Jakby wstęp do poprzedniego. Wytłumaczenie. World-building. Retrospekcja. Jak zwał, tak zwał. Więcej Seba/Wiru dla aa, w każdym razie.
Niepodzianka
— Estetyka doskonałości — mruknął Sebastian – podejrzanie kocio, uznał Will — jest akurat czymś, co powinno być ci bliskie.
Shinigami poprawił okulary. Spokojnym gestem, upewnił się w myślach, z pewnością nie nerwowo.
— Nie przyszedłem tu po to, by dyskutować o demonim kategoryzowaniu świata. Jestem tu w ramach obowiązków służbowych. Mam pracę — podkreślił do słowo — do wykonania. Pracę. Obowiązek. Nie dzieło estetyczne czy sport, czy jak wy tam traktujecie wasze zaspokajanie prymitywnych popędów — prychnął.
— Masz na myśli: żerowanie? Spożywanie posiłków? — Demon uniósł brew w arystokratycznym wyrazie zdumienia. — Ależ, może to popęd prymitywny, ale przyznasz chyba, że raczej… zrozumiały. Nie każdy chce i może zostać świętą anorektyczką, fanatyczką zapału, Will.
Ostatnie zdanie uderzyło jakby nieco za blisko pewnych faktycznych cech bożka śmierci, by zostać przyjętym obojętnie. Oczywiście, Spears takich swoich cech jak sumienność czy oddanie, czy legalizm nie uważał za wady, przeciwnie; zawsze to jednak nieprzyjemnie, jak sam diabeł ci takowe wypomina.
— Kiedy my właściwie przeszliśmy na „ty"? I to zdrobniałe? — bąknął William z irytacją.
— Na imprezie w 1918, po skończeniu wojny – pamiętasz, świętowaliście koniec okresu stałych nadgodzin i braku urlopów? No, potem oczywiście okazało się, że Rosjanie jeszcze nie powiedzieli ostatniego słowa i urlopy i tak wam przepadły…
— Pamiętam — uciął wspominki shinigami.
— Naprawdę? Bo pod koniec wyglądałeś, jakbyś mógł już mieć problemy — zaskoczenie oraz podziw w głosie Sebastania były podane w otoczce najniewinniejszego tonu tudzież wyglądu świata.
Bożek natychmiast przyjął postawę obronną. Może nieco przesadził wtedy, faktycznie, może potem mu musieli przejawić taśmę koledzy, by zobaczył, co nawyprawiałam, ale tego dnia było święto i mieli oficjalne pozwolenia! Cała libacja odbyła się za wiedzą i zgodą, i aprobatą przełożonych, nawet obecność demonów została podbita pieczątką, niechże więc teraz ten anarchista go nie irytuje.
Sebastian tylko wzruszył ramionami, po czym otworzył usta, by coś dodać, gdy miłą pogawędkę przerwał im ryk bólu mężczyzny. Bruneta. Leżącego na prymitywnym stole operacyjnym gdzieś górach Afganistanu. Pacjentowi wyciągano odłamek z klatki piersiowej. Najwyraźniej na żywca.
— O, ocknął się — zauważył nieuważnie demon. — Jakże nieuprzejmie, będzie nam przeszkadzał w konwersacji.
— On by chyba też wolał nie — odparł Spears. — Dobra, to ja go grzecznie, zgodnie z procedurami pozbawiam życia, a ty się nie wtrącasz, jasne?
Rozmówca zacmokał z widoczną urazą.
— Tłumaczyłem ci, Will. Estetyka. Ten człowiek jest praktycznie dziełem sztuki w budowie. Idealną kanwą. Rzadką rudą marmuru. Cennym kruszcem. Do tego te okoliczności – ta zdrada najbliższych, ta ironia z rakietą – bezcenne. Nie znajdę takiego drugiego przez jakiś czas. Estetyka po prostu żąda ode mnie działania.
— Obowiązek nakazuje mi cię powstrzymać, diable — oznajmił shinigami; jego głos stracił poprzedni cień familiarności, stał się twardy i suchy, oficjalny jak odczytanie rządowego dekretu w państwowej telewizji. W kraju totalitarnym. — Czego nawet nie chcę, więc proszę, nie próbuj.
Sebastian zacmokał ponownie, tym razem raczej pobłażliwie.
— Szalony komplement w twoich ustach. I pewnie wiele cię kosztował, ale na wszystkie moce wszechświata, czy musimy od razu przechodzić do zgodnej z procedurami — ostatnie słowa wysyczał — walki? Tak miło się gawędzi…
— Mam obowiązki — powtórzył Spears.
— Ten człowiek musi zginąć na tym stole operacyjnym. Niekoniecznie w tej sekundzie. Narzędzia są dobre, chirurg zręczny – właśnie, daj mu jeszcze trochę się podszkolić.
Zwłaszcza ostatnia uwaga dotknęła czułej strony w duszy shinigamiego. Szkolenia, ewaluacje, standardy. Wahanie zabłysło w jego spojrzeniu, demon dodał tymczasem, nachylając się ku niemu, przykładając wargi do ucha:
— Moglibyśmy spędzić te kilka minut zdecydowanie przyjemniej… i odłożyć zakończenie naszego małego sporu na później, kiedy będzie faktycznie nieunikniony. Efektywność, Will — stwierdził, liżąc mu przy tym płatek ucha. — Zarządzanie czasem.
Spears poczuł się naraz dziwnie słabo. Argumenty Sebastiana niewątpliwie miały sens – a jego lekkie pocałunki, które shinigami czuł na szyi, miały sensu jeszcze więcej. Właściwie dysponowały chyba niewątpliwą racją moralną, pod którą jeszcze demon znalazł odpowiednią podkładką prawno-administracyjną. William porzucił więc skrupuły, przechylił głowę i spróbował złapać wargi tamtego…
…Po czym prawie się przewrócił, gdy Sebastian właśnie w tym momencie chwycił jego kosę i uskoczył na bezpieczną odległość.
— Will, Will, Will — zakląskał. — Czy ty nigdy nie pojmiesz, że ze mną nie możesz wygrać? Z innym – niewykluczone, ale ze mną – nigdy.
Z tymi słowami sfrunął nad operowanego. Wściekły, upokorzony Spears skoczył za nim, gotów walczyć tak haniebnie, jak na pięści, kiedy między demonem a pacjentem wyrosła ściana energii, broniąca mu dostępu.
Obaj zamarli. Taka ściana świadczyła tylko o jednym – ktoś już zawarł kontrakt na ochronę mężczyzny. Inny demon nie miał wię do tego prawa. Skoro jednak kontrakt istniał, to i shinigami nie ma tu czego szukać…
— W dokumentacji nie było o tym ani słowa — wyszeptał wstrząśnięty William.
W głowie układał hipotezy. Czyżby niebiańska biurokracja śmiała się tak straszliwie omylić? Niemożliwe. W takim razie doszło do sprytnego złamania reguł, ktoś zdołał uniknąć rejestracji, pewnie by nie płacić podatku albo ukryć nielegalne szczegóły kontraktu.
— Najwyraźniej wasz urząd to nie to, co dawniej. Szkoda. Cóż za upadek. Musicie mieć niezły bajzel w papierach, skoro już przegapiacie całe kontrakty — rozległo się oba bytami dźwięcznym, dziewczęcym, miłym głosem.
Żaden z nich nie dał się mu zwieść. Sebastian, okręcając się, rzucił kosę shinigamiemu, który również przybrał postawę bojową.
— Lilit! — wykrzyknęli naraz, próbując przepoić ton radosnym zdumieniem.
Nie wyszło, ale kobieta: ruda, szczupła, trochę piegowata, lecz ładna, nie sprawiała wrażenia urażonej.
— Mówcie mi teraz Virginia. Pepper, właściwie. Pepper Pots. Mam zaszczyt bycia osobistą asystentką pana — mówiąc to, wskazała ręką na charczącego na stole operacyjnym mężczyznę — Tony'ego Starka.
