Dzisiejszy odcinek sponsoruje literka P jak penis. (Specjalnie dla Homoviatora.)
Kiedy się budzę, pierwszym co widzę są stalowobłękitne ślepia Holmesa, w odległości circa dwóch cali. Nie mruga, ma źrenice wielkie jak spodki i niewątpliwie mnie skanuje. Niemalże słyszę uszami wyobraźni bzzzz.
- Cześć! – rozpromienia się.
- Cześć. Jak się spało?
- Doskonale.
Ja też w sumie nie narzekam, chociaż czuję w kościach spanie na twardym. Zawinięty w swoją kołdrę, jestem rozgrzany, rozleniwiony i nie chce mi się wstawać. Jest niedziela, nie muszę się spieszyć do pracy. Podnoszę się i ziewając siadam na kanapie, nadal szczelnie okryty. Niestety, poranek w cieple i bliska obecność atrakcyjnego ciała (cóż, że męskiego) zbierają swoje zawstydzające żniwo, całkiem jakbym nadal był nastolatkiem. Do licha, czy Holmes nie mógłby być troszeczkę mniej przystojny?
- Zaraz zrobię kawy – mówię, masując kark. – Daj mi pięć minut.
- Ja zrobię! – deklaruje Sherlock ku memu zdumieniu. Zrywa się, maszeruje do kuchni, wesoły jak skowroneczek – i także okutany kocykiem. O, czyżby on też...? Nie, drogi doktorze, nie wyobrażaj sobie za wiele, to po prostu zwykła reakcja fizjologiczna.
Sherlock robi kawę, ja dochodzę do siebie, a potem przygotowuję tosty z serem. Holmes tankuje poranne paliwo (czarna, dwie kostki cukru, jak zawsze). Jem sam, bo dla pana detektywa jest za wcześnie, jego żołądek obudzi się dopiero koło jedenastej (o ile w ogóle). W skrzynce mailowej jakieś drobne sprawy, które Sherlock rozwiązuje niedbale jak zwykłe krzyżówki, za pomocą Internetu i kilku rozmów telefonicznych. Podejrzewam, że mimochodem włamał się też do Pentagonu, ale wolę nie pytać. W razie czego, dowiem się o tym z telewizji. Ot, po prostu zwykły leniwy dzień na Baker Street 221B.
W poniedziałek zwala nam się na głowy jakiś magnat od olejów silnikowych, tak zwane „młode pieniądze". Podejrzewa, że żona go zdradza. Niesympatyczny typ. Spodziewałem się, że Sherlock spuści go ze schodów na zbity pysk, ale, o dziwo, bierze tę sprawę. Chyba jest już tak potężnie znudzony brakiem trupów, że zadowala się byle czym. Pracuje cały wieczór, grzebiąc w sieci, następnego dnia wychodzi gdzieś raniutko, a po południu, kiedy wracam z dyżuru, każe mi wysłać do faceta sms z jednym tylko słowem: „WIERNA".
- Naprawdę? – Jestem sceptyczny. – Ten gość się aż prosi, żeby go puścić kantem. Śliski jak kalmar w oleju i bardziej arogancki, niż ty w najgorszych chwilach, wybacz, że to mówię.
- Wybaczam. A żona go zdradza – oświadcza Sherlock spokojnie. – Tyle, że zapłaciła mi więcej.
- O ile więcej?
- Pięć funtów.
Wybucham śmiechem.
- Sherlock, na litość boską! Dla pięciu funtów ryzykujesz swoją reputację najlepszego detektywa w Anglii?
- Najlepszego i jedynego detektywa-konsultanta na świecie – poprawia mnie, krzywiąc się i drapiąc po karku. – John, ona jest chora. Rozsiany nowotwór, nieoperowalny. Ma przed sobą może rok życia, może półtora. Czym jest zdrada małżeńska wobec roku cholernego piekła z tym dupkiem? Nawiasem, jej kochanek też mi zapłacił.
Dobry Boże...
- Kolejne pięć funtów?
- Pięć tysięcy. Możemy opłacić czynsz za trzy miesiące z góry.
Dobry argument.
W „postną środę" wieczorem Sherlocka nosi. Nie może sobie znaleźć miejsca, rozpoczyna rozmaite czynności i rzuca je prawie natychmiast, robiąc dokoła coraz większy bałagan.
- O co chodzi? Czemu się tak miotasz, u licha? – pytam w końcu, bo ten jego nerwowy taniec przeszkadza mi w oglądaniu filmu.
Holmes siada w swoim fotelu, podwijając nogi, jego palce wybijają skomplikowany rytm na podłokietnikach, co oznacza, że pod fryzurą myśli kotłują mu się jak bielizna w pralce. Zaraz mnie czymś zastrzeli i przeczuwam, że będzie to coś grubszego kalibru.
- John, czy mógłbyś... Właściwie już to robiliśmy, więc chyba nie masz nic przeciwko...
Znieruchomiały, patrzę na Sherlocka nieufnie, trzymając w ręku pilota. Co robiliśmy? Dużo rzeczy robiliśmy, więc...
- Czy moglibyśmy ze sobą spać?
Nie, tego NIE robiliśmy.
- Rozumiem. Masz coś przeciwko. Twoje łóżko jest twoje. John, proszę, tylko dzisiaj. Ostatni raz wyspałem się w weekend, a wczoraj w ogóle nie zmrużyłem oka. Muszę naładować baterie, inaczej zwariuję. – W głosie Sherlocka brzmią błagalne nuty. Chyba jest naprawdę zdesperowany.
Ach, więc o to chodzi! Mam na końcu języka: „Kupię ci misia", ale doskonale zdaję sobie sprawę, że byłoby to bezduszne, ordynarne i zwyczajnie podłe. Sherlock nadal bębni palcami po fotelu, umyka spojrzeniem, jest zawstydzony. Nie lubi przyznawać się do słabości – zresztą, kto lubi?
- U ciebie? – upewniam się tylko krótko.
Sherlock rzuca posępne spojrzenie w stronę kanapy, która nic a nic nie urosła od zeszłego piątku.
- U mnie – wzdycha. – Dziękuję, John.
- Warunki: łapy przy sobie, nie komentujesz, nie mądrzysz się, trzymasz dziób zamknięty. Nie chrapiesz! Nie śpimy pod jedną kołdrą!
Nadal oficjalnie jestem hetero, choć sam już w to nie wierzę. Sherlock potakuje pokornie.
- Nie piszesz o tym na blogu – dodaje od siebie.
Do licha, oczywiście, że nie!
Nie chrapie, nie komentuje, trzyma ręce przy sobie... Jednak z łóżkiem pani Hudson rzeczywiście jest coś nie tak. Kręcimy się na nim obaj jak potępieńcy obracani na piekielnym rożnie. W końcu ciągnę Sherlocka za rękaw piżamy.
- To nie ma sensu. Weź pościel i chodź ze mną.
W salonie zgodnie gromadzimy na dywanie poduchy z fotela i kanapy, wzorzyste poduszki i wszystkie dostępne koce, robiąc coś w rodzaju gniazda. Sherlock mości się obok mnie z westchnieniem ulgi. Każdy z nas grzecznie zasypia we własnym kokonie z kołderki. Krew i czarny marmur dają mi tej nocy spokój, za to przyplątuje się Afganistan. Afganistan nie krwawy, nie szafujący śmiercią, ale ten weselszy. Aż za wesoły... Półnadzy, ubrudzeni smarem chłopcy, grzebiący w czołgowych bebechach. I „pięciominutówka" pod prysznicem, która tym razem ciągnie się i ciągnie, a ze mną myje się ciemnowłosy, błękitnooki żołnierzyk. Jego ramiona zawijają się dokoła mnie, usta szukają moich ust... „Nie wolno nam" – mówię, a on odpowiada: „Jesteś wyższy rangą, kapitanie. Wydaj mi rozkaz". Ale nie wydaję żadnego rozkazu, nic nie mówię, bo „sucharek" ma zbyt zręczne dłonie i zbyt chętne wargi. Nie mam siły powiedzieć: „Szeregowy, wstać z kolan i odmaszerować". Bardzo, bardzo żenujący sen.
A sytuacja, w jakiej się budzę, jest równie kompromitująca. Po pierwsze, zdaję sobie sprawę z ciężaru na piersi – jest to ramię Sherlocka. Po drugie, czuję przy sobie chude, ciepłe ciało i ktoś mi chucha w szyję – pytanie za sto funtów: kto? Po trzecie (i najgorsze), mam mokrą piżamę.
Próbuję się wyswobodzić. Sherlock drga spazmatycznie, przyciska mnie mocniej i mamrocze:
- John, watykańskie kamee...
Raptem okropnie chce mi się śmiać. On po prostu śpi. Śpi jak suseł i gada przez sen. Na co ci przyszło, kapitanie Watson, służysz jako przytulanka... Ale w sumie nie była to zła noc, niewątpliwie również skorzystałem na tym układzie. Krępujący mokry sen jest zdecydowanie lepszy, niż sen zostawiający po sobie wyschnięte, zdarte od krzyku gardło, pot i łzy, i echo bólu rozrywającego lewy bark.
Sherlock mruczy, zmienia nieznacznie pozycję, jego zgięte kolano ciąży na moim udzie. Jasny gwint, znów czuję znajome pulsowanie w dole brzucha. Ostrożnie przekręcam głowę, mam doskonały widok na pełne, różowe wargi Sherlocka i widoczny między nimi skrawek białych siekaczy. A gdybym tak, tylko raz... On śpi, jest nieświadomy, nie powinienem, to jest nieodpowiednie... To byłoby prawie jak gwałt. Chcę pocałować detektywa-konsultanta. Chcę pocałować Sherlocka Holmesa, nic na to nie poradzę. Mogę jedynie powiedzieć sobie twardo „NIE". To ja jestem tym starszym, tym rozsądniejszym, tym sprawującym kontrolę. I nieważne, że czuję na biodrze podejrzanie twardy obiekt, a pan detektyw z pewnością nie bierze ze sobą do łóżka broni, ani latarki... Kapitanie Watson, NIE. Zaciskam pięści. Mój penis jest już twardy jak kawałek dębiny. Boże, zmiłuj się nade mną, chcę się pieprzyć z Holmesem, choć mam wybitnie mgliste pojęcie jak miałoby się to odbyć. Z tym Holmesem, który tuli się do mnie ufnie jak dzieciak do pluszowego misia. Z tym facetem, dla którego seks to zapewne tylko słowo na S, bez względu na zaszłości pod prysznicem.
Powieki Sherlocka drgają, unoszą się, błękitne oczy patrzą na mnie z odległości dosłownie trzech cali.
- Holmes... złaź... ze mnie – udaje mi się wykrztusić.
Panika, ucieczka.
- Przepraszam! Przepraszam, John! Nie chciałem!
Uff, mało brakowało. Dlaczego w ogóle zgodziłem się na to szaleństwo? Przecież wiadomo, że „spanie" i „seks" to synonimy, na dodatek obydwa na S. Udaje mi się pod osłoną koca jakoś przemknąć do łazienki, gdzie doprowadzam się do porządku. „Nigdy więcej" – obiecuję sobie święcie.
888
Znajduję się w wielkiej hali o przeszklonym suficie, trochę przypominającej lotnisko, a trochę kostnicę w Bart's – seledynowe kafelki na podłodze i białe na ścianach. Widzę charakterystyczną biurową donicę ze sztucznym zielskiem, dalej stoi fontanna, w której pływają małe nadmuchiwane serduszka. Kiedy koło niej przechodzę, dostrzegam na dnie mnóstwo rozbebeszonych zegarowych mechanizmów. Podchodzi do mnie dziewczyna w niebieskim uniformie i furażerce. Wygląda jak stewardessa. Czuję się bardzo zaniepokojony, gdyż jej nie widzę. Jest równie dobrym nośnikiem informacji, co plastikowa lalka. Nawet Irene Adler w końcu odsłoniła jakieś ludzkie cechy, a ta panienka jakby nie istniała realnie. Bardzo, bardzo podejrzane.
- Witam pana w Agencji Towarzyskiej „Ideał" – szczebiocze modulowanym głosikiem z reklamy odżywek dla dzieci. – Oferujemy najwyższe usługi w dziedzinie dobierania partnerów randkowych, par małżeńskich, usług interseksualnych, stomatologii oraz lobotomii.
Chyba jednak nie skorzystam...
Dostrzegam innych ludzi, przechadzających się po hali – wygląda to trochę jak przerwa podczas konferencji – i ci są uspokajająco zwyczajni. Rozwodnik, uzależniony od pornografii. Spadochroniarka, lesbijka. Kieszonkowiec, ma dwa koty. Wdowa po piekarzu... Wszystkim dyndają na szyjach identyfikatory.
- Proszę uważać na biedronki – mówi przewodniczka, wręczając mi kawałek plastiku na smyczce.
Rzeczywiście, po posadzce wszędzie łażą wielkie biedrony, każda rozmiarów połówki pomidora. Lśnią metalicznie, zmieniają co chwila kolory i chrobocą. Najwyraźniej są mechaniczne. Jedna stuka mnie czułkami w but, a na jej pancerzu wyświetla się napis ŚWIR. Mam ochotę ją rozdeptać.
Na moim identyfikatorze widnieje to okropne zdjęcie w uszatej czapce i dane:
HOLMES SHERLOCK
Ur. 06.01.1982
184/71/14 (Ej, odjęli mi całe półtora centymetra!)
Rasa: bardzo biała
Płeć: męska
Orientacja seksualna: diabli wiedzą
Dosłownie: Diabli. Wiedzą.
Mijam jakiegoś faceta w ciemnym garniturze i meloniku. Uśmiecha się porozumiewawczo i uchyla kapelusza, odsłaniając krótkie rogi. Jednak zanim udaje mi się zapytać, co ma do powiedzenia na temat moich preferencji, gdzieś się tajemniczo znika.
Ustawione rzędami gabloty niby mają grubość zaledwie dziesięciu centymetrów, ale sztuczka z zakrzywieniem przestrzeni sprawia, że mieszczą się w nich witryny wystawowe, akurat na tyle obszerne, by weszło tam krzesło. W tych ciasnych celach za szybami z pleksi siedzą ludzie. Kobiety, mężczyźni i osobnicy trudni do określenia. Biali, czarni, Azjaci... Niektórzy kiwają zachęcająco do przechodniów, uśmiechają się, inni tylko patrzą. Niektórzy proszą: „Wybierz mnie! Wybierz MNIE!". Na jednej z wystawek widzę Donovan – gapi się na mnie ponuro spode łba, a potem odwraca wzrok. Dalej Molly: rozpaczliwie smutna, mówi tylko cicho:
- Nic nie szkodzi. Wiem, że się nie liczę.
- Przepraszam, Molly – odpowiadam. – Jesteś dobrą przyjaciółką, ale nie mogę cię wybrać.
A potem kolejne okno i Moriarty. Uśmiechnięty łasicowato, gładki Jimmy w nieskazitelnym szarym garniturku.
- Wybierz mnie! Wybierz mnie, Sherly! – syczy i oblizuje dolną wargę. – Będziemy się cudownie bawić. Obiecuję, mój aniele. Tylko mnie wybierz... Wielka gra, wielki fun. Już nigdy żadnej nudy!
Zatykam uszy i odchodzę jak najprędzej. Propozycja jest kusząca, ale Jim Moriarty to bardzo niebezpieczny osobnik. Poza tym to przecież agencja randkowa. Musiałbym z nim iść na randkę, pewnie chciałby mnie macać, obrzydliwe!
Przepycham się w gęstniejącym tłumie. Treser fok... Pilot... Seryjny kanibal... Lara Croft... Premier... Za duży tłok. Kręci mi się w głowie. Policjant... Zatrzymuję się. To Lestrade. Stoi przed jedną z witryn, a tam za plastikową przesłoną zasiada nie kto inny, jak cholerny Mycroft! Bardzo dumny, sztywno wyprostowany, z tym swoim uśmieszkiem samozadowolenia. Ma nawet parasol!
- Cześć, Sherlock. Co myślisz o tym? – pyta Lestrade.
- Wykluczone! – Otrząsam się.
- Wygląda na zdrowego. Szczepiony...
- Przeterminowany. Poza tym to dupek.
- Chyba jednak spróbuję. On mi się podoba. A poza tym towar można zwrócić w ciągu siedmiu dni, jeśli zachowa się paragon.
Lestrade dotyka swoim identyfikatorem szyby, która się odsuwa z szumem. Mycroft zstępuje z podwyższenia, podaje ramię inspektorowi, a mnie rzuca uśmiech pełen wyższości. I obaj pod rączkę odchodzą w stronę zachodzącego słońca. Skąd tu zachód słońca...?
Jednak mój własny brat wystawiony na targach randkowych daje mi do myślenia.
- Czy macie tu może Johna Hamisha Watsona? – pytam jedną z niebiesko umundurowanych przewodniczek. Sprawia wrażenie biorobota, tak samo jak poprzednia.
- Sprawdzę w katalogu, sir – odpowiada, a w jej oczach zaczynają płynąć błyskawicznie rzędy cyfr i wykresy. – Przykro mi. Unikatowy model Watson jest niedostępny. Mamy natomiast jeszcze jeden model Holmes 3. W cenie promocyjnej.
- Holmes 3? – powtarzam ze zdumieniem i nagle orientuję się, że stoję w witrynie, z nosem przyciśniętym do szyby, a przede mną w okrągłej rotundzie spaceruje John, zatrzymując się kolejno przed kobiecymi „egzemplarzami". Jest tam i Sara ze szpitala, i smagłoskóra Jeanette, i ta od psa, i nawet ta z nosem jak u starego wodza Apaczów. I wiele innych. A także wielu młodych, atrakcyjnych samców.
- John! Tutaj jestem! John!
Ratunku! Jeśli wybierze którąś (albo któregoś), zostanę tutaj na wieczność! Nikt mnie przecież nie zechce. A jeśli nawet, to jakiś obłąkaniec pokroju Moriarty'ego. Ratunku! John, nie zostawiaj mnie tu!
- Wybierz mnie! John, wybierz mnie!
Chyba mnie słyszy, bo odwraca się, ale patrzy tak, jakby mnie nie rozpoznawał. John, przypomnij sobie! To ja! Błagam, jesteś moim rejonem!
- Watykańskie kamee! – krzyczę nasze stare hasło. – John, watykańskie kamee!
Błysk rozpoznania w niebieskich oczach. John uśmiecha się, dotyka swoją kartą dzielącej nas przesłony, wyciąga ręce i z ulgą wpadam w jego objęcia.
A potem się budzę.
Owinięty dokoła Johna Watsona jak szympans wokół palmy.
W dodatku jest to „palma" zdecydowanie rozjuszona.
- Holmes... złaź... ze mnie.
A niech to diabli...!
888
Jest czwartek, więc Sherlock decyduje się zatankować, czyli zjeść śniadanie razem ze mną. Robię tosty z masłem, przysmażam kiełbaski i jajka na miękko. Ja jestem zawstydzony, Holmes ponury. Przynajmniej się wyspał i wypoczął, nie ma już podkrążonych oczu. Bawi się jedzeniem, krojąc zawartość talerza na coraz drobniejsze kawałeczki.
- Jedzże wreszcie – wzdycham. – Sekcję zrobisz sobie w prosektorium, a nie w kuchni przy śniadaniu.
- Przepraszam – mówi, dziabiąc szczątki kiełbaski widelcem. – Nie panuję nad sobą, kiedy śpię. Musiałeś się czuć bardzo niezręcznie.
Owszem, czułem się. Ale czy on myśli, że to była jego wina?
- W porządku, nic nie szkodzi. Nie możesz odpowiadać za instynktowne odruchy – mówię, czując się parszywie jak nigdy. Bo niby co, mam powiedzieć: „Ja cię za to chciałem zerżnąć, więc nie czuj się winny, jesteśmy kwita"?
Sherlock nadal znęca się nad jedzeniem.
- John...?
- Mhm?
- Czy myślisz, że ktoś zechciałby się ze mną umówić?
Kawałek tosta staje mi w gardle. Przełykam z trudem i popijam kawą.
- Sherlock, o ile pamiętam, miałeś takich propozycji na pęczki i zdaje się, że miewasz je nadal.
- Tak, w skrzynce pocztowej. Ale kiedy jakaś kobieta przyjmuje twoje zaproszenie, to idzie na randkę tylko z tobą, z Johnem Watsonem. Po prostu z Johnem – wyjaśnia Sherlock z rozdrażnieniem. – A nikt nie chce umówić się ze mną, tylko z moją sławą. Z tymi zdjęciami w gazetach, z tą idiotyczną czapką, z moim intelektem i duchem Richarda Brooksa.
Oraz z twoim imidżem romantycznego księcia, błękitnymi oczami, pięknymi rękami i niewiarygodnie zgrabnym tyłkiem. Hm...
- Nie miałeś żadnych randek, zanim stałeś się sławny?
- Cztery. Cztery miniaturowe katastrofy.
- No tak. Zapewne wszystko szło dobrze, póki nie otworzyłeś ust. – Nie mogę opanować ironii.
- To nie moja wina, że rodzice nie zaprowadzili mnie do ortodonty! – warczy Sherlock z furią.
Pogubiłem się. Co ma ortodonta do jego randek? Niemniej Ella miała rację, Holmes wyraźnie przeżywa jakiś kryzys. A jeśli Sherlock ma kryzys, to ja też mam kryzys – tak jakby mało mi było własnego.
Ścinam nożem czubek jajka i wręczam Holmesowi łyżeczkę.
- Jedz, sieroto smętna. Dziś czwartek. A poza tym przemyślałem sprawę tej randki. Zgadzam się, możesz mnie zaprosić.
- Ja ciebie?
- Tak. Ty mnie. Chcę się poczuć adorowany. Pozalecaj się trochę, bądź miły, nie umrzesz od tego. Ze swojej strony zapewniam, że nie lecę na twoją sławę.
Blada, kanciasta mordka pana detektywa rozjaśnia się. Zadowolony, zaczyna nawet jeść.
- Ale jeśli tkniesz mnie choćby palcem, złamię ci rękę – dodaję z przyjemnym uśmiechem.
Łyżeczka z porcją jajka na miękko zawisa w powietrzu, a Holmes patrzy na mnie stropiony. Uch, niedobrze. Nie mówi się takich rzeczy człowiekowi z zespołem Aspergera. Przecież o tym czytałem.
- Wykasuj to, co powiedziałem – mówię szybko. – Żartowałem. To żart, dość głupi. Możesz mnie dotykać. Z pewnymi zastrzeżeniami... Nie chcę, żebyś mnie trzymał za rękę w miejscu publicznym. To krępujące. Łapanie za tyłek – wykluczone! Mogę zareagować odruchowo i na przykład lunąć cię w pysk, a potem obu nam byłoby przykro.
Sherlock kiwa głową, jajko trafia tam, gdzie miało trafić.
- W porządku, John. Zarejestrowałem. Ręce, tyłek.
Dlaczego mam dziwne wrażenie, że powinienem zastrzec również inne części ciała?
Następnego dnia wypada sesja terapeutyczna. Mam ochotę ją odwołać, ale ostatecznie idę. Opowiadam Elli o koszmarach Sherlocka, i o tym, że zmiana miejsca noclegu przyniosła dobry efekt. Obaj spaliśmy lepiej. Oczywiście nawet aluzyjnie nie wspominam o nieprzyzwoitych skutkach ubocznych.
- Wygląda na to, że salon jest waszą strefą bezpieczeństwa. To bardzo dobrze, że ją macie – mówi Ella. – Czy Sherlock jest pod opieką jakiegoś terapeuty?
- On? Skądże. Nienawidzi wszystkich psychiatrów, psychologów i chyba także zwykłych lekarzy. Jestem jedynym chwalebnym wyjątkiem. Owszem, powinien się leczyć, ale kto by potem leczył terapeutę z traumy posherlockowej?
Przyznaję się też do planowanej tak zwanej „randki".
- Po fakcie zacząłem mieć wątpliwości. Zostawiłem mu wolną rękę, czyli pozbawiłem samego siebie kontroli nad sytuacją. Zaczynam się bać, co może wymyślić.
Ella uśmiecha się krzepiąco.
- Będzie miał tylko tyle kontroli, ile mu jej dasz. Co robisz, kiedy on cię rozzłości?
- Zwykle idę do siebie i wracam dopiero jak mi przejdzie. Albo wychodzę z domu...
- I wracasz jak ci przejdzie. Masz tendencje do wycofywania się z placu boju, jeśli chodzi o Sherlocka. Albo mu ulegasz dla świętego spokoju. Musisz się nauczyć stawiać granice, dla dobra was obu. Dam ci dwa zadania domowe. Masz mu powiedzieć „nie"...
- Tak po prostu? Z byle powodu?
- Nie, nie z byle powodu. Wówczas, kiedy będzie od ciebie wymagał czegoś, czego naprawdę nie będziesz chciał zrobić. Zadanie drugie: wyraź życzenie, do którego on się dostosuje.
- Mam coś na nim wymusić? Ella, to nie przejdzie. Wymuszenie czegokolwiek na Holmesie jest jak dojenie kanarka. Dużo wysiłku, dużo wrzasku i pierza, i żadnego efektu.
Ella z pełnym profesjonalizmem przełyka wybuch śmiechu, zaledwie przygryza wargę. Godne podziwu, bo mnie własna wizja żółto upierzonego Sherlocka doprowadza do niekontrolowanych skurczów przepony. Czytam do góry nogami, jak Ella zapisuje w notatniku: „koniec fazy zaprzeczenia orientacji" oraz „powolny stały postęp" i jeszcze „opieka-kontrola-bezpieczeństwo". Czy ja zaprzeczam swojej orientacji? No dobrze, może i zaprzeczam. Robię postępy – fajnie. Nie jestem natomiast pewien, co ma znaczyć to ostatnie.
- Mam w ciągu tygodnia postawić się Sherlockowi i coś mu wydrzeć? - upewniam się.
- Nie w ciągu tygodnia. Termin w sumie nieokreślony, ale byłabym zadowolona, gdybyś poradził sobie z tym w ciągu miesiąca. Zdaję sobie sprawę, że to nie będzie dla ciebie łatwe. Zwłaszcza, że nie chodzi o zwykłe „nie, nie pożyczę ci stówki".
- Tak, to byłoby zbyt proste.
Kiedy wracam do domu, przekonuję się, że Sherlock podszedł do tematu „randki" bardzo poważnie. Jest zatopiony w lekturze poradnika w charakterystycznej żółtej okładce. Przewraca prędko kartki, skanując wzrokiem stronice i wrzucając je do swojej fotograficznej pamięci.
- „Randkowanie dla opornych"?
- Było jeszcze „Pedałowanie dla opornych", ale z niewiadomych powodów na okładce był rower, więc nie kupiłem – odpowiada Sherlock.
888
Nie rozumiem, czemu John się śmieje.
Sznurowadła – nadal bezrandkowy. Brwi – nie dzwonił do Harry. Miałki cukier na kołnierzyku – pączek u Lestrade'a. Wizyta prywatna. Puste ręce – brak sprawy. Moriarty nie pozostawił godnego następcy. Niefart. Nędza. Nuda. Seryjni mordercy zeszli na psy. Sesja terapeutyczna – poszło dobrze. Krótkie spojrzenia w moją stronę – John rozmawiał o mnie z Thompson. Jeśli zaproponuje coś do picia, była to rozmowa wykraczająca poza zwykłe ramy. Doktor powiedział więcej, niż chciał i ma wyrzuty sumienia.
- Chcesz kawy?
Achaaaa... Wszystko jasne.
Ta książka to śmieć. Jak zrobić dobre wrażenie na kobiecie/mężczyźnie? Po pierwsze: zadbać o swój wygląd (no, kurczę, na to bym nie wpadł). Świeży oddech, ładne i zadbane zęby to dodatkowy atut. (Wybielanie i cokwartalne przeglądy starczą? John powiedział, że w razie ubytków i borowania stomatolog musiałby mnie nie tylko znieczulić, ale jeszcze związać i najlepiej uśpić. Obawiam się, że miał rację.) Okej, z zębami zrobiłem, ile tylko byłem w stanie. Ubrania... Belstaff, Liberty i Harrods starczą? Jak nie, mogę dorzucić Yves Saint Laurenta. Nawiasem mówiąc, chyba czas kupić nowe buty... „Nie rób nic na siłę, nie narzucaj się. To jemu powinno zależeć, to on powinien być stroną inicjującą". No dobrze, ale w tym wypadku jest dwóch „onów". Kto tu jest inicjujący? Załóżmy, że ja. „Nie szukaj księcia z bajki". Nie, z pewnością nie. Starczy mi hrabia. Albo nawet zwykły kapitan. „Bądź wybredna"... Co to za szowinizm? W dodatku nielogiczny. To w końcu należy być wybrednym czy nie? Czy ja jestem wybredny? Hm... To głównie porady dla hetero. Jakiej ja właściwie jestem orientacji?
Google... „zdjęcia erotyczne kobiet"... Farbowana blondynka, farbowana brunetka, sztuczny biust, photoshop, więcej photoshopa... Hm, czy to ją boli? Dlaczego mężczyźni na tych zdjęciach są zdegradowani do środkowych fragmentów, pozbawieni głów i kończyn, albo sprowadzeni wyłącznie do samego penisa sterczącego zza kadru? O, kobiece włosy łonowe! Prawie zapomniałem, że coś takiego istnieje. Ouuu... Piłka do rugby? W takim miejscu? Delete, delete! Mam ochotę zrestartować sobie oczy. Hetero nie wypaliło.
„Mężczyźni + erotyka". Enter. Trochę lepiej, przynajmniej większość ma głowy. Ciała, dużo ciał, bardzo dużo mięśni, mnóstwo erekcji. Owszem, to obiektywnie ładne ciała, estetyczne i zadbane. Solo. Pary mieszane, pary męskie. Niektóre robią coś, co wygląda dość... boleśnie. Ta Kobieta proponowała mi seks wielokrotnie. „Zjedzmy razem kolację". Nie byłem „głodny", a wiązanie się z Irene nie było bezpieczne. Przeczuwałem to i, jak się okazało, miałem rację. Poza tym byłem na nią obrażony. Pobiła mnie szpicrutą. Nie lubię, kiedy ktoś mnie bije. Tego jednego jestem absolutnie pewien: masochizm nie leży w moim rejonie, sadyzm też nie. Jak wyglądałaby „zabawa w doktora" z panem doktorem? Czy od razu chciałby przejść do konkretów? Czy byłby delikatny? Jacy są właściwie w łóżku żołnierze?
Wrzucam do przeglądarki hasło „erotyka + militaria". Kolejny zalew ciał i zwałów mięśni. Gdyby John był tak zbudowany, nie zmieściłby się w swoim pasiastym szlafroku. Dużo mundurów w zieloną panterkę, dużo brutalności. Mnóstwo przygnębiająco gigantycznych penisów.
John zszedł w jakiejś sprawie do pani Hudson, więc nie będzie zadawał niewygodnych pytań. Biorę banana z miski, obieram, a potem wkładam do ust najdalej jak mogę, aż czuję odruch wymiotny, i zaznaczam zębami. Osiem centymetrów, ani odrobiny więcej. Marnie. Opcja „odwrotna" wydaje się jeszcze mniej przyjemna, a mój pęd do wiedzy nie sięga aż tak daleko. Nie czuję się podniecony, czuję się wystraszony i sfrustrowany. Wygląda na to, że mimo wszystko moją strefą jest ten przygnębiający dolny róg fioletowego trójkąta – z podpisem „aseksualność". Posiada ograniczone libido, zdolny do odczuwania pociągu romantycznego do innych osób, czyli smutny aseks typu C, według klasyfikacji Jaya. Tymczasem John nie jest aseksualny. John jest bi-SEKS-ualny. John uwielbiał seks i raczej mu to nie przeszło. Nie wystarczy mu kolacja, rozmowa i patrzenie sobie w oczy. Będzie chciał robić rzeczy cielesne i nieznośnie fizjologiczne. Będzie się chciał macać, pieprzyć, rżnąć, bzykać, dymać... Normale mają na tę jedną czynność ze sto określeń.
Co jeszcze piszą w tym nieszczęsnym poradniku? „Kup mu drobny prezent". O! Nareszcie jakiś konkret.
Co lubi John? John lubi seks...
Rozpacz czarna.
Wśród całego zestawu porozbieranych żołnierzy podoba mi się właściwie tylko jeden. To zdjęcie jest niemalże artystycznym aktem. Owszem, chłopak typu „gwiazda siłowni", z wdziękami na wierzchu, ale spoczywają między muskularnymi udami. Model leży spokojnie na wznak, z króciutko ostrzyżoną jasną głową opartą na zwiniętym śpiworze w kolorze khaki, śpi – a właściwie udaje, że śpi. Na jego piersi leżą wojskowe nieśmiertelniki. Jedno ramię odrzucił luźno za głowę. Nie gapi się wyzywająco, nie prezentuje sterczącego fallusa, niczego nikomu nie wpycha. Pozwala się obserwować, pozostawia mi przestrzeń. W jakiś sposób przypomina mi Johna, choć przecież swojego doktora nigdy nie widziałem nago. Zapisuję sobie to jedno jedyne zdjęcie na dysku i uśmiecham się na myśl, że właśnie założyłem swoją własną kolekcję pornografii, na wzór Watsonowej. Pewnie będzie dużo skromniejsza, a może nawet nigdy nie wykroczy poza tę jedną fotkę, ale zrobiłem jakiś początek. Uspokojony, zjadam banana.
Nadal patrzę na tego żołnierzyka, kiedy wraca John i spogląda na ekran.
- Dzieciak nigdy w życiu nie był w armii – stwierdza, wzruszając ramionami.
Ja też tak sądzę, ale jestem ciekaw jego opinii.
- Popatrz, jaki wycacany – mówi pan kapitan. – Jaki gładki i czyściutki. Chłopaki w kamaszach zawsze mają otarcia od plecaków, sińce od sprzętu, zadrapania i szramy. Ich skóry to mapy, można z nich czytać jak z książki. Poza tym, gwarantuję ci, że żaden z naszych afgańców nie walnąłby się na drzemkę z fiutem na wierzchu, nawet w najgorszy upał. Położyłby się w ciuchach, najwyżej by poluzował pas i sznurówki. I broń by położył w zasięgu ręki.
Sprawa podarunku randkowego pozostaje otwarta, ale znam przecież Johna na tyle, by wiedzieć, że odpadają kwiaty, czekoladki i diamentowe spinki. Za bukiet róż by podziękował, gdyż jest dobrze wychowany, lecz zarazem spojrzałby na mnie jak na idiotę. Kwiaty daje się kobietom. Słodycze także, poza tym John za nimi nie przepada. Woli orzeszki paprykowe i piwo. Z kolei piwo w takiej sytuacji byłoby całkowicie nie comme il faut. Nie może to również być nic kosztownego. Mógłby się czuć zobowiązany do rewanżu. John jest niezamożny, pragmatyczny i oszczędny. Jeśli kupuje sobie coś droższego, zwykle odkłada na ten cel przez dwa, trzy miesiące. Przez lwią część życia byłem przyzwyczajony do natychmiastowego spełniania zachcianek (przynajmniej w zakresie przedmiotów) i w pewien sposób podziwiam ten jego upór oraz systematyczność. Zabrałbym Johna do jakiejś eleganckiej restauracji, na przykład do „Sketch", ale mógłbym się założyć o prawą rękę, że on by się tam źle czuł. Trudno o bardziej niejohnowe miejsce. W dodatku zbierają się tam celebryci, gorsi nawet od mojego brata, co trudno sobie wyobrazić. Czyli „Sketch" odpada, podobnie jak nowootwarta „Tigane". John mawia, że nie lubi jadać tam, gdzie krzesło jest droższe od klienta. Pozostaje więc stary, poczciwy Angelo ze swoim smacznym tagliatelle i półdomową atmosferą, albo jakaś klimatyczna chińska knajpka.
Nareszcie wszystko mam opracowane i przygotowane. Rezerwując stolik, uprzedzam, że tym razem ma być romantycznie i Angelo staje na wysokości zadania. Dostajemy z Johnem boczny stolik we wnęce, są świece, artystycznie poskładane serwetki, w glinianym wazonie czerwone chryzantemy, a na talerzach maleńkie pęczki białych stokrotek. Czerwona chryzantema – „bądź moją miłością"... Do licha, Angelo, prosiłem o białe! Stokrotka – doskonałość i zrozumienie. Ciekawe, czy John orientuje się w mowie kwiatów? Raczej nie. Wydaje się trochę zdziwiony, lecz w ogóle obecnością kwiatów, a nie ich wymową. Sytuacja właściwie jest trochę absurdalna: jestem na eksperymentalnej randce ze współlokatorem, z którym znamy się jak dwa łyse konie. Ale tym lepiej, nie denerwuję się i nie robię głupstw, a nawet jeśli wyrwie mi się coś nieodpowiedniego, to John nie wyleje mi wina na głowę i nie wybiegnie z krzykiem, że jestem skończoną świnią. To bardzo odprężające uczucie. Podsuwam Johnowi krzesło, podaję kartę – łatwizna, całkiem jakbym towarzyszył przy kolacji madame Julienne Holmes. Obym się tylko nie pomylił i nie zwrócił się do Johna per „babciu". To ja pełnię „męską" rolę, więc wybieram wino: czerwony cabernet-merlot, gdyż John decyduje się na pastę z wołowiną. Sam zamawiam penne bolognese. Bill przynosi przystawki: carpaccio z parmezanem.
John traktuje tę kolację półoficjalnie. Zrezygnował z odwiecznego sweterka, ale też nie wbił się w garnitur i krawat. Ma na sobie elegancką koszulę i sportową marynarkę.
- John...?
- Tak?
- O czym właściwie rozmawia się na randkach? Podręcznik podawał w tej kwestii bardzo ogólnikowe informacje.
Doktor zasłania usta dłonią, żeby nie wybuchnąć śmiechem.
- Z pewnością nie o zbrodniach i trupach – odpowiada po chwili. - Będąc z kobietą zwykle ją komplementowałem. Nie mam pojęcia, jak to zastosować w tej sytuacji.
- Mężczyzn nie można komplementować?
- Chyba można. Sherlock, ja sam nie mam w tej materii żadnego doświadczenia. Ale kiedyś już mnie skomplementowałeś. Powiedziałeś, że mam ładne ręce.
To prawda. Powiedziałem tak, bo John ma ładne dłonie. Ma wiele miłych i ładnych cech, które mógłbym wymienić, ale nim otwieram usta, on odzywa się pierwszy:
- Ja też uważam, że masz ładne... Nie, masz piękne ręce.
Mimowolnie spoglądam na swoje palce, trzymające widelec. Długie, szczupłe i blade. Użyteczne narzędzia. Nigdy nie myślałem o tym, czy są piękne, czy brzydkie, a tu proszę, podobają się Johnowi.
- W ogóle uważam, że jesteś bardzo przystojnym facetem – dodaje mój doktor i uśmiecha się znad swojego carpaccio. – Nie powinieneś mieć najmniejszych problemów z poderwaniem kogokolwiek, kto ma choćby ślad dobrego gustu.
Serce staje mi w gardle. Nie wiem co powiedzieć. Zatkało mnie. Kompletnie, totalnie, ledwo mogę oddychać. Bardzo – przystojny – facet. Ja. W oczach Johna Watsona, który ma gdzieś brokatowy światek celebrytów, koneksje mojego brata oraz szlachetny ród Holmesów, o korzeniach sięgających Adama i Ewy i bardzo specjalnego gatunku małp z ogonami dłuższymi od innych. Miałby też gdzieś moje pieniądze, gdyby tylko o nich wiedział.
John chichocze.
- Sherlock... Ty się rumienisz.
- Wcale nie.
- Owszem, tak. To urocze.
Mam ochotę schować się pod stół. Zamiast tego wyciągam z kieszeni pudełko i przesuwam je po stole w stronę Johna.
- Proszę. To dla ciebie. Taki tam, drobiazg...
John śmieje się już całkiem otwarcie.
- O tym też było w poradniku?
- Było.
Ale wszystko się psuje, kiedy doktor otwiera pudełko. Jego uśmiech blednie. John pochmurnieje.
- Nie podoba ci się? – pytam, zaniepokojony.
- Podoba mi się, ale...
- Nie podoba ci się. Coś zrobiłem nie tak.
- Sherlock, to jest...
- Przepraszam, nie miałem jasnych instrukcji!
John nachyla się ponad stołem i kładzie rękę na mojej dłoni, ściska lekko.
- Uspokój się. Nic się nie stało, wszystko jest w porządku. Po prostu... To jest bardzo drogi prezent.
- To tylko Nokia N900, nawet nie najnowszy model. Wypuścili ją w czwartym kwartale 2009. Cena zdążyła znacząco spaść. Twoja N97 od Harry nie była nowa, kiedy ją dostałeś i już się sypie. Potrzebujesz nowego telefonu. Ten jest odpowiedni, podobny do poprzedniego, nie będziesz musiał się uczyć obsługi...
- Sherlock, zamknij się wreszcie.
Zamykam się. John uśmiecha się tym swoim johnowym uśmiechem.
- To bardzo miłe z twojej strony, że pomyślałeś o czymś tak, hm... osobistym jak komórka. Zmartwiłem się, bo mam wgląd w twoje konto i doskonale wiem, że miałeś tam czterysta dwanaście funtów i ani pensa więcej.
- Zrealizowałem czeki od cudzołożników. Nie musisz się martwić o moje fundusze w tym miesiącu.
Oraz wciąż jeszcze udało mi się nie naruszyć mojej części spadku po rodzicach. Sam nie wiem, ile tego teraz jest, zdaje się, że mógłbym kupić nie tylko mieszkanie od pani Hudson, ale też całą Baker Street. Tylko po co? Poza tym moja samodzielność finansowa służy za knebel dla Mycrofta, który najchętniej widziałby mnie w przybytku bez klamek – bezpiecznego i niekłopotliwego.
Mogłem się domyśleć, że drobiazg za dwieście trzydzieści funtów dla Johna nie będzie drobiazgiem. Jeśli chcesz ustalić czyjś stan majątkowy, popatrz na jego obuwie. Moje jest trzykrotnie droższe od butów Johna.
Po wpadce z komórką mogło być już tylko lepiej, i rzeczywiście jest. Kelner przynosi dania główne. Rozmawiamy o jakości naszych makaronów, John chwali wino, które rzeczywiście jest dobre. Zwyczajna, nudna konwersacja o niczym. Jak normalni ludzie.
Zdobywam się nawet na komplement wobec pana doktora i mówię mu, że w świetle świec jego oczy mają interesujący kolor tlenku manganu. To robi na nim niemałe wrażenie.
- Jeszcze nikt nigdy nie powiedział mi czegoś takiego – mówi zdławionym głosem. Chyba się wzruszył.
Oczywiście nie rozmawiamy o żadnych sprawach kryminalnych, ani tym bardziej o autopsjach. Najbezpieczniejszym tematem są kulinaria. W rodzinnym domu Johna dość często podawało się zapiekankę z nerek, a na deser tradycyjne szkockie spotted dick, natomiast słynny haggis John jadł w sumie tylko raz w życiu, gdyż pani Watsonowa nie miała cierpliwości do jego przyrządzania. Możliwości chyba też nie – w Londynie raczej trudno dostać owczy żołądek. John twierdzi, że haggis, mimo dość szokujących dla przeciętnego mieszczucha składników, jest bardzo smaczny. Rewanżuję się przeglądem dań kuchni chińskiej i przysmaków z Ekwadoru. Podobno smażony byczy penis i zupa na krowim kopycie dodają mężczyznom wigoru. John stwierdza, że wigoru mu nie brakuje, kończy swoją pastę i zagląda w kartę deserów.
- A zjadłbyś węża? – pytam.
- Jadłem węża w Afganistanie. Smakował jak kurczak. To tiramisu wygląda całkiem dobrze...
Para przy stoliku obok nie kończy swoich porcji i prosi o rachunek. Ciekawe dlaczego? U Angela jest naprawdę smaczna kuchnia. Wybredni jacyś, niech sobie idą do „Sketcha".
W sumie to naprawdę bardzo udany wieczór. Wszystko mi smakuje, John ani razu na mnie nie syknął, a przy deserze mówi z miłym uśmiechem:
- Sherlock, wiesz co? Jaśniejesz.
- Nie mogę świecić. Ciało ludzkie nie ma komórek luminescencyjnych. Musiałbym być na przykład kałamarnicą.
John się śmieje.
- Nie świecisz, tylko jaśniejesz. To co innego.
- To znaczy...?
- Herbatka z imbirem.
To jedno z naszych haseł. Oznacza bezpieczną strefę, a także spokojny antrakt między sprawami. Według Johna wyglądam na zadowolonego.
Kiedy wracamy do domu, jest już prawie dziesiąta, ale, o dziwo, czatuje na nas pani Hudson.
- Chłopcy, nareszcie! Macie klienta. Czeka u mnie w bawialni. Chciałam go odesłać, ale bardzo nalegał. Pracuje na nocną zmianę, w dzień odsypia, więc nie mógł wcześniej. Troszkę dziwny, twierdzi, że mu się zalęgły duchy. Sherlock, przysłać go wam na górę?
- Oczywiście!
Co za wspaniały wieczór.
