Rozdział 3
Październik 2007 roku
Mówi się, że kształtuje nas wiele rzeczy. Mówi się, że kształtuje nas ból. Że to najlepszy nauczyciel. Surowy, to fakt, nie toleruje słabych i nawet z najsilniejszych zrobi słabeuszy, spierze tyłek tak, że zamiast iść będziemy się czołgać, błagając o litość. Ha! Dobre sobie! Żeby jeszcze ktokolwiek zainteresował się tym naszym błaganiem. Dzisiaj ludzie stale gdzieś pędzą, dbają o własne interesy – bo to przecież najważniejsze – i gdzieś mają całą resztę. Tak naprawdę nawet o bliskie osoby dba się tylko z własnych, egoistycznych pobudek.
Bo ją kocham.
Bo nie mogę bez niej żyć.
Bo jest dla mnie wszystkim.
Być może, gdyby któreś z jego przyjaciół przeżyło bitwę, być może opowiedziałby mu o tym, co stało się z Lisą. Być może byłby to Tommy? Stary, dobry Tommy o zrzędliwym usposobieniu, który po prostu poklepałby go po plecach i stwierdził, że powinni schlać się do nieprzytomności, bo to jest najlepsze na złamane serce.
A może Kate? Najstarsza z całego zespołu, do którego należał i prawdopodobnie najbardziej dojrzała. Może kobieta zapytałaby, dlaczego zrobił to, co zrobił? Dlaczego nie pozwolił odejść cierpiącej dziewczynie, dopuszczając się nie tylko zdrady Torchwood, ale i ryzykując życie całej ludzkości. Doskonale wiedział, co by odpowiedział.
Bo ją kocham.
Bo nie mogę bez niej żyć.
Bo jest dla mnie wszystkim.
Fakt jednak pozostawał faktem. Cały jego zespół został wymordowany przez daleków lub cybermenów – nie mógł być pewien, bo kiedy tylko ogłoszono alarm opuścił stanowisko pracy i pobiegł szukać narzeczonej. Wszyscy byli martwi. Później natknął się na ciało Amelii, młodziutkiej – ledwie osiemnastoletniej – dziewczyny, która dopiero co do nich dołączyła. To jego zadaniem było wprowadzenie jej. Nigdy nie był wyjątkową duszą towarzystwa, lecz rozentuzjazmowanej brunetki po prostu nie dało się nie lubić. Leżała przysypana gruzem na szóstym piętrze. W tamtym miejscu zawalił się sufit – na kilku innych piętrach również miało to miejsce, co przypłacił połamanymi żebrami. Ledwo się poruszał, jednak wiedział, że jeśli zrezygnuje, nie wybaczy sobie tego do końca życia – nawet biorąc pod uwagę fakt, że nie liczył na wyjście z tego żywym. Budynek płonął w kilku miejscach, sufit walił się na głowę, a do tego wszędzie pełno było morderczych maszyn. I zapachu śmierci. Krwi i śmierci. Tylko cudem udało mu się zabrać stamtąd Lisę. Lecz to i tak nie wystarczyło.
Pobudka zaowocowała w potworny ból głowy i przygnębiające otępienie – wręcz obojętność. Wyjście z łóżka wydawało się jednym z najbardziej absurdalnych pomysłów, na jakie kiedykolwiek wpadł, mimo iż całe jego ciało rozpaczliwie domagało się podstawowych czynności higienicznych, nie wspominając już o głodzie. W ostatnim czasie, głównie z powodu stresu, jadł dużo mniej, lecz wciąż pozostawał człowiekiem i raz na jakiś czas dopadał go naprawdę nieznośny ból brzucha.
Po kilku minutach walki z samym sobą, nakrył się szczelniej kołdrą i na powrót zamknął oczy. Nie widział powodu, dla którego nie powinien tego robić. Dla którego nie powinien zwinąć się w tym łóżku i czekać, aż dosięgnie go śmierć spowodowana głodem lub Bóg wie czym innym. Nie musiał wcale wstawać. Nikt nie mógł go do tego zmusić, a tym bardziej nie było już osoby, dla której zrobiłby to dobrowolnie. Zniknęło jego ostatnie światełko w tunelu, dziewczyna, dla której każdego dnia wstawał i udawał silnego. Lisa odeszła. Umarła. I już nie wróci. Sama myśl o tym wywoływała ból, bez problemu przebijający się przez grubą warstwę otępienia.
Wygramolił się niezdarnie z łóżka ze świadomością, że nie zaśnie ponownie bez farmaceutycznej pomocy. Zrobił więc szybką wycieczkę do łazienki, przyjął kolejną dawkę leków i, celowo ignorując potrzeby własnego ciała, wrócił prosto pod kołdrę. Skoro Jackowi nie spieszyło się z wykonaniem roboty, to zawsze mógł mu w tym nieco pomóc. Upozorowanie samobójstwa człowieka pogrążonego w depresji jest dużo prostsze.
Kiedy obudził się kolejny raz, za oknem było już zupełnie ciemno. Przez jakiś czas próbował jeszcze wrócić do snu, lecz jego obolały pęcherz miał inne plany. Przeklinając pod nosem po walijsku, chwiejnym krokiem ruszył do toalety, jednak po zadbaniu o potrzeby fizjologiczne nie miał czasu na zrobienie czegokolwiek innego, gdyż w tym momencie jego żołądek się zbuntował. Tym razem nie miał już czym wymiotować i wydalił z organizmu jedynie żółć. Przez następnych kilka minut leżał z twarzą przyłożoną do porcelanowego, zimnego kolanka umywali. Powinien wstać, umyć zęby i w końcu wziąć ten piekielny prysznic, by zmyć z siebie całą krew, wymiociny i pot, lecz nie ufał swojemu żołądkowi. Miał wrażenie, że gdy tylko spróbuje podnieść się na nogi, dosięgnie go kolejna fala mdłości. Z drugiej jednak strony, nie mógł spędzić na tej podłodze reszty życia – nieważne, jak bardzo kusząco to brzmiało. Prędzej czy później będzie musiał wstać i zmierzyć się z tym, co zostało z jego życia, spróbować pozbierać jego kawałki i chociaż udawać, że potrafi iść dalej bez niej. Chyba, że Jack postanowi inaczej – na razie mógł tylko czekać na decyzję starszego mężczyzny, z którą ten, jak widać, się nie spieszył. Lecz może to dobrze, bo oboje byli wciąż zbyt pełni wściekłości, żalu i nienawiści do siebie nawzajem.
Ianto wcale nie chciał myśleć o tym, że jego szef od początku miał rację i kobieta, którą zabił on i reszta zespołu nie była już Lisą. Myśląc o Jacku, czuł ogromną nienawiść, a jednocześnie przepełniało go poczucie winy. Kiedy dołączył do Torchwood Trzy, wiedział, że nie może się przywiązać do nikogo z nich – byli tylko częścią planu, który miał uratować jego narzeczoną. Więc stał się niewidzialny – był w tym naprawdę dobry, robił to już od dziecka – był na każde skinienie, nikt się nim zbytnio nie przejmował. Akceptowali jego obecność, lecz nie zwracali na nią większej uwagi. Prawie zapomniał, jak to jest nic nie znaczyć. Po czasie spędzonym w Torchwood Jeden, gdzie on i Lisa mieli nienaganną opinię i spore grono przyjaciół, ciężko było wrócić do bycia wyrzutkiem. Lecz dla niej był w stanie to zrobić. Mimo wszystko jednak w jakiś sposób przywiązał się do zespołu, choć jakaś jego część tak strasznie ich wszystkich nienawidziła – za to, że nic nie zauważali. Nigdy nie zwrócili uwagi, że prawie nie opuszcza Centrum, że chodzi z cieniami pod oczami, że jest nienaturalnie chudy. Taki był plan, ale to i tak, w jakiś pokręcony sposób, bolało. Przypominało czasy dzieciństwa, kiedy to w szkole nikt nic nie dostrzegał, a on wracał do domu, jednocześnie woląc zniknąć, niż stawić czoła ojcu. Ojcu, który kompletnie zwariował po śmierci matki.
Lecz teraz to już nie miało znaczenia. Wszystko poszło nie tak. Lisa nie żyła, a on musiał stawić temu czoło. I Jackowi. Jackowi, który prawdopodobnie wciąż był na niego wściekły jak wszyscy diabli. I dlatego wciąż się nie pojawiał, by powiedzieć mu, co dalej – bo wściekły Kapitan nie miałby żadnych oporów przed zabiciem go i oboje o tym wiedzieli. Właściwie aktualnie było mu całkowicie obojętne, co dalej się z nim stanie. Przegrał i będzie musiał ponieść tego konsekwencje. Ostatecznie i tak nie mogło spotkać go nic gorszego niż Lisę. Jego ukochaną Lisę. Chciał krzyczeć z bólu, lecz jego ciało nie miało już na to siły. Z małą pomocą ściany i umywalki podniósł się na nogi. Rozpięcie koszuli chyba jeszcze nigdy nie było dla niego tak ogromnym problemem. Nie rozumiał, dlaczego jego dłonie nie mogą przestać się trząść. Kręciło mu się w głowie i był pewien, że za moment znów zwymiotuje lub po prostu skończy nieprzytomny na ziemi. Ale ostatecznie żadna z tych rzeczy nie miała miejsca i kilka minut później stał nagi pod strumieniem gorącej wody. Zbyt gorącej, lecz nic sobie z tego nie robił. Czuł niewyobrażalny ból w żebrach, które musiały zostać uszkodzone, gdy Li... gdy Cyberman rzucił nim o ziemię.
Szorował skórę z całej siły, aż stała się zaczerwieniona niemal w każdym miejscu. Mimo to wciąż miał wrażenie, że jest brudny, że wciąż ma na sobie jej krew. Deja vu. Dokładnie to samo czuł po bitwie o Canary Wharf, ale wtedy Lisa... był jeszcze dla niej choć cień szansy, który teraz obrócił się w pył. Wyszedł spod prysznica, owinął ręcznik wokół bioder i, ociekając wodą, stanął przed lustrem. Tak jak sądził – cała okolica żeber była sina i spuchnięta. Zacisnął zęby, gdy dłonią próbował oszacować szkody. Powinien zadzwonić do Owena, lecz coś mu mówiło, że stracił prawo do tego, gdy Lisa próbowała zabić jego i Gwen. Zażył więc kolejną tabletkę przeciwbólową – tym razem nieco słabszą – popijając ją zimną wodą z kranu. Dopiero wtedy zdał sobie sprawę, jak bardzo jest spragniony. Wciąż mokry, a do tego i zmarznięty, wszedł do kuchni. Było to spore, nowocześnie wyposażone pomieszczenie. Podobne do ich kuchni w Londynie. Całe mieszkanie było tylko pustą kopią ich poprzedniego życia. Wiedział, że jeśli Lisa wyzdrowieje, będzie się czuła najlepiej w jakimś znajomym miejscu. Więc robił co mógł, by dom jak najbardziej przypominał poprzednie mieszkanie. Mimo to czuł się tu obco i nie na miejscu. Temu domowi brakowało duszy, szczęśliwych wspomnień, którymi wypełniony był Londyn. Pokręcił głową na widok sterty naczyń w zlewie. Był niesamowicie schludną osobą, za co Lisa momentami miała ochotę go udusić, lecz kuchnia, przez brak czasu i chęci na cokolwiek, była brudna i zaniedbana.
Nalał wody do czajnika i, czekając aż ta się zagotuje, ostrożnie przeszedł do sypialni. Pomieszczenie wypełniał nieprzyjemny zapach, więc otworzył na oścież okno i, ignorując gęsią skórkę, uchylił drzwi szafy. Nareszcie mógł darować sobie garnitur. Po kilku chwilach udało mu się wygrzebać stare, wytarte dżinsy i szarą bluzę z kapturem. Pasek skutecznie pomógł utrzymać spodnie na jego wychudzonym ciele, lecz nic nie mógł poradzić na to, jak wisiała na nim bluza. Kiedy tak strasznie schudł?... Przejechał dłonią po mokrych włosach; po krwi, która zlepiała je jeszcze niedawno, nie został nawet ślad. Czuł tylko silny zapach miętowego szamponu. Odwrócił wzrok od lustra z obrzydzeniem. Nie poznawał samego siebie. Nie był tym samym mężczyzną, który z radością prosił Lisę o rękę.
Czajnik zagwizdał głośno, sprawiając, że podskoczył i zaklął po walijsku. Czasami naprawdę używał tego języka zupełnie nieświadomie. Jego mama, mimo iż była rodowitą Angielką, przy jego ojcu również nabrała takiego zwyczaju i zdawało się, że w tej kwestii Ianto jest do niej podobny.
Pierwszy raz od dawna zrezygnował z kawy na rzecz starej, dobrej herbaty. Tym razem nie potrzebował żadnego lekarstwa, które uchroniłoby go przed snem. Mógł sobie spać do cholernej śmierci i nikogo by to nie obeszło. Zalewając herbatę poparzył sobie palce. Dopiero wtedy zorientował się, że jego ręce wciąż się trzęsą, a policzki są mokre od łez. Trzasnął czajnikiem w blat, rozbił szklankę o ścianę naprzeciwko i opadł na podłogę, oddychając ciężko i szlochając jednocześnie. Przycisnął obolałą dłoń do piersi, lecz dobrze wiedział, że to nie ból fizyczny przyczynił się do jego łez. Słowa Lisy brzmiały mu w głowie, zupełnie, jakby stała tuż obok.
„Zrobiłeś tosty z serem i strasznie narzekałeś na mój czajnik."
Oczywiście, że narzekał. To diabelstwo poparzyło go więcej razy, niż był w stanie zliczyć. Kilka dni później zaciągnął dziewczynę do sklepu po nowy czajnik. Dokładnie ten sam, którym, przez własną nieostrożność, zafundował sobie oparzenie.
Szlochał bezgłośnie. Oddałby wszystko za jeszcze jeden dzień spędzony z Lisą. Gdyby tylko mógł się cofnąć do czasów sprzed upadku Torchwood Jeden i znów być słodko nieświadomym losu, jaki czeka jego i wszystkie drogie mu osoby. Nie chciał wiele – jedynie odzyskać ukochaną kobietę – a tymczasem zawalił na całej linii. Nie miał pojęcia, dlaczego Jack jeszcze się nie pojawił. Nie powinien go w ogóle wypuszczać z Centrum. Powinien go zastrzelić i pozwolić zgnić w tej przeklętej piwnicy. Ianto nigdy nie potrafił zrozumieć decyzji, jakie podejmował Kapitan, widać tym razem było podobnie.
Jego brzuch głośno zaprotestował przeciwko głodówce, na jaką skazywał się Ianto, lecz myśl o Annie – o biednej, niewinnej Annie – skutecznie powstrzymywała go przed zamówieniem czegokolwiek przez telefon. Na drżących nogach doczłapał się do lodówki, lecz, tak jak przypuszczał, była ona niemal całkiem pusta. Ostał się w niej jedynie wiekowy kawałek pizzy, a nie sądził, by zjedzenie go zadziałało korzystnie na jego stan zdrowia.
Wrócił do łazienki i, starannie unikając spoglądania w lustro, stanął przy umywalce, by przemyć twarz zimną wodą. Nie przyniosło to jednak zamierzonego efektu, wciąż nie mógł się uspokoić. Ostatecznie skończył skulony na kanapie w salonie. W tamtym momencie przyjąłby Jacka i jego rewolwer z prawdziwą wdzięcznością. Był tym tak piekielnie zmęczony – swoim dzieciństwem, otaczającą go śmiercią i bólem, ciągłą walką, ukrywaniem prawdziwego siebie. Przy Lisie prawie zapomniał, jak to jest dostać od życia po tyłku. I drogo zapłacił za tę zuchwałość.
Reszta nocy upłynęła powoli, a każda sekunda zdawała się być katorgą. Jack się nie pojawił. Ani on, ani nikt inny. Nie żeby Ianto spodziewał się, by ktoś z zespołu troszczył się o to, czy palnie sobie w łeb... Miał jednak cichą nadzieję, iż chociaż Tosh wyśle mu przynajmniej głupiego SMS-a. Choć z drugiej strony, nawet jeśli łączyły ich całkiem niezłe relacje, to po tym, co zrobił, nie miał co liczyć na troskę kobiety. Na czyjąkolwiek troskę. Ostatecznie wszystkie osoby, dla których coś znaczył umarły na Canary Wharf.
Ianto jeszcze nigdy w życiu tak nie żałował, że przeżył tę bitwę.
