Rozdział 1

Harry znów nie spał tej nocy wiele. W końcu udało mu się zasnąć nad ranem.

Szedł długim ciemnym korytarzem. Gdzieś na końcu świeciło światło. Nagle uświadomił sobie, że musi się dokądś spieszyć. Zaczął biec. Szybciej, szybciej, krzyczał ktoś. A może były to tylko wytwory jego umysłu. Potykał się, co chwila i przewracał. Wstawał bardzo szybko i biegł dalej. Wiatr, którego nie mogło być wył mu w uszach. Słyszał krzyki i wycie ludzi. Upadł na coś miękkiego. Podniósł się i popatrzył na ręce. Skapywała z nich krew. Przerażony biegł dalej. Ścigały go krzyki i jęki. Biegł i biegł.

Nagle wypadł na otwartą przestrzeń. Był w sali od transmutacji. Za nim stał Malfoy i Hermiona. Krew ściekała mu po twarzy. Podniósł wzrok i napotkał twarz Cho Chang. Leżała w kałuży krwi, jęcząc. W jego umyśle pojawiło się przerażenie. Zaraz tu będą, krzyczało coś.

Uciekaj!

Znów biegł przez korytarze. Za nim cały czas dwoje z sali. Harry, Harry! krzyczała Hermiona. A może to był tylko wiatr. Szybciej. Szybciej. Harry biegł, ciskając zaklęciami. Wokół umierali uczniowie, śmierciożercy, członkowie zakonu... Ale Harry biegł, niezważając na przeszkody, mając za sobą dwójkę towarzyszy. Musiał biec. Tylko gdzie? W czasie walki... gdzieś... ktoś... musiał go znaleźć. Harry! Harry! Krzyki rozległy się za nim ponownie. Skręcił gwałtownie i potknął się. Runął po schodach, wprost pod czyjeś nogi. Ktoś go postawił, ale nie widział jego twarzy.

Powinniście uciekać! Głos odezwał się jak echo w jego głowie. Harry nie słuchał go. Znów biegł. Nagle uderzyło go zaklęcie i uderzył o ścianę, tuż koło rozbitych drzwi Hogwartu. Nie przejmował się tym. Wyszedł na zewnątrz.

Nareszcie! Czyjś ucieszony głos rozległ się w jego umyśle. Avada Kedavra!

Nawet się nie ruszył. Nie miał żadnych szans, żeby uciec przed kilkoma zaklęciami posłanymi w jego stronę.

Nie! Krzyk absolutnej rozpaczy. Ktoś rzucił się przed niego. Avady uderzyły. Ciało osunęło się, ale Harry zdążył je złapać. Odwrócił trupa.

Nie.

Twarz Syriusza.

Harry zaczął spadać w ciemność.

Obudziło go uderzenie w podłogę. Głowa bolała go niemiłosiernie, a po twarzy spływała krew. Odrzucił kołdrę, która leżała częściowo na nim i poszedł do łazienki. Dopiero tam zdał sobie sprawę, że wraz z krwią po twarzy płynęły łzy. Popatrzył na swoją twarz w lustrze. Oczy z bólem patrzyły na odbicie zmizerniałego chłopaka.

Z wściekłością uderzył w lustro. Upadające kawałki szkła pocięły skórę jego rąk.

-Syriusz – Harry opadł na kolana.

Przez długi czas siedział skulony w łazience, rozpamiętując wydarzenia bitwy. Krew płynęła, a on patrzył na nią, niczym na ratunek i wyzwolenie.

-Remus musi zostać w Hogwarcie! Remus musi zostać w Hogwarcie! Potrzebna nam każda para rąk! – przedrzeźniał Dumbledore'a. – A ty powinieneś odpocząć.

Rozpłakał się ponownie. Bolała wręcz obezwładniającą samotność rezydencji Blacków. Chciał stamtąd uciec. Przejechał kawałkiem szkła po ręce.

-Weź się w garść, głupcze – warknął.

Budzik zadzwonił w pokoju, oznajmiając wybicie szóstej. Harry ruszył do kuchni., przystając tylko po to, by naprawić lustro krótkim „Reparo".

Na dole opatrzył ręce i poprawił bandaż na głowie, po czym zmusił się do wypicia szklanki mleka. O szóstej trzydzieści był już na schodach domu, nie zważając kompletnie na krzyki pani Black. Nie zamierzał wracać tu szybko. Włóczył się po mieście. W końcu usiadł na rynku szkicując swój sen. W całym obrazie wyraźny był jedynie on sam i Syriusz. Cała reszta wyglądała jakby była za mgłą.

-Ładnie rysujesz – stwierdził czyjś głos za plecami.

Harry poderwał się nerwowo.

-Spokojnie. To tylko ja – Xavier położył mu rękę na ramieniu. – Cześć.

„Spokojnie. To tylko mugol" pomyślał Harry.

-Cześć.

-Widzę, że kiepsko z tobą, cykorze – zadrwił Xavier.

Harry odwrócił się gwałtownie, tylko po to by zobaczyć uśmiech na twarzy chłopaka i szybkie, wesołe mrugnięcie.

-Mało powiedziane – wymamrotał. – Spóźniłeś się.

-Musisz się przyzwyczaić. Nie potrafię przyjść nigdzie na umówioną godzinę. W szkole mam z tym straszne problemy.

-To co będziemy robić? – zapytał Xavier.

Harry wzruszył ramionami.

-Tak myślałem – zaśmiał się. – Więc może pójdziemy do kina. Miałem iść z ojcem, ale jemu jak zawsze „wypadło" coś super ważnego.

-Dobra.

-Strasznie jesteś zgodny. Ale bilety dopiero na szesnastą trzydzieści, więc może... umiesz jeździć na deskorolce?

-Nie – przyznał Harry.

Xawier nie odpowiedział, tylko pociągnął go w stronę parku. Po kilku minutach Harry został postawiony na desce chłopaka.

-Musisz odpychać się jedną nogą i utrzymywać równowagę – wyjaśnił. – To nie jest trudne. W Paryżu cały czas jeździłem.

-W Paryżu? – zapytał Harry.

-Tak, mieszkałem tam przez większość życia. Dopiero niedawno przyjechałem do ojca. Przeniosłem się tutaj do szkoły i tak dalej. Ale spróbuj.

Harry spróbował i niemal od razu wpadł w ramiona Xaviera, który śmiał się głośno.

-Nie przejmuj się. Każdy na początku spada.

Harry musiał spróbować jeszcze kilka razy, zanim Xavier mógł przestać go łapać. Wkrótce jeździł już na tyle, by ustać przy jeździe prosto.

-To teraz czas na naukę skrętów – oznajmił spoconemu chłopakowi Xavier.

-Co? – wyjęczał Harry. – Daj mi chwilę na papierosa, dobra?

-Spoko, ja też chętnie zapalę.

Jednocześnie wyciągnęli Malboro z kieszeni. Harry podpalił papierosa Xavierowi, po czym odpalił własnego.

-Dlaczego przyjechałeś do Anglii? Dlaczego nie zostałeś we Francji? – zapytał nagle Harry.

Xavier odwrócił się w jego stronę, popatrzył przez chwilę, po czym odpowiedział:

-Moja matka zmarła w zimie. Nie miałem już nikogo we Francji, więc ojciec wziął mnie do siebie. Byli rozwiedzieni od dawna. Skończyłem semestr i przyjechałem tutaj.

-Przepraszam, nie powinienem był pytać – odezwał się cicho Harry.

-Nie, w porządku. Mama była bardzo chora. Nie chciałaby, żebym się smucił. Chciałaby, żebym żył. W końcu kiedyś się spotkamy, a jej jest tam na pewno lepiej. Wreszcie się nie męczy.

Harry nie odpowiedział. Dokończyli w milczeniu papierosy.

-To teraz skręcanie – Xavier znów był wesoły, jakby rozmowy w ogóle nie było.

Xavier wymęczył Harry'ego, ale nawet w pewnym momencie chłopakowi zaczęło to sprawiać przyjemność. Uśmiechnął się blado.

-Wreszcie coś pozytywnego – stwierdził Xavier. – I jak się uśmiechasz wyglądasz nawet jak człowiek, a nie nocna mara – przytyk ociekał ironią, ale było w nim coś takiego, co nie pozwalało się obrazić i pokazywało, że to był tylko drobny żart.

W końcu Xavier powiedział:

-Najwyższy czas, żebyśmy się ruszyli, jeśli chcemy zdążyć do kina.

-Właściwie, na jaki film idziemy?

-Na Bonda. Jest nowy w tym roku. Z Rogerem Moorem.

-Z kim?

-Nie znasz Rogera Moore'a?

-Chodzę do konserwatywnej szkoły. Nie mamy tam możliwości oglądania telewizji. A moja rodzina... Właściwie bez komentarza.

-Aaa... W każdym razie James Bond jest super tajnym agentem MI6, brytyjskiego wywiadu. I ma licencję na zabijanie. Zwykle ratuje świat w niezwykle widowiskowy sposób. A Roger Moore jest genialny w tej roli. Trochę zabawny. Tak jakby wiedział... a zresztą sam zobaczysz. Nie będę ci zabierał przyjemności.

Doszli do kina. Harry oczywiście nigdy nie był w kinie, ale nie zamierzał się z tym zdradzać.

-Kupujemy popcorn, bo ja zgłodniałem strasznie.

-I colę – dodał Harry. – Ja płacę.

-Nie, a ja to co?

-Kupiłeś bilety – przypomniał mu.

Xavier stał niezadowolony, podczas gdy Harry kupował jedzenie i picie. Rozchmurzył się jednak natychmiast, kiedy Harry przyniósł popcorn.

-Sala numer 3 – stwierdził po wyciągnięciu biletów.

Kiedy tylko usiedli wygodnie, Xavier zabrał się do jedzenia.

-Dlaczego nie jesz? – zapytał po chwili Harry'ego.

-Nie jestem głodny.

-Kłamiesz, Harry. I jeszcze do tego kiepsko.

Harry sięgnął po popcorn. Po chwili Xavier wmusił w niego jeszcze kilka łyków coli. W pewnym sensie zrobiło mu się trochę lepiej.

-Widzisz, nie jest tak źle jak myślałeś. Nawet nie umarłeś od przełykania – zadrwił Xavier. – Jesteś strasznie chudy.

-A ty to co?

-Ja jestem szczupły. To pewna różnica. Mam dobrą przemianę materii.

W tym momencie musieli przerwać tę pasjonującą konwersację, gdyż zgasły światła i zaczął się film. Dwie godziny później, gdy Harry wychodził z kina miał tak dobry nastrój jak nigdy.

-Wiedziałem, że ci się spodoba – stwierdził uśmiechnięty Xavier. – Teraz jeszcze tylko pizza i możemy lecieć do domu.

-Pizza?

-A co myślałeś? Jesteśmy dorastającymi chłopakami. Potrzebujemy mnóstwo pożywienia, nawet jeżeli ty próbujesz wszystkim udowodnić inaczej.

-Xavier!

-Chodź, nie marudź.

Poszli do pizzerii niedaleko kina. Xavier zamówił pizzę, a Harry rozłożył na stole szkicownik i zaczął rysować chłopaka.

-Uważasz, że jestem aż tak cudowny, że potrzebuję portretu – zadrwił Xavier.

-Nawet najbardziej beznadziejnych ludzi utrwalano na portretach. Kiedyś ci pokaże. Mam trochę książek. Zobaczysz, że nie jesteś taki najgorszy – odgryzł się Harry.

-Wreszcie jakieś pozytywne reakcje.

Kelnerka przyniosła pizzę i colę.

-Jemy, cykorze. Jak nie to zobaczysz, co ci zrobię.

Harry skupił całą wolę, by ugryźć pierwszy kawałek.

-Pomyślałby ktoś, że jesteś moją matką – wymamrotał.

-Aż tak wielkich aspiracji nie mam – zaśmiał się Xavier. – Co lubisz jeszcze robić poza rysowaniem?

-Grać w ręczną. Jako środkowy.

-Wyłapujesz piłki i podajesz?

Harry skinął głową.

-Mniej więcej.

-Ja jakoś zawsze wolałem akrobatykę, deskę.

-Deska jest nawet fajna – stwierdził Harry.

-Co jeszcze?

-Lubię gwiazdy.

-Dlaczego? – zapytał nagle Xavier poważniejąc odrobinę,

-Bo są wolne od ograniczeń, bo są po prostu, nie muszą się przejmować jakimi są. Bo dzierżą nadzieję, że gdzieś tam może być lepiej.

Xavier uśmiechnął się. Harry mu się podobał od momentu, kiedy go zobaczył. Potrzebował tylko trochę zachęty i radości z życia.

-Coś w tym jest. Szczerze, ja też lubię gwiazdy. A co robimy jutro?

Harry wzruszył ramionami. Po raz pierwszy od bitwy czuł się nie dobrze, ale mniej źle na pewno.

-Zapomniałem. Jutro idziemy na obiad na czternastą do państwa Gefard. Później muszę cię pouczyć na deskorolce, a wcześniej... zaraz coś wymyślę...

-Może pójdziemy na kręgle? – zasugerował Harry.

-Genialny pomysł! Umiesz grać?

-Szczerze to nie, ale mój kuzyn zawsze mówił, że to świetna zabawa.

-Kuzyn?

-Tak. Mam kuzyna Dudley'a. A ty?

-Żadnego rodzeństwa, ani kuzynów. Tylko ja jeden, sam jak palec. No i ojciec. Ale on niestety dużo pracuje ostatnio. Szkoda, bo on też czasami lubi chodzić do kina czy na kręgle. Chociaż jest trochę sztywny. Z mamą było trochę inaczej... – Xavier zawiesił głos. – Ale nieważne. Jest dobrze tak, jak jest. A przynajmniej musimy się starać, żeby było.

Harry ponownie uśmiechnął się blado. Optymizm Xaviera był zaraźliwy.

-Jutro o tej samej porze?

-Nie. I tak za długo leżę w łóżku. O dziewiątej będzie lepiej.

-Dla mnie w porządku.

Xavier zawołał kelnerkę. Rachunek opłacili po połowie. Wyszli i ruszyli w kierunku rynku.

-Lubię to miasto. Czasem nawet bardziej niż Paryż.

Harry przekrzywił głowę.

-Dlaczego?

-Jest bardziej spokojne. Nawet z tymi ludźmi biegnącymi dokądś.

-Spokojne? Zastanawiam się jaki musi być Paryż.

-Paryż nigdy nie zamiera. Tutaj chociaż czasami pada deszcz i ludzie się chowają, a tam nie. Wszystko wiecznie trwa. Jak 24 godzinny cyrk.

-Chyba nie polubiłbym Paryża – stwierdził Harry.

-Da się przyzwyczaić. Nawet jeśli nie cierpisz szumu. Jest tam mnóstwo ciekawych miejsc. Jak kiedyś tam będziesz powinieneś odwiedzić dzielnicę biedoty. Tam jest prawdziwy Paryż. Nie w tych słynnych miejscach.

-Zawsze prawda jest tam, gdzie nie ma turystów – zauważył Harry.

Xavier pokiwał głową. Usiedli na murku.

-Jak myślisz, co tu będzie za dwadzieścia lat?

-To samo, co jest, tylko w innej oprawie – mruknął Harry.

Siedzieli w milczeniu. W końcu odezwał się Xavier:

-To dziwne, jak jeden wypadek łączy ludzi.

-Przypadek – to właśnie rządzi światem.

-Czas na mnie. Jutro jest nowy dzień.

-Na razie.

-Nie idziesz do domu?

-Pójdę, później.

-Więc może zostanę?

-Idź. Ja posiedzę jeszcze tylko chwilę.

Xavier popatrzył. Żal mu było tego chłopaka o smutnych oczach. Rozumiał jednak jego potrzebę bycia z dala od domu. On sam nie byłby w stanie mieszkać w ich paryskiej rezydencji. Oddalił się powoli, rozmyślając o matce.

Harry wstał z murku dopiero, gdy słońce schowało się już za horyzontem. Wiedział, że musi w końcu wrócić do domu.

Grimmauld Place przywitało go prychnięciem portretu pani Black.

-Wreszcie jesteś! Znów włóczysz się bez celu po tych mugolskich ściekach, szlamo. A mnie tutaj przeszkadza spać jakaś cholerna sowa, która do ciebie przyleciała. Co z ciebie za pan domu! Jesteś spadkobiercą najszlachetniejszego rodu w Anglii! Zachowuj się jak przystało na Blacka!

-Cześć, Walburgo – odwarknął Harry.

-Jak śmiesz mówić do mnie po imieniu! Jesteś moim wnukiem!

-Tylko w teorii – przypomniał jej Harry. – Nie płynie we mnie ani odrobina krwi Blacków.

-Ale jesteś spadkobiercą tytułów. Nawet jeżeli jesteś tylko półkrwi!

-Wiem. Przypominasz mi to od samego początku mojego pobytu tutaj.

Harry wszedł do kuchni. Na stole siedziała sówka Hermiony. Podszedł do niej, wziął list.

-Poczekaj chwilę napiszę odpowiedź, żebyś mogła ją zanieść swojej pani.

Sówka pohukiwała żałośnie.

-Nie mam nic dla ciebie – poinformował ją Harry, otwierając kopertę.

Drogi Harry!

Mam nadzieję, że nie nudzisz się na Grimmauld Place. Żałuję szczerze, że musisz tam siedzieć sam, ale Dumbledore na pewno wie, co robi. Jestem teraz we Francji z rodzicami. Paryż jest piękny. Te wszystkie muzea. Spodobałoby ci się.

Przypominam Ci także, że rok szkolny zaczyna się pierwszego września i do tego czasu musisz odrobić wypracowania. Zdaliśmy już wszyscy SUM-y i za dwa lata czekają nas OWTM-y. Radzę Ci, żebyś wcześniej wziął się do pracy.

Prosiłam Dumbledore'a, żeby pozwolił Ci pojechać z nami. Rodzice nie mieli nic przeciwko temu, ale on się nie zgodził. Na pewno ma jakiś plan. Pociesz się, że już za niecałe dwa miesiące będziemy w Hogwarcie.

Odwiedziłam w Paryżu Magiczną Akademię im. Morgany de Cartes. Mają tu wspaniałą ofertę kierunków studiów. Numerologia jest szczególnie zajmującą. Zastanawiam się, czy powinnam kontynuować naukę po skończeniu Hogwartu.

Harry. Chcę powiedzieć, że nie powinieneś zamartwiać się z powodu Syriusza. On by tego nie chciał. Bardzo Cię kochał i wolałby, żebyś żył. Zwłaszcza teraz, kiedy możesz. I nie martw się Ronem. Jest beznadziejnie głupi. Nie wiem, co mogłam w nim widzieć.

Twoja przyjaciółka,

Hermiona

PS. Mam nadzieję, że spotkamy się na Pokątnej?

H

Po raz pierwszy w życiu Harry miał wrażenie, że Hermiona nie wiedziała, co powiedzieć. Co więcej list brzmiał, jakby usiłowała przekonać samą siebie, co do słuszności decyzji Dumbledore'a. Harry nie wiedział, co bardziej go zszokowało. Chwycił jedno z piór, leżących w kuchni i kawałek pergaminu.

Droga Hermiono!

U mnie wszystko w porządku. Nie przejmuj się. Baw się dobrze w Paryżu. Daję sobie radę.

Harry

Szybko przywiązał kawałek pergaminu do nóżki sówki. Doskonale wiedział, że okłamuje najlepszą przyjaciółkę. Nocne wydarzenia stanowiły doskonały przykład. Jednak wiedział też, że ona też nie napisała w liście o swoich problemach. Nie tylko on miał wciąż koszmary po bitwie. Wycia budziły przez kilka dni w Hogwarcie cały Gryffindor. Niewielu radziło sobie z tym, co się stało. Jednak on zdecydowanie był jednym z najgorszych przypadków.

Powoli powędrował na górę. Cały czas trzymał rękę zaciśniętą na różdżce. Paranoja stała się jego codziennością. Zrzucił ubranie i uderzył w łóżko. Długo miotał się po posłaniu nim jego ciało zapadło w niespokojny, targany koszmarami sen.