*** Obudzenie się ze snu jest zazwyczaj lekkie jak płatek kwiatu, a granica między świadomością i jej brakiem tak cienka i krucha, że można ją przekroczyć nawet jednym oddechem.
A co jeśli czasami śnimy koszmary, które są prawdziwsze od rzeczywistości? Co gdybyśmy nie mogli się z nich nigdy obudzić? A jeśli właśnie tu i teraz tkwimy w objęciach Morfeusza i nie możemy otworzyć oczu, bo w tych snach nigdy nie mamy powiek...
Wielki bąbel powietrza o kształcie idealnie okrągłej bańki unosi się w górę, w szmaragdowej mazi i pęka, stykając się z brzegiem czterometrowego, podłużnego słoika.
Rory Williams budzi się nagle i nie wie jeszcze, że za chwilę pożałuje, iż jednym oddechem przekroczył granicę nieprzytomności. Jego oczy otwierają się i widzą wokół tylko kisielowatą, zieloną maź. Płuca napełniają się płynem przy pierwszym spazmatycznym oddechu. Ciało i umysł ogarnia panika.
Rory w przerażeniu dotyka dłońmi ścian wielkiego słoika. Próbuje rozbić otaczające go szkło, ale płyn wokół amortyzuje uderzenia jego pięści. Jest w pułapce. Zamknięty w gigantycznej próbówce jak zwierzę zatopione w formalinie, całkiem nagi, oblepiony dziwną substancją, która utrudnia mu najdrobniejszy ruch.
Miota się. Próbuje płynąć, próbuje walczyć. To nic nie daje! A płuca domagają się powietrza...
Uderza pięściami w ściany słoju i czuje, że traci siły. Jest pielęgniarzem, wie, jak to wygląda. W jego ciele postępuje duszenie się komórek. Ma półtorej minuty, zanim straci świadomość i dojdzie do niedotlenienia mózgu, zatrzymania akcji serca, niewydolności wielonarządowej i śmierci.
To już koniec.
Opiera głowę o zimne szkoło i widzi przez szklaną ścianę wielkie laboratorium, pełne identycznych podłużnych, szklanych tub, w których zanurzone są śpiące kobiety. Patrzy jak unoszą się w szafirowej galarecie. Przypominają opadające na dno morza topielice, blade senne mary, lewitujące nad łóżkami małych chłopców.
Czy to tylko halucynacje pozbawionego tlenu mózgu? Zapowiedź zbliżającej się śmierci? Czy może Rory naprawdę widzi wśród kobiet Amy? Jej twarz jest spokojna, rude włosy unoszą się w zielonym galaretowatym płynie jak postrzępione wodorosty. Wygląda na zrelaksowaną, śniącą jakiś bezpieczny sen o ich wspólnej przyszłości…
Rory uśmiecha się do niej, mimo całej tej ironii losu. Czy to nie straszne? Jego żona jest tuż obok i nie wie, że on tu… umiera.
Wokół bulgocze gęsta ciecz.
Rory czuje, że świadomość go opuszcza. Tak bardzo brakuje mu powietrza... Obraz zamazuje się. Może to wszystko to tylko koszmar, z którego zaraz się obudzi?
Przymyka powieki.
To koniec. Nikt nie powinien tak umierać.
− Nie zasypiaj! – głos Doktora dociera do chłopaka z opóźnieniem. Ostatkiem sił Rory Williams otwiera oczy i widzi twarz przyjaciela jak przez szkło powiększające.
Co za straszny ostatni widok… – myśli.
Epizod II. Uczta dwunastu żon
Zielone światło śrubokręta sonicznego oślepia Rory'ego. Rozlega się brzęk tłuczonego szkła. Na ścianie wielkiej próbówki robi się rysa, która rozdziela się na tysiące mniejszych rysek. Szkło pęka jak lodowa kra i przez powstałe szczeliny tryska szmaragdowy płyn. Wielki słoik powoli się opróżnia. W końcu Rory kaszle i łapie oddech. Płuca bolą go niemiłosiernie, wciąż do połowy stoi w obleśnej, kisielowatej mazi. Ale żyje.
− Wypuść… mnie… – dyszy do Doktora, który wyciąga kable z konsolety obsługującej gigantyczne słoiki.
− Właśnie próbuję to zrobić. – Doktor przykłada śrubokręt do deski rozdzielczej i za chwilę odskakuje, bo zewsząd lecą w jego kierunku iskry.
Rory, starając się uspokoić, rozgląda się wokół. Są we wnętrzu wielkiego laboratorium. Wokół w czterometrowych słojach, zatopione w zielonej galarecie, unoszą się nagie kobiety.
− Mam… nadzieję, że to nie… moja wyobraźnia, bo… wtedy Amy mnie… zabije… − bełkocze, odkrztuszając resztki szmaragdowego płynu.
− Jesteś cały? – Doktor puka w szybę i bez ostrzeżenia świeci Rory'emu po oczach śrubokrętem, jak lekarz sprawdzający reakcje źrenic.
− Jak mnie znalazłeś? – pyta wciąż uwięziony w słoiku chłopak.
− Och, zebrałem z przestrzeni pokoju resztki cząsteczek poteleportacyjnych i odwróciłem ich właściwości atomowe. Szczerze mówiąc, miało to sprowadzić ciebie z powrotem, ale jakimś cudem przeniosło mnie tutaj. Myślę, że to przez ten pokój. Jest czymś więcej niż iluzją i projekcją, jest jak puzzle. To skomplikowana, wielobarwna układanka cząsteczek subatomowych…
− Tak, z pewnością to wszystko bardzo mądre, ale błagam, wypuść mnie! – Rory przerywa wykład Doktora, który jak skończony idiota naciska właśnie wszystkie guziki na desce rozdzielczej kontrolera.
Nagle w przestrzeni rozlega się dziwny dźwięk, przypominający odgłos miksera i lądującego helikoptera w jednym.
− Co się dzieje? To jakiś alarm? – Rory rozgląda się po wielkiej hali.
− Obawiam się, że nie. – Doktor przełącza coś pospiesznie w śrubokręcie i robi skan.− Coś się dzieje ze słoikami…
Ma rację. Płyn w wielkich próbówkach zaczyna wirować jak tornado.
− Co zrobiłeś?! To je wciąga! – wrzeszczy Rory, widząc, jak jakaś niewidzialna siła wsysa śpiące w słojach kobiety pod ziemię. − To mnie wciąga! – dodaje szybko. Pod jego stopami otwiera się dziura, która próbuje wessać go w siebie jak rura odkurzacza.
− Rory! Trzymaj się! – Doktor chwyta to, co zostało z deski rozdzielczej, wyrywa ją razem z kablami i z impetem uderza w popękany słoik. Rory zasłania się przed szklanymi odłamkami i czuje, jak Doktor chwyta go za rękę.
− Zostaw mnie! Ratuj Amy!
− Nic jej nie będzie! Trzymaj się!
− Ratuj Amy! − Rory ląduje na śliskiej, pokrytej odłamkami i glutowatą mazią podłodze. Podnosi głowę i przerażony widzi, jak nieznana siła wciąga śpiącą Amelię do wielkiej rury pod podłogą.
− Dlaczego wyciągnąłeś mnie, a nie ją!? – wrzeszczy, dygocąc.
− Spokojnie, jest bystra, poradzi sobie. – Doktor otrzepuje się i zerka do wnętrza zbitego słoika.
− Ja bym sobie nie poradził? – pyta Rory ze złością.
− E… − Doktor uchyla się od odpowiedzi, zanurza palec w resztkach kisielowatej zielonej cieczy. Dotyka palca językiem i wzdryga się okropnie.
− Co to za mazia? – Rory z obrzydzeniem zdejmuje z siebie zielone resztki.
− Znieczulający, hibernujący śluz. Niektóre z kobiet musiały tu być bardzo długo.
− Kto nas tu zamknął? I po co? Jedyne co pamiętam, to… − Rory milknie na chwilę. – Ty! Wykorzystałeś Amy w swoim durnym planie!
− Uspokój się. To był czysty przypadek! – Doktor próbuje umknąć, ale wściekły Rory chwyta go za klapy marynarki.
− Przypadek?!
− Rory, nie mamy teraz czasu na to wszystko!
Cholera, znowu ma rację. Rory bierze głęboki oddech.
− Dokąd prowadzą te rury? − zadaje pierwsze pytanie jakie przychodzi mu do głowy i puszcza przyjaciela.
− Trzeba to sprawdzić. − Doktor znów zagląda do środka zbitego słoika. Wnętrze wygląda jak tunel. − To jedyna droga.
− Czy ja dobrze rozumiem? – duka Rory. − Po tym, jak przez chwilą nie pozwoliłeś mnie tam wciągnąć, chcesz, bym tam teraz zszedł?!
− Tak.
− Odbiło ci?
− Och, Rory, jest spora różnica między byciem wessanym a pójściem z własnej woli. − Doktor wychyla się do środka rury.− Wskoczysz, jak usłyszysz mój głos. Powiem ci, czy jest bezpiecznie.
− Oszalałeś! – Rory próbuje go powstrzymać.
Doktor uśmiecha się i puszcza brzeg słoika. Pogłos z wnętrza rury niesie za sobą jego podekscytowany okrzyk.
– Geronimo!
***
Coś ucina sen Amy tak szybko i precyzyjnie, jak gilotyna głowę skazańca. Jest trochę tak, jakby nagle naciśnięto przełącznik budzący dziewczynę do życia. Umysł momentalnie trzeźwieje, włączają się myśli. W pierwszym odruchu, nie do końca rozumiejąc co zaszło, Amelia zaczyna obmacywać swoje ręce i tułów. Oddycha z ulgą. Żyje! Nie czuje bólu! Ma wszystkie kończyny! Ale…
Jest ubrana w czerwoną sukienkę...
Zaniepokojona dotyka szkarłatnego materiału i wracają jej wspomnienia. Szafa z dębiny. Okno wychodzące na nicość. Fałszywy Rory. Dziwny pokój…
Podnosi wzrok. Chyba wciąż znajduje się w tym pokoju. Jest jakby większy, ale tak samo jasny, pachnący drewnem i starym papierem. Zegar na ścianie pokazuje dwunastą dwanaście. Z jakiegoś powodu tu ciągle jest dwunasta dwanaście, jak gdyby czas po prostu się zatrzymał.
Amelia mruga. Gdy otwiera oczy, dociera do niej, że siedzi przy stole, mimo że jeszcze przed chwilą stołu wcale nie było. Wokół niej znajdują się inne kobiety. Wyglądają na przytomne, ale jakby otępiałe. Siedzą smętnie przy wielkim blacie, jak gdyby czekały na ścięcie.
Amy szybko rozpoznaje w osobie siedzącej naprzeciwko gospodynię domową z ogłoszenia. Tuż obok siedzi też poszukiwana piętnastolatka. A więc tu trafiły wszystkie zaginione kobiety – myśli i czuje, jak burczy jej w brzuchu. Nagle przypomina sobie, że jest głodna. Tak strasznie, strasznie głodna, jakby nie jadła przynajmniej przez tydzień. Spogląda na stół raz jeszcze i widzi, że jest suto zastawiony. Owoce, warzywa, mięso… Skąd wzięło się to wszystko?
Jak gdyby nigdy nic, inne kobiety sięgają po jedzenie. Amy stara się hamować. To jest bardzo dziwne. Chore. Nienormalne. Jeśli ten, kto je tu trzyma, chciałby je wszystkie zabić, to chyba nie karmiłby ich teraz tak dobrze?
Amelia ma nadzieję, że ktoś padnie trupem, zostanie otruty albo chociaż się zakrztusi, ale wszystko przebiega normalnie, jakby to był zwyczajny rodzinny obiad. Ostrożnie nakłada więc sobie stek. Odkraja kawałek i powoli bierze go do ust. Żuje wolno, starając się powstrzymać potęgowaną głodem żarłoczność. Zadziwiające. To dobry stek. Sięga po jabłko i okazuje się, że to jabłko też jest dobre. Tak samo sałata i pomidory. To wszystko to normalne jedzenie! Ale dlaczego? Dlaczego tak mu zależy, by utrzymać je przy życiu? Po co jest ta cała uczta?
Szukając spisku, dziewczyna rozgląda się po jasnej sali. Jeden, dwa, trzy… - liczy w myślach. Wokół niej siedzi dziesięć kobiet. Sama jest jedenasta. Kątem oka dostrzega też, że jedno krzesło jest puste. To znaczy, że ktoś przyjdzie albo kogoś brakuje…
Dziewczyna wytęża umysł i nagle, gdzieś w kąciku jej świadomości pojawia się ta myśl − brakuje mężczyzn! W pokoju są same kobiety! I już wie. To nie jest zwykła uczta!
Gdzieś w oddali skrzypi podłoga. Słychać odgłos czyichś kroków. Amelia odruchowo chwyta nóż do mięsa i przygotowuje się na najgorsze.
− Mam już męża, bydlaku – mamrocze pod nosem.
Na chwilę robi się zupełnie cicho, jak tuż przed pierwszym grzmotem. Amy nasłuchuje. Podłoga nie trzeszczy. Kroki jakby ustały. Coś jednak szeleści cicho, prawie niedosłyszalnie. Nie… coś sunie. Pełznie jak wąż po piasku…
Żadna z kobiet się nie porusza i Amelia też ani drgnie. Gdzie to jest!? Gdzie to jest!? . Pokój jest pusty. Nikt nie czai się za jej plecami. Dźwięk powolnego sunięcia nasila się jednak, jakby wąż był już bardzo blisko.
Coś muska but Amelii i dziewczyna przełyka ślinę.
Stół. To jest pod stołem!
Amy odsłania obrus i nachyla się, gotowa dźgnąć napastnika, ale oślizgła maca jest szybsza. Oplata jej kostkę i z impetem wciąga ją pod stół.
Słychać huk upadających krzeseł. To atakuje szybko. Wszystkie kobiety na raz.
Amy dźga na oślep nożem do mięsa, ale nie jest pewna, czy rani TO, czy może siebie.
− Puść mnie! – wrzeszczy. Inne kobiety też krzyczą, jakby nagle obudziły się z letargu. – Puszczaj! – Amy stara się uwolnić nogę, ale ta jest już tak ciasno opleciona, że niemal nie ma w niej czucia.
Nagle coś oślizgłego chwyta ją za gardło. To zamierza ją zabić. Albo jeszcze gorzej! Najpierw wykorzystać. Potem zabić.
− Rory! – wrzeszczy Amelia. – Rory!
− Aaaaa! – Rory wypada z wielkiej rury i ląduje plackiem na zimnej, szarej podłodze. Podnosi się i dygocąc, patrzy nienawistnie na Doktora. Ten klaszcze w dłonie i nonszalancko podrzuca śrubokręt.
− Nieźle. Prawie jak w wesołym miasteczku! – stwierdza.
− Ja się czuję, jakby mnie ktoś przecisnął przez dziurę w kranie – stwierdza Rory, podnosząc się.
− Od czego by tu zacząć… − Doktor całkowicie go ignoruje. Mógłbyś chociaż pożyczyć marynarkę! – myśli Rory.
− Jestem goły, zrobiłbyś coś z tym?
− Nie jęcz. Gdzieś tu powinna być twoja sukienka.
− Nie chcę mojej… Nie chcę sukienki! – Rory stara się opanować wściekłość i ogarniające go poczucie totalnej bezsilność. Jak do tej pory to był naprawdę potworny dzień… Porwano mu żonę. Chodził w kiecce. Obudził się w wielkim słoiku i prawie się utopił. Na koniec musiał zjechać kilkanaście metrów w dół śmierdzącym odpływem, a teraz… teraz jest goły, bezbronny i całkowicie zależny od wariata w muszce!
− Tu są drzwi. – Doktor dostrzega w końcu korytarza jakieś przejście i bez namysłu wchodzi do drugiego pomieszczenia. Rory zrywa się więc i biegnie za nim, próbując choć trochę zasłonić swoje nagie ciało.
Gdy przechodzi przez drzwi, uderza go zapach pleśni i rozkładu. Ten pokój jest zrujnowany i wygląda okropnie. Na wyblakłej ścianie widać puste miejsce po zegarze, a na środku pomieszczenia stoi stół, cały zastawiony gnijącym, zapleśniałym żarciem, które śmierdzi jak diabli.
Pod talerzami leży zszarzały obrus. Doktor, niewiele myśląc, jednym szarpnięciem, bez strącenia choćby szklanki, wyciąga ten obrus spod naczyń i podaje go Rory'emu.
− Masz. Zrób sobie z tego togę.
− Dzięki. − Rory umiejętnie przepasuje się materiałem i zerka na Doktora skanującego jedzenie na stole. Niektóre porcje wyglądają na porzucone w trakcie jedzenia. Leżą tu przynajmniej kilka tygodni.
Doktor przechadza się wokół stołu.
− Jadły owoce, warzywa, mięso. Czegoś tu brakuje…
− Czy Amy też tu była? – pyta Rory, patrząc na nadgryzione, gnijące jabłko.
− Tak.
− Czy z nią... Wszystko z nią w porządku?
− On nie skrzywdzi swojej kolekcji. Przynajmniej na razie – odpowiada pewnie Doktor, wciąż mamrocząc pod nosem coś o owocach, warzywach i mięsie.
− Kolekcji? – Rory wzdryga się. − Czy to nie za mocne słowo?
Doktor opiera się o stół i patrzy na puste miejsce po zegarze, nieco ciemniejsze niż wyblakłe ściany. Wzdycha.
− Niektóre z kobiet czekały w słoikach bardzo długo. Chciał mieć je wszystkie na raz nie każdą po kolei. Wszystkie w jednym miejscu…
− Mógłby kolekcjonować znaczki, nie ludzi. – Rory też wzdycha. Rozgląda się. – Tuzin krzeseł. – Dostrzega nagle. – Była dwunasta dwanaście w południe, gdy Amy zniknęła. Co on ma z tymi dwunastkami?
Doktor wzrusza ramionami.
− Może lubi tę liczbę. A może tylko z tyloma jest w stanie się rozmnożyć.
− Co? – Te słowa uderzają Rory'ego tak, że niemal się przewraca.
No tak, do czego innego potrzebowałby akurat dojrzałych płciowo kobiet?
− Spokojnie. – Doktor klepie go po ramieniu. – Na razie Amy nie jest zagrożona. Pamiętaj, że on ma ze sobą tylko jedenaście kobiet. Ty miałeś być dwunastą. Jeśli liczba jest tak ważna jak sądzę, nic im nie zrobi.
Rory nie wytrzymuje.
− Jak mam być spokojny!? – pyta. – Jesteś ślepy? Tu nie ma więcej drzwi! Gdzie w takim razie jest Amy!? Powinna być tutaj!
− I jest tutaj. Tylko w innym czasie – odpowiada Doktor i znów spogląda na puste miejsce po zegarze, gdzie ściana jest trochę ciemniejsza i czystsza. – Pamiętasz, jak mówiłem, że to wszystko jest jak puzzle?
− Tak.
− To zapomnij. To coś bardziej skomplikowanego. To raczej kostka Rubika. Jesteśmy wciąż w tym samym miejscu, ale elementy się przesuwają. Za każdym razem, gdy zmienia się pozycja kolorów, czas biegnie inaczej. Dla nas zupełnie normalnie, według zwykłego zegarka, ale dla Amy godzina się nie zmienia. Zawsze jest dwunasta dwanaście.
− Co to znaczy? – Rory krzywi się. Czy godzina w ogóle może się nie zmieniać?
− To znaczy, że Amelia jest w innym czasie. – Doktor marszczy czoło i mocno się skupia. – Dla niej jest zawsze ta sama godzina, ale nie może być przecież cały czas w tym samym momencie, bo wywołałaby paradoks, więc coś przenosi ją do tyłu o tydzień, miesiąc, całe lata do innej dwunastej dwanaście. Nadążasz?
− Nie bardzo. – Rory przygryza wargę.
− Od chwili, gdy zniknąłeś z pokoju, a ja cię znalazłem w laboratorium, dla mnie minęło parę minut. Ale dla ciebie znacznie więcej. Twój słoik był prawie do końca wypełniony. Musiałeś tam tkwić przynajmniej dobę.
− Co?!
− Spójrz na stół. Jedzenie przegniło. Leży tu co najmniej kilka tygodni.
− Więc gdzie, do cholery, jest teraz moja żona!?
− Tutaj. Być może wiele tysiącleci do tyłu…
Zapada chwilowa cisza. Rory przeciera twarz dłońmi i bierze głęboki oddech.
− Więc jak się do niej dostaniemy? – pyta.
− Nie mam pojęcia… − Doktor kręci głową i spuszcza wzrok. Jest źle. Jest bardzo źle! Bez urazy, ale w takiej chwili powinien mieć jakiś naprawdę dobry pomysł.
− Wymyśl coś! – Rory wygląda przez okno, starając się nie patrzeć na Doktora. Jeśli choć przez chwile na niego popatrzy i przypomni sobie, że to przez niego Amy wylądowała w takim położeniu… Z pewnością mu przyłoży.
− Myślę! – Doktor zaczyna chodzić w kółko. Pstryka palcami, jakby to pomagało mu się skupić.
− Doktorze!
− Myślę, Rory! Myślę!
− Nie o to chodzi! – Rory wskazuje na okno. − Doktorze… Tam pali się światło!
I rzeczywiście. Przez szybę widać, jak gdzieś w oddali, w innym oknie, tli się jasna poświata.
− Lampka kontrolna działa! – Doktor uśmiecha się do światełka w ciemności.– Nowa ofiara wpadła w pułapkę! Chodź! Musimy ją znaleźć pierwsi. Złap mnie za rękę! Spróbuję przenieść nas z powrotem do początku.
− Czy to znaczy… to coś zorientowało się, że ma tylko jedenaście kobiet? – Rory staje obok Doktora, który dłubie przy śrubokręcie.
− Tak. Ale ja też się w czymś zorientowałem. – Doktor łapie przyjaciela za nadgarstek i uśmiecha się, jakby znał wszystkie tajemnice wszechświata. − Już wiem, czym on jest! – wykrzykuje i włącza śrubokręt.
− Pięknie, obcas mi się złamał.
Gabrielle podnosi z podłogi swoją cekinową kopertówkę i odruchowo obciąga karminową bankietową sukienkę. O co chodzi? Wracała z rautu i nagle… Nagle po prostu straciła panowanie nad ciałem i obudziła się tutaj, w dziwnym jasnym pokoju bez drzwi i z ciemnością za oknem.
Kobieta podchodzi do szyby. Jej twarz odbija się w szkle.
− Halo? Jest tu kto? – stuka w przezroczystą taflę, mając nadzieję, że może jest na przesłuchaniu policyjnym. Tam podobno są takie okna, które działają jak lustra, albo coś w tym stylu.
− Co, do licha!? − Komórka nie działa. Jeśli to jakiś głupi dowcip…
Gabrielle próbuje sobie przypomnieć, jak się tu znalazła. Może zwariowała, może wsadzono ją do pokoju bez klamek i teraz tego nie pamięta? A może zemdlała i to wszystko jej się śni? Chyba że… rzeczywiście za dużo wypiła, jak twierdziła Linda. Nie! Linda-pinda nie może mieć racji! To by było gorsze niż cholerny psychiatryk!
− Hej?! Wypuśćcie mnie! Do diabła! Chcę wyjść!
Nikt nie odpowiada. Jakby tego było mało, na środku pokoju materializuje się nagle dwóch facetów i wszystko staje się jeszcze bardziej dziwne, bo jeden z nich nosi muszkę, a drugi jest dosłownie ubrany w prześcieradło.
− Witaj, jestem Doktor. – Facet w muszce pospiesznie potrząsa ręką Gabrielle i całuje ją w oba policzki w dziwny, staromodny sposób.
− Gabie − przedstawia się kobieta. – Tak właściwie… Doktor kto? – pyta zmieszana.
− Wybacz, że tak bez zapowiedzi, ale musimy cię uratować. Rory, wepchnij ją do szafy – rozkazuje Doktor i Gabrielle i Rory patrzą na siebie skonsternowani.
– Co? – pytają jednocześnie.
− Do szafy z nią! Już! – Doktor skanuje śrubokrętem zegar wiszący na ścianie.
− Proszę, wejdź tam sama, naprawdę nie chcę cię dotykać… − mówi Rory błagalnie. Gabrielle oburza się i patrzy na niego jak na robaka. Ofukuje go stanowczo:
− Ja też nie chcę cię dotykać, ty porąbany zboczeńcu!
Rory zaciska zęby. Porąbany zboczeniec, tak?
− Chciałem po dobroci – stwierdza i bez pardonu wpycha kobietę do szafy, po czym zamyka drzwi i przytrzymuje je by nie wylazła na zewnątrz.
− Co teraz? – zwraca się do Doktora, który najwyraźniej ma jakiś plan.
− Złapiemy sobie przewodnika! – Doktor zaciera ręce. – Choć właściwie to on złapie nas... – dodaje pod nosem, tak, że Rory nie dosłyszy. Nic dziwnego. Kobieta w szafie kopie w drzwi i wrzeszczy jak szalona.
Rory ma przez chwilę ochotę powiedzieć „przepraszam", ale przypomina mu się „porąbany zboczeniec" i szybko zapomina o tym pomyśle. Gdzieś na korytarzu słychać kroki.
− Mówiłeś, że wiesz co to jest! Powiesz mi? Powiesz mi, co porwało Amy?
Doktor sprawia wrażenie, jakby nie był przekonany, czy ta wiedza jest Rory'emu potrzebna.
− On się nazywa Mazykin. Tłumacząc na twoje to wielka, oślizgła ośmiornica, tylko taka człekokształtna. – Pokazuje niedbale jak wielka.
− Co?! – Rory wzdryga się. – Niby skąd to wiesz?
− Mleko, Rory, mleko jest ważne! Na stole było wszystko − mięso, owoce, warzywa, ale nie było nabiału! Bo mleko tak trochę… ich zabija.
− Tak trochę?!
− Żyją głównie w wodnym słonym środowisku. Ich ciało jest jak z galarety. Mleko ma dużo laktozy i ona powoduje, że… no, że się tak jakby rozpuszczają, tyle że to dużo bardziej bolesne… − Doktor mądrzy się, a tymczasem słychać dźwięk skrzypiących zawiasów. W drzwiach, których jeszcze przed chwilą nie było, staje Amy.
Rory, który znów przez chwilę daje się nabrać podstępnej iluzji, puszcza drzwi. Gabrielle wyskakuje z szafy.
− Nareszcie ktoś normalny! – stwierdza, widząc Amy.
− Nie podchodź do niej! – krzyczy Doktor.
− Co ty opowiadasz? To mój brat!
− To nie jest twój brat!
Rzeczywiście spod ubrania potwora wyskakują nagle liczne śluzowate macki i Gabrielle piszczy w panice.
− Na trzy! – krzyczy Doktor do Rory'ego i obaj rzucają się na fałszywą Amy. Doktor w szale gryzie jedną z macek. Rory też zmaga się z nimi jak umie.
− Co właściwie robimy?! – dostrzega, że to coś oplata mu nadgarstki.
− Dajemy się złapać! – śmieje się Doktor i nagle celuje śrubokrętem w zegar wiszący na ścianie. Odpowiednie ustawienie soniczne sprawia, ze zegar pęka, a wskazówki zaczynają poruszać się jak szalone. Pokój wokół drga i jakby się kurczy. Gabrielle krzyczy. Coś zasysa Doktora i Rory'ego do środka i nagle obaj lądują na podłodze w wielkiej jadalni. Jadalni, w której jedzenie wciąż jest świeże.
− Amy! – Rory wstaje z ziemi i dostrzega żonę oplecioną ciasno przez oślizgłą mackę, która otacza ją jak okropny kokon. Amelia jest nieprzytomna. Tak jak inne kobiety.
Doktor podnosi się i staje oko w oko z wielką człekokształtną ośmiornicą.
− Ja cię kręcę… − duka Rory. To coś jest gigantyczne. Przypomina mięczaka, ale jest też zaskakująco ludzkie. Ma oczy i coś jakby twarz… Ma nawet coś jakby nogi i ręce, a macki, które odchodzą od jego tułowia i przytrzymują uśpione kobiety, są jak dodatkowe kończyny.
− Wy. Nie. Samice – bulgocze ledwie zrozumiale Mazykin.
− Nie. Niestety. – Doktor przygląda się potworowi z ekscytacją. – Po pierwsze, jestem Doktor. Po drugie, uważam, że powinieneś je wypuścić. – Wskazuje na spętane kobiety. – A po trzecie… − uśmiecha się szeroko. − Jesteś piękny.
− Wy. Nie. Samice – powtarza Mazykin jakby bardziej rozgniewanym tonem. – Wy. Umrzeć.
− A! Widzę tu pewną komplikację. – Doktor wyciąga zza pazuchy nieco zgnieciony karton mleka. – Mam tu trochę laktozy… To ci może nie wyjść na zdrowie.
Stwór zamiera i patrzy na Władcę Czasu swoimi dziwnie ludzkimi oczami.
− Rory. Jeśli zaatakuje, polej go. – Doktor podaje przyjacielowi karton z mlekiem. – A teraz ty. Wielkie cudo – zwraca się do kosmity. – Mazykinowie to gatunek bardzo nietrwały. Są oddaleni od Ziemi o tysiąc galaktyk i wiele setek lat, jak więc się tu znalazłeś?
Stwór nie odpowiada, tylko lustruje Doktora wzrokiem.
− Dobrze więc. Nie wiesz, skąd się tu wziąłeś. W takim razie… Dwanaście. Dlaczego dwanaście? Po co ci dwanaście kobiet?!
− Potomstwo. – Pada odpowiedź.
− Jesteś samotny, rozumiem. – Doktor kiwa głową. − Zabiorę cię na twoja planetę, wrócisz do swoich. Powiedz mi tylko... Dlaczego dwanaście?
− Nie. Nie samotny.
− Więc po co ci dwunastu potomków? – Doktor marszczy czoło.
− Zabić. Dwunastu.
− Dwunastu kogo?
− Doktorów. − Mazykin wydaje z siebie głośny bulgot i w kilka sekund puszcza wszystkie kobiety. Jego macki jak szalone pędzą teraz w stronę Doktora, który stoi, jakby wmurowało go w ziemię.
− Uważaj! – wrzeszczy Rory, a Doktor pada przygwożdżony przez kończyny kosmity. Miota się, ale macki jak węże boa oplatają jego ręce i nogi. Wygląda to tak, jakby potwór miał zamiar rozerwać Doktora kawałki.
Rory, niewiele myśląc, robi zamach, by polać stwora mlekiem. Wylewa zawartość kartonu na jego cielsko. Przez chwile wydaje się, że to nic nie dało, że Doktor się pomylił i zaraz zostanie rozszarpany na strzępy, ale w końcu oślizgłe macki go puszczają. Słychać syk, jakby Mazykina polano kwasem. Jego skóra się pieni. Stwor wydaje z siebie straszliwy bulgot.
Doktor podnosi się z ziemi.
− Rory… Coś ty narobił – mówi cicho.
− To co mi kazałeś! „Polej. Polej, jeśli zaatakuje"!
Doktor patrzy ze smutkiem na wielką, zadziwiająco ludzką ośmiornicę i wzdycha smutno. Nie może nic zrobić. Mazykin się rozpuszcza.
A wraz z nim… całe pomieszczenie zaczyna się rozpadać. Wskazówki zegara na ścianie szaleją. Dziwna jasność zalewa pokój. Wszystko blaknie.
Rory otwiera oczy. Leży na bruku. Jest ładny, choć nieco deszczowy poranek. Chmury zbierają się nad Górnym Leadworth.
− Aua! – leżąca obok Amelia krzywi się, czując ból w barku. Gdzieś obok pojękują też inne kobiety.
− Amy! – Rory, niewiele myśląc, przytula żonę i dostaje pięścią w łeb.
− A! Za co? – Czuje, że będzie miał guza.
− Przed chwilą miałeś macki… − stwierdza wciąż jeszcze nie do końca rozbudzona Amelia.
− Już dobrze. – Doktor chwyta ją za rękę i pomaga jej wstać.
Na bruku, dookoła starego domu numer 12 leżą inne kobiety ubrane w czerwone sukienki i patrzą nieco otępiale na siebie nawzajem i otaczające je osiedle.
− Świetnie. Zlot bab, a ja jestem ubrany w obrus – marudzi Rory. Któraś z kobiet prosi go o pomoc we wstaniu i stwierdza, że miała bardzo dziwny sen.
− Chyba wszystko skończyło się dobrze – mówi Amelia do zamyślonego Doktora. Kobiety powoli rozchodzą się do domów. Żadna nie odniosła większych obrażeń. Są tylko skołowane. Cóż… Będą jeszcze bardziej, gdy się okaże, że nie było ich w domu od tygodni lub miesięcy.
Amy trąca Doktora w ramię.
– Nigdy więcej nie używaj mnie jako przynęty – szepcze mu do ucha i dodaje po chwili już zupełnie głośno: – Bez uprzedzenia.
Zerka na okno na trzecim piętrze starego domu porośniętego przywiędłym bluszczem.
− Czy mi się zdaje, czy tam wciąż ktoś jest? – wskazuje na kobietę za szybą.
− To Gabie. Może wyjść kiedy zechce. Jest tylko nie do końca pewna, czy chce. – Doktor ścisza głos. − Nazwała Rory'ego zboczeńcem.
− To wszystko przez ciebie! – Obrażony Williams wchodzi do TARDIS. Doktor i Amy machają Gabrielle, która patrzy na nich posępnie z okna, i także znikają za drzwiami niebieskiej budki.
Gabie wzdycha i kręci głową. Pęknięty obcas, rozczochrane włosy i rozdarte rajstopy. Jak niby ma wrócić taka do domu? Odwraca się od okna i mruży oczy. Do diabła. Wciąż razi ją światło. Skąd się bierze, przecież w tym pokoju nie ma nawet żarówki!?
Dziewczyna podnosi wzrok i otwiera usta ze zdziwienia. W suficie jest pęknięcie. Szczelina, z której sączy się jasna poświata.
***
Pęknięcia w czasie nigdy się nie kończą…. Jaka szkoda, Doktorze, że tego nie dostrzegasz. Tak samo jak nie dostrzegasz mnie. Twojej czerwonej lampki ostrzegawczej. Patrzę, jak TARDIS odlatuje, i cicho nucę. Może kiedyś mnie usłyszysz? Tik tak, zegar tyka,
Doktorowi coś umyka…
Tik tak, zegar chodzi,
mój Doktorze, coś ci grozi…
Tik tak, zegar bije,
Cisza… wkrótce… cię… zabije…
