Nie jest pewien, kiedy wszystko się układa. Następnego dnia rano jedzą razem śniadanie, i kolejnego też, i jeszcze następnego - również. Rozmawiają o bardzo normalnych sprawach i, ku jego zaskoczeniu, nie jest ani trochę niezręcznie. John żartuje, robi mu herbatę i Sherlock parę razy musi sam sobie przypomnieć o wszystkim, co się wydarzyło od momentu jego powrotu do wczorajszego wieczora. Nie ma pojęcia, jak teraz będzie wyglądało jego życie z Johnem, nie jest nawet pewien, czy jeszcze kiedykolwiek będzie mógł go dotknąć, poczuć jego zapach na sobie, smak na języku… nie wie. Być może powrócą do rutyny sprzed Upadku i o seksie ani żadnej fizycznej intymności nie będzie mowy, ale Sherlock jedynie przed samym sobą przyzna, jak bardzo pragnie dotyku Johna, jak bardzo go potrzebuje. Rozbudzone podczas tamtej nocy pragnienie zdaje się w nim rosnąć i rozrywać go od środka centymetr po centymetrze, i jest pewien, że kiedyś w końcu go złamie, jednak nie potrafi nic na to poradzić. Głód jest coraz większy, szczególnie teraz, gdy ma obiekt swoich marzeń tak blisko, właściwie na wyciągnięcie ręki, gdy ma świadomość, że jeśli zbliżyłby się do niego choć odrobinę, mógłby go mieć. Robi krok dalej, lecz wcale go to do Johna nie zbliża, wręcz przeciwnie: mężczyzna zdaje się być odległy jak nigdy wcześniej. Na myśl natychmiast przychodzi mu mit o Tantalu, skazanym na wieczny głód i pragnienie, brodząc po kolana w wodzie, mając owoce na wyciągnięcie dłoni. Pomimo dostępności wszystkiego, czego potrzebował, nie mógł tego dosięgnąć, nieważne, jak bardzo próbował. Tantal został ukarany za igranie z bogami. Chciał udowodnić, że jest najsilniejszy.

Męki Tantala, myśli Sherlock i prycha na własny sentymentalizm.


Świat Johna Watsona legł w gruzach - może to powiedzieć z pełną odpowiedzialnością. Człowiek, którym był, odszedł dawno temu - sam nie jest przekonany, czy stało się to po odejściu Mary, czy po „samobójstwie" Sherlocka. Jedno jest jednak pewne: z jego przeszłą osobowością poza nazwiskiem nie łączy go w tej chwili nic. Życie przed narodzinami córki zdaje mu się opowieścią snutą przez jakiegoś znajomego wspominającego czasy szkolne czy studenckie, wydarzenia, o których nie był sobie w stanie przypomnieć. Jedyną stałą w jego życiu okazuje się Sherlock: to on łączy te dwa obce światy, przed i po, zakotwicza go w teraźniejszości i jest jedynym oparciem. Nie wie, co ma o tym myśleć, choć podejrzewa, że powinien się domyślić, że tak właśnie to wszystko - małżeństwo, ojcostwo - się skończy. Sherlock zawsze go przyciągał, zawsze był jak planeta z własną grawitacją, zawsze wygrywał. John uświadamia sobie, że przed Upadkiem właściwie nie widział już dla siebie innej przyszłości: Sherlock w jakiś dziwny, niezrozumiały sposób gościł w każdym jego planie, każdej wizji, wszystko inne mogło się zmienić, ale nie jego przyjaźń z mężczyzną. Przyjaźń. Teraz nawet nie wie, czy wciąż może używać tego słowa.

Prawda jest taka, że obaj przeszli przez piekło. On: dwóch lat samotności, obwiniania się, modlenia o cud; Sherlock: sam nie wie czego, choć sądząc po zachowaniu mężczyzny po jego powrocie do żywych i do Londynu, jemu również nie było łatwo. John dopiero teraz zdaje sobie sprawę, że właściwie nigdy o to nie zapytał. Prawdopodobnie Sherlock i tak by mu nie odpowiedział, tak jak nie odpowiedział mu na pytanie, jak to zrobił, ale czuje, że powinien chociaż spróbować. To chyba tyle, jeśli chodzi o prawo do używania słowa „przyjaźń".

Jest wściekły. Jest wściekły na Mary za to, że go oszukała, że okłamywała go na każdym kroku, że wmieszała go w świat, do którego nie chciał należeć. Jest wściekły na Sherlocka, że nie powiedział mu wcześniej, choć musiał widzieć, że nie powstrzymał go, zanim było już za późno. Ale najbardziej jest wściekły na siebie za to, że był tak głupi, że próbował czegoś, co nie było mu pisane, że chciał oszukać się, że tak ma być, że ufał Mary, że wybrał . Tyle że… nie tak miało być. Miał być szczęśliwym mężem pięknej kobiety i ojcem ślicznej dziewczynki, miał mieć duży dom z ogrodem i trwałą przyjaźń z Sherlockiem.

Zamiast tego siedzi w swojej dawnej sypialni na półpiętrze w mieszkaniu przy 221B Baker Street i zastanawia się, czym sobie na to wszystko zasłużył.


Sherlock nie zadaje żadnych pytań - po prostu przystosowuje się do warunków tej nowej rzeczywistości - aż do dnia, gdy otrzymuje od Lestrade'a wiadomość z prośbą o konsultację na miejscu zbrodni. W początkowej ekstazie związanej z powrotem do pracy zapomina o Johnie i o wszystkim, co ich przez ostatnie tygodnie spotkało, zabiera z biurka szalik i wychodzi z mieszkania, i jest w połowie schodów, gdy myśl o Johnie uderza go i niemal zwala z nóg. Zawraca bez zastanowienia, decydując, że musi przynajmniej spróbować. Wraca do mieszkania i wchodzi na górę do sypialni Johna, pukając i czekając na „proszę", zanim odważy się wejść do środka i najbardziej neutralnym tonem zapytać:

— Lestrade dzwonił, ma jakieś morderstwo w okolicach Hammersmith. Idziesz?

John przytrzymuje jego spojrzenie, a Sherlock nie ma pojęcia, dlaczego to zdaje się rozcinać jego skórę jak sztylet; mimo to nie opuszcza wzroku, dopóki John nie skinie głową krótko.

Jadą razem na miejsce zbrodni. W taksówce obaj milczą. Sherlock jest prawie wdzięczny za tę ciszę.

Gdy tylko dostrzega ciało ofiary, zapomina o wszystkim, co się przez ostatnie godziny wydarzyło. Jego umysł pracuje na najwyższych obrotach, dedukcje przyćmiewają wszystkie inne myśli, przysłaniają żal i znów jest panem własnego świata. Nie wie, ile czasu mija - może kilkadziesiąt sekund, może kilka minut - gdy ponownie się odzywa. Przywołuje kolejne fakty i zdarzenia, które szybko układają się w logiczny ciąg. Lestrade notuje jego spostrzeżenia, ale Sherlock o to nie dba, znów czuje się tak jak po siedmioprocentowym roztworze kokainy, znów ma kontrolę. Dopiero gdy kończy wywód i zewnętrzny świat zaczyna powoli do niego docierać, dostrzega, że John stoi zupełnie bez ruchu, wpatrzony w niego prawie jak dawniej. Przez chwilę ma nadzieję, że mężczyzna coś powie, że usłyszy „jesteś niesamowity" i będzie jak kiedyś, lecz z każdą kolejną milczącą sekundą nadzieja coraz bardziej w nim słabnie, aż w końcu umiera i Sherlock przez chwilę nie czuje nic.

— Myślę — zaczyna, ale jego głos łamie się. Odchrząka. — Myślę, że z resztą sobie poradzisz, inspektorze. — Urywa. — John? — rzuca i odchodzi, nie oglądając się za siebie.

John dogania go, gdy jest już przy głównej ulicy, próbując złapać taksówkę. Sherlock stara się omijać jego spojrzenie. Podejrzewał, że ten pomysł może okazać się nietrafiony, ale… Istniał w nim cień wiary, że jeśli przypomni Johnowi to, co połączyło ich po pierwszym spotkaniu, adrenalinę wynikającą z tej pracy, być może wszystko wróci do normy. Oczywiście był głupcem, sądząc, że jedna sprawa cofnie lata cierpienia i wszystkie jego grzechy. Jest głupcem.

John nie odzywa się całą drogę powrotną na Baker Street. Sherlock ma wrażenie, że ta cisza rozcina go na wskroś, że otwiera klatkę piersiową i uwalnia jego serce, że eksponuje go na ciosy, które John dopiero mu zada.

Wchodzą do kamienicy, ale tym razem to Sherlock idzie pierwszy, tym razem to on będzie czekał, tym razem - wciąż - odda Johnowi pełną kontrolę. Może naprawdę nic nie dzieje się bez powodu.

Staje przy oknie, odwracając się do drzwi plecami. Po kilkunastu sekundach słyszy kroki - powolne i rytmiczne - i mentalnie przygotowuje się na cios. John zatrzymuje się kilka kroków za progiem, najwyraźniej oczekując, że Sherlock zrobi pierwszy ruch. Taki obrót spraw zbija go na moment z tropu, lecz szybko dochodzi do siebie. Neutralność, myśli bez emocji. Musi zacząć od neutralności, musi zacząć od samego początku, inaczej ta farsa nigdy się nie skończy.

— Przepraszam.

— Za co? — odpowiada John sekundę po tym, jak wypowiada ostatnią sylabę, i słyszy w tym pytaniu ulgę.

Odchrząka.

— To nie był dobry pomysł, nie powinienem… Nie powinienem cię zabierać ze sobą. Wiem, że nie chcesz mieć z moją pracą nic wspólnego, nie powinienem… — Urywa, wciąż nie znajdując w sobie odwagi, by się odwrócić, by spojrzeć Johnowi w oczy, otworzyć się przed nim i pokazać mu swoje krwawiące serce. Nie jest w stanie.

John milczy i Sherlock bierze to za potwierdzenie swoich przypuszczeń. Zamyka oczy i bierze głębszy oddech, i słyszy, że John podchodzi bliżej. Jest tak blisko, że gdyby odwrócił się i podszedł jeszcze krok, może dwa, mógłby go dotknąć, mógłby zanurzyć się w nim, wdychać jego zapach, mógłby wyciszyć te nieustannie krzyczące w jego umyśle głosy, mógłby znów poczuć, mógłby…

— Sherlock, ja… To nie tak, że nie chcę, po prostu… potrzebuję czasu. Obaj potrzebujemy.

Kiwa głową. Czas. Ma wrażenie, że czas to tylko kolejny czynnik, który ich od siebie oddala, tak jak przestrzeń i przeszłość, teraz ten czas, którego John potrzebuje i którego Sherlock nie jest w stanie wytrzymać, ponieważ zdaje się od rozcinać jego serce na pół. Popełnia błąd za błędem, ma wrażenie, że został umieszczony na scenie wielkiego teatru nieznajomych twarzy i nie dostał żadnych wskazówek ani scenariusza. Jest zagubiony, miota się, a widzowie po kolei opuszczają swoje miejsca i wychodzą. Myliłem się!, chce krzyknąć, mylił się, mylił się, mylił się, ale nie ma już nikogo, kto by go wysłuchał. Odwraca się i za skrzywioną maską dostrzega ciepły wzrok Johna. Wyciąga dłoń, ale John nie zdejmuje maski ani nie porusza się. Sherlock jest kompletnie bezradny.

Jest bezradny, gdy John odwraca się i wychodzi do swojej sypialni.


Czasem, tylko czasem, nachodzą go myśli o tym, jak - paradoksalnie - łatwo byłoby to wszystko skończyć. W tych momentach znów wracają myśli o Tantalu. Powinien umrzeć z głodu i pragnienia; a może mógłby odgryźć sobie język i wykrwawić się na śmierć, tak jak on mógłby wstrzyknąć sobie śmiertelną dawkę kokainy, zastrzelić się, utopić, ma tysiące metod. Mógłby z tym wszystkim skończyć, mógłby uciec i nawet Mycroft nie byłby w stanie go znaleźć. Mógłby odsłonić zasłonę bólu i tęsknoty. Teoretycznie nie tylko może, ale też powinien to zrobić, „dla własnego dobra", jak mówią ludzie. Sam sobie nie jest w stanie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego zachowuje się nielogicznie. Dlaczego jest nieracjonalny. Dlaczego świadomie wybiera to, co sprawia, że pogrąża się głębiej w żalu i cierpieniu.

Może prawdziwą karą Tantala nie była niemożność zaspokojenia swoich pragnień, mając wszystko na wyciągnięcie dłoni. Może największą karą był fakt, że mimo bolesnej świadomości nie potrafił zakończyć swoich cierpień.