II

- Już dawno nie miałam okazji ubierać tak wdzięcznego modela jak ty, Cato. Tylko spójrz na siebie! Nawet bez mojego wysiłku wyglądasz jak młody bóg!

Florence Jenner westchnęła z wielkim podziwem, spryskując muskularne ramiona chłopaka błyszczącym sprayem. Następnie zaczęła go w nie powoli, metodycznie wmasowywać. Tuż obok tłoczyły się jej dwie asystentki – Trish i Samantha. Krzątały się nieco bardziej bezwładnie, niż dotychczas, najwyraźniej rozdarte pomiędzy wypełnianiem poleceń kobiety, a wpatrywaniem się w piękne, atletyczne ciało młodzieńca. Cato wydał z siebie pełen rozkoszy pomruk, po czym zwiesił bezwładnie głowę. Jego stanowcze rysy złagodził odprężony uśmiech. Jego przygotowania powoli dobiegały końca. Parada Trybutów miała się rozpocząć już za niespełna minuty. Dwudziestu czterech wybrańców z każdego Dystryktu Panem miało przejechać imponującymi rydwanami, prezentując się widzom w całym kraju. Ta tradycja inaugurowała Głodowe Igrzyska już od pokoleń, dostarczając wszystkim stylistom najwięcej pracy.

- Choćby, dlatego warto się zgłosić na trubuta – wymamrotał z przymkniętymi powiekami – Jesteś naprawdę cudowna, Florence.

- Każdy z was zasługuje na chwilę sławy – odparła kobieta – Moim zadaniem jest przygotowywać was tak, abyście błyszczeli, póki możecie.

- Ja będę błyszczał znacznie dłużej. Zamierzam wygrać te Igrzyska.

Po jego twarzy przemknął przebiegły wyraz. Florence cofnęła się odrobinę od jego fotela pod pretekstem wytarcia dłoni. Skinęła niecierpliwie na Trish, po czym ta niemal natychmiast pojawiła się ze świeżym ręcznikiem w dłoniach.

Czymże ten biedak różni się od pozostałych trybutów z Dwójki, którzy zajmowali ten fotel przez lata?, pomyślała z dziwną nostalgią. Każdy z nich był dokładnie taki sam – pewny siebie, nieugięty i zuchwały – aż do chwili, gdy stawał na arenie i zaglądał w oczy prawdziwemu niebezpieczeństwu. Czy Florence kiedykolwiek zastanawiała się nad istotą igrzysk? Prawdę mówiąc, nie. Tylko dzięki nim miała pracę i mogła po stokroć dziękować za to losowi. W zamian fundowała swoim chwilowym podopiecznym śmierć w odpowiedniej oprawie stylistycznej. To chyba była sprawiedliwa wymiana korzyści.

Po chwili cały jego tors migotał hipnotycznie w blasku halogenowego oświetlenia. Pozostałe stylistki pomogły mu włożyć pozłacaną, skrzydlatą koronę oraz równie misternie zdobiony pancerz. Kobieta przyjrzała się uważnie swojemu dziełu. Cato wyglądał jak mitologiczny Ares – młody i nieustraszony bóg wojny. To wrażenie znacznie potęgował surowy, zdeterminowany wyraz jego twarzy. Zapamiętała, aby poradzić mu przed wywiadem u Caesara, iż taka mina wcale mu nie służy. Że sprawia wrażenie pogardliwego i zgorzkniałego, a przecież Kapitolińczycy pragnęli wdzięcznych, błyszczących w świetle reflektorów celebrytów o szerokich uśmiechach.

- Wyglądasz niesamowicie – pochwaliła go, podchodząc bliżej i poprawiając na nim przekrzywioną koronę – Dzisiaj olśnisz ich wszystkich.

- Na to liczę – chłopak uśmiechnął się wyrachowanie.

W tym momencie do pomieszczenia wślizgnęła się młoda dziewczyna o burzy jasnobrązowych loków. Jej twarz była mocno zaczerwieniona z emocji, a nugatowe oczy płonęły z podekscytowania. W końcu, to była pierwsza Parada Trybutów, w którą mogła się dostatecznie zaangażować. Była już dostatecznie dorosła, żeby asystować matce, o czym zawsze marzyła. Nawet, jeżeli ograniczało się to tylko do nadzorowania ekipy technicznej.

- Rydwan już czeka, dziewczyna z Dwójki zresztą też. Trochę się niecierpliwi – oznajmiła spokojnie, zerkając nieśmiało na młodzieńca.

- Bez obaw, już kończymy. April, to jest Cato. Mój tegoroczny podopieczny – Florence uśmiechnęła się lekko – Cato, przedstawiam ci moją córkę.

Kobieta pracowała w Centrum Odnowy od wielu lat. Przez jej gabinet kosmetyczny przewinęły się już tysiące trybutów, każdy z nich zrobiony na największe bóstwo, na jakie potrafiła. Nie bez powodu jej stylizacje cieszyły się w Kapitolu wielkim uznaniem, a na paradowe kreacje z Dwójki czekano najbardziej. April zawsze była przy tej pracy. Rok w rok podziwiała wysiłki matki, widząc tu tak wiele twarzy, z którymi następnie musiała się pożegnać na ekranie.

Mimo wszystko, jej oczy jeszcze nigdy nie rozbłysły tak, jak na widok tego chłopaka…

Poranek w Dystrykcie Dwunastym zastał mnie skuloną w pozycji embrionalnej, otaczającą się bezwładnie ramionami i próbującą zagarnąć w ramiona trochę ciepła. Jeszcze nigdy nie sądziłam, że człowiekowi może być tak zimno. Może właśnie z tego powodu ta noc była stanowczo zbyt długa i bezsenna? Może gdybym zasnęła, nazajutrz obudziłaby mnie awoksa z obfitym śniadaniem na tacy, a cały koszmar ostatnich dni okazałby się jedynie podświadomą obawą, która nigdy nie stanie się prawdą?

Mimo wszystko, długie rozmyślania pod osłoną nocy pozwoliły mi rozstrzygnąć wiele wątpliwości. Przede wszystkim, powinnam patrzeć na przyszłość z większą nadzieją, bo inaczej z miejsca zostanę skazana na klęskę. Jeszcze w Kapitolu dowiedziałam się, że Trybunał będzie się przyglądał moim poczynaniom. Może moje zesłanie to jedynie kwestia kilku miesięcy, aby nabyć większej pokory? Może już niedługo wrócę do domu?

Siląc się na wymuszony optymizm wstałam z łóżka, po czym zdjęłam z siebie przetartą koszulę nocną Madge i sięgnęłam po szorstki ręcznik, który najwyraźniej musiała mi przynieść rano pani Undersee. Opatuliłam nim nagie ciało, po czym wyszłam z pokoju, niemal wpadając na burmistrza.

- Panno Jenner! – jęknął, ostentacyjnie odwracając ode mnie wzrok – Gdzie pani się wybiera… W takim stroju?

Natychmiast spłonęłam czerwienią, mocniej nasuwając materiał na piersi.

- Ja tylko chciałam wziąć prysznic… Myślałam, że państwo śpią – odpowiedziałam niewinnie, kryjąc twarz za kaskadą włosów.

W tym momencie mężczyzna odchrząknął tak, jak wczoraj jego żona, z trudem maskując śmiech. Domyśliłam się, że znów palnęłam jakieś głupstwo. Co za niespodzianka.

- Hmm… Obawiam się, że to będzie… niemożliwe – odparł Undersee z lekkim, aczkolwiek nadal zakłopotanym uśmiechem – Dwunastka to nie Kapitol. Nie mamy nieograniczonego zasobu wody. Przykro mi.

Zdusiłam w sobie ciche westchnienie zawodu. Nie kąpałam się, odkąd wyruszyłam w podróż do Dystryktu Dwunastego. Czułam się brudna nawet samym wdychanym powietrzem, przesiąkniętym siarką i zmokłymi psami. Pokiwałam wolno głową, po czym wróciłam do pomieszczenia, z którego wyszłam. Odprowadził mnie zatroskany wzrok staruszka.

Kiedy zamknęłam za sobą odrapane drzwi, już nie potrafiłam stłumić szlochu. Opadłam ciężko na łóżko, nie przejmując się tym, że ręcznik opadł tuż obok moich stóp, a w środku jest tylko nieco powyżej siedmiu stopni. Zwinęłam się w kłębek na materacu i ukryłam twarz w dłoniach.

Niby nic wielkiego – ot kolejne utrudnienie, o wiele mniej istotne, niż głód, który wiercił w moim brzuchu dziurę już od wieczora. Mimo wszystko wystarczył, aby całe moje pozytywne nastawienie gdzieś wyparowało. Miałam ochotę zdemolować ten pokój, krzyczeć, rozbijać okna. Nienawidziłam tego miejsca, nienawidziłam Katniss Everdeen za to, że tu jestem. Jeżeli spotkam ją raz jeszcze, nie zawaham się, żeby ponowić próby jej zabójstwa, choćbym miała udusić ją gołymi rękoma, a potem sama zginąć. Już na niczym mi nie zależało. Chciałam do domu.

Leżałam w bezruchu jeszcze przez około piętnaście minut, dopóki nie drgnęłam gwałtownie na dźwięk szmeru podniesionych głosów. Rozpoznałam w nich państwo Undersee oraz ich córkę. Trzeciego, znacznie spokojniejszego i łagodniejszego, nie znałam. Machinalnie otarłam z twarzy ślady łez i wyprostowałam się, sięgając po ręcznik.

Najwyraźniej miałam dobre wyczucie czasu, ponieważ chwilę później drzwi gwałtownie otworzyły się, uderzając w przeciwległą ścianę. Pojawiła się w nich Madge, a tuż za nią wysoki, barczysty, ciemnowłosy chłopak. Na jego widok pośpiesznie skuliłam się w embrion, podciągając nogi aż pod brodę. Czułam się naga, bezbronna i upokorzona.

Dopiero po dłuższej chwili skojarzyłam jego przystojną twarz z pewnym konkretnym wydarzeniem. Oglądałam ją podczas relacji z tegorocznych dożynek. To on odciągnął pierwotnie wylosowaną, dwunastoletnią Primrose Everdeen od jej siostry, gdy ta się za nią zgłosiła.

Gale Hawthorne. Kuzyn Katniss Everdeen. Jeżeli ktoś mógłby mnie nienawidzić jeszcze bardziej, niż Madge, to właśnie on.

- Co ty tu jeszcze robisz? – warknęła niecierpliwie blondynka, wpychając się przed chłopaka i znajdując się tuż przy mnie w kilku susach – Masz się stąd wynieść, zrozumiano? To mój pokój!

Po chwili rzuciła się jej w oczy zmięta, sponiewierana na podłodze koszula. Zobaczyłam, jak ze ślicznej, wykrzywionej w wyrazie złości twarzy, odpływa cała krew. Drżącą dłonią podniosła ją i przytknęła do szorstki materiał. Coś w tym geście zaniepokoiło mnie na tyle, że cofnęłam się pod samą ścianę.

- Nie mogę uwierzyć, że dali jej moją koszulę! – była naprawdę wytrącona z równowagi, a ja poczułam, jak pod moimi powiekami zbierają się nowe łzy.

Bałam się tej dziewczyny. Bałam się jej gniewu i słusznie. Madge cisnęła ubraniem przez pokój, jakby brzydziła się trzymać je w dłoniach, po czym jej palce zacisnęły się boleśnie na moim nagim ramieniu. Z trudem stłumiłam przeciągłe syknięcie i odwróciłam głowę. Nie chciałam patrzeć w jej pełne żalu i pretensji oczy.

- Proszę… - wycharczałam, czując, że moje serce pragnie wyrwać się z piersi na wolność – Już… już się stąd wynoszę. Przysięgam!

- Madge, zostaw ją.

To Gale. Położył dłoń na ramieniu dziewczyny i spojrzał na nią przeciągle. Miałam wrażenie, że świat stanął w chwili oczekiwania, na decyzję jasnowłosej. Byłam teraz na tyle bezbronna, że mogła bez wysiłku nawet wyrzucić mnie przez okno. Nie wątpiłam, że byłaby w stanie. Próbowałam wyczytać cokolwiek z szarych oczu chłopaka, ale bezskutecznie. To spojrzenie było przeznaczone tylko dla jednej osoby.

Po dłuższej chwili, która była dla mnie wiecznością, Undersee westchnęła i puściła mnie. Oparłam się o ścianę i odetchnęłam z ulgą, rozcierając metodycznie zaczerwienione, piekące miejsce. Wyszeptałam ciche podziękowania, chociaż nie miałam pewności, czy kieruję je do niej, czy do Gale'a. Odpowiedział mi chłopak.

- To nie znaczy, że możesz tu zostać. Masz więcej nie niepokoić ani Madge, ani jej rodziny, rozumiesz?

Skinęłam pokornie głową. Jego zimny głos przeszywał mnie do szpiku kości. Wiedziałam, że ta dwójka to tylko wierzchołek góry lodowej osób, które pragną mnie tutaj zlinczować za to, co usiłowałam zrobić ich zwyciężczyni. W tym momencie nienawidziłam Katniss jeszcze bardziej i może to dało mi impuls, aby przestać być uległą, beczącą idiotką. - Nie potrzebuję niczyjej litości – oznajmiłam cierpko, podnosząc się z miejsca i opasując ciaśniej ręcznikiem – I nie musisz się martwić o swoją dziewczynę. Raczej nie będę wpadać do niej na herbatki. Nie zaiskrzyło.

- Świetnie, więc może wyjdziesz? – odparował, marszcząc brwi.

- O niczym innym nie marzę.

Ruszyłam w stronę drzwi dokładnie w momencie, kiedy pojawili się w nich Undersee'owie. Burmistrz podtrzymywał zapłakaną żonę ramieniem, a jego mina wyrażała głębokie skruszenie i zakłopotanie.

- Dziękuję państwu za opiekę tej nocy – wysiliłam się na uprzejmy uśmiech, chociaż miałam ochotę rozepchnąć ich na boki i jak najszybciej opuścić ich dom – Nigdy tego nie zapomnę.

W tym momencie matka Madge spojrzała z lękiem za córkę i wręczyła mi małe zawiniątko. Rozwijam je drżącymi palcami, niepewna, co w nim znajdę. Na widok prostego, ciemnozielonego kompletu złożonego ze znoszonej bluzki i spodni jestem bliska bezradnego jęku. Domyślam się, że to rzeczy dziewczyny, która przed chwilą na mnie napadła.

- Rano zaniosłam twoją sukienkę do Hazelle Hawthorne na przepierkę – wyjaśniła cicho kobieta – Po południu powinna być do odebrania. Jeżeli chcesz, możesz ją sprzedać, ale wątpię, czy ktoś ją kupi. Chyba jest dla nas zbyt wytworna.

Przypominam sobie mój wczorajszy strój, w którym powitałam Dwunastkę. Była to ta sama droga, wysadzana klejnotami sukienka, w której byłam na balu u prezydenta Snowa na zakończenie Tournee Zwycięzców. Kiedy mnie schwytano, nie mogłam się nawet przebrać. Do Dystryktu nie wolno mi było zabrać żadnej z moich rzeczy, poza zimową kurtką i ciepłymi śniegowcami, które dostarczyła mi mama tuż przed odjazdem. Strażnicy Pokoju mieli tylko wywieźć mnie na zesłanie, a nie dopilnować, abym umarła z zimna po drodze. Chociaż może tak byłoby lepiej.

Zakłopotana ścisnęłam w podzięce drobną dłoń kobiety. Ta uśmiechnęła się smutno, po czym puściła męża i wzięła mnie w ramiona, zamykając w lekkim uścisku.

- Niech los zawsze ci sprzyja, moje dziecko – szepnęła mi wprost do ucha.

Ona również zdała sobie sprawę z tego, że już nie mogę na nich liczyć. Mimo wszystko i tak jestem jej niewymownie wdzięczna. Kto wie, czy to nie ostatnia dobroć, jakiej doświadczę od mieszkańców Dwunastki?