III

Gdy weszli do środka, pani Lovett zatrzasnęła drzwi za nimi za klucz. Wpatrywała się w Todda. Po jego twarzy spływały strugi deszczu, ubranie miał przemoczone, zostawiał mokre ślady na podłodze. Ona zaś była otulona jego skórzanym płaszczem, który również był przemoczony, jednak grzał ją. Zdała sobie sprawę, że wciąż jest zapłakana. Szybko otarła łzy i podbiegła do Todda.

- Musimy Cię rozgrzać… - westchnęła do niego – Inaczej będziesz chory… Siadaj, dam Ci coś do picia. I coś suchego…

Sweeney uczynił tak, jak mu kazała. Tymczasem pani Lovett przyniosła z salonu napoczętą przez nią butelkę brandy i dwa kieliszki. Była w lekkim szoku. Przyszedł do niej sam, z własnej woli… w takim momencie? W drodze do kuchni wzięła pod pachę jeszcze dwa ręczniki.

Postawiła przed nim kieliszek i nalała brandy. Todd podniósł kieliszek do ust i szybko wypił, po czym rozłożył swój ręcznik na mokrych ramionach. Pani Lovett uczyniła podobnie, po czym przysiadła obok T. na ławie. Milczeli oboje, wpatrując się w podłogę. Pomieszczenie rozświetliła błyskawica.

- Ale burza… - szepnęła pani Lovett, spoglądając ukradkiem na Sweeney'a. Zastygła, gdy on odwzajemnił spojrzenie. Wzrok miał jak zwykle zimny i surowy, jednak nie było w nim już wściekłości.

- Co się stało, pani Lovett? – spytał, nie spuszczając z niej wzroku.

- Nic, złociutki. – odpowiedziała, na siłę uśmiechając się pani Lovett. – Przestraszyła mnie Twoja reakcja, to wszystko…

- Uczyniłem Ci jakąś przykrość… - przerwał jej Todd. Pani Lovett otworzyła usta z zdziwienia. To wszystko wydawało jej się zbyt dziwne. Jednak Todd… miał rację. Zmartwiła ją ta sytuacja… Ale przecież nic mu nie mówiła.

- To już nieważne, panie Todd. – uśmiechnęła się do niego i pogładziła go po ramieniu. – Może jeszcze brandy? – potrząsnęła butelką przed nosem T. Ten wyrwał jej butelkę z ręki i postawił na stole przed nimi, po czym chwycił twarz pani Lovett w obie dłonie i spojrzał jej głęboko w oczy. Ona się nie opierała żadnemu jego ruchowi. Bała się jednak… że stanie się coś, czego będzie żałować.

Sweeney Todd spoglądał głęboko w te kobiece oczy. Umęczone, podkrążone, zapłakane oczy. Spoglądały na niego z nieukrywanym strachem. Były jednak pełne ufności. Wiedział, że nie będzie się wyrywać. Nie będzie odwracać wzroku, nie teraz.

- Panie Todd… - cicho wyszeptała pani Lovett. Wyrwało go to z pewnego letargu. Wciąż jednak nie był pewny, co powinien powiedzieć. Jakie dobrać słowa, by nie pogorszyć i tak złej sytuacji.

- Płakałaś przeze mnie, prawda?

Czarne oczy nie odwróciły się od niego. Ponownie się zaszkliły, jednak nie popłynęły z nich łzy.

- Tak.

T. puścił ją i schylił głowę. Milczał.

---

Pani Lovett przysunęła się do Todda bliżej na ławeczce i otoczyła go ramionami, przytulając lekko. Serce biło jej jak młotem, lecz milczenie cały czas trwało i powoli zaczęło być uciążliwe. Poczuła jak Todd leciutko zadrżał, gdy przez lekko otwarte okno wleciał do mieszkania zimny wiatr.

- Chodź, złotko… - wstała i podniosła go na nogi z ławeczki – Tutaj zaraz zamarzniesz… Dam Ci coś do przebrania…

Todd podążył za nią do salonu, gdzie zajął miejsce przed kominkiem na fotelu. Lovett poszła na chwilę do malutkiego gabinetu, gdzie w tej chwili spał Toby, jak zwykle z butelką dżinu w dłoni. Gabinet przed laty zajmował jej świętej pamięci mąż. Teraz było to składowisko najróżniejszych rzeczy. Lovett otworzyła przepaścistą szafę i wyciągnęła stamtąd białą, lekko zakurzoną męską koszulę. Zamknęła drzwi do gabinetu, by nie obudzić Toby'ego i podeszła do Todda.

- Załóż tę koszulę. Tą mi daj, rozwieszę ją by wyschła…

Sweeney zaczął rozpinać guziki swej koszuli. Lovett poczuła się lekko zawstydzona, gdy zaczęła dostrzegać jego nagie ciało spod mokrej koszuli.

- Ja też pójdę się przebrać. Zaraz wrócę…

Szybko wstała i poszła do swojej sypialni. Kiedyś zajmowała ją razem ze swym mężem, teraz na wielkim, dwuosobowym łóżku spała tylko ona. Doskwierała jej wtedy samotność. Pościel wydawała się taka zimna.

Z szafy wyciągnęła lekką, białą sukienkę, która często zakładała pod suknię właściwą. Była uszyta z miękkiego jedwabiu, podszyta warstwą halki. Można ją było spokojnie nosić po domu. Lubiła ją, jednak nie miała nigdy czasu, by ją nosić.

Zaczęła rozwiązywać swój gorset. Nauczyła się już to robić sama. Nie był to aż taki wielki problem. Z każdym uwolnionym centymetrem, odzyskiwała poczucie lekkości w talii i swobodę oddechu. Jednak nigdy w życiu się do gorsetów nie przyzwyczai…

---

Todd jednym ruchem ściągnął z ramion mokrą koszulę i rozłożył ją obok siebie na poręczy fotela. Przez chwilę spoglądał w ogień, czując na gołej skórze jego pulsujące ciepło. Usłyszał za sobą szelest. Mimowolnie odwrócił się. Drzwi do pokoju, do którego weszła pani Lovett były lekko uchylone. Światło, które padało na ziemię przez szparę w drzwiach lekko migotało. Przez chwilę wpatrywał się tę smugę światła… po czym podniósł się z fotela i podszedł nieznacznie do drzwi.

Sam nie wiedział, czemu to robi. Przecież tam jest tylko pani Lovett… Poczuł jednak, że musi zajrzeć do pokoju, choćby przez tę szparę. Nie wiedział, co nim kieruje… Być może zwykła ciekawość. Chociaż… Chyba nie powinien… Wychylił jednak głowę w stronę światła i zajrzał do pokoju.

Pani Lovett stała odwrócona do niego tyłem. Rozwiązywała gorset. Todd był lekko zdziwiony, że kobiety same sobie radzą z wiązaniem i rozwiązywaniem tych gorsetów… dla niego była to czarna magia – zdecydowanie denerwująca w czasie gry wstępnej. Dlaczego akurat teraz o tym pomyślał…? Przecież Lovett to nie Lucy…

Nigdy nią nie będzie…

Pani Lovett zsunęła gorset i rzuciła go niechlujnie na łóżko. Teraz wzięła się za rozpinanie sukienki. Rozpinała w lekkim pośpiechu guzik po guziku, a materiał powoli rozchylał się, zsuwając jej się z ramion. Todd obserwował, jak materiał powoli opada, odsłaniając jej plecy, biodra, nogi… Wreszcie pani Lovett stała naga, ledwie kilka metrów przed nim, a on ją podglądał z ukrycia. Pomimo swego wieku miała piękne ciało… jej skóra w świetle wciąż szalejącej burzy z piorunami wydawała się mlecznobiała. Obróciła się nieco, co umożliwiło mu spojrzenie na nią z boku. Jego serce zabiło nieco mocniej, gdy spoglądał na jej nagie piersi. Nie spoglądał na kobiece piersi ani razu od ponad piętnastu lat… Mimo, że miał parę ku temu okazji, jako podróżnik. Wciąż jednak był wierny swej Lucy, wierzył, że do niej powróci… A Lovett to nie Lucy…

I nigdy nią nie będzie…

Przecież obiecał Lucy wieczną wierność… Po grób. Ale… Lucy już przy nim nie ma…

I nigdy nie będzie…

W milczeniu i z rozterką w sercu podziwiał ciało pani Lovett. Nie mógł wyjść ze zdziwienia, że pod swymi ciemnymi sukniami ukrywała taki skarb. Jej biodra były zarysowane tak delikatnie, jakby najdelikatniejszy dotyk miał je zranić. Przyglądał się jej pośladkom, w myślach wyobrażał sobie, jak ich dotyka, czuje ich ciepło… Jak całuje ją po piersiach, dotyka… dotyka jej ciała… Czuje jej zapach, gładkość skóry, słyszy przyspieszone bicie jej serca… chciał dotknąć każdego kawałeczka jej ciała…

Jednak ona nigdy nie będzie Twoją Lucy.

Pani Lovett wreszcie założyła przez głowę suknię, która opadła, zakrywając jej wdzięki. Dopiero teraz Sweeney wyrwał się z rozmyślań i otrząsnął się. Spodnie były dla niego odrobinę za ciasne… i nie było to bynajmniej z powodu ich namoknięcia w czasie deszczu. Nie odczuwał tego uczucia od tylu lat…

Zerwał się z podłogi i cicho podszedł do fotela, na którym siedział, kiedy Lovett opuściła salon. Chwycił koszulę, którą dostał od niej, szybko założył na siebie i usiadł, starając się jednocześnie uspokoić i udawać, że wszystko jest w porządku.

- Już jestem, złotko. – rozległ się jej głos, dokładnie za jego plecami. – Dobrze, że koszula jakoś na Tobie wygląda… Wiesz, Albert był trochę… szeroki.

Zaśmiała się. Rzadko kiedy Sweeney słyszał jej śmiech… Był przyjemny dla ucha, nie za głośny, nie skrzeczący… Człowiek sam chciał się uśmiechnąć, gdy słyszał ten śmiech. Lovett obeszła jego fotel. Teraz mógł się jej przyjrzeć w sukience. Była z lekkiego jedwabiu, biała obszywana koronką. Leżała na niej bardzo dobrze, opinała ją, podkreślając piękne kształty, która paręnaście sekund temu tak rozbudziły wyobraźnię Todda…

Lovett wyglądała na młodszą o kilkanaście lat. Zupełnie inna kobieta. Jej kręcone włosy, zazwyczaj upięte w dwa kuce po dwóch stronach głowy, teraz były rozpuszczone i Todd zauważył że sięgają jej do połowy pleców.

- Ślicznie wyglądasz. – wybąkał cicho Todd w jej stronę. Nie był do końca pewien na ile uczynił to specjalnie, a na ile całkiem nieświadomie.

Jednak ona jest inną kobietą.

Nigdy nie będzie Twoją Lucy.

---

Lovett ponownie poczuła, jak się rumieni. Odwróciła się ostrożnie w stronę Todda. Siedział w fotelu, w niedopiętej koszuli i przyglądał się jej nieobecnym wzrokiem. Zawsze miał taki wzrok, kiedy miewał „sprzeczne myśli", jak to sobie tłumaczyła. Ciekawe o co chodziło tym razem… Jednak nigdy jeszcze nie powiedział jej takiego komplementu…

- Dziękuję, kochanie. Może napiłbyś się jeszcze?

Todd pokręcił przecząco głową. Lovett odstawiła butelkę na szafę i podeszła do niego od tyłu. Chwyciła ręcznik i zaczęła delikatnie wycierać jego wciąż mokrą czuprynę. Cieszyła się z tej bliskości. Gdy wytarła włosy, jej uwagę przyciągnął nagi kark Todda. Odsunęła nieco jego kołnierz i delikatnie zaczęła rozmasowywać mu szyję.

- Coś Ty taki spięty, złotko? – mruknęła w jego stronę. – Rozluźnij się trochę…

---

Jednak Todd nie potrafił się uspokoić. Czuł zjeżdżające w dół jego kręgosłupa dziwne impulsy. Było to dla niego przyjemne, jednak przede wszystkim o czymś mu przypominało. Przez chwilę wydawało mu się, że Lovett robi masaż dokładnie tak samo jak jego kochana Lucy…

Nigdy nią nie będzie.

Todd nie wytrzymał i schylił się wyrywając pani Lovett. Zakrył twarz rękami, zacisnął powieki, chcąc wyrzucić z umysłu obraz roześmianej Lucy z małą Johanną na rękach. Ten obraz, co przez ostatnie piętnaście lat dawał mu nadzieję i w zasadzie trzymał go przy życiu, teraz czynił mu niewyobrażalną krzywdę. Był niczym fatum, od którego nie można się uwolnić.

- Panie T.? – usłyszał za sobą niespokojny, cichy głos Lovett. Wyrwało go to z przykrych wspomnień, ale poczuł, że musi być sam. Zerwał się z fotela i spojrzał na panią Lovett. Oczy miała zatroskane, widząc jego nagłe dziwne zachowanie.

- Dziękuję za wszystko. – wymamrotał, odwracając od niej wzrok. – Chcę iść już do siebie. Dobranoc, pani Lovett.

- Dobranoc… - szepnęła pani Lovett. – Nie zamknę dzisiaj drzwi od podwórka w nocy. Jakby się coś działo to możesz spokojnie tutaj przyjść. Nie jestem pewna czy dach w Twoim pokoju w paru miejscach nie przecieka…

- Poradzę sobie. – przerwał jej Todd. Wziął z poręczy krzesła swój skórzany płaszcz, przeszedł szybkim krokiem przez kuchnię i wyszedł przez tylnie drzwi na podwórko. Deszcz wciąż padał, jednak burza już minęła miasto. Szybkim krokiem wszedł po schodach na górę i zatrzasnął za sobą drzwi.

---

Pani Lovett stała pośrodku pokoju z przemoczoną koszulą Todda w dłoniach. Nie wiedziała do końca, dlaczego sprawy przyjęły taki obrót. Czuła smutek w sercu. Znów była sama.