K/A: Nareszcie! Nie pamiętam żeby jakikolwiek tekst sprawił mi tyle kłopotu co poniższy kawałek. Po godzinach poprawiania, przejklejania i walczenia z logicznym ciągiem wydarzeń udało mi się w końcu zamknąć ten rozdział. Tak to jest jak się coś zaczyna w sierpniu, a kończy w lipcu następnego roku… No ale dość jęczenia. Miłej lektury!

Update 16/12/2015: Rozdział rozstał leciutko zedytowany, bo, rany, aż żal było czytać.


Rozdział trzeci: Klatka przewiązana wstążką

Vegeta nie należał do ludzi, którzy często się skarżą, ale to już przechodziło wszelkie normy.

- Co za cholerny klimat! Czy tu nie przestaje padać?

- To nie moja wina, że zaczęła się pora deszczowa. Było planować podbijanie naszej planety w lepszym terminie. – rzuciła Bulma, stając obok niego przy oknie. Zignorował jej komentarz, nie odrywając wzroku od widoku za oknem. Lało nieprzerwanie już od tygodnia, dzień w dzień z nieba spadała ściana deszczu, jak gdyby ktoś tam na górze pociągnął za sznur popsutej spłuczki. To było ponad jego nerwy. I nie chodziło nawet o sam deszcz. To ta cała planeta doprowadzała go do szału. Planeta z niego drwiła. Od momentu w którym tylko postawił na niej stopę, spotykały go same upokorzenia, i to nie tylko te wielkie, jak o włos uniknięcie śmierci z rąk istot, które nie powinny być w stanie nawet go drasnąć, ale przede wszystkim te drobne, które osobno może nie miałyby znaczenia, ale skumulowane sprawiały, że powoli nabierał przekonania, że jakieś bóstwo opiekuńcze tego zadupia uwzięło się na niego i postanowiło dręczyć tak długo, aż postrada rozum.

Kiedy po raz pierwszy obudził się tutaj, z głową przytuloną do poduszki i ciałem zamotanym w pościeli, przez chwilę nie wiedział gdzie jest. Miękkie łóżko nie przystawało do kwater posterunków imperium Koldów, gdzie zatrzymywał się w czasie między misjami, tym bardziej błękitne niebo widoczne zza okna. Usiadł gwałtownie na łóżku i rozejrzał się dokoła. Nagle wszystko do niego wróciło: przybycie na tą drażniąco zieloną planetę, wygrzebanie się spod ziemi, przeszywający ból w klatce piersiowej... Opadł z powrotem ciężko na poduszkę, wbijając wzrok w biały sufit. Poprzedniego dnia, tuż po tym jak ta irytująca, szczebiocąca kobieta przyprowadziła go do tutaj, padł jak kamień w zachęcająco wyglądającą pościel i zasnął od razu, zbyt zmęczony by zdjąć z siebie brudne ubranie. Spał długo i mocno, ale niespokojnym snem pełnym brutalnych wizji tego co działo się z nim na Namek… i co działo się potem. Nie wiedział jak długo był martwy, ale wygrzebując się z grobu obiecał sobie, że gdy następnym razem trafi do Piekła, cały wszechświat pójdzie tam razem z nim.

Odganiając od siebie resztki snu, wstał z łóżka i przeciągnął się. Mięśnie grzbietu natychmiast odezwały się, przeszywając jego plecy bólem. To cholerne łóżko było zdecydowanie zbyt miękkie. Zrzucił z siebie brudne ubranie i na chwiejnych nogach przeszedł z pokoju do przylegającej do niego łazienki. Nie różniła się zbytnio od tego do czego przywykł, więc wiedziony intuicją wszedł do kabiny i odkręcił oznaczony na czerwono kurek. Zaparł się rękami o ścianę i pochylił głowę, pozwalając by gorąca woda zmyła z niego brud, pot i krew. Spływająca woda była brunatna od ziemi i zeschniętej krwi, a on nie mógł się nadziwić, że na jego ciele nie było ani jednej ranki. Bezwiednie przesunął dłonią po miejscu na piersi gdzie jeszcze tak niedawno ziała dziura. Nie było po niej śladu. Po ranie zadanej przez karła też, upewnił się zsuwając rękę niżej. Zacisnął zęby gdy pomyślał o bólu o jaki go przyprawiła. A bolało jak diabli. Pozwolił się zranić żeby po uleczeniu być silniejszym. Jak ostatni idiota wierzył, że kolejne otarcie się o śmierć wzmocni go wystarczająco by mógł zmierzyć się z Friezą. I jak się potem przekonał, gówno to dało.

Kiedy przypomniał sobie jak brocząc krwią leżał na martwej nameczańskiej ziemi myśląc, że zdechnie jak pies, dłonie same zaciskały mu się w pięści. Ten pieprzony nameczański gnojek-uzdrowiciel grał na zwłokę, czekał aż wykrwawi się na śmierć... Jeśli dobrze pamiętał, to on też został przywrócony do życia i przebywał z resztą tych zielonych pokrak tak niedaleko stąd... Powinien pokazać mu co się robi z takimi zdradliwymi gnidami...

Vegeta potarł brzuch jeszcze raz. Był jak zwykle płaski i twardy, tylko skóra w miejscu rany była jakby jaśniejsza i delikatniejsza od tej na reszcie ciała. Trudno mu było w to uwierzyć. Był cały. Był żywy. I za cholerę nie wiedział co teraz ze sobą zrobić.

.

- Dać ci parasol? – zapytała Bulma, wyciągając ze stojącego przy drzwiach stojaka kij obciągnięty żółtym materiałem.

Vegeta posłał jej mordercze spojrzenie i bez słowa wyszedł na dwór. Deszcz był ciepły, ale ciężkie krople rozbijające się na rozgrzanej skórze drażniły go. Prawie tęsknił za swoją bazą – tam nie było deszczu, nie było parnego powietrza od którego ziemskie ubrania lepiły się do ciała, w ogóle nie było niczego co można by określić mianem klimatu.

Wpisał na zewnętrznym panelu kod otwierający kapsułę i wszedł do środka. Choć bębnienie deszczu o dach kapsuły grało mu na nerwach, siedzenie w niej było lepsze niż przebywanie cały dzień pod jednym dachem z Ziemianami. Włączył generator grawitacji i stanął bez ruchu, pozwalając żeby ciało przyzwyczaiło się do obciążenia.

Gdyby w jego słowniku znajdowało się takie słowo jak wdzięczność, z ociąganiem mógłby właśnie nim nazwać to, co czuł względem człowieka, który użyczył mu to technologiczne cudeńko. Ustawiony na niski poziom generator dawał mu przyjemnie znajome poczucie ciężaru własnego ciała, tak inne od tego co czuł znajdując się w strefie śmiesznie niskiej ziemskiej grawitacji. Przez pierwsze dni na Ziemi Vegeta czuł się jakby tylko siła woli trzymała jego stopy na ziemi – jeden podskok i uniósł by się w powietrze jak bańka mydlana. Kiedy więc jego gospodarz - bo postanowił za swojego gospodarza uważać starego Briefsa, a nie jego głośną, wścibską córkę która go tu sprowadziła – nieświadomie podsunął mu remedium na ten denerwujący stan prawie-że-nieważkości, nie mógł powiedzieć nie.

Kierując się wskazówkami kobiety, Vegeta znalazł laboratorium Briefsa. Było coś kojącego w tym pomieszczeniu, najmniej pstrokatym spośród wszystkich jakie dotąd widział na terenie Korporacji - białe ściany, białe podłogi, ubrani na biało ludzie.

Briefs zauważył go gdy tylko przekroczył drzwi jego pracowni i podszedł, przybierając wyraz uprzejmego zainteresowania.

- Vegeta, dobrze pamiętam? W czym mogę ci pomóc?

- Chcę pomówić o tym statku na zewnątrz. – odparł, robiąc krok w tył. Ziemianie najwyraźniej nie znali pojęcia przestrzeni osobistej. - Działa?

- O kapsule? Działa, działa. – doktor zamyślił się. - Nie mogę powiedzieć żebym był z niej szczególnie zadowolony, rozumiesz, przygotowywaliśmy ją w pośpiechu. Pod względem konstrukcyjnym jest lepsza od tej, którą leciał Goku, to fakt…

- Jest gotowa do startu?

- Teoretycznie tak…

- To znaczy?

- Nie jest w pełni przystosowana do lotów. Chcesz ją pożyczyć? Nie radziłbym.

- Nie radziłbyś? – Vegeta powtórzył z groźbą w głosie.

- Nie - Briefs jakby wcale nie zauważył jego tonu. – Żeby była w pełni funkcjonalna, musiałbym wprowadzić jeszcze parę poprawek. Widzisz, ta nie była stworzona do podróży kosmicznych, przynajmniej nie do podróżowania od razu. Zbudowałem ją raczej jako obiekt badawczy. Poprzednie dwie były nam potrzebne na teraz zaraz, więc nie miałem nawet okazji się nimi, że tak powiem, pobawić. No ale kiedy Bulma powiedziała, że ich statek został uszkodzony… a potem jeszcze Chi-Chi, żona Goku, koniecznie chciała lecieć na Namek ratować swojego syna, musiałem naprędce ją uruchomić. Odradzałem jej…

- Więc ta nie nadaje się do lotu? – Vegeta przerwał mu zniecierpliwiony.

- Nadaje się, ale nie wytrzyma długo. Oczywiście wystartuje i będzie lecieć, nie gwarantuję tylko czy wylecisz nią poza naszą galaktykę. Bulma powiedziała mi, że nawet jej statek źle zniósł tak długą podróż jak ta na Namek, więc tym bardziej ta kapsuła nie dałaby rady. Podsunęła mi również pomysł…

Stary używał zbyt wielu, zbyt szybkich i zbyt skomplikowanych słów. Vegeta czuł się trochę oszołomiony atmosferą planety, grawitacją, smakiem powietrza i z trudno było mu się skupić na słowotoku człowieka przed nim. Słowa wylewające się z jego ust były równie drażniące i bezsensowne jak jego córki. Mogła być fizycznie podobna do swojej matki, ale z ojca wzięła to co najgorsze…

- …Zauważyłem, że wpadła ci w oko od samego początku.

- Twoja córka? – zapytał, podchwytując ostatnie słowa doktora. Mimowolnie potarł skroń. Ta paplanina przyprawiła go o ból głowy.

- Bulma? Też ci wpadła w oko? A, nie, ja miałem na myśli kapsułę. Już wczoraj o nią pytałeś. Chcesz już opuścić Ziemię?

- Najszybciej jak się da.

- Skoro tak bardzo ci zależy, postaram się to trochę przyśpieszyć. A jeśli martwisz się, że siedzisz nam na głowie, to się nie przejmuj. Zdążyłem się już przyzwyczaić, że Bulma ze swoich wielkich wojaży przyprowadza sobie nowych przyjaciół. Na przykład Yamcha, jej chłopak którego miałeś okazję... cóż, poznać, został przez nią znaleziony podczas jednej z tych jej szalonych wypraw z tym chłopcem, Goku. Ech, myślałem, że kiedy wydorośleje to przejdzie jej już ten pomysł szukania wrażeń, no ale cóż. Nie mogę jej winić. Sam rozbudziłem w niej ten głód przygód… Dogadujecie się?

- Raczej nie. – Vegeta odparł szorstko, zbierając się do wyjścia. Ta rozmowa go zmęczyła.

- To dobra dziewczyna, tylko ma ogromny temperament… Hm… Ale wiesz co myślę, Vegeta? Może tymczasem kiedy do pracy nie będzie mi potrzebna sama kapsuła, mógłbyś używać jej generatora grawitacji?

- To znaczy?

- Już mówię. Na pewno to ci się spodoba…

Vegeta spędził następne bolesne pół godziny słuchając wykładu doktora o sztucznej grawitacji, przetykanego gęsto anegdotami o jego zwierzętach, córce i pracownikach. Vegeta miał ochotę potrząsnąć nim za każdym razem gdy zbaczał z tematu, ale powstrzymywał się, nie chcąc zrazić starca zanim pokaże mu jak działał generator. Poza tym Briefs był stary i kruchy i zważając na to jak wiele czasu poświęcał na opowiadanie pierdół, mógłby nie dotrwać do końca rozmowy. Vegeta był pod wrażeniem własnego opanowania – dawniej skończyłoby się na zdzieleniu rozmówcy w twarz i rozkazaniu, żeby przestał pieprzyć i przeszedł do meritum. Ale nie teraz – był gotowy odgryźć sobie rękę byle pojawiła się szansa na sprawienie, że jego przymusowy pobyt na tej zapomnianej przez Friezę planecie będą mniej niż tylko jedną wielką stratą czasu. Vegeta uśmiechnął się do siebie. Jeśli będzie grzeczny, Ziemianie sami pomogą mu pozbyć się ich ukochanego obrońcy.


Dni mijały, a Vegeta zamiast stawać się co raz silniejszym, robił się tylko co raz bardziej sfrustrowany.

Tak jak powiedział Briefs, Vegeta mógł używać generatora grawitacji kiedy doktor go nie potrzebował. A potrzebował go ciągle. Praktycznie nie było dnia kiedy Briefs nie przerwałby jego ćwiczeń pod pretekstem naprawy czegoś. Kiedy Vegeta gniewnie protestował, doktor spokojnie odpowiadał:

- Wybacz chłopcze, ale czy sam nie mówiłeś, że chcesz się stąd jak najszybciej wydostać? A nie zrobisz tego, zanim kapsuła nie będzie gotowa. Ale spokojnie, to zajmie tylko chwilkę.

Zaś chwilką w wykonaniu Briefsa trwała pół dnia. Mógł się założyć, że stary kłamie co do stanu statku, ale z drugiej strony... Jeśli mówił prawdę i statek miałby rozpaść się podczas wejścia w atmosferę albo zepsuć się w przestrzeni kosmicznej, lata świetlne od jakiejkolwiek planety... W dodatku nie mógłby wysłać sygnału S.O.S. Najprawdopodobniej uznano go za martwego, a gdyby ktoś dowiedział się, że przeżył wybuch Namek i ta informacja trafiłaby do Koldów, byłby najbardziej ściganym człowiekiem we Wszechświecie. Skrupulatnie gromadzone przez całe życie fundusze i wpływy były teraz na nic. Został odcięty od swojego świata, a gdyby spróbował tam wrócić, jego życie sprowadziło by się do nieustannej ucieczki. To była jeszcze bardziej gówniana perspektywa niż to co za sobą zostawił i to, w czym tkwił teraz. Musiał czym prędzej stać się silniejszy, znacznie silniejszy, by móc w ogóle brać pod uwagę powrót na teren Imperium. Albo zmierzenie się z Kakarotem. Nie było mowy o wycofaniu się z obietnicy, jaką sam sobie złożył. Kakarot musiał zginąć, i nie była to nawet kwestia honoru – to była konieczność, żeby przywrócić ład rzeczy. Jego zwycięstwo nad Friezą było przeciwne każdej wartości jaką Vegeta wyznawał. Nie mieściło mu się w głowie, że to, do czego jemu, elitarnemu przedstawicielowi swojej rasy, wybranemu, napędzanemu rządzą zemsty przez dwadzieścia pięć lat nie udało się nawet zbliżyć, ten idiota osiągnął ot tak. Zmienił się w Legendarnego, zabił Friezę, pomścił swój lud i jeszcze na dokładkę uratował przed wyginięciem bandę zielonych maszkar. No i jego samego. Gdyby nie zahartowanie latami tyranii, Vegeta najprawdopodobniej palnął by sobie w łeb chwilę po tym jak tylko uświadomił sobie co się stało. Ale przeżył już tyle upokorzeń, że na kolejne reagował już tylko w jeden sposób – zacisnąć zęby i iść do przodu, po drodze szukając sposobu na odpłacenie się. Na myśl przychodziło mu teraz tysiące takich możliwości – mógł zabić jego przyjaciół, zniszczyć planetę, zniewolić Ziemian… Mógł zrobić wszystko, zmienić ten przeklęty glob w spopielone pustkowie, a potem przywrócić tego głupca do życia i pozwolić, żeby poczuł jak to jest być zostawionym z niczym. Ale nie zanim nie stanie się mu równy.


Zaczynał rozumieć dlaczego Kakarot, który na Ziemi ledwo dorównywał mu mocą, po przylocie na Namek zaskoczył go tak wysokim poziomem siły. Czuł, że już kilka dni spędzonych przy przyciąganiu kilkadziesiąt razy większym niż ziemskie zaczynało dawać efekty. Czuł to w mięśniach, na początku boleśnie nie chcących współpracować, rozleniwionych przez śmiesznie niską ziemską grawitację. Dziwił się, że ktokolwiek tu był w stanie osiągnąć poziom mocy powyżej pięćdziesięciu jednostek. Warunki planety, z tego co zdążył zauważyć gdy przybył tu po raz pierwszy z Nappą nie pozwalały na wyzwolenie chociaż małej ilości energii. Wszystko było takie kruche i lipne - doskonale pamiętał rozsypujące się pod jego ręką w proch wysokie budynki ze szkła i stali, które zniszczyli w pierwszym napotkanym mieście. Tu, na terenie Korporacji nie było inaczej - ściany w jego pokoju były miękkie i wprost uginające się pod jego dotykiem, ziemia zapadała się pod stopami gdy skupiał w sobie energię i to oślepiające słońce, lejące się z odrażająco jasnego nieba - wszystko to nie pozwalało się skupić, gdy był zmuszony bez przerwy uważać, żeby nie zniszczyć otoczenia. Już kilka dni temu wlazł w jakieś kolorowe zielsko starszej kobiety. Doktor Briefs prosił go, żeby uważał na jej „klomby" jak to nazywał. Nie widział potrzeby, dla której miałby go słuchać - chwasty to chwasty, a na tej planecie było ich pod dostatkiem. Jeden czy dwa krzaki nie zrobiłyby różnicy, ale nie był w nastroju do kłótni, szczególnie, że od tego człowieka zależało przygotowanie statku.

To było frustrujące. Miał ogromne doświadczenie w radzeniu sobie z istotami z innych planet, za sobą niezliczone podróże do odległych galaktyk, nie tylko w celu ich zniszczenia - Frieza lubił upokarzać Nappę, Raditza i jego od czasu do czasu wysyłając ich na misje dyplomatyczne polegające na uzyskaniu najpierw prośbami, a potem groźbami posłuszeństwa i wywiązania się z warunków umów, jakie Imperium Koldów nawiązywało z planetami będącymi w ich niewoli. Gdy to nie pomogło, mieli zabić rządzących tam ludzi i oddać władzę konsulowi wysłanemu przez Friezę. Nappa i Raditz lubili takie misje i wiążącą się z nimi uwagę mieszkańców danej planety, robiących wszystko byleby uniknąć gniewu potężnych przybyszów, ale dla Vegety było to tylko bolesne przypomnienie tego, co pewnie robiłby gdyby jego planeta wciąż istniała. Ale Ziemianie, a przynajmniej ta konkretna dwójka goszcząca go pod swoim dachem nie okazywała przed nim najmniejszego przejawu strachu. Ich córka przynajmniej w jakimś stopniu wykazywała jakąś obawę przed nim, ale oni byli względem niego tak samo przyjaźni i świergotliwi jak wobec tych odrzucających zielonych potworów.

Teraz, w huczącej od pracy symulatora grawitacji komorze o ścianach wystarczająco silnych by przyjąć jego pociski i przyćmionym świetle, gdy po godzinach treningu ciało było już przyzwyczajone do ciągnącej go ku ziemi sile, nareszcie czuł, że nie traci tu czasu. Jedną z wielu rzeczy, których nienawidził Vegeta była bezczynność, a to tej pory był na nią praktycznie skazany. Snucie się po terenie Korporacji, wchłanianie gór ziemskiego jedzenia i okazjonalne serie kat na trawniku plus kilka godzin spania nie wystarczyło na zapełnienie dwudziestu czterech godziny ziemskiej doby. Ubrania były za luźne, łóżko zbyt miękkie, pokoje zbyt kolorowe, a Ziemianie podejrzanie zbyt uprzejmi. Gdyby dodać do tego jeszcze kłopotliwe incydenty z jedzeniem (po jaką cholerę trzymać w łazience coś co pachnie jak jedzenie, ale nim nie jest? Nadal miał odruchy wymiotne gdy czuł zapach owocowego mydła), to Ziemia była klatką przewiązaną wstążką.

Ten swobodny potok nieprzyjemnych myśli przerwał niespodziewany i bardzo niekontrolowany wyrzut jego ciała w górę. Vegeta zaklął głośno, rozcierając głowę - generator grawitacji wyłączył się, posyłając go całą siłą w sufit. Ogłuszony wylądował bezwładnie na ziemi i spojrzał na panel sterowania komory - wszystkie kontrolki paliły się jak gdyby nigdy nic, a wyświetlacz wciąż wskazywał pięćdziesiąt punktów natężenia siły grawitacyjnej. Gdy generator nie zareagował na zmiany ustawień ani ponowne włączenie i wyłączenie, dał sobie spokój i poszedł poszukać doktora.

Widok laboratorium zaskoczył go - zamiast kilku, zwyczajowo kręcących się tam pracowników, zastał kilkudziesięciu pracujących jak w ukropie ludzi, dowodzonych przez pokrzykującą niebieskowłosą kobietę, stojącą nad stołem wyłożonym rolkami papieru. Briefsa nie było nigdzie w zasięgu wzroku, więc wydawało się, że był skazany na pójście ze swoim problemem do niej.

- Vegeta, co sprowadza cię do laboratorium? - zapytała go nie odrywając nawet wzroku od papierów.

- Komora grawitacyjna się zepsuła.

- Serio? - podniosła na niego oczy zaskoczona. - Tatuś mówił, że powinna być bezawaryjna.

- Ale nie jest.

- Dziwne. Zaraz pójdę ją obejrzeć. Ando, przypilnujesz wszystkiego przez chwilę? Muszę na minutkę wyjść! - zawołała do jednego z pracowników.

Zabrała stojącą na niedaleko niej skrzynkę z narzędziami i wyszła z nim na zewnątrz.

Już w komorze grawitacyjnej, Bulma pokiwała z uznaniem.

- No, no, trenujesz tu dopiero kilka dni i już zdążyłeś ją trochę pouszkadzać - wskazała wypalone wgłębienie na ścianie. - Zdajesz sobie sprawę, że to wszystko jest wykonane z najmocniejszych tworzyw na Ziemi?

- To znaczy, że macie lipne materiały.

- Ciągle nad tym pracujemy - powiedziała niewzruszona jego uwagą - Tata wykorzystał do badań pozostałości z kapsuły, w której przybył Goku, ale jeszcze nie uzyskaliśmy pożądanych rezultatów. Okay, zobaczmy co tam zmajstrowałeś…

Bulma odkręciła jakąś płytkę w panelu sterującym i pochyliła się, żeby zajrzeć do środka, mrucząc co jakiś czas coś do siebie. Stanął kilka kroków za nią, przyglądając się co robi z nadzieją, że nie popsuje niczego jeszcze bardziej. Nie ufał jej umiejętnościom. Nie wyglądała na kogoś, kto miałby choćby blade pojęcie o kryjącej się pod tą metalową powłoką technologią. Splótł ręce na piersi i patrzył jak jej szczupłe, sprężyste ciało wygina się nad konsolą, jak gładka skóra odsłaniała się spod krótkiej koszulki, gdy pochylała się, żeby sprawdzić przewody łączące panel z maszynerią komory. Zmrużył oczy. Oczywiście, nie mógł zaprzeczyć, że była ładna; już na Namek zdążył zauważyć jej jasną skórę i wielkie, niebieskie oczy, ale miał wtedy o wiele ważniejsze rzeczy na głowie niż podziwianie widoków. Teraz jednak , obserwując jak praktycznie wypinała się w jego kierunku, zajęta grzebaniem w kablach, przez myśl przeszło mu, że nie miał kobiety już od bardzo dawna. Zmierzył dziewczynę wzrokiem i uśmiechnął się do siebie. To nie sprawiłoby mu najmniejszej trudności. Wystarczyłoby jednym sprawnym ruchem zedrzeć z niej te krótkie, obcisłe spodenki i przycisnąć ją mocno do konsolety. Nie miałaby najmniejszych szans się bronić, a tutaj, w wygłuszonych, grubych ścianach komory grawitacyjnej nikt nie usłyszałby jej krzyków… Jednak rozum powstrzymywał go przed ruszeniem się z miejsca. W końcu ta kobieta była mu potrzebna do innych rzeczy. Sam nie poradziłby sobie gdyby znowu coś się zepsuło, a gdyby spróbował ją choć tknąć, jej ojciec też nie byłby zbyt skłonny do służenia mu pomocą przy statku. Poza tym, ci ludzie nie okazali mu do tej pory nic poza bezinteresowną, aż drażniącą dobrocią i troską. Chwila przyjemności z tą niebieskowłosą istotką nie była warta utraty symulatora. Z resztą, potem musiałby ich wszystkich pewnie pozabijać, a szkoda byłoby pożegnać się z przepysznym jedzeniem, które przygotowywała jej matka.

- ...odłączył się od generatora i nie będzie przekazywał komend do systemu operacyjnego. Halo, Vegeta, słuchasz mnie w ogóle?

Dziewczyna wyprostowała się i zacisnęła pełne, różowe usta w irytacji. Był prawie ciekawy jak smakują, ale mógł żyć bez z tej wiedzy.

- Ja tu się produkuję, a ty sobie odpływasz gdzieś myślami. Mówiłam, że przeciążyłeś system. Ten generator nie wytrzymuje większego obciążenia niż czterdzieści jednostek. Zupełnie nie wiem, jakim cudem udało ci się dociągnąć go do pięćdziesięciu.

- Dałoby się zrobić taki, który pracowałby przy obciążeniu dwustu?

- Oczywiście, że tak. Teoretycznie dałoby się nawet stworzyć taki wytrzymujący nawet do tysiąca, ale po co? Goku zupełnie wystarczało sto.

- Ale mi nie wystarcza, jasne?

- Rany, nie musisz być taki opryskliwy. Wystarczy ładnie poprosić. I dla twojej informacji, tata już złożył zamówienie na generator o silniejszej mocy. Dostarczą go w przeciągu kilku dni. Powinieneś być wdzięczny, że przewidział twoje zachcianki.

- Powiedziałaś „dostarczą". Myślałem, że to wy je robicie.

- My, mój drogi, jesteśmy naukowcami. Wymyślamy urządzenia i je konstruujemy. Widziałeś tu jakieś hale produkcyjne? Tutaj są tylko pracownie, nasze fabryki są za miastem. W końcu to nadal nasz dom, i tak kręci się tu tylu ludzi, że ciężko zachować prywatność. Kwestią czasu będzie, kiedy któryś z pracowników zauważy Nameczan. Będzie trzeba wymyślić jakąś sensowną wymówkę... Dobra, ja teraz wyjdę, a ty sprawdź czy wszystko działa.

Gdy wyszła, Vegeta włączył generator. Z przyjemnym mruczeniem silnika generator ruszył, bez problemu osiągając czterdzieści jednostek.

Tuż przed nim włączył się ekran, a na nim pojawiła się twarz Bulmy.

- No i wszystko jest jak należy. Pamiętaj tylko, żeby nie ustawiać poziomu grawitacji powyżej czterdziestu. Wolałabym nie musieć tu przychodzić za pół godziny bo się zapomniałeś i usmażyłeś przewody.

- Zrozumiałem, kiedy mówiłaś to za pierwszym razem. – odparł poirytowany. - Z resztą trochę ruchu by ci się przydało.

Bulma zrobiła zdziwioną minę, by po chwili skrzywić się szpetnie.

- Wal się, Vegeta. – odgryzła się. - Nie wszyscy muszą wyglądać jak grotes...

Nie było jej dane dokończyć. Vegeta wcisnął na panelu podświetlony na guzik i zakończył transmisję, rozbawiony. Myśl o tym, że jeszcze przed chwilą rozważał przelecenie ją wydała mu się teraz tak niedorzeczna, że aż śmieszna.