5 lat później

Zamek przytłaczał swoim ogromem. Poprzedni nawet w połowie go nie przypominał. Tamten miał raczej funkcję reprezentacyjną, ten obronną. Wysokie, potężne mury sprawiały wrażenie niezniszczalnych, brama odstraszała podróżnych, masa wartowników na blankach tym bardziej. Zamek należał do tych, których praktycznie nie da się zdobyć. Ta konstrukcja nigdy nie upadnie, pomyślał Gilmore.

Na zamku teryna Wysokoża można było się zgubić. Jednak mimo groźnie wyglądających wartowników, każdy napotkany w środku człowiek czy elf, był uprzejmy i pomocny. Chętnie wskazywali młodemu giermkowi drogę, co było niezwykle odmienne od tego, gdy żył w Amarancie. Cieszył się na myśl o służeniu u sir Juana. Słyszał o nim wiele historii, które zapierały dech w piersi - sam chciał kiedyś być takim rycerzem. Człowiek, u którego służył wcześniej zginął w sposób wyjątkowo nieprzyjemny. Upił się w karczmie w Denerim, po czym wdał w bójkę z kilkoma chłystkami. Został źle zapamiętany. Gilmore również czuł wstyd, ale arl Howe, w zamian za długą i wierną pracę chłopaka, postanowił wysłać go pod skrzydła kogoś mniej nieobliczalnego, sira Juana, który stacjonował w Wysokożu - arlacie dobrego przyjaciela Howe'a, Bryce'a Couslanda. Cieszył się na wyjazd.

Teraz zaczęły jednak targać nim wątpliwości. Popatrzył na to, jak ćwiczą tutejsi gwardziści, na to jak ciężkie i zdyscyplinowane były ich treningi. A byli to tylko gwardziści. Jak musiało to wyglądać u żołnierzy? Albo rycerzy? Gilmore przełknął głośno ślinę, na samą myśl o tym jakie trudne będą dla niego najbliższe lata. Pocieszało go przynajmniej to, że pewnego dnia będzie fantastycznym rycerzem, honorowym i chwalonym przez wszystkich. Zwyczajnie nie mógł się doczekać.

Ale przedtem czekało go spotkanie z arlem Wysokoża. Chłopak właśnie zmierzał do Sali Głównej, gdzie miał poznać znamienitego Bryce'a Couslanda i sir Juana. Czuł pot na czole. Cały drżał. Nie czuł się pewnie. Gdy go zobaczą, całkiem zmieni się życie Gilmore'a. A może uciec? zapytał sam siebie w duchu. Wtedy coś wyrwało go z zamyślenia. Był to wielki, zaśliniony ogar mabari, który przygniatał go swoim cielskiem. Polizał go po twarzy, na co giermek się obruszył.

- Davon, ty durniu! - krzyknęła jakaś dziewczyna do psa, po czym zdjęła go z chłopaka. Spojrzała psu w oczy. - Ile razy ci mówiłam! Nie każdy lubi się bawić, a zwłaszcza, gdy cię nie zna! Spróbuj najpierw kogoś poznać, a nie od razu go liżesz. - wtedy pies wesoło szczeknął i polizał dziewczynę po twarzy. - Heeeej! - wytarła się - Nie na pierwszej randce. - powiedziała, po czym pacneła zwierzaka w ucho i puściła oczko. Wstała od psa i pomogła giermkowi wstać.

Była od niego pare lat młodsza, ubrana była w brzydką szarą sukienkędo kolan i brązowe kozaki. Na twarzy była bardzo brudna i zaczerwieniona, jak po ciężkim wysiłku. Mimo niechlujnego wyglądu, wydała mu się atrakcyjna. Gęste blond włosy miała związane na plecach w warkocza, niespotykanie niebieskie oczy okalone długimi rzęsami a usta naturalnie mocno różowe. Rysy twarzy choć nieco dziecięce, sprawiały, że dziewczyna wydawała się bardzo wyniosła. Stała naprzeciw niego wyprostowana i patrzyła mu głęboko w oczy.

- Nie widziałam cię wcześniej. Kim jesteś? - zapytała niby od niechcenia.

- Przyjechałem tu, by być giermkiem sir Juana. To podobnież wspaniały rycerz. - odpowiedział z szacunkiem. Chociaż dziewczyna nie wyglądała na wysoko postawioną, to mogła dużo gadać, a on nie chciał podpaść pierwszego dnia. Sama mogła być giermkiem - dziewczęta, które się tym zajmowały wyglądały podobnie. Poza tym ten mabari był najpewniej jej, a w Fereldenie takiego kompana nie dostaje się bez powodu.

- Aha. - odchrząknęła. - To dupek. Ostatnio wkurzył się na Devona, że lata po zamku bez opieki. - Gilmore spojrzał na nią zdziwiony. To brak szacunku z jej strony do tego rycerza jak i właściciela zamku. Kim ona była?

- Mieszkasz tu? - zagadnął, żeby nie ciągnąć tematu.

- No.

- Zechcesz mi pokazać, gdzie jest Wielka Sala? - poprosił. Dziewczyna się skrzywiła, spojrzała na swojego psa. Gdy zwierzak wesoło zaszczekał, wywróciła oczami i pokiwała głową.

- Po pierwsze, idziesz w złym kierunku. Wielka Sala jest zupełnie gdzie indziej. Po drugiej stronie zamku, jeśli mam być szczera.

- Aha. Dopiero przyjechałem, gubię się. - ruszył za nią przez długi, prosty korytarz.

- To mały zamek.

- Większy niż mój ostatni.

- Gdzie?

- Amarant. - na dźwięk tych słów, dziewczyna się wzdrygnęła.

- Howe to dupek. - wyjaśniła, po czym skręciła w prawo.

- Dla ciebie każdy jest dupkiem? - zagaił. Przewodniczka zaśmiała się pod nosem.

- Tylko niektórzy. - uściśliła. Skręciła ponownie, po czym zmieniła temat. - Ile masz lat?

- Szesnaście. A ty?

- Mniej.

- Czyli?

- Damy się nie pyta o wiek. - prychnęła.

- Jaka tam z ciebie dama. - skomentował ironicznie.

- Zdziwiłbyś się. - ucięła, po czym ponownie zmieniła kierunek. - Dwanaście.

- To nie takie trudne.

- Aha.

- Co?

- Jak się nazywasz?

- Gilmore. - w chwili, gdy to powiedział, dziewczyna stanęła przed wielkimi drzwiami dwuskrzydłowymi. Spojrzała na nie, a potem na Gilmore'a. Wyglądała, jakby mu współczuła.

- To tu. - oznajmiła.

- A ty jak się nazywasz?

- Madie. Powodzenia na służbie u sir Gbura, przyda ci się. - po czym odeszła, a za nią wiernie kroczył pies. Ani ludzie, ani elfy nie zwracały na nią szczególnej uwagi. Była jak dziwna, ale bezpeiczna mieszkanka zamku, do której każdy się przyzwyczaił. "Madie" powtórzył.

Spojrzał raz jeszcze na drzwi. Za nimi czekała jego przyszłość. Otworzył je.

Przy kominku, stało dwóch, rosłych mężczyzn. Obaj zaczynający siwieć, jednak czuło się od nich, że nie czują się starzy. Stali prosto, ale luźno. Rozmawiali o czymś cicho. Jeden był w brązowo-czerwonym odzieniu, jaki nosi zwykle fereldeńska szlachta, miał proste włosy sięgające trochę za uszy, duże szaroniebieskie oczy i miękkie rysy. Gilmore obstawiał, że to Bryce Cousland. Człowiek obok miał zbroję z herbem Wysokoża, przy pasie wisiał długi miecz, twarz miał przeoraną licznymi bliznami i zmarszczkami. Długi nos wyglądał jak u kruka, natomiast oczy miał ciasne jak szparki. Sir Juan? Obaj budzili zaufanie. Arl zauważył, że chłopak wszedł do sali. Uśmiechnął się pokrzepiająco i zaprosił go skinieniem ręki.

- Arl Howe mówił, że biorąc cię pod swoje skrzydła, na pewno nie pożałuję. - powiedział na wstępie sir Juan. - Mało w tym kraju porządnych ludzi, a słyszałem, że ty taki jesteś. - Gilmore przełknął głośno ślinę, po czym skinął głową.

- Tak, mój panie. Znaczy staram się, jak mogę, wykonuję swoje obowiązki najlepiej jak umiem. To wszytko. - obaj się zaśmiali.

- Chłopcze, każdy tak mówi, gdy słyszy komplementy. To tak zwana skromność. Dobra cecha. - rzekł uśmiechnięty sir Juan.

- Brakuje jej moim dzieciom. - skomentował arl. Rycerz obok, kiwnął głową. - W każdym razie, jestem bardzo rad, że będziesz teraz stacjonował tutaj. Z tego co wiem, długo giermkiem nie będziesz. Pare lat najwyżej.

- Bardzo chciałbym być kiedyś takim rycerzem, jak sir Juan. To zaszczyt służyć właśnie...

- Przestań słodzić, dzieciaku! To nie Amarant, tu da się żyć bez lizania dupy każdemu z osobna. Nie jestem Howe'em. - zirytował się rycerz. Bryce Cousland popatrzył na niego z dezaprobatą.

- Przyjacielu, wiem, że nie pałasz do tego rodu miłością, ale proszę, zachowaj te uwagi dla siebie. Przynajmniej na razie. On nie musi słyszeć o wszystkim. - rzekł arl do rycerza surowo. Gilmore nie wiedział o co chodziło, ale pewnie miało to związek z czymś, o czym rozmawiali zanim przyszedł.

- Spokojnie, umiem milczeć. Poza tym sam nie przepadam za Howe'ami. - powiedział, na co sir Juan zrobił do stojącego obok szlachcica minę w stylu "Widzisz?". Cousland wyglądał na skonsternowanego.

- Ile się dowiedziałeś zanim cię wyrzucili? - giermek poczuł, że jego policzki płoną. Nie sądził, że wiedzieli. Miał nadzieje, że nikt nie wiedział.

- Niewiele. Tylko kilka wpadek na Orlezjańskim dworze. Gra nie jest czymś, co Rendonowi Howe'owi wychodzi.

- Mało któremu Fereldeńczykowi. - skomentował sir Juan. - Tyle to wiemy. Słyszałeś o jego dzieciach?

- Nie.

- Więc lepiej niech tak zostanie. - dodał Cousland, wtedy Gilmore zrozumiał, że nie może pytać.

Trochę dziwnie się czuł po rozmowie o sprawach z Amarantu. Właściwie nie po rozmowie o tym, co smucił go fakt, że rycerz, któremu obecnie służył, wiedział o porażce chłopaka. Ale postanowił o tym nie myśleć. Dostał od arla zaproszenie na przyjęcie, organizowane przez jego żonę, lady Eleonorę. Wszystko miało mieć charakter czystopolityczny, jednak Bryce Cousland uznał, że to świetna okazja, by giermek poznał kilka osób, w tym jego dzieci. Sir Juan znalazł mu jakieś fikuśne ubranko, tylko po to, by chłopak nie wyróżniał się z tłumu. Czuł się w nim głupio, poza tym wpijało się w wielu miejscach. Ale musiał je nosić.

Słońce zachodziło, a szlachty przybywało. Wielka Sala nie zmieniła swojego wyglądu od czasu, gdy Gilmore widział ją pierwszy raz. Po prostu stoły były zastawione jedzieniem i napitkiem, masa ludzi ze sobą rozmawiała a gwardziści przyglądali się przyjęciu. Zwyczajna uczta, podłoże do rozmów. Norma w Amarancie, tylko tu wydawało się to przyjemniejsze. Ludzie byli dla siebie milsi. A może mu się wydawało?

- To ty? - usłyszał za plecami. Odwrócił się i zobaczył istną piękność. Tym razem blond włosy miała rozpuszczone tak, aby spadały na ramiona, oczy podkreślone niebieskim cieniem do powiek a kości policzkowe wyeksponowane różem. Fioletowa sukienka była bardzo elegancka, miała długi rękaw i sięgała kostek. Na stopach miała czarne czółenka. W ogóle nie przypominała samej siebie. Nie przypominała dwunastolatki z dziwnym psem, która latała za nim po całym zamku, tylko dojrzałą panienkę, z masą obowiązków i zajęć.

- Madie. - powiedział niepewnie.

- Gilmore. - przywitała się, dygając. Z gracją i delikatnie. Jak prawdziwa dama. - Jesteś już giermkiem sir Gbura?

- Można tak powiedzieć. Co tu robisz? - zapytał.

- Ładnie wyglądam. - odrzekła z szelmowskim uśmiechem. - Ojciec kazał mi tu przyjść. Razem z Fergusem mieliśmy pogadać z gośćmi na temat tych negocjacji, ale ten gnojek mnie zostawił, bo zobaczył jakąś ładną Orlezjankę. Stwierdziłam, że sama się tym nie będę zajmować.

- A kim jest twój ojciec? - dziewczyna obejrzała się za siebie i wskazała ręką. Wzrok Gilmore'a powędrował za nią. Pokazywała Bryce'a Couslanda. Giermek się zrobił wielkie oczy. - Jesteś Couslandką?! - Madie kiwnęła głową. - Żartujesz.