziałam głośno własne myśli.

- Cieszysz się z tego czy Cię to martwi? – zapytał z przekąsem mój towarzysz.

- Chyba jedno i drugie - powiedziałam na samą myśl wybuchowego temperamentu Tsunade.

Roześmiał się a ja po raz kolejny stwierdziłam, że z uśmiechem na twarzy jest jeszcze przystojniejszy. No, ale na to nie było teraz czasu. Zganiłam się ze za to że mimo tylu ćwiczeń i samodyscypliny jestem taka kochliwa. Przypominam sobie moje ćwiczenia, powtarzane z upartością postanowienia o zmianie i powoli czuje powracająca obojętność. Nie ma czasu na głupoty, mesle. Czeka mnie długa rozmowa z dawnym mistrzem. Weszliśmy wiec do środka nie marudząc więcej przed wejściem.

Już od progu gabinetu przywitała mnie Shizune i okrzyki Tsunade o kawę albo jeszcze lepiej sake.

- Nic się nie zmieniłaś Tsunade-sama – przywitałam hokage z rozbawieniem.

Przybyliśmy pod siedzibę. Naruto od samego wejścia zaczął wygłaszać te swoje promienne apele, co to on zrobi Tsunade za zmarnowanie mu takiej okazji itp. Puściłem mimo uszu jego uwagi i ruszyłem przodem. Na górnym korytarzu niespodziewanie minął nas Neji.

Naruto spojrzał na niego ze współczuciem i powiedział:

-Ciebie tez stary zwaliła z wyra o takiej nieludzkiej porze?

- Nieludzkiej? – Neji zrobił minie, która sugerowała, że jego pojecie „nieludzkiej" pory stanowczo rozmija się z ta, o której dziś wstał. Prychnąłem odruchowo.

- Naruto, na pogaduszki umówisz się później. Wiesz, że Tsunade nie lubi czekać – minąłem białoślepia i ruszyłem wprost do gabinetu. Poczułem na sobie to przeszywające spojrzenie byakugana. Zignorowałem je. Uczucie obserwacji ustąpiło. Usłyszałem za sobą:

- Trzymaj się Naruto i przestań rozpaczać. Może tym razem poranne wstawanie się opłaci…

- Co masz na myśli? – spytał ramenomaniak.

- Zobaczysz – powiedział a ja dąłbym sobie rękę uciąć że się uśmiechał przy tym - No to cześć. – powiedział i po prostu sobie poszedł. Młotek jeszcze przez chwilkę się mu przyglądał.

- Wiesz, co miał na myśli? – spytał w chwili, kiedy ja zapukałem do gabinetu.

- Nie mam pojęcia Naruto, naprawdę – westchnąłem, choć tez się zastanawiałam o co mu może chodzić. Otworzyłem drzwi nie doczekawszy się „proszę".

Jaskrawe światło poranka zalewało cały pokój. Wydało mi się ze oślepłem od tej jasności. Poczułem zapach równie odległy, co znajomy. Zapach wiśni. Wtedy tez zobaczyłem, że skapana w tym jasnym świetle stoi ona. Bezwiednie powiedziałem.

- Sakura…