W którym czytelnik towarzyszy Sarze w niebezpiecznej wyprawie, przy czym – w przeciwieństwie do naszej bohaterki – czytelnik wie już, że droga zaprowadzi ją prosto w przepaść
Schodząc w dół, kryjąc się w wysokiej trawie, Sara mogłaby teoretycznie zastanowić się nad tym, skąd wzięła się przemożna potrzeba, żeby ratować Labirynt – pomimo zamieszkujących go goblinów, czyścicieli i rozmaitych innych nieoczekiwanych potworów, z gatunku tych, które lubią grywać w piłkę swoimi głowami, a także głowami przypadkowych przechodniów.
Sara mogłaby również pomartwić się o to, jak właściwie zamierza wrócić do domu – tym bardziej, że wyglądało na to, że w tej konkretnej sytuacji nie ma na to żadnego wpływu i być może jej szczęśliwy powrót będzie zależał tylko od dobrej woli pewnego Króla Goblinów, z którym, jak może niektórzy pamiętają, Sara nie rozstała się w najbardziej przyjazny sposób. Gdyby Sarze przeszło przez myśl, żeby w ogóle zadumać się nad powrotem, mogłaby dość do jeszcze bardziej niepokojących wniosków – ostatecznie nie było wcale powiedziane, że Król Goblinów, nawet pełen dobrej woli, będzie w ogóle umiał bezpiecznie odesłać Sarę do domu. Sara mogłaby sobie przypomnieć, że poprzednim razem wróciła do domu w sposób zgoła magiczny i że być może pokonany Król Goblinów w ogóle nie miał tu nic do rzeczy.
Sara jednak w ogóle się nad tym wszystkim nie zastanawiała. Im niżej schodzili, tym wyraźniej widziała czerniejące pod bramą Labiryntu wojska i jedyne, o czym myślała, to jak - na Wielkie Pierzaste Węże! – jak właściwie mieliby je pokonać?
Schodzili, wraz z Hogglem, trawersując zbocze, szerokim łukiem mijając oblężoną bramę, z nadzieją, że uda im się niepostrzeżenie podejść do Labiryntu z drugiej strony. Był to jedyny pomysł, jaki Hoggle miał i żadne z nich nie wspominało ani słowa o tym, że ich plan brzmiał jak urwany w połowie, a co gorsza – że nawet ta jego część, która pozwalała się zwerbalizować, opierała się raczej na nadziejach, niż na jakiejkolwiek pewności.
Im niżej schodzili, tym wojska pod bramą wydawały się większe i większe. Sara przez trawy coraz wyraźniej widziała ogromne maszyny oblężnicze, a także katapulty, wyrzucające płonące pociski, które wzniecały pożary w kolejnych częściach Labiryntu. Chwilami Sarze wydawało się, że cały Labirynt już płonie, spowity dymem. Chwilami jednak dym się rozwiewał i wówczas widać było, że nie – ogień nie zbliżał się jeszcze do miasta goblinów ani do górującego nad miastem Zamku.
- Jak długo to już trwa? – zapytała Sara po długiej ciszy.
- Dwa dni – odpowiedział Hoggle, zatrzymując się i odwracając do niej. Twarz miał bardziej czerwoną niż zwykle i ciężko oddychał.
- Usiądźmy na chwilę – zaproponowała Sara.
- Wieczór się zbliża – zaoponował Hoggle. – Zejdźmy jak najniżej i znajdźmy miejsce na nocleg. Opowiem ci wszystko wieczorem – dodał, podejmując marsz.
Sara w milczeniu ruszyła za nim. Zapach dymu był coraz mocniejszy i bardziej duszący.
Wreszcie, kiedy zapadł zmierzch i spomiędzy traw nie było już widać ani wojsk, ani Labiryntu, a potem również samych traw prawie nie było widać, Hoggle zatrzymał się w niewielkim, wypłukanym pewnie przez wodę zagłębieniu.
- Tu możemy przeczekać noc – zaproponował.
Sara nie była dobra w biwakowaniu. Nie żeby go nie lubiła – uwielbiała wręcz chodzić po lesie, nieszczególnie męczyła się wchodząc pod górę, a jeszcze mniej – schodząc w dół i wcale nie obawiała się przechodzić przez potoki, nawet te skaliste i wyjątkowo lodowate. Za to, kiedy dochodziło się już na miejsce i wszyscy zaczynali biegać z kąta w kąt, Sara stawała się osobą całkiem nieprzydatną. Wszelkie praktyczne sprawy – jak rozbicie namiotów, zebranie drewna na ogień, wreszcie przygotowanie kijków, na których można by smażyć kiełbaski – wydawały jej się znacznie mniej ciekawe, niż obserwowanie, jak niebo zmienia kolor, przyglądanie się, jak pojawiają się na nim kolejne gwiazdy, wreszcie zauważenie, że w krzakach błyszczą jakieś oczy i czyje też one mogą być? Innymi słowy, Sara Williams była osobą skrajnie niepraktyczną i nie umiejącą się ogarnąć – jak zdecydowali różni jej dalsi i bliżsi znajomi. I niewątpliwie mieli trochę racji.
Tym razem jednakże, chociaż sytuacja przypominała trochę biwak, nie było żadnej z rzeczy, które Sara dotąd uważała za nieciekawe. Nie było ani namiotów, ani ogniska, ani kiełbasek, ani w ogóle żadnej kolacji, ani nawet widoków na śniadanie – bo Sara, pochłonięta dramatyzmem sytuacji, zupełnie nie pomyślała o tym, że można by wziąć na misję ratunkową jakieś kanapki. Znając ją już trochę, czytelnik powinien odetchnąć z ulgą, że przyszło jej do głowy, żeby założyć tenisówki, inaczej przebywałaby całą drogę w puchatych kapciach z króliczkami.
Czytelnik, który – bywając na biwakach – zna osoby, które podobnie jak Sara, są skrajnie niepraktyczne i z reguły stają dokładnie tam gdzie nie powinny, na przykład tam, gdzie czytelnik właśnie próbuje rozbić namiot – taki czytelnik zapewne ma nadzieję, że oto panna Williams właśnie przejrzała na oczy i zrozumiała, że owa bezładna krzątanina ma jakiś sens. Musimy Cię jednak, szanowny czytelniku, rozczarować, Sara bowiem zupełnie nie zwróciła uwagi na to, że nocleg zapowiadał się nie całkiem wygodny. Sara położyła się, wyciągnęła zmęczone nogi, oparła głowę o łokieć i poczuła, że jest gotowa, żeby zapaść w sen. Hoggle był zdecydowanie mniej zadowolony z warunków, w jakich przyszło im nocować. Układał się, wiercił, bezskutecznie usiłując stworzyć wygodne posłanie z twardej, suchej trawy.
- To nie na moje plecy – narzekał pod nosem. – Ratować Labirynt, też coś. Jestem już na to za stary.
Sara z pewnym zniecierpliwieniem machnęła ręką.
- Po prostu się połóż. I powiedz mi wreszcie, co się właściwie stało.
Hoggle prychnął niechętnie. Sara zaczęła się domyślać, że nie jest szczególnie dumny ze swojej roli w tej opowieści.
- Nie wiem, co się stało. Przyszli w nocy. Podeszli pod bramę. Zaczęli strzelać z katapult. Zaczęły się pożary. Nie wiedzieliśmy, co się dzieje, każdy się pochował, gdzie mógł…
- To znaczy, ty się pochowałeś, gdzie mogłeś – rzuciła Sara domyślnie.
- Tak jakbym mógł coś poradzić! W każdym razie, Jareth zarządził ewakuację. Nakazał wszystkim przeniesienie się do Miasta Goblinów. Wszystkim! Razem w tymi przeklętymi wróżkami. To była dopiero menażeria… No i w czasie tej ewakuacji, ty zawołałaś, więc…
- Postanowiłeś się ewakuować na dobre.
Hoggle wzruszył ramionami.
- Hoggle jest przyjacielem Hoggle'a – mruknął. – A poza tym i tak nic nie mogłem zrobić.
Sara milczała, chociaż w duchu przyznawała mu rację. Próbowała sobie wyobrazić taką ewakuację, przy stale spadających z nieba płonących pociskach. I jak właściwie ewakuować Labirynt? Kołatki razem z drzwiami? Pomocne Dłonie? Fałszywe Alarmy? Labirynt, rozumiała Sara, był całością. Nie można go było po prostu przenieść.
- Dobrze, że przyszedłeś – powiedziała w końcu. – Może uda nam się coś zrobić.
Hoggle nie odpowiedział. Po jego oddechu, trochę zbyt równym i głębokim, Sara poznała, że udaje, że śpi.
Było już całkiem ciemno. Tylko na niebie świeciły nieliczne gwiazdy, konstelacje których zupełnie nie przypominały tych, które Sara oglądała na Ziemi. Czasem z dala widać było rozbłysk płonącego pocisku, a potem odległy huk.
Sarze śniło się, że chodzi po ruinach zamku. Rozgarniała nogami zwęglone deski, odrzucała kamienie. Wokół niej było cicho, pusto i ciepło. Słońce świeciło oślepiająco. Z zamku pozostała jedna kamienna ściana, przez wykusze okien widać było szare smugi dymu na błękitnym niebie. A pod ścianą, w rozwalisku kamieni coś rozbłysło w promieniach słońca. Sara pochyliła się i podniosła to coś – z początku wydawało jej się, że to ułamek lustra, kiedy się jednak przyjrzała, okazało się, że nie. Był to kawałek potrzaskanego kryształu.
Obudzili się oboje, Sara i Hoggle, równo ze świtem. Sara przyjęła to z pewnym zdziwieniem. Budzenie się równo ze świtem było jedną z tych umiejętności, których Sara nigdy nie posiadała, a także nigdy nie chciała nabyć. Nie dlatego, że była aż tak bardzo leniwa – czytelnik może mieć bowiem wrażenie, że ma do czynienia z wyjątkowo leniwą i gnuśną bohaterką. Nie. Sara po prostu bardzo ceniła sobie sny. Był to jeden z powodów, dla których pan Tracky żegnał się z nią z pewną ulgą – Sara mianowicie, kiedy akurat śniła jakiś wyjątkowo fabularny, interesujący sen, nie przyjmowała do świadomości dźwięku budzika. Po prostu go ignorowała. Zdarzało jej się usprawiedliwiać i przepraszać, ale sama ze sobą była w tych przypadkach zdumiewająco szczera – przesypiała budzik, bo sny, które śniła, były od rzeczywistości, w której żyła, zdecydowanie ciekawsze i ważniejsze. Do pracy, na spotkanie z rodziną czy znajomymi zawsze można było się spóźnić, zadzwonić, przeprosić i żyć dalej. Przerwany sen pozostaje przerwany – nie da się go odzyskać. Gdyby ktoś pokazał Sarze Matrix, byłaby pewnie wniebowzięta.
Tym razem jednak Sara obudziła się o świcie – w sam raz, żeby zobaczyć, jak nad równiną podnosi się ogromne, czerwone słońce. Niebo na zachodzie było zasnute chmurami, ale na wschodzie, czyste, zasnute tylko poranną mgiełką. Sara zastanawiała się, co ją obudziło. Jakiś dźwięk, metaliczny i powtarzający się, chociaż nie rytmiczny. Po chwili zorientowała się, że to ona sama szczęka zębami z zimna. A także – że całkiem jest zesztywniała i obolała. Na koniec uświadomiła sobie, że jest przeraźliwie głodna – i nie ma żadnych perspektyw, żeby zjeść śniadanie. Hoggle prawdopodobnie przeżywał te same nieprzyjemności, bo spojrzał na nią wyjątkowo poirytowanym wzrokiem.
Sara wstała – chociaż z pewnym trudem – i ostrożnie wychyliła głowę nad trawę. Nad Labiryntem ciągle unosiły się dymy, a wokół bramy wciąż widać było wojska, chociaż teraz z innej strony – obeszli już Labirynt z boku i byli blisko drugiej strony.
- Dziś po południu powinniśmy dotrzeć do murów – powiedziała Sara pocieszająco. Hoggle spojrzał na nią koso.
- Mam nadzieję, że do tego czasu nie umrzemy z głodu i pragnienia – mruknął. Sara zdecydowała, że podzieli tę nadzieję w milczeniu. Bardzo starała się również nie myśleć o tym, że powinni właściwie zaplanować, co zrobią, kiedy już dotrą do murów Labiryntu – i na przykład okaże się, że nie ma innego wejścia. Albo, że z tamtej strony też stoją wrogie wojska.
- Ruszajmy – oznajmiła za to z bardzo, ale to bardzo fałszywym entuzjazmem. – Im szybciej dojdziemy…
- Nie kończ tego zdania – przerwał jej Hoggle i poszedł przodem.
To był bardzo długi i bardzo męczący dzień. Niedługo rozchmurzyło się zupełnie i zrobiło się przeraźliwie gorąco, a Sara i Hoggle nie mieli ze sobą nawet kropli wody. Trawy nie dawały ani odrobiny cienia, za to ukrywały wszelkie nierówności terenu, tak, że wędrowcy co chwila się potykali i przewracali. Przez większość czasu milczeli – nawet przewracali się po cichu, obawiając się, że wroga armia mogła wystawić wartowników, a także dlatego, żeby oszczędzać siły na dalszy marsz. Oboje wiedzieli, o czym powinni porozmawiać i oboje o tym rozmawiać nie chcieli, milczeli więc również, kiedy stawali na odpoczynek.
Wreszcie, kiedy Sarze wydawało się, że nie zdoła zrobić już ani jednego kroku, jeśli nie napije się wody i nie zje czegokolwiek, podniosła głowę i okazało się, że zewnętrzny mur Labiryntu, który wydawał się tak odległy, jest już całkiem blisko, prawie na wyciągnięcie ręki. Sara odetchnęła z ulgą i jednocześnie poczuła pewien lęk. Jakby nie patrzeć – ani ona ani Hoggle nie mieli pojęcia, ani jak się dostać do Labiryntu, ani też co robić dalej, jeśli już się tam dostaną. Tymczasem Hoggle, który wyglądał, jakby do kresu sił doszedł już dawno, a potem minął go i poszedł dalej, nagle zatrzymał się i ciężko usiadł na ziemi.
- Odpocznijmy – zgodziła się Sara. – Myślisz, że znajdziemy inne wejście?
Hoggle milczał przez chwilę.
- Nikt nie zna dobrze Labiryntu – powiedział w końcu. – Szczególnie tej części. Mur jest stary. Być może, że jest tu jakaś zapomniana furtka, albo wyłom, albo znajdziemy miejsce, w którym będzie można się wspiąć. Potem…
- Znajdziemy drogę do Miasta Goblinów – powiedziała Sara z nadzieją.
- Podziwiam twoją wiarę w siebie – rzucił Hoggle uszczypliwie. – Jakkolwiek nie ma powodu przypuszczać, że będzie to chociaż odrobinę łatwiejsze niż poprzednim razem.
- Musimy po prostu... – zaczęła Sara i urwała gwałtownie. Hoggle krzyknął. Jak się okazało, oblegająca Labirynt armia jednak wystawiła wartowników.
Przez trawy pędziły w ich kierunku cztery ogromne, okryte czarnymi blachami wilki. Sara nie miała czasu, żeby przyjrzeć się, kto ich dosiada. Ze zdumieniem odkryła, że nie tylko ma siłę zrobić jeszcze kilka kroków, ale nawet biec, pędzić tak szybko, jak gdyby unosiła się nad trawami. Tuż za nią, ciężko dysząc, pędził Hoggle. Przed nimi, coraz bliżej, wznosił się mur Labiryntu i coraz lepiej widać było, że nie ma w nim ani furtki, ani żadnego wyłomu. Mimo to Sara biegła. I kiedy już właśnie poczuła na karku gorący oddech ogromnego wilka, okazało się, że mur jest tuz przed nią. Stary, kamienny, nierówny mur, pełen dziur, w których można oprzeć stopy i wystających kamieni, na których można podciągnąć się rękoma.
- Hoggle! – krzyknęła Sara, odwracając się. Krasnolud, chociaż niski, musiał mieć jednak wprawę we wspinaczce. Był tuż za nią. Wilki nie dawały za wygraną. Sara w ostatniej chwili podciągnęła stopę, która prawie już zniknęła w paszczy jednego z nich. Ostatnim wysiłkiem podciągnęła się na obu rękach i oto była na szczycie. Obok niej, ciężko dysząc, leżał Hoggle. Wilki wyły ogłuszająco u podnóża.
Teraz dopiero Sara miała możliwość, żeby im się przyjrzeć. Były olbrzymie, pokryte gęstym, stalowoszarym futrem. Ich potężne klatki piersiowe okrywały czarne, lśniące zbroje, szczękające groźnie przy każdym ruchu. Na grzbietach niosły jeźdźców, również okrytych czarnymi zbrojami, jeźdźcy uzbrojeni byli w krótkie miecze i okrągłe, czarne tarcze bez żadnych znaków. Musieli mieć coś wspólnego z goblinami – czy może raczej gobliny z Labiryntu wyglądały jak ich wykoślawiona, satyryczna wersja.
Hoggle jakby czytał w jej myślach.
- Gobliny – jęknął z przerażeniem. – Prawdziwe gobliny.
- Co to znaczy?
- Myślałem, że to tylko legenda. O prawdziwych goblinach, nie takich nieudacznych, żałosnych stworkach, jak armia Jaretha. Gobliny w czarnych zbrojach, armia, która nadchodzi z północy…
- Hoggle! – krzyknęła Sara, widząc, że krasnolud jest bliski histerii. – Zostawmy to na później. Musimy zejść i ukryć się w Labiryncie, zanim te stworzenia nie odkryją, że też potrafią się wspinać.
Zejście na dół okazało się znacznie trudniejsze niż wejście na górę – być może dlatego, że adrenalinę w żyłach zastąpiło przeraźliwe zmęczenie. Kiedy Sara spojrzała w dół, nie mogła uwierzyć, że w ogóle udało jej się na taką wysokość wspiąć. Zsuwali się ostrożnie, metr po metrze, Sara przy tym większość drogi przebyła z zamkniętymi oczami – co wcale jej schodzenia nie ułatwiało. Kiedy wreszcie znalazła się na dole, nogi drżały jej tak, że nie mogła na nich ustać i osunęła się bezwładnie po murze.
- Nie mam już siły – jęknęła.
- Ja też – odparł Hoggle. – Ale musimy iść dalej.
Był przerażająco poważny. Ledwie stał na nogach, ale stał i patrzył na Sarę z wyczekiwaniem i niepokojem.
- Musimy iść dalej – powtórzył.
Sara podniosła głowę. Zza muru dobiegało jeszcze ujadanie wilków i okrzyki goblinów, ale w Labiryncie wydawało się być cicho i pusto. Wieczór zbliżał się, ale jeszcze nie nadszedł, słonce stało jeszcze wysoko na niebie. W tym miejscu w Labiryncie nie widać było ani wojny ani pożaru. Tuż obok Sary podnosiły głowy ogromne, fioletowe róże. Kawałek dalej kwitł krzak, zapachem przypominający jaśmin, tylko że kwiaty jaśminu nie miewały zazwyczaj długich, wijących się, rozdwojonych języków. Sara na wszelki wypadek trochę się odsunęła. Udało się uciec wilkom, ale poczucie bezpieczeństwa w Labiryncie zawsze było złudne. Nigdy nie wiadomo, kiedy pod człowiekiem otworzy się nagle zapadnia do zapomnicy, albo zaatakują go zza rogu nieoczekiwanego koloru i nieokreślonego rodzaju stworzenia.
- Musimy iść – powtórzyła. – Spróbujmy znaleźć jakąś wodę i może coś do jedzenia. Byle nie brzoskwinie.
Hoggle skrzywił się i odwrócił wzrok, zawstydzony.
- Brzoskwinie tu nie rosną – mruknął. – Tamtą Jareth zrobił z kryształu. Te owoce, które rosną w Labiryncie… i nie mają własnych zębów, są w zasadzie jadalne. Trzymajmy się razem i idźmy ostrożnie. Nigdy nie wiadomo, co się czai za rogiem…
Sara kiwnęła głową i wstała. Zmęczenie sprawiało, że kręciło jej się w głowie, ale myśl, że znowu jest w Labiryncie, była nieoczekiwanie pocieszająca. Co było dość dziwne i powinno być dla Sary raczej niepokojące, ale tym razem, kiedy ledwie udało jej się ujść śmierci, możemy jej wybaczyć, że nawet nie przyszło jej do głowy, żeby się nad tym zastanowić.
Ruszyli ostrożnie i niezbyt szybko, rozglądając się uważnie na boki. W tym miejscu Labirynt wydawał się dość prosty. Szli prosto ku wznoszącemu się ponad doliną Miastu Goblinów i wyglądało na to, że ścieżka prowadziła dokładnie do celu. Co oczywiście powinno z miejsca nasuwać podejrzenia, ale Sarze jakoś nie nasunęło. Wręcz przeciwnie – nabrała nadziei, że teraz, kiedy przychodzi w pokoju, żeby Labirynt ratować, a nie go pokonywać, Labirynt okaże się równie przyjazny. Pielęgnowała w sobie tę nadzieję przez dobre pół godziny, przyspieszyła nawet kroku i na duszy zrobiło jej się jakoś raźniej i weselej. Aż do chwili, kiedy postawiła kolejny krok na czymś, co wyglądało jak zwyczajna, piaskowa ścieżka, a okazało się być czymś całkiem innym – czymś miękkim, błotnistym i skłonnym do wciągania nieostrożnych wędrowców w głąb. W głąb czego – tego już się Sara nie dowiedziała, bo w ostatniej chwili Hoggle złapał ją za rękę i wyciągnął z powrotem na stabilny grunt.
- Mówiłem, idźmy ostrożnie, ale po co ja sobie strzępię język – mruknął Hoggle, kiedy Sara stała już na nogach, a obraz przed nimi zmienił się z perfekcyjnie wygodnej i stabilnej ścieżki, w mieniące się odcieniami zgniłej zieleni grzęzawisko, przez które żadna ścieżka z pewnością nie prowadziła.
- Przynajmniej nie śmierdzi – powiedziała Sara, kiedy przestała się już trząść. – I może znajdziemy gdzieś trochę czystej wody.
Hoggle spojrzał na nią podejrzliwie.
- Twój dobry nastrój zaczyna mnie poważnie niepokoić – zaznaczył.
- Znalazłam wodę – odkrzyknęła Sara.
Rzeczywiście, przez bagno płynął wąski, niewielki, ale wartki strumyczek. Sara nabrała w ręce przejrzystej wody i – zanim Hoggle zdążył krzyknąć – uważaj! – zdążyła całkiem sporo wypić.
- Smakuje jak woda – odpowiedziała Sara, oglądając się jednak z niepokojem, czy nie wyrósł jej znienacka ogon, albo futro, albo czy jej skóra nie zmieniła koloru. Wyglądało jednak na to, że woda była po prostu wodą. Hoggle powąchał ją nieufnie, ale jego też widać męczyło pragnienie, bo po chwili porzucił podejrzenia i zaczął chciwie pić.
- Przydałby się jeszcze jakiś sad – rozmarzyła się Sara.
- Przydałoby się pomyśleć, jak przejdziemy przez to bagno – odparł Hoggle zgryźliwie.
Sara rozejrzała się. Ścieżka, która wcześniej wydawała się prowadzić prosto do Miasta Goblinów, urywała się nagle jak ucięta nożem, a bagno wyglądało na ogromne i nieprzebyte. Gdzieniegdzie wśród błota starczały kępki ciemnozielonej trawy, pod którymi być może można było się spodziewać skrawka twardej ziemi, ale nawet gdyby Sara i Hoggle zdecydowali się im zaufać, kępki były za daleko, żeby skakać od jednej do drugiej.
- Trzeba by to obejść – stwierdziła Sara.
- W prawo, czy w lewo? – Hoggle wyraźnie był zdegustowany dobrym samopoczuciem Sary, ale dziewczyna nie zamierzała się tym przejmować. Napiła się jeszcze wody i rozejrzała wokół.
- W prawo – oznajmiła z całkowitą pewnością, wskazując jednocześnie na lewo. Hoggle podniósł oczy do góry. Sara przygryzła górną wargę, spojrzała na swoje ręce i każdą z nich po kolei wykonała ruch, który ludziom obytym w popkulturze nasunąłby myśl o rycerzach Jedi.
- W lewo – oznajmiła w końcu i tym razem pokazała w tę samą stronę.
- No to ruszajmy.
Teraz już droga nie była ani wygodna ani prosta. Szli brzegiem grzęzawiska, po wąskiej skarpie, która w każdej chwili groziła osunięciem się bagno. Kilka razy Sara omal nie spadła, ale – o dziwo – nawet to nie zdołało zepsuć jej coraz lepszego humoru. Ledwo stała na nogach, kiszki wygrywały jej marsza imperialnego, a mimo to czuła się coraz szczęśliwsza i szczęśliwsza.
- Hoggle! – krzyknęła nagle, jakby zupełnie zapomniała, że znajdują się na terenie z gruntu wrogim, niebezpiecznym i generalnie podejrzanym. – Widzę sad!
Hoggle, który na dźwięk jej radosnego głosu przewrócił oczami tak, że prawie mu wypadły, na dźwięk słowa „sad" wyraźnie się ożywił.
- Gdzie?
- Tam – Sara tym razem darowała sobie rozróżnianie prawej i lewej strony. Zamiast tego rzuciła się biegiem w kierunku drzew, kusząco obsypanych czerwonymi owocami.
- Ostrożnie – mruknął Hoggle pod nosem. – Ale po co ja sobie strzępię język?
Sara tymczasem dobiegła do drzew, zerwała owoc – duży, ze lśniąco czerwoną skórką – i już prawie go ugryzła, kiedy niespodziewanie owoc ugryzł ją. Prosto w nos.
- Au! Noż ty świnio!
- Spadaj – odparł owoc gniewnie. – Ja się nie zabierałam, żeby cię zeżreć, co nie?
- Myślałam, że jesteś jadalny!
- Jadalna – odparła owoc z godnością. – I jestem jadalna tak samo jak ty.
- Mówiłem – zrzędził Hoggle. – Jadalne są te, które nie mają własnych zębów. Czy ty mnie w ogóle słuchasz?
- No dobrze – powiedziała Sara. – To czy możesz mi powiedzieć, owocu albo owocko, czy gdzieś tu w okolicy, są jakieś owoce, które nie mają własnych zębów i nie będą mówić, kiedy będę je zjadać?
- Najpierw prosto, a potem w prawo – poinformowała owoc. – Będą żółte.
- Dzięki! – krzyknęła Sara, rzuciła owoc na ziemię i pobiegła we wskazanym kierunku.
- Ej! – krzyknęła za nią owoc. – A co to za zwyczaje!?
- Przepraszamy! – odkrzyknął Hoggle, biegnąc za Sarą.
- A w dupę se takie przeprosiny wsadźcie – dobiegło ich jeszcze. – A żeby was parchami pokryło…
Ani Sara ani Hoggle nie słyszeli dalszej tyrady, znaleźli się bowiem w zupełnie innym sadzie, w którym drzewa uginały się od owoców, równie wielkich, lśniących, soczystych i całkiem pozbawionych zarówno zębów, jak i głosu. Teraz nawet Hoggle zapomniał o ostrożności. Owoce były słodko-kwaśne, bardzo soczyste i równie sycące. Sara zjadła trzy, kierowana wyłącznie wilczym głodem, a dwa kolejne – powodowana już tylko smakiem. Kolejnymi napchała kieszenie, przez co jej dres, już wcześniej brudny, ubłocony na nogawkach i lekko podarty, nabrał specyficznego charakteru starego worka na ziemniaki. Hoggle również napchał sobie zapasów za pazuchę i wyglądał teraz znacznie radośniej. Miasto Goblinów, które wcześniej zdawało się być szalenie odległe, nagle było znacznie bliżej, niemalże na wyciągnięcie ręki.
- Poleżałabym – oznajmiła Sara. – Ale lepiej iść.
- Lepiej iść – zgodził się Hoggle. – Niedaleko już. Tylko może spróbuj być ostrożna, co? Twój dobry nastrój niepokoi mnie coraz bardziej.
- Nie sądzę, żebym mogła coś na to poradzić.
- Po prostu uważaj, dobrze? To Labirynt, nie niedzielny piknik. Nic nie jest tym na co wygląda.
- Będę uważać – obiecała Sara. Po czym stąpnęła tak nieostrożnie, że omal nie spadła w bagno.
- Po co ja sobie strzępię język? – wymamrotał Hoggle.
Sara wzruszyła ramionami.
- Bułka z masłem – odparła.
Czytelnik mógłby teraz nabrać wrażenia, że nasza bohaterka cierpi po prostu pamięć wybiórczą, albo też, że – żeby uniknąć niechcianej analizy – postanowiła zapomnieć o wszystkim, co niegdyś przydarzyło jej się w Labiryncie. Byłoby to znakomitym wytłumaczeniem dla ogarniającego ją, raczej w tych okolicznościach nieoczekiwanego, poczucia bezpieczeństwa. Wbrew pozorom jednak Sara dość dobrze pamiętała swoje nastoletnie przygody, razem z czyścicielami, zapomnicą a nawet Bagnem Wiecznego Smrodu. A jednak niebezpieczeństwa, które wtedy napotykała i strach, który odczuwała, wydawały jej się nie całkiem rzeczywiste, podobne do tych strachów, które kiedyś, dawno temu, kiedy Sara była jeszcze małą dziewczynką, wymyślał jej tata. Sara piszczała wówczas z przerażeniem i chowała bose stopy głęboko pod kołdrę, ale w głębi dziecięcej duszy wiedziała przecież, że na koniec wszystkie strachy zostaną przegonione precz i wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie.
I teraz, wędrując przez Labirynt, Sara miała tę samą niezachwianą pewność, że pokona niewypowiedziane niebezpieczeństwa i niezliczone trudności na drodze do Zamku nad Miastem Goblinów – bo taka jest jej rola, a następnie będzie żyła długo i szczęśliwie – bo taka również jest jej rola. Nie brała pod uwagę przepaści. Bardzo to nieprzewidujące z jej strony.
Przepaść tymczasem, jak to przepaście mają w zwyczaju, czaiła się już na nieostrożnych wędrowców. Jak już wspominaliśmy, nie była to niezgłębiona czeluść. Być może, gdyby wyglądała na odpowiednio niezgłębioną i czeluściowatą, Sara byłaby bardziej ostrożna. Być może nie – bo trudno zachować ostrożność, kiedy właśnie spada ci na głowę coś dużego i płonącego.
- Sara, uważaj! – wrzasnął Hoggle, a Sara miała wybór – uskoczyć w prawo, prosto w bagno, albo uskoczyć w lewo, gdzie – za zmurszałym murem – stromo w dół opadała skarpa. Sara uskoczyła w lewo. Mur nie wytrzymał. W miejscu, w którym Sara stała jeszcze sekundę wcześniej, rozlewały się płomienie. Sara wisiała nad przepaścią, jedną ręką trzymając się muru i bezskutecznie próbując podciągnąć się na tyle wysoko, żeby uchwycić się niepewnej podpory również drugą ręką. Hoggle krzyczał. Sytuacja, jak może czytelnik nie zauważył, nie przedstawiała się różowo. Tym bardziej, że kamień, którego kurczowo uchwyciła się Sara, wcale nie był solidnie przytwierdzony do podłoża i przy każdym kolejnym gwałtownym ruchu mógł się oderwać. A Sara, niestety, poruszała się dość gwałtownie.
