Scorpius Malfoy uniósł dłoń z trzymaną weń różdżką, wciśniętą mu przed sekundą przez wiekowego czarodzieja o badawczym spojrzeniu srebrnych oczu. Pięćdziesiątą, w ciągu zaledwie dwóch minut jak zdołał policzyć chłopiec. Wzdychając ciężko, machnął nią wypełniając polecenie staruszka, ale zgodnie z oczekiwaniami Scorpiusa, po raz kolejny nic się nie stało. Jednak wcale nie zmniejszyło to uczucia zawodu, które rozlało się w piersi młodego czarodzieja i w pod postacią gardłowego jęku, opuściło jego ciało. Położył różdżkę na ladzie.
- Chyba nic z tego nie będzie, panie Olivander - powiedział cicho, czując w gardle rosnącą gulę, a w oczach łzy. Odetchnął głębiej. Oto spełniał się jego największy koszmar, coś co śniło mu się po nocach, od kąt skończył sześć lat. Nerwowo zacisnął pięści i otworzył szerzej oczy robiąc wszystko by nie wypchnąć płaczem. Co on sobie właściwie wyobrażał? Powinien wiedzieć, że obecne w jego krwi zaklęcie uniemożliwi mu posiadanie własnej różdżki nawet wówczas, gdy właściciel mu na to pozwoli. W końcu kto to widział, aby ktoś, lub może raczej coś, co właściwie nigdy nie było człowiekiem mogło posiadać tak cenną rzecz. Spojrzał z żalem na wierzch swojej prawej dłoni. Wyrysowany nań znak, przedstawiający podwójny okrąg z wpisanymi weń zachodzącymi na siebie literami "P.N" przypomniał chłopakowi jego status bardziej kiedykolwiek wcześniej..
- Nonsens. - Staruszek energicznie pokiwał głową, po czym rozejrzał się po niewielkim, ciemnym wnętrzu sklepu, wyraźnie się nad czymś zastanawiając. Ciągnące się od podłogi, po sufit półki wypełnione były długimi, wąskimi pudełkami.
- Twoi rodzice zachowali swoje i nawet całkiem dobrze radzą sobie z ich używaniem, więc jestem pewien, że i ty chłopcze znajdziesz coś dla siebie, mamy w końcu w czym wybierać. No dalej, spróbuj tego. - Podał Scorpiusowi prostą pałeczkę z jasnego drewna i uśmiechnął się zachęcająco. - Siedemnaście cali, wierzba, pióro z ogona feniksa.
I tym razem także nic się nie stało.
Młody czarodziej westchnął ponownie. Słowa sprzedawcy obudziły w nim ostrożną nadzieję. Rzeczywiście, jego rodzice mieli różdżki i wciąż z nich korzystali, ale oni w przeciwieństwie do niego urodzili się wolni. Przełknął napływającą mu do ust gorycz. Czasem przeklinał matkę, za to, że pozwoliła mu się urodzić. Potok wisielczych myśli został po raz kolejny tego dnia przerwany przez energiczny głos Olivandera, tym razem nakazujący chłopcu aby zaczekał. Malfoy kiwnął tylko głową na znak zgody, chociaż wolałby wyjść i schować się w jakimś ciemnym kącie, gdzie wreszcie mógłby się wypłakać. Stanie tutaj, w ciasnym, po brzegi wypełnionym różdżkami miejscu było dlań istną torturą.
- Proszę, wiąz, dwanaście cali, włos z ogona jednorożca - poinformował sprzedawca uśmiechając się, tak, jakby poprzednie próby nigdy się nie wydarzyły. Scorpius odruchowo wziął do ręki podany mu magiczny przedmiot i machnął nim bez przekonania. I wówczas poczuł jak fala gorąca uderza w jego palce. Powtórzył ruch, a serce chłopca zabiło mocniej, kiedy z różdżki posypał się snob kolorowych iskier.
- Powinien był od tego zacząć - Staruszek przeczesał dłonią resztkę siwych, sterczących na wszystkie strony włosów, wprowadzając je tym samym w jeszcze większy nieład. - Twoja rodzina ma silne powinowactwo do wiązu i ogonów jednorożca - Wytłumaczył szybko, widząc, że chłopiec wpatruje się weń pytająco. - Tak... Wiąz i jednorożec mają długą tradycję u Malfoyów. Oczywiście trafiają się wyjątki...
Scorpius nie słuchał. Oszołomiony wpatrywał się w swoją własną delikatnie zakrzywioną różdżkę mając wrażenie, jakby właśnie cofał się znad bezdennej przepaści, tak wielka była zalewająca go zewsząd fala ulgi. Więc naprawdę będzie mógł pójść do szkoły! A już się bał, że to jakiś niesmaczny żart ze strony pana. Aczkolwiek kiedy zaczął o tym myśleć doszedł do wniosku, że pan Harry nie zwykł żartować w tak okrutny sposób z tak poważnej sprawy. Chłopiec zdecydowanie odrzucił kiełkujące w im rozważania. Nie powinien mówić źle o właścicielu nawet jeśli miałby to zachować tylko dla siebie. Zwłaszcza nie powinien tego robić teraz, gdy po raz kolejny otrzymał dowód jego dobroci. Jednakże młody czarodziej nawet na chwilę nie zapomniał o tym gdzie tak naprawdę znajduje się jego miejsce. Tym bardziej, że nie raz widział klęczącego z obnażonymi plecami tatę, którego ręce opierały się o niski stolik w taki sposób, aby jak najlepiej wyeksponować grzbiet. Chłopiec nigdy nie zakrywał oczu na podobne sceny. Przeciwnie, zwykle tkwił wówczas ukryty za kanapą w salonie i z sercem w żołądku obserwował egzekucję. Czasem ojca zastępowała matka, albo on sam. To bolało. Nawet jeśli wyprawiony rzemień nie przecinał skóry, miejsca, które zostały nim dotknięte piekły i pulsowały jeszcze wiele godzin później.
"To było słuszne, tak należało. Przecież przestępstwa wymagają kary" powtarzał wówczas w duchu, bo przecież gdyby posłuchał rozkazu, bardziej się skupił, nie rozpuścił przypadkiem języka, albo zachował większą ostrożność z pewnością nie zostałby uderzony. W końcu nikt nie chciał skrzywdzić, ani jego, ani też jego rodziców, a przynajmniej tak zapewniali go zarówno ludzie do których należał, jak i krążące w żyłach zaklęcie.
Opuszczał właśnie sklep, kiedy tuż przed jego nosem przebiegł najpierw szczupły, czarnowłosy chłopiec, a potem podstarzały, wyraźnie zdenerwowany mężczyzna. Młody czarodziej gwizdnął cicho i pobłażliwie pokręcił głową, rozpoznając w uciekinierze panicza Albusa. Najwyraźniej młodszy syn państwa Potterów po raz kolejny wpakował się w kłopoty. Scorpius dałby sobie uciąć mały palec u nogi, że chłopak zrobił to na własną prośbę, jak zwykle podejmując się czegoś, co go najwyraźniej przerosło.
Chociaż, jako urodzony w niewoli, starał się unikać nieprzychylnych i oceniających refleksji o swoich właścicielach, a w przypadku tego konkretnego Pottera powstrzymywała go także szczera sympatia, to jednak wiedział doskonale, że Albus jest raczej niezdarą. Kimś, kto ledwo trafia łajnobombą w cel o wielkości przeciętnego oka. Kimś, komu udaje się zepsuć każdy, nawet najbardziej oklepany dowcip, kimś komu tylko przypadkiem się cokolwiek udaje.
"Najwyraźniej teraz mu się udało" myślał idąc spokojnym krokiem w tym samym kierunku co tamci, ale ponieważ nie śpieszył się wkrótce stracił ich z oczu.
Księgarnia była kolejnym miejscem, które odwiedził tego dnia. Książki do nauki magii fascynowały go równie mocno jak różdżka. Wszakże to dzięki wiedzy w nich zawartej ten kawałek drewna, stawał się czymś więcej niż patykiem. W końcu to w nich, w tych opasłych, ale też całkiem cienkich książeczkach znajdowały się zaklęcia! Uśmiechnął się mimowolnie myśląc o tych wszystkich czarach, które rzuci. Oczywiście nie miał na myśli nic złego. Ale przecież to takie fascynujące! Nawet dla osoby od kołyski przyzwyczajonej do magii. Szczególnie jeśli osoba ta jeszcze kilka minut temu powoli zaczynała oswajać się z tym, że nigdy własnej różdżki nie zdobędzie.
Podał księgarzowi spisy podręczników, podczas gdy sam wodził wygłodniałym wzrokiem po półkach. Gdyby mógł, wykupiłby cały sklep, ale brak własnych pieniędzy stanowił poważną przeszkodę w realizacji podobnych planów. Galeony znajdujące się sakiewce, którą chował w kieszeni zostały mu jedynie powierzone, a on doskonale wiedział, że będzie musiał rozliczyć się z każdego knuta. Tylko, że chyba nic by się nie stało, gdyby kupił sobie Historię Hogwartu. Przecież wszyscy wiedzą jak bardzo lubi czytać. Pani Hermiona już tyle razy pożyczała mu swój egzemplarz, że osoba postronna mogłaby mieć wątpliwości co tego, do kogo on właściwie należy.
- To wszystko? - Głos sprzedawcy wyrwał młodego czarodzieja z rozmyślań, kiedy już na ladzie wylądowały trzy stosy podręczników, jeden do trzeciej i dwa do pierwszej klasy.
- Nie - odparł bez zastanowienia. Już podjął decyzję, a ostrzegawcze mrowienie w prawej dłoni nie było w stanie go od niej odwieść. Państwo zrozumieją. Na pewno.
