PART II
I want to reconcile the violence in your heart
I want to recognize your beauty's not just a mask,
I want to exorcise the demons from your past,
I want to satisfy the undisclosed desires in your heart*
Sen okazał się być najlepszym lekarstwem, a maść rozgrzewała tak mocno, że Ichigo nawet za bardzo nie odczuł negatywnego efektu spania w mokrym ubraniu, na zimnej posadzce. Nie wiedział, jak długo spał, czy według ziemskich kryteriów nastałby już kolejny dzień... Noc panowała niepodzielnie, wprawiając go w dezorientację i poirytowanie. Z jednej strony zdawał sobie sprawę, że liczy się każda chwila, że nie pomoże Inoue siedząc i narzekając na swój los, z drugiej jednak olbrzymi ciężar w sercu czynił go niezdolnym do działania. Do głowy bez przerwy powracała uporczywa myśl: nie żyją. Nie żyją. Nie mógł w to uwierzyć, ale skoro Grimmjow powiedział, że wszyscy Espada wrócili po walce do swoich kwater... Po co miałby kłamać? Nie chciał pozwolić tej prawdzie do siebie dotrzeć, jednak poczucie niepewności tylko pogłębiało jego zagubienie. Przed oczyma wciąż stawały mu obrazy, migawki z przeszłości, zmieniały się coraz szybciej, jak w szalonym kalejdoskopie. Moment, w którym po raz pierwszy ją zobaczył. To, jak go szarpała, krzycząc, że takiego idioty w życiu nie spotkała. Uśmiech. Wreszcie wyraz jej oczu, kiedy przybył jej na ratunek. Tego spojrzenia nie zapomni nigdy. Jakie były jej ostatnie słowa skierowane do niego? Co on jej powiedział? Nie, to na pewno nie były jeszcze ostatnie słowa! Gdzie może być teraz? Co z pozostałymi? Czy pomyślała o nim choć na chwilę... Czy już nigdy miałaby się nie dowiedzieć, że on... Zapiekło pod powiekami i Ichigo szybko przetarł oczy. „Weź się w garść, weź się w garść natychmiast!" powtarzał jak mantrę. Nie pomożesz nikomu użalaniem się nad sobą, ani nad nią, nad nimi wszystkimi... Trzeba uratować Inoue, wrócić do świata ludzi i pokonać Aizena. Wtedy będzie czas, o ile okaże się to prawdą, na opłakiwanie przyjaciół. Na pomszczenie ich. Do tego czasu musi przestać myśleć o tej ewentualności, bo pogrąży się w rozpaczy i nikomu na nic się już nie przyda. Wmówi sobie, że muszą żyć i czekają na niego gdzieś w Hueco Mundo. Ból w piersi podpowiedział mu, że to postanowienie nie będzie takie łatwe do zrealizowania... Ale trudno, to w końcu on, Ichigo Kurosaki, specjalista od rzeczy niemożliwych. To pewnie przez tę ciemność nie mógł pozbyć się mrocznych myśli. Przecież Grimmjow nie powiedział, że znaleziono ciała, może udało im się jakoś uciec, może ktoś przyszedł im na ratunek. Na pewno. Musi wierzyć w swoich przyjaciół. Do końca i całkowicie.
Wstał i poszedł w miejsce, gdzie rozwalona ściana odkryła zniszczony mechanizm oświetlający pomieszczenie. Oczy przyzwyczaiły się do mroku i widział już leżącego na łóżku Grimmjowa. Espada spał zwinięty w kłębek, z dłońmi przytulonymi do twarzy i Ichigo ze zdziwieniem odkrył, że zamiast złości, poczuł coś w rodzaju rozbawienia. I jeszcze coś, co skwitował wzruszeniem ramion, zanim zdążył się nad tym uczuciem głębiej zastanowić. Grimmjow był wrogiem, nie obchodziła go śmierć towarzyszy Ichigo, nie powinien o tym zapominać. Nachylił się nad dziurą w ścianie. Mechanizm był dość skomplikowany i zapewne udoskonalony jakimś specjalnym rodzajem energii, ale Ichigo miał pewne pojęcie w kwestii elektryki – życie z tak niepraktycznym ojcem niejednego go nauczyło – a na brak energii nie mógł już właściwie narzekać. Pogrzebał w plątaninie kabli, zaklął kiedy sparzyło go lekko przepływające przez urządzenie reiatsu, ale wreszcie mu się udało i pokój rozbłysnął przytłumionym światłem. Tak było nawet lepiej, ta wcześniejsza jarząca się bielą poświata była nie do zniesienia. Spojrzał na Grimmjowa, ale ten wciąż spał, zmarszczył jedynie nos, gdy zalała go fala światła, potem przeciągnął się jak kot i zapadł w dalszą drzemkę. Ichigo zaczął rozprostowywać i rozciągać zastałe mięśnie, kiedy uderzyła go myśl: „Zangetsu!" Musiał zostać na miejscu walki, może ktoś zdążył go już zabrać... Musi go odzyskać, jak najszybciej! Ogarnęło go dodatkowe zdenerwowanie, niemalże panika. Szarpnął drzwi. Lekko się ruszyły, ale w nich także musiał znajdować się jakiś mechanizm. Próbował odkryć, jak sobie z nim poradzić, kiedy od strony łóżka dobiegł go cichy pomruk.
- Shinigami, co ci odbija z tym światłem – Grimmjow otworzył zaspane oczy i ziewnął przeraźliwie. – Jasno, ciemno, znowu jasno, co to ma być w ogóle... – znów ziewnął, wyciągając przed siebie ręce. Jak kot.
- Grimmjow, co się stało z Zangetsu – zapytał z obawą Ichigo, a widząc nieprzytomne spojrzenie Espady, dodał szybko – z moim mieczem.
- Nie wiem – wzruszył ramionami zapytany. Przecierał oczy dłońmi jak małe dziecko. – Jeśli nikt go nie zabrał, to musi wciąż tam gdzieś leżeć.
- Muszę go mieć z powrotem. Szybko – gorączkował się chłopak. – Zanim ktoś się nim zainteresuje...
- A co, bez niego jesteś bezużyteczny – Grimmjow uśmiechnął się złośliwie. – Czyli bez niego byle Arrancar jest ci w stanie...
- Och, zamknij się już – przerwał mu Ichigo ze zniecierpliwieniem. – Wypuść mnie, nie będę walczył bez niego. Muszę po niego wrócić, przecież chcesz walczyć.
Grimmjow zamyślił się na chwilę. Proces wybudzania jeszcze się nie skończył, jego myśli płynęły leniwie.
- Nie mogę cię wypuścić – zdecydował. – Nie dotarłbyś tam, zaraz by cię wyczuł jakiś Espada... A z żadnym Espadą sobie póki co nie poradzisz – dodał w zamyśleniu, zapominając na chwilę, że sam jest Espadą i już wczoraj miał ochotę na dalszą walkę, mimo osłabienia ich obydwu. - Zresztą, nie wiedziałbyś, jak tam trafić. Cholera jasna, no dobra! – uderzył pięścią w ścianę ze złością. – Przyniosę ci ten cholerny miecz! Co ty sobie wyobrażasz, idioto skończony?! Co ja do ciężkiej cholery jestem?! Zgaś światło, przynieś miecz, zrób to, zrób tamto, myślałby kto! – pieklił się wstając i poprawiając ubranie. Ichigo uznał za stosowne przemilczeć fakt, że to nie on zaproponował takie rozwiązanie. – Nie myśl sobie, Shinigami! Robię to tylko dla walki, co za zabawa zabić cię po pięciu sekundach! Zabiję cię po dłuższej chwili i to będzie jeszcze przyjemniejsze! A ty tu siedź! – to mówiąc trzasnął drzwiami i w pokoju znów zapanowała cisza.
Ichigo w zamyśleniu opadł na łóżko Espady. Grimmjow był zabawny, naprawdę. Musiał pamiętać, że to wróg, ktoś, kto stoi po drugiej stronie barykady. Ale... coś w postępowaniu Arrancara wydawało się Ichigo znajome... Ze zdziwieniem uświadomił sobie, że sam nie raz się tak zachowywał, pokrywając zmieszanie. Z rozbawieniem potrząsnął głową, ale zaraz zmarszczył brwi i zaczął planować, co zrobi, jak Espada wróci. Rzeczywiście, wypuszczanie się na Las Noches za wcześnie skończyć by się mogło jedynie głupią śmiercią z rąk podrzędnego Arrancara. Musiał zostać tu, w tej komnacie, gdzie czuł się zupełnie bezpieczny, jeszcze jakiś czas. Dojść do siebie i wtedy, wtedy... Myślał najszybciej, jak potrafił i kiedy po chwili drzwi otworzyły się z hukiem, ledwo pozostając w zawiasach, miał już gotowy plan.
- Masz tu swoją zabaweczkę – Grimmjow rzucił Zangetsu na podłogę. – I złaź z mojego łóżka, co to ma w ogóle być?!
Ichigo jednym skokiem znalazł się przy swoim mieczu, czując jak zalewa go fala ulgi. Rękojeść idealnie ułożyła się w dłoni. Jej chłodny dotyk uspokajał wewnętrzną burzę. W ostrzu zobaczył własną twarz, podkrążone, zbolałe oczy, podbiegły krwią siniak na policzku, pełno zadrapań. Z Zangetsu w dłoni będzie w stanie uratować przyjaciół. Z Zangetsu miał siłę. Z nim był coś wart.
- Właściwie, po co ci coś tak dużego? – Grimmjow ostentacyjnie przewrócił materac na drugą stronę i położył się na łóżku podkładając sobie ręce pod głowę. – Jak się skończysz cieszyć, możemy...
- Nie – przerwał szybko Ichigo. – Nie będę teraz z tobą walczył.
- Nie? – Grimmjow zmarszczył brwi, jego głos pozornie spokojny, spojrzenie coraz bardziej wściekłe.
- Nie. To znaczy, nie teraz.
Grimmjow powoli podniósł się i odwrócił się w kierunku chłopaka.
- Co to ma znaczyć, Shinigami? – jego głos był opanowany, ale bardzo zimny. – Nie jestem pieprzonym chłopcem na posyłki. Wiesz, po co przyniosłem ci miecz. Nie pozwolę ci tak po prostu sobie odejść. Nie uda ci się uciec, tu nie rozwali się ścian na wylot, tak już zostało zaprojektowane Las Noches. Jeśli więc chcesz stąd wyjść, będziesz musiał walczyć. A jeśli nie będziesz chciał, zabiję cię od razu, jak najokrutniej i najwolniej, za to, że zmarnowałeś mój czas – był coraz bardziej wściekły. – Więc nie waż się mówić mi 'nie'!
- Kiedy to wszystko się skończy, będziemy walczyć – spokojnie powiedział Ichigo. Wiedział, że Grimmjow jest dziki i nieprzewidywalny, ale powoli przestawał się przejmować jego nagłymi wybuchami złości. – Będę walczył z tobą tak długo, aż jeden z nas zginie, zgoda. Ale teraz mam innych przeciwników.
- Nie będę czekał!!! – wrzasnął Grimmjow. – Nie po to...
- Chcesz się zemścić na Nnoitrze? – Ichigo przyjrzał się uważnie Espadzie. Espada odwzajemnił spojrzenie, pełne podejrzliwości.
- Mam walczyć z innym Espadą?
- Z Nnoitrą. Tylko z nim. Masz z nim coś do wyrównania, prawda? On cię zaatakował.
Sprzeciwić się Aizenowi? Z drugiej strony perspektywa wydawała się kusząca.
- Mogę pokonać go bez twojego udziału – stwierdził powoli, przeczuwając, że to nie wszystko, co chce powiedzieć mu Shinigami.
- Ale razem zrobimy to szybciej. Ja pokonam Aizena i resztę, ty nie dasz się zabić do tego czasu i wtedy...
- Chwilka. Tak sobie pokonasz Aizena? Będziesz się tłuc ze wszystkimi Arrancarami, a ja mam stać i się przyglądać? Czekać, aż łaskawie skończysz? – Grimmjow założył ręce i spojrzał zimno na Ichigo. – Ja też jestem Arrancarem, Shinigami. Możesz walczyć od razu ze mną. A jeśli nawet nie... Dlaczego miałbym ci wierzyć?
- Cóż... – nagle Ichigo poczuł się zmieszany. – Do tej pory nasza walka była... hmm, honorowa. Tak mi się wydaje.
- Jak bardzo honorowe jest proponowanie, żebym pomógł ci wybić innych członków Espady? Jak by nie było, to moi towarzysze – Arrancar uniósł brew. – Ty o swoich pytasz się zaraz po wróceniu do świata żywych...
- Nie myślałem, że coś dla ciebie znaczą – zrobiło mu się głupio. To, co zaproponował rzeczywiście było paskudne.
- Bo rzeczywiście nie znaczą – westchnął Grimmjow. – Mógłbym z nimi walczyć i ich zabić, ale nie widzę w tym większego sensu. Chcesz mnie wciągnąć w swoje gierki, a to mnie wkurza. Moje zasady są proste: chcę mieć silnych przeciwników, chcę się dobrze bawić walcząc. Niszczenie poprawia mi humor. Nie lubię tych wszystkich ideologii. Nadstawianie za kogoś karku to strata czasu. Też już powinieneś to zauważyć.
Ichigo zamilkł. Rzeczywiście, próbował wciągnąć Arrancara w swoje własne plany. Chyba od tych ran pomieszało mu się w głowie. Wystarczająco dużo osób już zostało skrzywdzonych odgrywając rolę w tym spektaklu, który powinien rozegrać sam. Jak ktoś ma znów cierpieć, to niech to już będzie on sam. Znał siebie i wiedział, że sobie poradzić. Tak czy inaczej, lepiej bądź gorzej, ale było to lepsze niż patrzenie na cierpienie innych. To był wprawdzie Grimmjow, do niedawna jego wróg i pewnie nie należało się nim przejmować, ale tego jednego rudzielec nigdy nie potrafił – nie przejmować się. Niepostrzeżenie, sam nie wiedząc, kiedy, zaczął uważać Espadę za kogoś innego niż tylko silnego przeciwnika. Rozumiał go, przynajmniej do pewnego stopnia potrafił odgadnąć motywy Grimmjowa. Czy sprawił to wspólny wróg, jakim stał się Nnoitra, czy ogólnie cyniczny stosunek Arrancara do Aizena i reszty jego towarzyszy, tego Ichigo nie wiedział. Jednak zaczynał postrzegać Szóstego Espadę jako kolejnego przeciwnika, który z czasem awansował na kogoś innego w życiu chłopaka. Przecież dokładnie tak było z Renjim, a wcześniej jeszcze Ishidą, którzy teraz być może nie żyli... Znów poczuł, że pod stopami otwiera mu się czarna dziura i szybko odgonił tę myśl. Nie czas na takie rozmyślania.
Grimmjow obserwował go spod przymkniętych powiek.
- Zawrzemy układ – westchnął znowu. Skąd wzięło mu się to wzdychanie? To chyba jakieś skutki uboczne stosowania specyfików od tego idioty, Szayela... – Rzeczywiście, Nnoitra zalazł mi za skórę. Zajmę się nim. Ale to wszystko. Po czyjej stronie stanę, to się okaże. Jestem po swojej własnej stronie, ani twoja, ani Aizena walka mnie tak naprawdę nic nie obchodzi. Komu mam ochotę dokopać – to zależy od sytuacji. Walcz sobie z kim tam chcesz, pokonuj kogo tam chcesz, ja i tak cię ostatecznie znajdę. I wtedy nie będzie żadnych wymówek – dodał groźnym tonem, walcząc z okropnym odczuciem, że przegrał. Doprowadzało go to do szału, dodał więc ze złością – Skoro więc nie jesteś mi teraz potrzebny, to wynoś się. Cholera jasna, wynoś się natychmiast... – odwrócił się tyłem do chłopaka, po dziecinnemu obrażony.
Wiedział, że Shinigami nie jest jeszcze w pełni sił. Jeszcze dzień i dopiero wtedy, tak, wtedy już poradzi sobie z Arrancarami. Tylko co z tego. W obecnej sytuacji życie chłopaka już go nie obchodziło... A przynajmniej nie powinno obchodzić. Ale jeśli teraz zginie, to już nigdy nie będą walczyć i nie będzie miał okazji kogokolwiek tak rozumieć, jak wtedy tego człowieka. Poczuł, że wokół niego rozpościera się pustka i pierwszy raz w życiu uświadomił sobie, że czuje się samotny, że ta chwilowa jedność myśli, zrozumienie, radość podczas nieporównywalnej z innymi walki miała związek tylko z tym jednym Shinigami. Żaden inny, nawet jeśli będzie silniejszy od tego, nie da mu całkowitej satysfakcji. Ze zdziwieniem Grimmjow uświadomił sobie, że nie chce, żeby ten człowiek zniknął z jego życia. Nie teraz, przynajmniej nie teraz. Tak wielu rzeczy nie pojmował i nie pojmie, jeśli zabije go jakiś durny Arrancar. Straci szansę zrozumienia własnych myśli, a lubił rozumieć siebie, skoro tylko siebie miał. Zazwyczaj to było takie proste, nie wymagające zbędnym rozważań. Odkąd pojawił się ten pieprzony Shinigami, wszystko zaczęło się komplikować. Zraniona duma bolała, nie podobało mu się, że przestaje być swoim własnym i jedynym panem i zupełnie bezsensownie zaczynał liczyć się z tym... Kurosakim.
- Jeszcze tu jesteś? – zapytał niewyraźnym głosem. Chciał, żeby zabrzmiało to złowieszczo, ale wyszło tak jakoś... normalnie.
- Sam mówiłeś, że póki co to nie ma sensu, a ja nie wiem, jak tam dojść... – Shinigami stał z opuszczoną głową i to też było dziwne. Chłopak powinien się cieszyć, powinien wyrywać się na wolność. Wszystko to było dziwne, wkurzające i... po prostu musiał to zrozumieć.
- Och, zamknij się już. Po prostu zejdź mi z oczu – Grimmjow opadł z powrotem na łóżko i pogrążył się we własnych myślach. Ichigo popatrzył na niego ze zdziwieniem, potem w ciszy usiadł z mieczem na kolanach.
* * *
Siedzieli bez słowa, każdy zatopiony we własnych przemyśleniach. Obaj starali się zrozumieć, czemu nie mogą myśleć o sobie już wyłącznie jako o wrogach i kiedy coś w ich sposobie myślenia zaczęło się zmieniać. Co kierowało tym drugim i gdzie miało ich to zaprowadzić. Żaden z nich nie był typem introwertyka, nie spędzał długich godzin na badaniu własnego wnętrza i ta nagła potrzeba zrozumienia własnych uczuć wyprowadzała ich z równowagi. Łączyło ich wiele, z czego zdawali sobie sprawę. Obaj woleli działać, niż rozmyślać, obaj lubili walczyć z silnymi przeciwnikami, nie poddawali się i nie chcieli uchodzić za słabeuszy. Bezczynność ciążyła im, Ichigo zaciskał palce na mieczu, Grimmjow bębnił swoimi w materac, szukając czegoś, co można powiedzieć lub zrobić w zaistniałej sytuacji. Bo choć do pewnego momentu rozumieli siebie nawzajem na tyle, żeby rozszyfrować reakcje i zachowania drugiego, to im więcej o tym myśleli, tym większe ogarniało ich zmieszanie. Jak gdyby ten drugi, poza wszystkimi podobieństwami, posiadał jakąś tajemniczą cechę, coś nie zrozumiałego i fascynującego. Jakiś brakujący fragment własnej osobowości.
Cisza wypełniająca komnatę wisiała w powietrzu niby lepka mgła, zbliżając ich coraz bardziej do siebie.
* * *
Grimmjow dość miał bezczynnego siedzenia. Jeśli miał już nic nie robić, to wolał spać.
- Dobra Shinigami, jutro będziesz jak nowy, to cię nareszcie wywalę stąd na zbity pysk. A teraz siedź cicho i się nie ruszaj, mam zamiar się wyspać przed skopaniem tyłka Nnoitrze – wciąż nie wiedział, po co tłumaczy swoje zachowania i przerywa milczenie. Oczywiście dopiero po zastrzeżeniu o ciszy, Shinigami zaczął swoje uciążliwe pytania.
- A skąd będziesz wiedział, że jest kolejny dzień, skoro tu jest zawsze noc? Czy tu się w ogóle liczy dni? – spytał Ichigo z uniesionymi brwiami.
- Jak się obudzę, to po prostu będzie mój następny dzień, reszta mnie nie obchodzi – mruknął Espada.
Ichigo pokiwał ze znużeniem głową. Nie robił nic cały czas, a mimo to był zmęczony. Uznał, że to końcowy proces leczenia ran. Przez to wszystko zdawał się zapominać, że wciąż nie jest w pełni sił. Musiał jednak przyznać, że sposób leczenia Arrancarów był w gruncie rzeczy skuteczny.
- W takim razie ja też chcę spać. Zgaszę to światło...
W odpowiedzi Grimmjow ze zniecierpliwieniem po raz kolejny rozwalił mechanizm za pomocą cero. Tym razem po komnacie rozszedł się swąd spalenizny, a z dziury dał się słyszeć trzask i pokazały się małe iskierki.
- No i nie będzie jutro jasno – stwierdził chłopak z dezaprobatą.
- Wyjdziesz na korytarz i będzie – Grimmjow ułożył się wygodnie na brzuchu. Ciemność uspokajała i nie widział rysów Shinigami aż tak dokładnie. Co lepsze, chłopak nie widział tego, co malowało się na twarzy Espady. Spanie po ciemku miało swój urok.
Wydawało mu się, że już zasypia, kiedy usłyszał po raz kolejny ciche:
- Grimmjow?
- Shinigami. Chcę spać. Czy mam cię uszkodzić, żebyś to zrozumiał? – wymruczał sennie w materac.
- Sam powiedziałeś, że nie jestem Shinigami – odparł cicho Ichigo, wpatrując się w księżyc. Wydawał się pełniejszy niż wczoraj, a jego blade światło zdawało się hipnotyzować. – Zresztą to prawda – ciągnął, bardziej do siebie niż do Espady. – Nie jestem Shinigami. Shinigami nie zakładają masek hollowów.
- A hollowy nie walczą jak Shinigami – dodał sennie Grimmjow. – Pustym więc też nie jesteś. Nie znam się na ludziach, ale oni chyba nie walczą z hollowami? Jeśli w ogóle je widzą. Arrancarem też nie jesteś, tyle zdążyłem zauważyć. Jesteś cholerne nie wiadomo co.
- Chyba, że Vizardem... – szepnął Ichigo.
- Co?
- Nie, nic – rozmowa zmierzała w złym kierunku. Ichigo przypomniał sobie to uczucie, kiedy na jakiś czas kontrolę nad nim przejmował pusty. To nie były jego ulubione momenty. Dlaczego miał taką moc? Poczuł się zagubiony.
- W takim razie już się zamknij.
Ichigo posłuchał i już się nie odezwał. Grimmjow dłuższą chwilę nasłuchiwał, spodziewając się usłyszeć kolejne pytanie. Jego wyostrzone zmysły pozwoliły mu zobaczyć, że chłopak wciąż nie śpi, tylko gapi się w okno. Ze zdziwieniem usłyszał własny głos:
- A właściwie to dlaczego... No wiesz, jak to się stało, że jesteś taką... mieszanką wybuchową? – tuż po wypowiedzeniu tych słów miał ochotę odgryźć sobie język. Tak, jakby go to w ogóle interesowało!
Chłopak zerknął na Espadę ze zdziwieniem, ale potem wzruszył ramionami i zaczął opowiadać. Pierwszy raz mówił komukolwiek o tym wszystkim, co się wydarzyło. Pokrótce streścił swoją przeszłość, jak zwykle drgnął mu głos, kiedy mówił o śmierci matki, nie potrafił opanować wywracania oczami opowiadając o ojcu, wreszcie doszedł do spotkania z Rukią i tego, co działo się dalej. Espada nie był w to wszystko zaangażowany, więc Ichigo złapał się na tym, że opowiada mu o swoich pierwszych wrażeniach z Królestwa Dusz, komentuje poszczególnych Shinigami i opisuje różne miejsca z Soul Society. Grimmjow oparł podbródek na dłoni i stukając palcem w kość na policzku, słuchał z zaciekawieniem.
- Chyba nie powinieneś mi tego wszystkiego mówić – stwierdził niemal pogodnie, kiedy Ichigo skończył. – Jestem w końcu twoim wrogiem, Kurosaki.
- No proszę, pamiętasz nawet moje nazwisko – chłopak wzruszył tylko ramionami. – I co zrobisz z tą wiedzą? Pewnie i tak wszystko skończy się tutaj, w Las Noches. Nie wiem, czy pokonam Aizena...
- No nie wierzę, Shinigami przyznaje się do ewentualnej porażki! – parsknął Grimmjow. – Co, nie będziesz się stawiał i wydzierał, że skopiesz dupę całemu światu? Cholera, podmienili cię, kiedy na chwilę zamknąłem oczy?
- Nie zdołałem ich uratować, Grimmjow – uśmiechnął się smutno Ichigo. – Już przegrałem. Zrobię wszystko, żeby ocalić Inoue. Jak tylko odzyskam siły... – przypomniał sobie, że kiedy chodziło o życie Rukii, wtedy, w Królestwie Dusz, nie ważne było, czy miał siły, czy nie. To Yoruichi musiała siłą powstrzymać go, żeby nie poszedł jej na ratunek tak jak stał, ranny i bez szans na zwycięstwo.
- Naprawdę po to tu przyszedłeś? Żeby uratować tę dziewczynę? – spytał z niedowierzaniem Grimmjow. – Zawsze pakujesz się w kłopoty, żeby kogoś uratować?
- Na to wygląda – Ichigo znów uśmiechnął się niewesoło. – Tylko to ratowanie coś nieudolnie mi to idzie.
Dziwne – Grimmjow przewrócił się na plecy i wpatrzył w sufit.
- Czy ja wiem...
- W takim razie, dlaczego ich tu nie ma? Dlaczego teraz wszyscy ci, których ratowałeś po drodze nie próbują wyciągnąć cię z tego pokoju?
- To ja ich nie uratowałem... To przeze mnie oni...
- Przestań na chwilę się użalać, pytam poważnie – Grimmjow już przestał się zastanawiać nad tym, co mówi. Jeśli by to zrobił, musiałby sobie chyba naprawdę wyrwać język. – Skoro to twoi przyjaciele, to gdzie są teraz? Nie powiedziałem przecież, że zostali zabici. Słyszałem coś, że gdzieś tam są przetrzymywani, wszyscy razem – zignorował gwałtowne poruszenie Kurosakiego. – Wciąż ich tu nie ma. Co z resztą Shinigami? Co z tamtym śmiesznym gościem, który nam wtedy przeszkodził w walce? Czemu tylko ty ich ratujesz?
- To nie tak. Nie wiedzą, że tu jestem, że w ogóle żyję. Gdyby wiedzieli, to na pewno...Przecież nie mogą tak po prostu wejść do Las Noches! Zresztą, przede wszystkim muszą pomóc Inoue. Do tego czasu ja do nich dołączę, a jeśli nie, to na pewno...
- Na pewno, na pewno – przedrzeźniał go Grimmjow. – A ty wiesz, czy ta kobieta jeszcze żyje? Nie wiesz. A pójdziesz ją ratować? Pójdziesz. Widzisz?
- Do czego ty właściwie zmierzasz? – zniecierpliwił się Ichigo.
- Traktujesz tych swoich przyjaciół – Grimmjow wymówił to słowo niemal pogardliwie. – Jak jakąś świętość, a o wyrżnięciu Espady w pień mówisz, jakby to była bułka z masłem. Nie to, żeby mi na nich zależało. Ale oni są akurat tyle samo warci. Czyli nic – uśmiechnął się ironicznie zerkając na chłopaka. – Dla takich jak ty nie ma przyjaciół. Póki im się przydajesz, jest dobrze, ale potem, kiedy to ty potrzebujesz wsparcia, nikogo dziwnym trafem nie ma w pobliżu.
- To naprawdę nie jest tak, Grimmjow. Ja...
- Jest. Jesteś sam i zamiast poprowadzić tych tchórzy, liczysz na nich – parsknął pogardliwie. – Tak się nie da, Shinigami.
- Nie jestem Shinigami, sam to powiedziałeś.
- Kurosaki.
- Już lepiej.
- Odwal się – zaproponował Grimmjow. – Nie chcesz być szczery sam ze sobą.
- A co to, godzina szczerości? – Ichigo prawie się roześmiał. – Zaskakujesz mnie, Grimmjow.
- Grimmjow, Grimmjow, może by tak trochę szacunku, gówniarzu. Jestem Szóstym Espadą i...
- Dlaczego akurat Szóstym? – zapytał Ichigo ironicznie, ale Espada nie wyłapał widocznie tej ironii i po krótkiej pauzie opowiedział swoją historię. Tym razem Ichigo słuchał z zaciekawieniem i kolanami podciągniętymi pod brodę. Chciało mu się spać, ale ze zdziwieniem odkrył, że mógł z Grimmjowem rozmawiać zupełnie naturalnie, jak gdyby znali się od bardzo dawna i nigdy nie byli wrogami.
- I nie było ci żal, kiedy cała twoja frakcja zginęła? – zapytał, powstrzymując ziewnięcie. Naprawdę był ciekawy.
- Nie – odparł w zamyśleniu Grimmjow. – Chyba od początku wiedziałem, że jestem i będę sam, a oni byli tylko tymczasowo obok.
- I to podobno ja jestem dziwny – tym razem Ichigo ziewnął rozdzierająco. – Chwilami mam wrażenie, że myślimy w ten sam sposób, a potem gadasz takie pierdoły, że zupełnie nie rozumiem, o co ci chodzi.
- Ja też tak mam – mruknął sennie Espada. – Jesteś popieprzony. Ale wtedy, jak walczyliśmy, znałem twoje myśli. Nic ciekawego – dodał sarkastycznie.
- To pewnie było wtedy, kiedy myśleliśmy w ten sam sposób – Ichigo znowu ziewnął. – Twardą masz tę podłogę.
- Podłoga jak podłoga.
- Ach, jakiś ty domyślny.
- Co, mam cię do łóżka zaprosić?
- Durny jesteś. Ale coś pod głowę byś mi mógł dać.
- Jeszcze czego – Grimmjow chciał jeszcze o coś zapytać, ale coraz trudniej było mu skoncentrować myśli. – No dobra, byle byś już był cicho... – ściągnął kurtkę i rzucił w kierunku chłopaka, zanim zdążył pomyśleć, znowu! Znowu był dla niego miły! Świat się kończył. Ale choć wkurzające, to nie było takie złe. Nie miał ochoty go zabijać. Nie pamiętał, kiedy ostatnio z kimś rozmawiał. Nie licząc typowych pomiędzy Espadą pyskówek i kazań Aizena. Nie pamiętał, by w całym jego życiu ktoś go rozumiał. Ktoś czuł podobnie, jeśli nawet nie chciał się do tego przyznać.
- Eee, nie masz czegoś innego? – zamarudził Ichigo trzymając ubranie na odległość wyciągniętych ramion.
- Nie tutaj.
- Tfu, to na pewno tobą śmierdzi, no fantastycznie...
- Zamknij mordę, Shinigami.
- Nie Shinigami, skocz z tym Shini...
- To jak to w końcu było? – zapytał już prawie przez sen Grimmjow.
- Ichigo, Ichigo Kurosaki, zapamiętaj to łaskawie, bo to ja cię pokonałem – miało to zabrzmieć złośliwie, ale chłopak już zwinął kurtkę pod głową i zapadał w sen.
- Ichigo... – wymruczał Grimmjow i natychmiast zasnął.
Nikt nigdy nie wymawiał tak jego imienia i Ichigo poczuł, jak krew napływa mu do policzków. Oczywiście, to tylko Grimmjow mruczał coś przez sen, powinno to być tylko i wyłącznie irytujące, i co najwyżej obrzydliwe. Ale nie było. Wtulił twarz w miękką tkaninę. Zdobył się jeszcze na refleksję, że wcale nie śmierdziała. Pachniała przyjemnie, nie wiedział, co to za zapach i była taka miła w dotyku. Po tej twardej podłodze pewnie wszystko byłoby miłe. Czuł się tak lekko po zrzuceniu z siebie ciężaru wszystkich ostatnich wydarzeń i wspomnień. Do tego stopnia, że pod koniec historii miał wrażenie, że mówi o kimś obcym. Zasypiał patrząc na uśpioną twarz niedawnego przeciwnika i ostatnie, o czym pomyślał tamtej nocy, był sposób, w jaki Grimmjow wtulał się w materac – niemal uroczy. Nie zdążył już zdziwić się własnym spostrzeżeniem.
* * *
Grimmjow obudził się z poczuciem rozpierającej go energii. Shinigami, to znaczy Kurosaki, wciąż spał na jego kurtce. Nie miał nic przeciwko paradowaniu z gołą klatą, ale jakoś niezręcznie było przyglądać się, jak chłopak wtula policzek w ubranie należące do Espady. Siniak na jego twarzy powoli znikał, nawet popękane wargi zdążyły się pogoić. Espada przyłapał się na tym, że stoi i już dłuższą chwilę gapi się na niego jak sroka w gnat. Szybkim ruchem wyrwał mu spod głowy ubranie, Ichigo tylko skrzywił się, kiedy uderzył lekko o posadzkę, zmarszczył nos i ułożył się na własnym ramieniu nie budząc się ani na chwilę. Grimmjow znów zdał sobie sprawę, że nie może oderwać od niego oczu, co doprowadziło go niemal do szału. Złapał więc katanę, zatknął ją sobie za pas i szybkim krokiem wyszedł z pokoju, zakładając po drodze kurtkę.
Światło na korytarzu niemal go oślepiło. Idąc w stronę głównej sali stwierdził, że już zupełnie wrócił do sił, jest mu tak lekko i dobrze, że koniecznie musi dać upust tej przedziwnej radości. Na pierwszy ogień jak zwykle poszły drzwi do komnaty jego sąsiada, Aaroniero – ostatni raz rozwalił je ze złości po drugim pobycie na Ziemi i dopiero niedawno Dziewiąty Espada wstawił je z powrotem. Chyba nie było go w środku, bo po tym, jak czerwone cero rozbiło je w pył, Grimmjow nie usłyszał żadnych przekleństw i krzyków. A może nie chciał ryzykować potyczki z Szóstym Espadą, ha! Ta myśl poprawiła mu dodatkowo humor.
Razem z siłą wróciła niezachwiana pewność siebie i duma ocierająca się niebezpiecznie o arogancję. Nnoitra, Aizen, cała Espada razem wzięta – nie ważne kto, nikt nie był w stanie go teraz pokonać. Wszedł do sali tronowej Aizena, jak między sobą podśmiewali się Arrancarzy, pewnym krokiem, z rękoma w kieszeniach i ironicznym uśmieszkiem na ustach. Nie miał zamiaru chować się po kątach. Wiedział, że nie zaatakuje Nnoitry na oczach Aizena. Chciał tylko zorientować się w sytuacji. Musiał dowiedzieć się, co się teraz działo między Arrancarami. Pierwszy zauważył go Szayel.
- Proszę proszę, nasza pokonana Espada wróciła – zadrwił na tyle głośno, że inni obecni również zwrócili głowy w jego stronę.
- Skoro tu stoję, to raczej nikt mnie nie pokonał – odciął się Grimmjow. – Nnoitra zwierzał wam się po prostu ze swoich marzeń.
- To dlaczego przyszedłeś do mnie ledwo żywy po leki? – Szayel nie dawał za wygraną. Pewnie chciał się zemścić za ten komentarz o „wyrzyganym wyglądzie".
- Chyba źle widziałeś, tak byłeś zajęty ratowaniem własnego życia – Szósty Espada spojrzał na niego pogardliwie. Szayel chciał jeszcze coś dodać, ale Grimmjow machnął na niego tylko ręką i poszedł na miejsce, w którym lubił przesiadywać. Wiedział, że dziś Aizen ma wygłosić ważną mowę i choć tak naprawdę miał gdzieś, co myśli i robi ten były kapitan Shinigami, to mogło go to w dużym stopniu dotyczyć. Jego oraz rudowłosego nie-do-końca-Shinigami, który aktualnie spał w jego własnym pokoju.
Chwilę później Aizen pojawił się na swoim podwyższeniu i obrzucił wzrokiem całe zgromadzenie. Grimmjow miał wrażenie, że spojrzenie lodowatych oczu zatrzymało się na nim trochę dłużej niż na pozostałych Arrancarach, ale może tylko mu się zdawało... A chwilę później ich samozwańczy przywódca ogłosił, że przenoszą się do świata ludzi, by zmieść z powierzchni ziemi miasto Karakura. Dał się słyszeć okrzyk przerażenia i Grimmjow dojrzał w tłumie dziewczynę, po którą przybył tu Kurosaki. Nawet z tej odległości mógł ujrzeć strach w jej oczach, a po chwili coś jeszcze – wyraz ulgi pomieszanej z zaskoczeniem i czymś, czego Grimmjow nie potrafił zidentyfikować – kiedy tuż obok niej pojawił się Ulquiorra. Spojrzenie Czwartego Espady jak zwykle nie wyrażało żadnych emocji, ale Grimmjowa uderzyła zupełnie nowa myśl – coś łączyło tych dwoje. Nie wiedział, dlaczego taki pomysł powstał mu w głowie. Coś w spojrzeniu dziewczyny, jakiś ruch Ulquiorry. Nie to, żeby go to specjalnie interesowało, ale było zastanawiające. Ulquiorra zawsze wydawał mu się osobą wyzbytą własnych potrzeb i uczuć. Wyglądało na to, że coś się zmieniło tuż pod nosem całej Espady, czego żaden z nich nie był w stanie zobaczyć. A może inni spostrzegli to już dawno i tylko on, Grimmjow, zupełnie nie zainteresowany takimi głupotami, pozostawał ślepy? W takim razie co wpłynęło na jego nagłe objawienie...? W tej samej chwili niespodziewanie przed oczami stanęła mu twarz, którą oglądał zasypiając – i wreszcie udało mu się dogonić tę uciekającą od kilku dni myśl. Świat na chwilę przestał istnieć, jak gdyby został zalany przez oślepiające światło uświadomienia. Wreszcie zaczął na nowo rozumieć samego siebie, choć ta wiedza wytrąciła go z równowagi i zmieniła wszystko. Świat, który znów zaczął pojawiać się na jego oczach, inni Arrancarzy, Aizen, ziemska dziewczyna... Wszystko to było już inne niż jeszcze przed chwilą, a on musiał zrozumieć to wszystko, co działo się wokół niego od nowa, patrząc ze swojej zupełnie nowej perspektywy.
Po tym jak Aizen powierzył Las Noches Ulquiorrze, spojrzał wprost na Grimmjowa, a Espadzie wydało się, że to zimne spojrzenie czyta z niego jak z otwartej książki, a do tego bezczelnie bawi go to, co w nim znajduje...
- Cóż, Grimmjow – rzucił Aizen z uśmiechem nie schodzącym z warg. – Czas kończyć zabawę. Sprzątaj zabawki albo zrobi to za ciebie ktoś inny... – po czym odwrócił się, zostawiając swojego Espadę w znieruchomiałej pozycji i wyszedł przez tunel pomiędzy wymiarami.
Grimmjow wiedział, że dla Aizena to kwestia czasu, kiedy dowie się o wszystkim. Widocznie wiedział już od samego początku. Odgadywał także, że to lekko rzucone zdanie jest największą groźbą, jaką mógł od samozwańczego przywódcy Arrancarów usłyszeć. Zrozumiał też, że wciąż jest mu dawana szansa: jeśli szybko pozbędzie się Kurosakiego, może jeszcze wróci do łask. Na tę krótką chwilę, póki będzie potrzebny... Poczuł palącą nienawiść do Aizena, który wdarł się w ich świat i zaczął decydować o ich życiu i śmierci.
- Grimmjow, tym razem upewnię się, że dobiłem cię jak trzeba – doleciał do niego kolejny znienawidzony głos, Nnoitry. – Daję ci tylko chwilę, błagaj o przebaczenie albo...
Grimmjow błyskawicznie ocenił sytuację. Dziewczyna, po którą przyszedł Kurosaki stała tuż za ramieniem Ulquiorry, reszta Arrancarów gapiła się na niego, gotowa do walki po czyjejkolwiek stronie. Nie namyślając się długo wystrzelił olbrzymie cero w sufit, rozwalając w ten sposób system oświetlenia w całym Las Noches. Ciemność zalała salę i wszystkie korytarze, a naruszona konstrukcja pomieszczenia zaczęła walić się przebywającym w środku Arrancarom na głowy. Wybuchł chaos i rozległy się krzyki zaskoczenia i wściekłości. Grimmjowa tymczasem dawno już tam nie było.
Korzystając ze swoich kocich zmysłów biegł przez pogrążony w mroku korytarz, bezszelestnie i z gracją omijając wszelkie przeszkody, także te złożone ze zdezorientowanych Arrancarów niższego stopnia. Po chwili już był przed własnym pokojem, wyważając kopniakiem drzwi.
- Kurosaki, za mną! – zakomenderował.
- Grimmjow..? – Ichigo spojrzał na niego ze zdziwieniem, ale wtedy zniecierpliwiony Espada złapał go za nadgarstek i pociągnął za sobą.
Biegli korytarzami, do których nie docierał blask księżyca i ciemność wydawała się być bezkresna. Ichigo nie był w stanie dojrzeć własnej dłoni i normalnie już dawno przewróciłby się gdzieś na zakręcie, ale Grimmjow ciągnął go za sobą, prowadząc bez wahania. Dłoń Espady była ciepła i szorstka, dłoń wojownika przyzwyczajonego do miecza. Ichigo słyszał tylko szum krwi we własnych uszach i oddechy ich obu. W końcu znaleźli się w jakimś pomieszczeniu i Grimmjow zamknął ciężkie drzwi.
- To teraz mi wyjaśnisz, o co w ogóle chodzi..? – zapytał Ichigo wyrównując oddech po długim biegu.
Grimmjow streścił przebieg wydarzeń z sali tronowej.
- Karakura?! – Ichigo natychmiast poderwał się na nogi. – Muszę tam iść, muszę natychmiast pomóc...
- Poczekaj wariacie – przerwał mu Grimmjow. – Sam nie pokonasz Aizena. Ta twoja dziewczyna wciąż żyje. Reszta tych durniów może też. Słyszałem... – zawahał się na chwilę. – Słyszałem o miejscu, gdzie wciąż powinni być przetrzymywani. Nnoitra dostał rozkaz skończenia z tobą – „i ze mną," dodał w myślach, „jeśli ja nie pozbędę się ciebie pierwszy..." – Więc najpierw trzeba skończyć z nim.
- Trzeba to było zrobić już tam – mruknął Ichigo.
- Tak, wiem, że jesteś idiotą, ale nie myślałem, że aż takim – warknął Grimmjow. – Pokonam każdego Espadę, ale jeśli rzucą się na mnie wszyscy na raz z tymi swoimi debilnymi frakcjami, to mogłoby być ciężko. To nie była ucieczka – zastrzegł szybko. – To była... taktyka.
- Taktyka – zgodził się bez emocji Ichigo. – Co teraz? Gdzie jesteśmy?
- W korytarzu, który prowadzi do zewnętrznej części Las Noches. Kiedy tam dojdziemy, nasze reiatsu stanie się wyczuwalne i natychmiast zjawi się tam Nnoitra, a że on nie lubi się dzielić – dodał Grimmjow sarkastycznie. – To na pewno będzie tam sam, chyba że ten jego parobek, Tesla, jak zwykle się będzie za nim ciągnął.
- No, teraz to brzmi rzeczywiście jak taktyka – wyraził aprobatę Kurosaki. – Co z Inoue?
- O nią się nie martw – mruknął Espada. – Jest z nią Ulquiorra.
- To chyba właśnie powinienem...
- Nie, uwierz mi – Grimmjow wzruszył ramionami, a Ichigo przyjrzał się ze zdumieniem ciemności, z której dochodził głos Espady.
- Nie spadnie jej włos z głowy – Grimmjow dodał wyjaśniająco i machnął ręką ze zniecierpliwieniem. – Ulquiorra to kolejny idiota, ale dotrzyma słowa danego Aizenowi – przemilczał wymianę spojrzeń pomiędzy tą dwójką. Było w niej coś tak... intymnego, że Grimmjow czuł się zażenowany i poirytowany na samo wspomnienie.
- No to chodźmy – zakomenderował Ichigo i zrobił kilka kroków w kompletnej ciemności. Nie czuł się pewnie, kiedy nagle jeden z jego zmysłów stał się zupełnie bezużyteczny i po chwili potknął się o coś. Spróbował przytrzymać się ściany, ale nie było jej w miejscu, do którego wyciągnął dłoń i stracił równowagę, spadając z niewysokich schodków. Zangetsu upadł z głośnym brzękiem na posadzkę.
- Pięknie, Shinigami – zakpił Grimmjow.
Ichigo wstał przeklinając pod nosem i pozwolił, żeby Espada go wyprzedził. Grimmjow szedł szybko i wkrótce dystans między nimi zaczął się powiększać, więc wyrażając głośno niezadowolenie i przekonanie o całkowitej bezużyteczności Kurosakiego, złapał chłopaka za nadgarstek i znów pociągnął za sobą. Przeszli już spory odcinek korytarza, Grimmjow narzucał ostre tempo. W pewnej chwili jego ręka ześlizgnęła się nieco z nadgarstka Ichigo i nagle trzymał jego dłoń w swojej, nie zwalniając i nie okazując w żaden sposób, że po plecach ślizgały mu się dziwnie ciepłe dreszcze. Ichigo nabrał powietrza w płuca, ale również starał się trzymać tempo i równowagę. To nie było nieprzyjemne, choć do twarzy napłynęło mu tyle krwi, że zaraz mogła trysnąć z jego policzków. Grimmjow trzymał go mocno i pewnie kierował w mrocznym labiryncie. Jego palce zdawały się gładzić wnętrze dłoni Ichigo, ale może to było tylko złudzenie...
Po dłuższej chwili, Grimmjow zatrzymał się i Ichigo prawie wpadł na jego plecy.
- Jesteśmy mniej więcej w połowie. Patrz, dostaje się tu trochę światła. Musieli naprawić zewnętrzny system oświetlenia. - Rzeczywiście, po chwili oczy Ichigo były w stanie rozróżniać kształty, a białe ubranie Espady odcinało się już wyraźnie od mroku korytarza.
- Nie można się tam jakoś teleportować? – zamarudził Ichigo, dotykając swojego piekącego policzka dłonią, którą przed chwilą trzymał Espada w swojej, korzystając z tego, że Grimmjow stał zwrócony do niego tyłem.
- W tych korytarzach nie można używać zbyt dużej ilości energii – odparł Grimmjow w zamyśleniu. Stał chwilę bez ruchu, aż w końcu Ichigo klepnął go w ramię.
- Musimy iść – przypomniał, zdejmując swoją dłoń z ramienia Espady chwilę później niż powinien to zrobić.
- Wiesz, że powinienem cię teraz zabić? – zapytał nagle Grimmjow tonem niemalże konwersacyjnym.
Ichigo osłupiał.
- Ale tego nie zrobię – ciągnął Grimmjow.
- To... to chyba dobrze... – zaryzykował Kurosaki wpatrując się niepewnie w plecy towarzysza, czując się coraz bardziej zdezorientowany.
- Pod jednym warunkiem – mówił dalej Espada. Ichigo milczał, więc dodał – Masz mi powiedzieć, czemu nie pozwoliłeś wtedy Nnoitrze mnie zabić.
- Już ci powiedziałem – zdenerwował się Ichigo. – Cholera, masz jakąś manię! To by po prostu było nie w porządku!
- Nieprawda.
- Właśnie, że tak! – Widząc, że to wyjaśnienie nie wystarcza, Ichigo szukał innych słów. – Po prostu leżałeś tam, ranny i pokonany... ale to nie była litość – zastrzegł szybko. – Po prostu... no po prostu nie chciałem, żebyś umarł.
- Chciałeś dalej ze mną walczyć?
- Tak... To znaczy... Nie wiem, może... Cholera, Grimmjow, do czego ty zmierzasz?!
Grimmjow sam się nad tym zastanawiał. Wiedział jedno – odkąd pojął, co znaczyły jego własne uczucia, pragnął tylko jednego. Zbliżali się coraz bliżej źródła światła i zdawał sobie sprawę, że wtedy Kurosaki znów zacznie należeć do swojego świata, pełnego słońca. Świata, w którym czekali jego towarzysze, by znów nadstawiał za wszystkich i wszystko karku. Gdy wyjdą z tego korytarza, Ichigo na zawsze wyślizgnie mu się z rąk. Miał mało czasu. Miał jedną jedyną szansę.
- Miałem bardzo poukładany świat, wiesz? – powiedział cicho. – Nieustanna walka i destrukcja, byle przeciwnik był lepszy, byle walka trwała dłużej i bylebym zwyciężył. Proste, prawda? Spieprzyłeś mi to, spieprzyłeś mi to wszystko doszczętnie – odwrócił się przodem do Ichigo i zrobił krok w jego stronę. Zdezorientowany chłopak cofnął się nieznacznie. Nie wiedział, czy Arrancar mówi to ze złością, nie czuł nienawiści w jego głosie...
- Pierwszy raz rozumiałem kogoś podczas walki do tego stopnia. Pierwszy raz czułem, że nie tylko ja odczuwam taką radość... A potem nie chciałeś mnie zabić i tego już nie rozumiałem. Nadal nie wiem, po co ci to było, ale rozumiem, dlaczego to zrobiłeś. Po prostu taki jesteś... – kolejny krok, kolejne cofnięcie. Ściana.
- Nie obchodzi mnie, czy jesteś Shinigami, człowiekiem czy innym hollowem. Jesteś idiotą, to na pewno – skrzywił się ironicznie. – Wiesz, że Arrancarzy to hollowy, którym udało się zdjąć maskę? Od tamtej walki... no, odkąd jesteś tutaj... ja... cóż, jak bardzo by mnie to nie wkurzało i komplikowało mi życia, nie czuję się już taki... pusty.
Grimmjow zbliżył się już na tyle, że Ichigo poczuł jego tors tuż przy swoim i w ciemnościach widział wpatrzone w siebie oczy Arrancara. Grimmjow był od niego sporo wyższy i Ichigo czuł się jeszcze bardziej zakłopotany zadzierając głowę do góry, starając się opanować wzburzenie i napięcie.
- Grimmjow? – szepnął pytającym tonem, wpatrując się jak zahipnotyzowany w twarz mężczyzny. Czuł się zagubiony i bezbronny, ale szalejące w nim emocje nie były... nieprzyjemne.
- Ichigo? – odpowiedział pytaniem Grimmjow, przysuwając swoją twarz jeszcze bliżej. – Boisz się, Shinigami? – miało to zabrzmieć drwiąco, ale zawiódł go własny głos i zadał pytanie miękkim, niemal czułym tonem.
Dezorientacja i bezbronność znikły z twarzy chłopaka, kiedy zmarszczył brwi ze złością.
Idiota z ciebie, Grimmj... – nie dokończył, bo poczuł na policzku chłodny dotyk kości, a na ustach ciepłe wargi.
*Muse, „Undisclosed Desires" (mój oficjalny hymn tegoż pairingu)
