Witam. A oto wstawiam trzeci rozdział(po mojemu jest za krótki, ale postaram się nadrobić to kolejnym). Freja i Grett - dziękuję za wasze komentarz i każdemu, kto przeczytał opowiadanie, a trochę ludzi się odważyło xD Freja dziękuję za Twój komentarz i szczerze się przyznam(nie wiem czy to dobrze, czy nie) ale nie oglądałem filmu ,,nawiedzony", więc możliwe podobieństwa pewnie są przypadkowe, ale jeśli zacząć ich szukać, to w każdym ficku/opowiadaniu znajdą się jakieś porównania do dobrych książek, seriali, filmów, czy nawet sławnych osób. Chociaż czasami trzeba się czymś inspirować, prawda? ;) Co do wątków romansowych Harry'ego, to na razie się nie wypowiem - sami zobaczycie.

Nie przedłużając: Zapraszam! Mam nadzieję, że rozdział się spodoba i zostawicie jakąś opinię xd Krytykę też przyjmuję.


R3

Gdy rozpada się świat - stąpaj ostrożnie. Bo jeden krok w niewłaściwym kierunku może cię zgubić.


Iluzja nie ma tego do siebie, że ukazuje najskrytsze pragnienia twojego serca. Prawdziwa iluzja jest zdradliwa i obraca ciebie przeciw sobie. Krążąc w niej powoli się zatracasz w tym, co widzisz, aż w końcu zapominasz o rzeczywistości, bo obrazy, które widzisz są tak realne i tak upragnione, że nie chcesz odejść. Im głębiej brniesz, tym bardziej się zatapiasz.

Harry Potter doskonale to wiedział, a jednak zasiadł do stołu. Chciał pozostać w iluzji jeszcze chwilę i porwała go fala. Teraz śmiał się z żartu opowiedzianego przez jego ojca chrzestnego - Syriusza. Zapomniał już o jego śmierci, a wspomnienia zatarły się przez marzenia. Bo, co by było, gdyby Syriusz żył?

Co by było, gdyby żyli jego rodzice? Zawsze poszukiwał odpowiedzi na te pytania, a teraz zapragnął z nimi zostać.

— Harry - usłyszał głos swojej matki, miękki i piękny niczym śpiew ptaka o poranku. - Nie spróbowałeś jeszcze ciasta.

— Właśnie! - krzyknął wesoło James Potter. Jego głowę pokrywała lekka siwizna, jakby przez te wszystkie lata się starzał, a jego twarz pokrywał kilkudniowy zarost. - Co to za Potter, który nie je ciasta?! Lily, daję słowo honoru, piecze najlepsze ciasto pod słońcem!

Harry uśmiechnął się słabo i spojrzał w oczy swojej matki. Miała podobne, tylko nieco jaśniejsze i bardziej błyszczące, jakby ukryto tam wszystkie migoczące gwiazdy. Spojrzał na swojego ojca, Syriusza, Lupina i Tonks. W korytarzu za nim stał Albus Dumbledore, który rozmawiał z Alastorem Moodym. Wszystko było dobrze i nie myślał o niczym, bo chciał tylko być z nimi.

— Może też się poczęstujesz, Any? - zapytał Syriusz z szerokim uśmiechem i puścił jej oczko.

Dziewczyna uśmiechnęła się niepewnie, spojrzała na Harry'ego i również skosztowała.

— Hm… pyszne - powiedziała po chwili, a Lily spojrzała w jej stronę.

— No Harry - podjął po chwili James. - Jak ci się podoba w Hogwarcie? Dawno nas nie odwiedzałeś. Myśleliśmy, że zapomniałeś o nas.

— Dobrze wiesz, tato, że nigdy bym o was nie zapomniał.

— No tak - odparł. - A słyszałeś, co ostatnio zrobił Syriusz na eliksirach? - Harry spojrzał ciekawie w jego stronę. - Remusie! Opowiedz mu!

— No więc, łapa miał bardzo żartobliwy dzień - zaczął z uśmiechem.

Harry natychmiast wsłuchał się w opowieść o Syriuszu, który przerwał mało fascynującą lekcję eliksirów prowadzoną przez nikogo innego, jak profesora Severusa Snape'a. Remus i James na zmianę opowiadali o dokonaniach Syriusza, który dumnie unosił podbródek i od czasu do czasu rzucał własnym komentarzem na temat całego incydentu. Opowiadali o kolorowych wybuchach farb, skaczących kociołkach i garnkach, o przemalowaniu Snape'a na różowo i polaniu jego głowy olejem.

Harry słuchał, ale tak naprawdę jego uwaga byłą skupiona na wszystkim wokół.

Siedział w wielkiej sali, rozmawiał z rodzicami, a wszystko wydawało się takie prawdziwe. Bardzo chciał wierzyć w to, co widzi, ale w głębi serca wiedział, że to wszystko złudzenie. To tylko odzwierciedlenie tego, czego tak bardzo pragnął. Spojrzał w stronę Any, która już nie wiedziała, czy utkwiła w iluzji, czy jest tutaj naprawdę. Obejrzał się i spojrzał na zegar. Nie wiedział ile godzin minęło, ale wydawało się to zbyt długo. Siedzi tutaj już bardzo długo, a powinien wrócić do pracy. Jednak nie wiedział już dokładnie, gdzie tak naprawdę pracuje.

— Any! - zawołał, a blondyna odwróciła się gwałtownie i spojrzała w jego stronę. Jego matka również. - Musimy się zbierać.

— Co? - zapytała szybko Lily. - Nie! Musicie tutaj zostać na noc! W nocy jest niebezpiecznie na zewnątrz.

Harry wstał i podszedł do matki, obserwowany przez każdą parę oczu. Dotknął jej twarzy tak, jak robią to małe dzieci, które potrzebują poczucia bezpieczeństwa. Czuł bijące od niej ciepło i energię. Była szczęśliwa i on też.

— Tak długo cię nie było - powiedziała cicho. - Zostań jeszcze trochę. Z nami wszystkimi. Any, możecie zostać, prawda? Tylko jedną noc.

— Cóż - odezwała się i spojrzała na młodego Pottera. - Możemy?

Harry westchnął. Tak dawno nie było go w Hogwarcie. Tak dawno nie widział swoich rodziców. Wydawało mu się, że minęły wieki. Ale przecież to jego rodzice i przyjaciele. Nie może odmówić.

— Tylko jedną noc - zgodził się, a Lily objęła go mocno.

oOo

Ron był na przyjęciu. Wielkim, bogatym przyjęciu, na którym nie było żadnych pospolitych ludzi. Wszyscy tańczyli, pili najlepsze wina i szampany i bawili się. W oddali widział swoich rodziców, którzy rozmawiali i śmiali się. Ubrani byli w najlepsze szaty - jego matka w piękną, wyszukaną i błyszczącą suknię, a ojciec w szatę z barwami Gryffindoru. Rozejrzał się po gościach i porwał z tacy kieliszek najdroższego szampana. Widział swoją rodzinę, braci, siostrę, przyjaciół i swój portret wiszący na ścianie. Uśmiechnął się, gdy ujrzał samego siebie na obrazie, trzymającego w dłoniach miecz Gryffindora i szybkim machnięciem ścinającego głowę ogromnemu bazyliszkowi.

— Ron! - usłyszał szczęśliwy krzyk, który znał aż nazbyt dobrze. Odwrócił się i ujrzał Hermionę, ubraną w piękną białą suknię. Jej włosy były rozpuszczone i wydawały się falować, jakby na leciutkim wietrze. Wyglądała tak pięknie, że na krótki moment bezmyślnie wstrzymał oddech. - Jesteś już!

— Tak - potwierdził i ucałował ją. - Jak się podoba przyjęcie? - zapytał przyciągając ją do siebie i porywając do wolnego tańca, bo kapela akurat zaczęła grać wolną, romantyczną muzykę. Czuł, że w tej chwili mógłby dokonać naprawdę wielkich rzeczy. Większych, niż ktokolwiek.

— Jest cudownie! - odpowiedziała radośnie. - Długo cię nie było. Mówiłam, żebyś kupił mniejszy dom, bo zgubisz się w korytarzu. - Zaśmiała się i rozejrzała. - Wszyscy się bawią. Dziękuję.

Ron spojrzał na nią zaskoczony, nie rozumiejąc, dlaczego mu dziękuje, ale zaraz zrozumiał, bo zobaczył obrączkę na jej palcu. Spojrzał na swoją dłoń i tam również była - złota i piękna. No tak, przecież się oświadczył, a to przyjęcie na ich cześć. Jak mógł o tym zapomnieć? Nie ważne, już jest przy swojej żonie. Hermiona Weasley, na samą myśl ogarniała go radość.

Jednak czegoś tutaj mu brakowało. Zaczął się rozglądać i zauważył swoją siostrę.

— Ginny chyba dobrze się bawi, nie uważasz? - zapytała Hermiona. Widocznie podążała za jego wzrokiem.

— Chyba tak - odpowiedział niepewnie. Ginny właśnie rozmawiała z jakimiś kobietami i śmiała się. Wtedy sobie przypomniał.

— A gdzie Harry? - zapytał cicho.

— Harry? - zdziwiła się. - Harry Potter? A dlaczego miałby tutaj być?

— No wiesz, to mój najlepszy przyjaciel.

— Przyjaciel?! Może w Hogwarcie, kiedy uczepił się ciebie, jak rzep psiego ogona. Od początku wiedział, że zostaniesz kimś, ale na szczęście zerwałeś tą niepotrzebną znajomość. Nie potrzebujemy go w naszym życiu. Ty jesteś wielki. Uratowałeś nasz świat, pokonałeś Voldermota i dostałeś order Merlina. Jesteś najwspanialszą osobą w kraju. Po co ci Harry Potter? Liczysz się tylko ty.

Ren westchnął i uśmiechnął się do swojej żony. Nie wiedział, czemu, ale wiedział, że ona ma rację.

Nie potrzebuje już Harry'ego Pottera.

oOo

Javier siedział na zakurzonym krześle. W ogóle wszystko wokół pokrywał kurz. Miał na sobie czarną, poszarpaną szatę. Nienawidził tego świata, który odebrał mu wszystko. Przez ludzi na szczycie umarła jego matka, a później zamordowano mu ojca. Nic z tym nie zrobili, machnęli na to ręką i powiedzieli, że mają ważniejsze sprawy na głowie.

W wieku czternastu lat został sam, zdany na łaskę świata, której nie otrzymał. W Hogwarcie był w Slytherinie. Był czystokrwistym czarodziejem z potężnym majątkiem, który przepadł, bo ojciec nie zdążył mu go przekazać. W szkole spadł na sam dół hierarchii i stał się nikim więcej jak nic nieznaczącym Javierem - zakałą domu węża.

Nikt nie podał mu ręki, nikt się z nim nie liczył, a przyjaźń była okazywana tylko wtedy, gdy chcieli go wykorzystać. Dorastał wśród ludzi fałszywych, nie miał prawdziwych przyjaciół i był tylko on. Pogrążony w samotności został aurorem. W głowie słyszał jedno imię, ale było jak za grubą ścianą. Nie chciał słuchać, chciał się zemścić.

I dobrze wiedział, kogo dosięgnie jego zemsta. Podczas wojny nie dołączył do śmierciożerców i walczył. Walczył przeciw wrogowi i wygrywał. Jednak nikt tego nie doceniał i wszyscy czekali na Wielkiego Harry'ego Pottera, wybawcę! A przecież on też walczył! Ile rodzin uratował?! Ilu ludzi ocalił z rąk tych morderców! Z pewnością więcej, niż Potter, który bawił się w wielkiego czarodzieja, chowając się po lasach.

Tamte chwile nauczyły go, że samotność jest jego ścieżką, którą musi iść, a świat nigdy nie zwróci na niego uwagi. Był tylko Potter - Wielki Wybawca. Javier wiedział, że gdyby nawet poległ, nikt by po nim nie płakał. W końcu był tylko Javierem Wiliamsem.

Zabij go. Zrób to. Potrafisz tego dokonać - odezwał się głos w jego głowie. Był kuszący i cichy. Słyszał moc i siłę, która dodawał mu odwagi. Tak, mógł to zrobić, mógł tego dokonać. I chciał.

Wstał z krzesła i dobył różdżki. W jego oczach zabłysła czerwień i zapytał:

— Kim jesteś?

Odpowiedział mu ten sam, cichy, kuszący głos.

Jam jest Lord Voldemort.

oOo

Do pokoju wbiegł karłowaty człowiek, wpuszczając nieco światła do ciemnego pomieszczenia. Spojrzał na mężczyznę siedzącego na dużym fotelu i powiedział szybko:

— Panie. Wybiła północ! - W jego głosie słychać było ekscytację i podniecenie, a na koniec nie mógł powstrzymać szaleńczego uśmiechu.

— Świetnie - powiedział jego pan, widocznie nie popierając radości swojego sługi. Na jego twarzy zagościła powaga i determinacja. - Nim ta noc się skończy, Harry Potter zginie.

I po tych słowach, w jego oczach zagościła krwawa czerwień.

oOo

Harry szedł przez szkolny korytarz i rozmawiał z Syriuszem, który prawie nie pozwalał mu dość do słowa. Chwilę później zaczęli się dosłownie przekrzykiwać, ale obaj świetnie się przy tym bawili. Zaczęli nawet wymachiwać różdżkami i grozić, żeby wzmocnić siłę swoich argumentów.

— Ech, chłopcy, chłopcy - szepnęła cicho Lily do Any. - Nigdy nie zrozumiem tych ich kłótni. Pewnie myślą, że jeśli pokrzyczą i się pobiją, to racja stanie po ich stronie. - Młodsza spojrzała na nią z uśmiechem. - My na szczęście mamy na takie sytuacje inne sposoby. Skuteczniejsze - dodała z uśmiechem.

Any szła za Harrym, wpatrując się w jego plecy. Syriusz Black, nieco wyższy i masywniejszy szedł obok i śmiał się wesoło, a Harry szturchał go ramieniem. Wyglądali, jakby znali się od zawsze. Jakby spotkali się po raz pierwszy po bardzo długiej rozłące. Obok niej szła Lily Potter - matka Harry'ego. Gdzieś z tyłu James gawędził z Dumbledore'em, a inne osoby zostały w wielkiej sali na kolacji.

Przypomniała sobie czasy szkolne, gdy po raz pierwszy zobaczyła Harry'ego Pottera. Było to na peronie 9 i 3/4. Harry był od niej starszy, i gdy zaczynała Hogwart, on szedł na trzeci rok. Zawsze chciała go poznać, ale nigdy nie ośmieliła się podejść. Chciała trafić do Gryffindoru, jak on, ale tiara postanowiła inaczej. Widocznie jej miejscem był Hufflepuf. Poza tym domyślała się, że Harry Potter nie chciałby się z nią przyjaźnić, a raczej byłaby niepotrzebnym ciężarem. Jednak teraz to się zmieniło. To ona - a nie inne, wzdychające na dźwięk jego imienia dziewczyny - jest przy nim. Ona, nie żadna inna.

— Wiesz, Harry, jutro jest mecz Quidditcha! - zagadał nagle James Potter, który wziął się nie wiadomo skąd. - Ale nie taka zwyczajna! Gra cała kadra nauczycielska, w tym ja, twoja mama, Syriusz, Smarkerus…

— James - upomniał go Albus Dumbledore, a ten uśmiechnął się przepraszająco.

— No i wszyscy inni. Nawet Remus zagra! A wiesz, że on nigdy naprawdę nie lubił Quidditcha. To jak? Zagrasz? My dwaj! James i Harry Potter przeciwko Severusowi Snape'owi i wszystkim innym - mówił cichym, ale mocnym głosem, a Harry wpatrywał się w oczy ojca, które przepełniała duma i chęć zwycięstwa. - Czy to nie brzmi pięknie?

Harry uśmiechnął się i położył dłoń na ramieniu swojego ojca.

— Brzmi, tato - potwierdził. - Brzmi to bardzo pięknie. Wierz mi, z chęcią zagrałbym z wami wszystkimi. Z tobą, mamą, Syriuszem i nawet profesorem Snape'm. To wszystko brzmi tak pięknie.

Any widziała jak w oczach Harry'ego wzbierają się łzy.

— Nawet nie masz pojęcia, jak wiele bym oddał, za choć jedną prawdziwą godzinę spędzona w waszym towarzystwie. - Spojrzał na swoją matkę. - Tak bardzo chciałbym cię poznać, mamo. Ja zawsze… Ja…

Młoda aurorka widziała jak oczy Pottera stają się puste, pozbywają się blasku, zastępowane przez matową zieleń. Jedna pojedyncza łza spłynęła po jego policzku, a ona nie wiedziała, dlaczego. Dlaczego Harry tak się zachowuje? Spoglądała na innych. Na Jamesa, Lily, Syriusza, dyrektora i kogoś stojącego w oddali. Kogoś niskiego, zgarbionego i z czerwonym błyskiem w oku.

— Harry, co się stało? - zapytała Lily, ujmując delikatnie jego twarz. - Coś się stało?

— Całe życie chciałem cię poznać. Porozmawiać z tobą dłużej, zjeść twoje ciasto i uściskać… Nawet nie wiesz, jaki jestem teraz szczęśliwy.

— Głuptas - szepnęła i przytuliła go mocno. Harry wtulił się w jej ramie. - Przecież wiesz, że zawsze byłam z tobą. Kocham cię synku.

— Ja ciebie też mamo. - Spojrzał na innych. - Kocham was wszystkich. I przepraszam.

— Za co? - zapytał James i podszedł do nich. Uścisnął mocno jego ramię, a Lily odsunęła się nieco, by mogli sobie spojrzeć w oczy. Byli tacy podobni. - Nic złego nie zrobiłeś.

— Przepraszam za to, co zrobię.

Oczy Any rozszerzyły się w przerażeniu, gdy ujrzała błyskawiczny ruch różdżki, który widziała raz w życiu. Harry dobył ją na tyle szybko, żeby zaskoczyć wszystkich i wycelował prosto w tors swojego ojca, mocno ściskając rękę swojej matki, na której twarzy widać było tylko strach. Albus Dumbledore i Syriusz sięgali już po swoje, ale Harry zdążył wypowiedzieć te dwa słowa, wypełnione bólem, szlochem i rozpaczą

Avada Kedavra.

Any widziała jak zielony promień ugadza Jamesa Pottera i nie mogła nic na to poradzić. Właśnie jest świadkiem ojcobójstwa. Nagle wszystkiej ej wyobrażenia o Złotym Chłopcu rozwiały się niczym pył na wietrze. Martwe ciało mężczyzny padło głucho na kamienną posadzkę, a Lily wyrwała się z uścisku syna i zniknęła.

W mgnieniu oka wszystko się zmieniło. Albus Dumbledore zaczął rzucać zaklęcia, James Potter rzucał tarcze, starając się odeprzeć zaklęcia Harry'ego, który nieustannie atakował. Zaklęcia ze świstem cięły powietrze, krzyki i inkantacje niosły się echem po korytarzach, a ona stała tylko i obserwowała.

— HARRY PRZESTAŃ! - usłyszała krzyk, ale nie potrafiła rozpoznać, kto krzyczał.

— JESTEŚMY RODZINĄ! - drugi krzyk rozdarł powietrze i splótł się z zaklęciem, rozbijającym obraz na ścianie.

Ale Harry nie ustępował. Stał i ciskał w nich zaklęciami, a oni się cofali.

Nagle jeden zielony promień starł sie z innym, potężniejszym i niebieskim. Blask na chwilę oślepił Any, a gdy odzyskała wzrok, ujrzała martwe ciało Dumbledore'a. Wyglądało to tak nierealnie. Harry Potter zabił z zimną krwią największego czarodzieja wszechczasów. I to z dziecinną łatwością. Dyrektor leżał, plecami oparty o ścianę, a jego błękitne oczy były martwe, bez dawnego blasku.

— Harry! - krzyknęła zrozpaczona, ale on jej nie słuchał.

— HARRY! - ryknął Syriusz, unikając jego zaklęć i rzucając się na ziemię.

— Expeliarmus! - Różdżka Blacka natychmiast wypadła mu z dłoni i poszybowała w stronę Pottera, który nawet nie trudził się jej złapaniem. - Dlaczego? - zapytał ze łzami w oczach. - Dlaczego to robisz?! Przecież zawsze… My zawsze…

— Nie - szepnął, przerywając mu. - Nie, Syriuszu. Jesteś dla mnie jak ojciec, którego nigdy nie miałem. Kocham cie jak ojca, ale…

— ALE CO, DO JASNEJ CHOLERY?!

— ALE WY WSZYSCY JUŻ JESTEŚCIE MARTWI! - wykrzyknął przez łzy. - NIE MOŻECIE ŻYĆ! - Trzęsącą ręką wycelował w swojego ojca chrzestnego. - Ja… Widziałem twoją śmierć. Nigdy nie zapomnę tamtej chwili i tej, w której rozmawiałem z tobą w zakazanym lesie. Nie możesz istnieć, nie ma cię tutaj.

— Harry, ale ja tutaj jestem - rzekł cicho i błagalnie. - Opamiętaj się, proszę.

— Nie powinieneś żyć. Bo już nie żyjesz.

Any widziała błysk zielonych oczu, który stopił się z blaskiem morderczego zaklęcia. Teraz spoglądała na ciała trzech czarodziejów i Harry'ego Pottera, który ich zamordował. Sama nie mogła się ruszyć sparaliżowana strachem.

— Any - odezwał się, a ona podskoczyła. - Pamiętasz jeszcze, dlaczego tutaj jesteśmy? Kim naprawdę jesteśmy i jakie mamy zadanie? - Spojrzał na nią, ale nie widziała w jego spojrzeniu szaleństwa. Wydawał się załamany i bezbronny, jak dziecko. - Musisz pamiętać. Nie mogłaś tego zapomnieć. Po prostu nie mogłaś.

— Ha-harry… Za-zabiłeś ich?! Co? Dlaczego?! Dlaczego to zrobiłeś?! - I w tym momencie wyrwała różdżkę, choć wiedziała, że nie ma z nim szans.

— To iluzja. Musisz to pamiętać! Oni nie istnieją! To moje pragnienia, które Johny wykorzystał przeciw nam!

— Czy… Czy ja też jestem iluzją.

— Nie. Ty jesteś prawdziwa. - Nie wiedziała czemu, ale w duchu odetchnęła z ulgi. - Iluzję trzeba zniszczyć, a żeby to zrobić, trzeba zniszczyć moje największe pragnienie.

— A jakie jest twoje największe pragnienie?

Harry zamyślił się na chwilę lub udawał. Wydawało się, że zna odpowiedź, ale nie przechodzi mu ona przez gardło.

— Moja matka. Muszę odnaleźć moją matkę… I zabić ją - powiedział do siebie, a ona zaczęła się cofać.

— Lily? Nie, nie możesz! To twoja mama! Nie możesz tego zrobić! To okrutne! A jeśli oni nie są iluzją?!

— Są. - Any cofnęła się jeszcze bardziej w tył korytarza, a on patrzył na nią prosząco, jakby błagał, żeby została. Jego oczy mówiły ,,Nie opuszczaj mnie. Nie teraz. Nie w takiej chwili. Pomóż mi". Ale nie mogła. Nie potrafiła mu pomóc.

Iluzja zjednała się z rzeczywistością, Any nie potrafiła zrozumieć sytuacji. Głos w jej głowie nakazał jej uciekać, a w oczach chłopaka, w którym dawno temu się zakochała widziała niewypowiedzianą prośbę.

— Any? - zapytał cicho i schował różdżkę. Pewnie chciał pokazać jej, że może czuć się bezpieczniej. Ale jak mogła się tak czuć, gdy wokół niego leżały ciała? Nie mogła wytrzymać. Ta sytuacja przygniotła ją niczym głaz, którego nie potrafiła unieść.

Uciekła.

oOo

Ernest Revate pojawił się na bogatym przyjęciu, niepewny całkowicie, gdzie tak naprawdę się znajduje. Wiedział, że to iluzja, najskrytsze marzenie rudowłosego chłopaka. Kiedyś był podobny. Chciał władzy, pieniędzy, najlepszych trunków i pięknych kobiet. Ale on nie dorastał w cieniu wybrańca, a taka perspektywa na pewno pogłębiła chęć stania się Wielkim. Minął tańczących ludzi i ujrzał Ronalda Weasleya, tańczącego ze swoją dziewczyną - Hermioną. Widział ich razem kilka razy, gdy odwiedzała go w biurze.

Spojrzał na zegar. Była pierwsza po północy, a skoro północ już minęła mają niewiele czasu. Widział gdzie jest, znał wielu obecnych tu ludzi, ale nie miał pojęcia jak zniszczyć tą iluzję. Jak rozbić niezniszczalną bańkę, w której środku zostało się umieszczonym?

Zniszczenie przyjęcia nic nie da. Zabicie wszystkich nic nie da. Pokonanie Rona nic nie da. Szukał rozwiązania, ale nic nie przychodziło mu do głowy, a wiedział, że im dłużej tu będzie, tym bardziej pochłonie go obecny świat. W końcu to również jego dawne marzenie.

— Jak byś zniszczył swoje marzenie, Erneście? - zapytał samego siebie, siadając do jednego stołu.

Ron tu utkwił. Zapadł się jak w bagnie, które wciągnęło go na samo dno i silnie trzyma. Zachowuje się jak bogacz, jakby taki się urodził, a kroki wydawały się dla niego naturalne. Wyglądał jak rasowy Ślizgon, a nie członek domu lwa.

Zaczął się zastanawiać nad innymi. Nad marzeniem Pottera lub Any, albo nad pragnieniami Javiera lub Daniela. Osobiście obawiał się Javiera, bo często widział w nim coś nieokreślonego, jakby ukrywany gniew, który wystarczająco mocno szturchnięty, może wyrwać się na światło dzienny. Nie widział tylko do końca, ale skoro to miejsce ukazuje prawdziwe wnętrze tylko jednej osoby, to może trafi na dobrodusznego Damiana lub młodą Any.

— Ludzie! - usłyszał przeraźliwy krzyk paniki i do sali wbiegł niski, zgarbiony mężczyzna. Miał krótkie czarne włosy i o dziwo długą grzywę zapadającą mu się na oczy. Wyglądał nieco pokracznie i zupełnie nie pasował do towarzystwa. Wyróżniał się nie tylko z wyglądu, ale też z ubioru, bo nosił czarną do kolan szatę, widocznie starą.

— Co się stało, przyjacielu? - zapytał Artur Weasley, a Ron zaraz znalazł się przed niespodziewanym gościem.

— Panie - szepnął i ukłonił się z największym szacunkiem. Ernest jednak uważał, że to zwykła gra aktorska. Ten człowiek nie jest iluzją, to ktoś z zewnątrz. - Stało się coś strasznego - kontynuował. - Harry Potter zaatakował Hogwart. Rzucił się na dyrektora i swoich rodziców. James Potter, Syriusz Black i Albus Dumbledore polegli w walce. - Na to oświadczenie wszyscy zaczęli szeptać, a ciche rozmowy nagle zmieniły się w harmider.

— Cisza! - wrzasnął roztrzęsionym głosem Ron. - Jak to ,,Harry Potter zaatakował Hogwart"?

— Panie, on oszalał. Byłem tam, widziałem jak rzuca się na swoich rodziców bez powodów. Tylko jego matce udało się uciec. Potter'owi towarzyszyła dziewczyna o jasnych włosach. Chcą zabić Lily Potter i wszystkich innych.

— To straszne! - krzyknął ktoś.

— Od początku wiedziałam, że ten chłopak powinien wylądować w azkabanie! - rzuciła jakaś kobieta.

Ernest przysłuchiwał się krzykom i przyglądał Ronowi. Harry widocznie znalazł swój sposób na zniszczenie iluzji, ale czy Ron go odkryje? Sam nie wiedział, jak tego dokonać. Stworzenie tak skomplikowanej i realnej iluzji wymaga lat pracy i poświęcenia się czarnej magii. Dlatego ta magia została zakazana jeszcze przed czasami założycielu Hogwartu. A wszyscy myśleli, że wiedza o niej zaginęła.

— Natychmiast wyruszam - powiedział mocno Ron i wyciągnął różdżkę. - Powstrzymam go!

— Ron! - krzyknęła Hermiona. - Nie możesz! Nie słyszałeś? Pokonał nawet Dumbledore'a, sam nie możesz tam iść. Z pewnością stal się czarnoksiężnikiem, używa podstępnych sztuczek i czeka na ciebie, żeby cię pokonać i okryć się sławą. Proszę, nie idź tam.

— Muszę - odparł hardo. - To moja powinność, jako wybrańca i obrońcy tego świata. Przepraszam, że ten dzień, który był nasz, został przerwany. Ale obiecuję, że go powstrzymam. Choćbym miał umrzeć, zabiorę go ze sobą.

Wszyscy milczeli, a po chwili zaczęli bić brawo. Ernest również przyłączył się do oklasków, żeby nie zwrócić na siebie uwagi. Ron wyglądał na zadowolonego z siebie, ale kilka kropli potu spływało z jego czoła. A postać, która pojawiła się nieproszona, zniknęła jak dym.

— Pójdę z tobą - zaproponował szybko i podszedł do Weasleya. - Potter ma sojuszniczkę, zajmę się nią.

— Dobrze - zgodził się z lekkim wahaniem. - Chodźmy.


CZĘŚĆ II


Ginny Weasley obudziła się późną nocą. Otworzyła przerażona oczu i uspokoiła oddech po nocnym koszmarze i usiadła. Po chwili poczuła zaschnięte łzy na twarzy, które szybko otarła rękawem. Westchnęła i spojrzała na drugą stronę łóżka, ale nie zauważyła tam Harry'ego. No tak. Jest na akcji - pomyślała. Ostatnio bardzo często go nie ma. Nie wraca na noce, a gdy go nie ma, pracuje.

Czasami miała wrażenie, że jest strasznym pracoholikiem, ale mogła mu to wybaczyć. W końcu go kochała. Uśmiechnęła się na tą myśl i wstała. Myślami wróciła do koszmaru. Śniło jej się, że Harry przybył do Hogwartu, gdzie spotkał swoich rodziców, ale nagle piękny widok zmienił się w masakrę. Harry zaczął ich zabijać. Jednego po drugim, pokonując każdego i z zimną krwią rzucając mordercze zaklęcia. Wiedziała, że Harry nigdy by czegoś takiego nie zrobił, ale ten sen był tak realny, że aż rzeczywisty.

Odepchnęła złe przeczucia i wyszła z sypialni, kierując się w stronę schodów, a następnie do kuchni. Idąc powoli i zapalając światło, czuła się obserwowana, ale domyślała się, że to wyobraźnia płata jej figle. Nie była strachliwa, stawiała czoła niebezpieczeństwom, ale te niewidoczne zawsze są najgorsze. Nastawiła sobie kawę, zaklęciem włączyła mugolską telewizję i wyciszyła ją. Niezbyt lubiła oglądać filmy, czy cokolwiek. To raczej rola Harry'ego, bo w końcu to on uznał, że mugolskie wynalazki są genialne i powinni się od nich uczuć.

I tak też magiczne społeczeństwo robiło. Ostatnio nawet wymyślono przyrząd do komunikacji, który Harry po mugolsku nazywał telefonem. Prawdopodobnie dlatego, że miał bardzo podobne zastosowania, ale posiadał oczywiście też wiele ulepszeń.

Teraz właśnie Ginny bawiła się prostokątnym, drewnianym przyrządem, z wyglądu przypominającym kartę do gry, tylko, że nieco grubszą.

— Zapomniałeś telefonu, kochanie - szepnęła i chwyciła komunikator Harry'ego. Wiedziała, że nie powinna tam grzebać, ale gryfońska ciekawość jak zwykle zwyciężyła. Weszła w zakładkę, którą Harry nazywał ,,sms" i zaczęła przesuwać foldery książek. Nagle na ekranie pojawiła się latająca, śnieżna sowa z kopertą w dziobie i wyskoczyło okienko wiadomości.

Ginny zastanowiła się, kto mógł napisać do jej narzeczonego o tej porze, ale wiadomość nie była podpisana.

,,Śpisz?"

Ginny spojrzała na zgrabne litery i przywołała wieczne pióro, po czym odpisała, starając się naśladując pismo Harry'ego.

,,Tak"

Kolejna wiadomość przyszła natychmiast.

,,Wróciłeś z akcji? Odwiedzisz mnie?"

I właśnie ta wiadomość uderzyła w rudowłosą tak, że prawie upuściła komunikator na podłogę. Co to miało znaczyć?! Co oznaczało ,,odwiedzisz mnie"? Kogo Harry miał odwiedzać o tej cholernie później porze?! Ginny poczuła się, jakby właśnie ktoś kopnął ją z całej siły w brzuch. Usiadła zszokowana i ciągle wpatrywała się w otrzymaną wiadomość, aż przyszła kolejna, a za nią następna. Pewna myśl pojawiła się w jej głowie, ale ciągle odpowiadała sobie w głowie: Nie, to nie możliwe. To nie może się dziać.

,,Czemu się nie odzywasz, Harry?"

,,Jeśli się obraziłeś, to znam idealny sposób, żeby przeszła ci złość."

I wtedy do Ginny dotarła okrutna prawda. On nie znika nocą, żeby pracować. On ją zdradza!

— Jebany skurwiel! - wrzasnęła głośno i nerwowo przeczesała włosy. Miała ochotę zniszczyć komunikator na miejscu. Roztrzaskać go, zmiażdżyć, wyrwać tę sukę z tego małego ekranu i rozgnieść jak karalucha. Ogarnęła ją niekontrolowana złość, która domagała się wydostania.

Zamiast unicestwić komunikator Harry'ego, wzięła swój i wybrała adres Hermiony.

,,Potrzebuję cię." Napisała natychmiast i czekała na odpowiedź.

W między czasie napisała do niej, bo słowo ,,kochanka" nie mogło jej przejść przez gardło. Nie mogła w to uwierzyć!

,,Dzisiaj nie. Przepraszam. Odezwę się później."

Nagle przyszła odpowiedź od Hermiony.

,,Ginny? Co się dzieje?" - napisała Hermiona.

,,Zaraz u Ciebie będę. Nie chcę o tym pisać." - odpisała i teraz słone łzy popłynęły z jej oczu. Nie przetarła ich i cicho załkała.

Czuła się zdradzona, bezsilna i opuszczona. Chciała zwyzywać go od najgorszych, wykrzyczeć mu to w twarz. Chciała powiedzieć mu, jakim jest draniem, że zrobił coś takiego. Oddała mu serce, pokochała go i była gotów oddać mu wszystko. Dać rodzinę, dzieci, ożenić się z nim i zestarzeć, a on zrobił coś takiego. Usiadła na podłodze i skuliła się. W tej chwili chciała krzyczeć, ale nie potrafiła. Łzy płynęły z jej oczu jak nigdy wcześniej i nie potrafiła ich powstrzymać, nie ważne ile razy je przetrze, one nadal płyną. Trząsł nią szloch i płacz. Zakryła rekami twarz i wpatrywała się w podłogę. To ona wybierała kafelki do kuchni, bo Harry nalegał. Tak bardzo ją kochał, więc dlaczego.

— Dlaczego, do cholery?! - krzyknęła i załkała.

Nie wiedziała ile tak siedzi, ale miała wrażenie, że długo. A miała przecież iść do Hermiony, powiedzieć jej o wszystkim i zwierzyć się z nowego, bolesnego odkrycia. Czuła rozrywający ból w klatce, jakby ktoś wyrwał jej kawałek serca. Czuła się zdradzona. Tak bardzo, jak nigdy wcześniej.

Nagle rozległo się pukanie do drzwi, ale nie zareagowała. Miała tylko nadzieje, że to nie Harry, choć chciała, żeby wszedł tutaj i w jakiś niewyjaśniony sposób wyjaśnił to, czego się dowiedziała.

Gdy usłyszała ciche kroki, uniosła głowę i jak przez mgłę zobaczyła Hermionę, która natychmiast do niej podbiegła.

— Ginny? - zapytała szybko, ujmując jej twarz. - Ginny, co się stało?

Młodsza kobieta przełknęła ślinę i przetarła oczy, żeby lepiej widzieć swoją przyjaciółkę.

— Harry… On mnie… Zdradza - wydukała, a Hermiona zrobiła wielkie oczy.

— Co? Harry, co? Ginny, oszalałaś?! Harry nigdy by… - nie dokończyła, bo rudowłosa gwałtownym ruchem ręki wskazała na komunikator leżący tuż obok nich. Hermiona podniosła go i z jej ust wyrwały się słowa: - A to skurwiel.

C.D.N