Rozdział 3. Na Pokątnej

Ulica Pokątna miała w sobie coś z ponadczasowości. Zmiany, jakie na niej następowały, były zawsze nieśpieszne i ledwo zauważalne. Z drobnymi wyjątkami, rzecz jasna. Do historii przeszło otwarcie sklepu „Magiczne Dowcipy Weasleyów", które przez kilka dobrych miesięcy stanowiło powód niezliczonych kontrowersji i dyskusji. Od tego czasu minęło już jednak niemal ćwierć wieku i „Dowcipy" tak wrosły w krajobraz ulicy, że obecnie nikt nie wyobrażał sobie Pokątnej bez ich kolorowej witryny.

Sporo zmian dokonało się po Drugiej Wojnie Czarodziejów. Wielu dawnych właścicieli kamienic straciło w niej życie, kilku opuściło ten zakątek na zawsze. Ale na miejsce dawnych mieszkańców przybyli nowi, otworzyli swoje sklepy czy lokale – i tak szybko wtopili się w sąsiedztwo, że po roku czy dwu ktoś niewtajemniczony nie odgadłby nigdy, kto z mieszkańców jest tu nowy, a kto zasiedziały od pokoleń.

Oczywiście nie dotyczyło to rodu Ollivanderów, od ponad dwu tysiącleci zajmującego się wytwarzaniem różdżek. O tej mającej druidzkie korzenie rodzinie wszyscy wiedzieli, że mieszkali tu oni zanim jeszcze ulica Pokątna powstała, ba, nawet zanim Rzymianie przemianowali celtyckie Lyn-dun na Londinium.

Ulica kończyła się ślepą ścianą; wysokim, ceglanym, nieotynkowanym murem. Za nim znajdowało się podwórze pubu „Pod Dziurawym Kotłem" stanowiące jedno z przejść pomiędzy światem zwykłych ludzi, a światem zamieszkałym przez mugoli. Gdy ktoś chciał przedostać się z pubu na ulicę, w murze otwierał się portal o łukowatym sklepieniu. Ot tak, jak właśnie teraz, w ciepły wieczór ostatniego dnia sierpnia.

Harry Potter szybkim krokiem przeszedł przez portal, który niezwłocznie zamknął się za nim i wtopił w mur, jakby nigdy nie istniał. Minister minął kilka sklepów, których właściciele zasuwali już żaluzje na witrynach. Przeszedł koło „Magicznych Dowcipów Weasleyów" i zatrzymał się przed niepozornymi drzwiami na prawo od krzykliwej wystawy z rozmigotaną reklamą: „Hit sezonu – sznurowadła gordyjskie. Raz zawiążesz i spokój!"

Na gładkiej politurze drzwi umieszczone były obok siebie dwie mosiężne kołatki. Lewa miała kształt głowy lwa, a na zwisającym mu z pyska kółku wypisane było: „A & G". Prawa przypominała z wyglądu głowę sowy, a na trzymanym przez nią w dziobie kręgu widniało: „H & R". Harry zastukał dwukrotnie prawą.

- Powiedz mi, kim jesteś, a dowiesz się, czy zastałeś gospodarzy w domu – odezwała się sowa metalicznym głosem.

- Harry Potter. Przecież mnie znasz.

- Służba nie drużba – odparła filozoficznie kołatka – Wejdź. Jesteś oczekiwany.

Drzwi rozpłynęły się w brunatną mgłę, która następnie rozsunęła się jak kurtyna. Harry wszedł do wąskiej sieni, pachnącej pastą do podłóg i oświetlonej kilkoma lampkami w wesołych, żywych kolorach. Wejście bezszelestnie zamknęło się za nim. Po kilku krokach korytarz rozwidlał się. Harry skręcił w prawo i wspiął się po szerokich, spiralnych schodach, których bukowe stopnie cicho skrzypiały pod jego nogami. Odgłos ten wywabił z pokoju młodego patykowatego rudzielca o łobuzerskim wyrazie piegowatej twarzy.

- Cze, wujek! – zawołał na widok Harry'ego.

- Hej Hugo! Jak tam, gotów do drugiego roku nauki?

- Jasne! Właśnie się pakuję.

- Tak sam?

- Nooo... Pewnie... – Hugo starał się zrobić minę pod tytułem „uosobiona niewinność", ale nie wyszło mu to zbyt dobrze.

- W takim razie, przez delikatność nie spytam, co wyląduje w twoim kufrze... A gdzie Różyczka?

- U wujka George'a.

- Aha. No to pakuj się, pakuj... – Harry mrugnął lekko do Hugona.

Na drugim piętrze, w gustownie umeblowanym salonie czekali już na niego Ron i Hermiona, para jego najlepszych przyjaciół, a od kilkunastu lat również powinowatych. Na środku dębowego stołu stał kuty żeliwny trójnóg, a na nim bulgotał czajniczek z herbatą podgrzewany magicznym płomykiem niewymagającym żadnego paliwa. Obok stały cztery filiżanki ozdobione błękitnymi arabeskami.

- Cześć Harry, jesteś sam? – zdziwiła się lekko Hermiona.

- Ginny nie mogła przyjść. Bliźnięta za bardzo dają się jej we znaki.

- Remus i Gaja?

- Nie – Harry uśmiechnął się szeroko. – Następcy!

- No przecież! –Rozpromieniła się Hermiona. – Ile jeszcze czasu? Trzy tygodnie?

- Niecałe cztery. Ale wiesz, z bliźniakami różnie bywa.

Usiedli. Hermiona nalała herbatę do filiżanek, podała mleko i cukier. Zawsze robiła to ręcznie, choć przecież mogła posłużyć się różdżką. Po porostu uważała, że tak powinna postępować prawdziwa pani domu.

- Zastanawiam się – powiedział Ron w zamyśleniu – czy mówiłeś Ginny o tamtej przepowiedni.

- Tak – uśmiechnął się lekko Harry – stwierdziła, że z byciem ministrem mam sobie sam poradzić, a co do reszty, to żebym absolutnie nie próbował szukać pomocy gdzieś poza domem.

- Co to za przepowiednia? – zainteresowała się Hermiona.

- To było w piątej klasie, no nie, Harry? Trelawney przepowiedziała mu, że zostanie ministrem magii... i że dożyje sędziwej starości...

- I jeszcze z tuzin drobiazgów – dokończył szybko Harry.

- Ze też chce się wam w to wierzyć... – Hermiona wzniosła oczy w wyrazie dezaprobaty.

Przez kilka chwil rozmawiali o niczym, sącząc powoli herbatę. W międzyczasie na stole pojawił się duży półmisek, zawierający nadziewane różą ciasteczka („Wypiek mamy" – wyjaśnił Ron). W końcu rozmowa zeszła na temat, dla którego się dzisiaj spotkali. Harry rozpoczął od dokładnego opowiedzenia wszystkiego, co zapamiętał z wczorajszego zajścia w korytarzu ministerstwa.

- Wtedy kazałem zamknąć wyjścia i zebrać się wszystkim w atrium. – powiedział na zakończenie – Nie jestem pewien, czy to był dobry pomysł. Chyba niepotrzebnie narobiłem rabanu. Jeszcze pójdzie fama, że spanikowałem.

- Jaki raban, co ty mówisz? – obruszył się Ron – Rabanu narobił „Prorok". I tak wszyscy by się dowiedzieli.

- Mogłem udawać, że nic się nie stało. Że to kaczka dziennikarska, albo qui pro quo, ja wiem? Poprosić Katie, żeby potwierdziła moją wersję.

- Harry, przecież sam wiesz, że to by nic nie dało. Skoro ktoś zadał sobie trud, żeby sprawę nagłośnić, to tak czy siak, dopiąłby swego. – Hermiona poparła męża – A przecież nie po to Kingsley całe lata pracował nad oczyszczeniem wizerunku ministerstwa, nad przejrzystością procedur, żebyśmy teraz mieli zacząć kręcić. Czasy Knota minęły!

- Taak, teraz ministerstwo jest tak przejrzyste, że każdy może sobie ustrzelić ministra. – zadrwił Harry – Jestem oszołomiony. Znaczy się, byłem.

Przez chwilę śmiali się serdecznie. Gdy ochłonęli, Harry kontynuował – już poważnym tonem:

- W gmachu było nie więcej niż trzydzieści osób. Gdy wszyscy zebraliśmy się w atrium, rzuciłem homenum revelio – nikt się nie ukrywał. Po krótkim przepytaniu obecnych, stało się jasne, że tylko cztery osoby nie mają mocnego alibi na ostatni kwadrans: Katie Bell, Barry Bothhave ze współpracy międzynarodowej, Mordechaj Findengeld z kontaktów z goblinami no i ja sam... Jednak Bothhave'a i Findengelda widziano, jak wybiegają ze swoich biur, spory kawał drogi od miejsca, gdzie mnie zaatakowano, zaraz po tym, jak ogłosiłem alarm. Sprawdziliśmy ich różdżki, priori incantatem, wszystko było w porządku. Podobnie zresztą, jak z różdżką Katie... Sprawdziliśmy też, czy ktoś z obecnych nie jest opętany, przemieniony w kogoś innego albo czy nie znajduje się pod wpływem imperiusa. Nikt nie był... Następny krok to było skontrolowanie, kto opuścił ministerstwo w ostatnich minutach przed zamknięciem bram. Takich ludzi było dwu: Platon Mulciber i Kasjusz McPherson. Obaj mają mocne alibi. Aurorzy sprawdzili ich różdżki wkrótce potem. Wygląda, że są w porządku.

- Ten... Mulciber – zaczął powoli Ron ostawiając filiżankę. – On przecież nie pracuje w ministerstwie. Uczy w Hogwarcie.

- Tak. Był w naszej bibliotece. Przeglądał inkunabuł o postscholastycznej numerologii. Ma na to świadków.

- Mulciber... Wielu z tej rodziny było adeptami czarnej magii. Kilku nawet zostało śmierciożercami.

- Platon ma czystą kartotekę – wzięła go w obronę Hermiona; jako pracownica Departamentu Przestrzegania Prawa dostała zlecenie przeprowadzenia śledztwa w sprawie wczorajszego zdarzenia. – Sprawdziłam dokładnie. Nigdy nie wszedł w konflikt z prawem, nie był notowany, podejrzewany ani wplątany jakąkolwiek w aferę... Nic!

- Za to lubi siedzieć w bibliotece, więc jest poza wszelkim podejrzeniem.

- Ronaldzie, jeśli nie chcesz paść ofiarą przemocy domowej, sugerowałabym ci powstrzymanie się od takich komentarzy.

- Dobrze, kochanie, już nie będę. Przez jakiś czas...

Harry uśmiechnął się. Takie przekomarzanki miedzy Ronem a Hermioną zawsze poprawiały mu nastrój. Spokojnie wypił jeszcze dwa łyki herbaty, po czym ciągnął dalej:

- Zastanawiałem się, czy nie byłbym w stanie poznać napastnika po głosie. Ale nie. To był głośny szept, pozbawiony cech szczególnych. Równie dobrze mógł należeć do mężczyzny, jak i do kobiety. Rozważałem też możliwość, że tak naprawdę w ogóle nikogo tam ze mną nie było. To mogła być klątwa, którą po prostu wyzwoliłem przechodząc. Ale ta hipoteza jest nie do utrzymania. Trzy zaklęcia rzucone w nieregularnych odstępach, wrażenie, że ktoś na mnie patrzy, kroki dookoła, widok butów... Niewykonalne! Tak, zamachowiec musiał być fizycznie obecny w tym korytarzu. A skoro tak, to przecież nie mógł opuścić ministerstwa przez nikogo niezauważony.

- A jeśli ktoś mu pomagał? Na przykład domowy skrzat?

- Skrzaty też nie mogą się teleportować w obrębie ministerstwa – wyjaśniła Hermiona – Kingsley o to zadbał po ostatniej wojnie. Obawiam się, że tą drogą do niczego nie uda się nam teraz dojść. Co gorsza, kolejny trop też się urywa. Byłam w redakcji „Proroka". Ten tekst ktoś tam podrzucił wczesnym popołudniem. Widziałam oryginalny pergamin. Był obłożony silnym zaklęciem konfundującym, proteuszem i interdyktem na dodatek.

- Co robi ten interdykt? – zdziwił się Ron – Chyba nie słyszałem o takim zaklęciu.

- Jest bardzo rzadkie, mało kto potrafi je rzucić. Nigdy nie występuje samodzielnie. Modyfikuje działanie innych czarów zawieszając ich działanie w pewnych przypadkach. Na tym pergaminie był głupawy tekst dotyczący korupcji w klubie gargulkowym. Przynajmniej na taki wyglądał. Jednak, gdy ktoś go próbował przepisać, pisał tekst o ataku na Harry'ego... będąc święcie przekonanym, że pisze o gargulkach. W ten sposób notka znalazła się w gazecie. Sprawcy wystarczyło potem zdjąć confundusa.

- Ze wszystkich egzemplarzy naraz?

- Po to był proteusz i interdykt. Wystarczyło mieć jeden egzemplarz. Proste i genialne. Choć nie, nie mam racji. To było genialne, ale wcale nie proste.

- Pozostaje jeszcze kwestia motywu – podjął Harry po chwili – trudno zrozumieć, czemu ktoś zadał sobie tyle trudu i podjął spore ryzyko, żeby mnie nieco poturbować. I po co tak kombinował? Przecież mógł mnie od razu oszołomić a nie cedzić klątwę po klątwie.

- Expelliarmus jest znacznie szybszy od drętwoty – zauważył Ron.

- Okej, racja. Napastnik z pewnością wiedział, że jestem dość zręczny i zaprawiony w walkach. Ale nie powiesz mi, że porażenie ciała było w tej sytuacji potrzebne. Po skutecznym rozbrojeniu przeciwnika masz dość czasu, żeby rzucić choćby i trzy oszałamiacze pod rząd.

Hermiona odgarnęła włosy do tyłu.

- Jest jedno wyjaśnienie – powiedziała. – Sprawcy mogło zależeć na tym, żebyś w pełni odczuł, że ma nad tobą przewagę.

Ron podskoczył z wrażenia.

- Harry, to się trzyma kupy. A jeśli to był ktoś, kto uważa, że to on powinien być ministrem, a ty nie dałeś mu szansy? Teraz się mści. A ta notka w Proroku miała ci dodatkowo dowalić.

- Mogło chodzić o to, żeby nie tylko sam Harry zwątpił w swoje kwalifikacje, ale żeby wzbudzić także wątpliwości w społeczności czarodziejów – Hermiona lekko zmodyfikowała tezę męża. – Tak, to jest możliwe.

- To wszystko tylko hipotezy. Na dobrą sprawę dalej nie wiemy, ani „kto", ani „po co". Ani nawet do końca „jak". I, niestety, główną podejrzaną wciąż pozostaje Katie Bell.

- Harry, co ty gadasz – jęknął Ron błagalnie – przecież to nasza stara dobra koleżanka! Ona jest z Gryffindoru!

Minister opuścił głowę. Powoli przesunął dłonią po twarzy. Po kilku chwilach wyprostował się i spojrzał przyjacielowi prosto w oczy.

- Peter Pettigrew też był z Gryffindoru – szepnął.