Rozdział 2

Obudził się tylko po to, by zobaczyć jasną salę Skrzydła Szpitalnego. Przy nim siedział Albus Dumbledore.

-Wreszcie się obudziłeś – powiedział z uśmiechem podając mu lustro. – Popatrz.

Jego blada twarz zmieniła się. Czegoś w niej brakowało, lecz na pierwszy rzut oka Harry nie zauważył czego. Dopiero po chwili zrozumiał. Blizna zniknęła.

-On nie żyje – to było stwierdzenie.

Dumbledore skinął głową radośnie. Lecz w umyśle Harry'ego rozbrzmiało jedno słowo: Syriusz.

-Nie! – krzyknął. – Dlaczego nie zabrałeś mnie ze sobą, skurwysyni?

Próbował wyskoczyć z łóżka, ale czyjeś silne ręce przytrzymały go, po czym ktoś wlał mu do ust gorzki eliksir. Harry osunął się w ciemność.

Obudził się zlany potem, trzymając różdżkę w ręku. Przez okna wsączały się do pokoju pierwsze promienie świtu. Popatrzył przez jedno z nich. Niebo było zasnute chmurami.

Wstał i ruszył do łazienki. Dziś musiał być w miarę dobrej formie. Trzeba było zachować pozory. Przecież szedł na obiad do tamtego małżeństwa.

Wszedł pod prysznic. Zmył z siebie pot , po czym podszedł do lustra. Już gdy podchodził wiedział, że zrobił źle. Dotknął swojej wymizerowanej twarzy. Oczy, zionące pustką, ponownie przepełniły łzy. Nawet nie próbował ich zatrzymać. To byłoby bezcelowe. Zacisnął pięść i zbił lustro. Jeden z kawałków upadł na podłogę. Harry chwycił go i z szalonym zafascynowaniem przejechał po bladej skórze. Bolało, ale on tego nie czuł. Syriusz. Rodzice. Hermiona. To za nich wszystkich. To była jego wina. Krew płynęła, a on stał patrząc w swoje odbicie w zakrwawionym kawałku lustra.

W końcu umył się, opatrzył rękę, ubrał i ruszył do wyjścia.

-Znów gdzieś idziesz, łachudro – zawołała za nim Walburga.

-I tobie dzień zły – wymamrotał.

Pierwszą rzeczą, którą zrobił, było odpalenie papierosa. Czuł się chory, wyczerpany i kompletnie pozbawiony sił do życia. Ostatkiem sił woli zmusił się, by ruszyć w kierunku rynku. Gdy tam doszedł była dopiero szósta czterdzieści. Usiadł na murku, położył obok szkicownik i siedział, gapiąc się w przestrzeń. Zbyt wielu ludzi oddało życie za wyższe dobro. Zbyt wielu kochanych zginęło. Zbyt wielu…

Mijały godziny, a Harry w ogóle nie zauważał zmian w krajobrazie. Siedział pogrążony w obrazach przywoływanych przez pamięć.

-Cześć – usłyszał nagle głos Xaviera. – Jak tam?

Chłopak usadowił się na murku. Było kilkanaście minut po umówionej godzinie, ale Harry nie zwrócił na to specjalnej uwagi.

-Cześć.

-To co, idziemy?

-Dokąd?

-Do sklepu oczywiście – poinformował go Xavier. – Muszę sobie zakupić nowe ubranie, bo z tego wyrosłem – wskazał na odrobinę zbyt krótkie nogawki i rękawy.

-Do sklepu?

-A co myślałeś?

Harry wzruszył ramionami.

Xavier zaprowadził go do wielkiej galerii w centrum miasta.

-Najpierw spodnie – stwierdził.

Podeszli do stoiska z jeansami. Xavier zaczął przeglądać wszystkie pary po kolei.

-Te, te i te dla mnie. A te trzy pary dla ciebie – stwierdził po chwili.

-Dla mnie? Ja mam coś kupować?

-A nie? Po co myślałeś, że tutaj przyszliśmy?

Xavier zaciągnął Harry'ego do przebieralni.

-Ty pierwszy – poinformował go.

Harry został wepchnięty do przymierzalni ze spodniami w ręku. Popatrzył tępo na trzymane w ręku jeansy. W sumie nie miał nigdy żadnych własnych rzeczy. Mogła to być miła odmiana. Założył spodnie i odsunął zasłonę przebieralni.

-Już.

Spodnie były odrobinę za szerokie, czy raczej Harry był strasznie chudy.

-Świetnie. Te bierzemy – stwierdził Xavier.

Trzy godziny później Harry stał w kolejce do kasy. Wyciągnął swoją kartę bankomatową. Załatwił mu ją po bitwie Bill, żeby mógł poruszać się sprawnie w świecie mugoli. Xavier jeszcze odkładał kilka rzeczy na półkę. Za Harrym ustawił się postawny chłopak.

-Widzę, że spore zakupy – zagadnął Harry'ego.

Miał jasne blond włosy i zielone oczy. Był sporo wyższy od Harry'ego i szerszy w ramionach. Miał postawę zawodowego sportowca.

-Rzeczywiście. Tak jakoś wyszło.

-Jestem Joshua.

-Harry.

Podali sobie ręce.

-Co robisz w Londynie, Harry?

-Jestem na wakacjach. Chodzę do szkoły za granicą.

-Fajnie musi być, co?

-Czasami jest beznadziejnie.

Szybko wdali się w rozmowę o piłce ręcznej i sporcie. Tymczasem Xavier odłożył już wszystko i ruszył w kierunku kasy. W oddali zobaczył Harry'ego rozmawiającego z Joshuą. Zalała go fala złości. Nie musiał zacząć gadać z tamtym chłopakiem, kiedy tylko sobie poszedł na chwilę. „Daj spokój" warknął na siebie po chwili w myślach. „On jest tylko chłopakiem."

Podszedł do kolejki.

-Wreszcie jesteś – rzucił Harry. – To Joshua.

-Cześć. Xavier – podał rękę tamtemu.

-Cześć – wymamrotał Joshua.

W tym momencie kasjerka poprosiła Harry'ego o kartę. Kilka chwil później odeszli od kasy.

-Irytował mnie – warknął Xavier.

-Joshua?

-A kto?

-Xavier. Co ci się stało? Jesteś troszkę zdenerwowany.

-Nic. Przejdzie mi.

-Skoro tak twierdzisz.

Xavier milczał przez chwilę.

-Dobra. Teraz musimy się przebrać szybko. Nie chcemy się spóźnić na obiad, nie?

Weszli do łazienki w galerii.

-Proponuję te jasne spodnie i zieloną koszulę. Jak myślisz? – zapytał Harry.

-Całkiem nieźle. Może coś z ciebie kiedyś będzie – orzekł Xavier.

Przebrali się szybko. Harry musiał założyć też pasek, żeby spodnie mu nie opadały.

-Świetnie – stwierdził Xavier. – Zostaje nam godzina na dotarcie na przedmieścia. Powinno spokojnie wystarczyć.

Rzeczywiście. Xavier wrzucił zakupy do swojego plecaka i ruszyli na autobus. Jechali na końcowy przystanek niemal czterdzieści minut.

-Jakie przedmioty lubisz najbardziej w szkole? – zapytał nagle Xavier.

-Matematykę, fizykę, przysposobienie obronne – stwierdził Harry. – Natomiast nie cierpię chemii.

-A ja myślałem, że lubisz historię i angielski. Rysujesz i te sprawy. Zwykle osoby lubiące kulturę są humanistami.

-Szczerze to mamy kiepskich nauczycieli akurat od tych przedmiotów. W życiu nie chciało mi się przeczytać żadnej lektury.

-Serio? Nie czytałeś Hamleta czy Mackbetha? Albo Fausta? Jestem pewien, że by ci się spodobały. Ja mam całą kolekcję angielskiej, francuskiej, niemieckiej literatury. Nic?

Harry pokręcił głową.

-Zwykle miałem mało czasu, żeby robić cokolwiek poza szkołą. Nawet na rysowanie czasem mi nie starcza.

-Serio? Straszna ta twoja szkoła.

-Zdecydowanie. A ty jakie przedmioty lubisz?

-Chemię. Uwielbiam chemię.

-Ja tam nigdy nie mogłem jej zrozumieć.

-Daj spokój. To najłatwiejszy przedmiot w całej szkole. Nawet dureń może zrozumieć chemię – orzekł Xavier. – Zresztą tam jest bardzo mało materiału. Wszystko opiera się na prostych reakcjach.

-W takim razie ja jestem trochę większym durniem, bo mnie chemia nigdy nie szła.

-Nie to chciałem powiedzieć – stwierdził Xavier. – Jak chcesz mogę ci kiedyś wytłumaczyć podstawy. Może po prostu się zniechęciłeś do tego przedmiotu. I nie uważam, żebyś był durniem. Tylko się zdziwiłem. A co planujesz później?

-Jeszcze nie wiem. Chyba chciałbym zostać lekarzem – stwierdził Harry. – Kiedyś myślałem o policji albo wojsku, ale mi się znudziło. Im dłużej żyję, tym bardziej chciałbym ratować niż uśmiercać.

-Szczerze to zależy kogo. Ja chętnie bym zabił tamtych kolesiów, którzy nas pobili. Są absolutnie nieprzydatni społeczeństwu. I nie tylko. Oni jeszcze mu szkodzą. Po co nam tacy?

-Z doświadczenia wiem, że sporo ludzi dorasta i się poprawia. Zwykle pod wpływem jakiś strasznych wydarzeń. Mam kilku takich w szkole. Wojowałem z nimi od początku. Oni byli tymi młodymi, gniewnymi. Nienawidziliśmy się. Ale kiedy przyszły problemy dla szkoły – oni właśnie pomogli. A niektórzy, których uważałem za dobrych przyjaciół odwracali się od tych, którzy próbowali coś zrobić.

-Jakoś nie bardzo wierzę w „nawrócenie". Wyznaję teorię, że ludzie robią coś tylko, i wyłącznie, z powodu egoizmu i swoich własnych korzyści. Rzadko robią coś z czystej dobroci ludzkiej. Coś takiego po prostu nie istnieje.

-Ty też? – zadrwił Harry.

-W dziewięciu na dziesięć przypadków. Oczywiście, że tak. Jednak najważniejsze jest to, że doskonale zdaję sobie z tego sprawę. I nie zamierzam się zmieniać. Tak jest wygodniej. Znacznie wygodniej. Robię tylko to, na co mam ochotę. Po co się przemęczać?

-Żeby mieć satysfakcję. Osobistą. Ja lubię pomagać bezinteresownie. Cieszy mnie, kiedy ktoś inny ma powody do radości. Dlatego staram się pomóc, jak ktoś ma problemy w szkole czy coś.

-Serio? W życiu bym nie pomógł komuś tylko dlatego, że ma problemy.

-A tamten dzieciak, dlaczego mu pomogłeś?

-Pokłóciłem się z ojcem. Byłem wkurzony i szukałem okazji do bójki. Akurat się nadarzyła i tyle. A teraz jeszcze mogę zjeść obiad.

-Xavier, to czemu właściwie tu jeszcze jesteś? Skoro szukałeś okazji do bójki, to czemu ze mną biegasz po mieście?

-Po pierwsze, bo cię polubiłem. Po drugie, nudzi mi się samemu. Po trzecie, przecież mamy fajną zabawę.

-Dziwny jesteś, wiesz?

-Wiem. Mam to po ojcu. Olewanie innych też – zadrwił.

-Powinieneś się cieszyć, że znasz swojego ojca –warknął Harry. – Ja nie miałem tego szczęścia.

Powiedziawszy to Harry wysiadł, gdyż właśnie dotarli na przystanek końcowy. Xavier wyskoczył za nim z autobusu.

-Harry. Nie chciałem, żeby to tak zabrzmiało – powiedział. – Lubię cię. I przepraszam za to, co powiedziałem. Po prostu znów pokłóciłem się z nim. Ciągle go nie ma. Wiecznie pracuje. A potem będzie szkoła i w ogóle.

-Dobra. Ja też byłem trochę zły – mruknął Harry. – Też cię polubiłem. Tylko, że nie lubię jak ktoś narzeka na swoich rodziców, bo moi zginęli w wypadku jak byłem mały. Ludzie nie wiedzą, jak to jest nigdy ich nie znać.

-Przepraszam. Naprawdę. Też tęsknię za mamą. Ona była inna niż ojciec. Zawsze miała dla mnie czas. Mogłem z nią porozmawiać. Nigdy nie śmiała się z moich problemów. Z ojcem tak nie mogę. Niby chodzi ze mną czasem do kina i daje mi dużo kasy. Ale to czasem trochę za mało, nie sądzisz?

-Jak dla mnie jesteś egoistą. Przecież twój ojciec musi pracować, żebyś ty mógł się włóczyć po mieście i kupować ciuchy. Na pewno robi to dla twojego dobra i wygody. Tylko ty nie umiesz tego docenić.

-Świetnie. Teraz awansowałem na gościa, który nic nie robi tylko żeruję na ojcu.

Po raz pierwszy Xavier usłyszał, żeby Harry się śmiał. Był to jednak śmiech smutny, zabarwiony mnóstwem goryczy.

-Może.

-Dzięki – odparł kwaśno Xavier. – Pocieszyłeś mnie jak diabli.

-Nie zamierzałem tego robić.

-Nie doceniłem cię. Powinienem był bardziej uważać na słowa. Nieźle mi przygadałeś.

-Przeżyjesz. Jestem pewny.

Dotarli w końcu do domu państwa Dorad. Był to dwupiętrowy budynek, w którym widoczna była ręka kobiety. Spory ogródek był utrzymany w doskonałym stanie. W oknach powiewały firanki. Wszystko było czyste i schludne. Xavier zadzwonił. Otworzył mu Michael.

-Cześć. Wszystko już gotowe – przywitał się.

Zostali wprowadzeni do sporego salonu. Jessie Dorad szybko uścisnął im dłonie i przedstawił młodą dziewczynę.

-To moja siostra, Christin – wyjaśnił. – Przyjechała do Londynu na wakacje.

Harry i Xavier podali jej ręce. Była dość wysoką blondynką. Musiała być mniej więcej w wieku Harry'ego.

-Uratowaliście mojego, kuzyna. Ależ z was bohaterowie – w jej głosie Xavier wyczuł pewną nutkę ironii, jak gdyby dziewczyna uważała ich za głupków.

Nim zdążył jednak odpowiedzieć, do pokoju weszła Marie Dorad.

-O! – wykrzyknęła. – Już jesteście. To cudownie. Możemy już siadać do stołu.

Harry zmusił się do zjedzenia całej postawionej przed nim zupy. Tymczasem przy stole toczyła się luźna rozmowa o szkole, Londynie, rozrywkach, Anglii i Francji, gdyż Xavier przyznał się do tego, że jego matka stamtąd pochodziła. Harry wtrącał, co jakiś czas swoje zdanie, ale raczej przysłuchiwał się dyskusji niż w niej uczestniczył. Za to Xavierowi ewidentnie się podobała polemika z Marie i Christin. Jessie natomiast zachowywał się podobnie do Harry'ego.

-Gadają strasznie dużo, nie uważasz? – zwrócił się do chłopaka, gdy Marie i Christin postawiły przed nimi deser.

-Zdecydowanie – uśmiechnął się blado Harry. – Ja jakoś nigdy nie czułem się dobrze w polemikach słownych. Za to Xavier jest w tym całkiem niezły.

Nie udało mu się dojeść drugiego dania. W końcu po wielokrotnym zapewnieniu pani domu, że jej jedzenie było pyszne (Xavier zjadł trzy dokładki zupy i jedną drugiego), pożegnali się z Doradami. Marie udało się też wymóc na nich obietnicę stawienia się na obiedzie za tydzień.

-Miło było, nie sądzisz?

-Całkiem nieźle – przyznał Harry. – Widać, że lubisz dyskutować.

-Rzeczywiście. I chyba dobrze mi to wychodzi. Pod koniec prawie przekonałem Marie Dorad, że system edukacji w tym kraju ma poważne braki.

-Słyszałem – przypomniał mu Harry. – Ile ty właściwie masz lat?

-Szesnaście skończyłem w kwietniu, a co?

-Nic.

-A ty?

-Co ja?

-Ile masz lat?

-Prawie szesnaście.

-To znaczy?

-Skończę w tym miesiącu.

-Kiedy dokładnie?

-A po co ci to do wiadomości?

-A co? Boisz się mi powiedzieć.

-31.

-Super.

-Dlaczego?

-Bez żadnego powodu.

-Niech ci będzie – stwierdził po chwili milczenia Harry. – Co dziś robimy?

-Najpierw idziemy na kręgle, a potem pojeździmy na desce. Czy raczej ty będziesz się uczył, a ja będę patrzył. Mam dziś dla ciebie ochraniacze, więc może nie będziesz tak poobijany jak ostatnio – zadrwił Xavier.

Dwie godziny późnej Harry widowiskowo przegrał w kręgle z Xavierem. Był co prawda po trzecim piwie, ale drugi chłopak wypił tyle samo.

-Oj, człowieku, człowieku. Coś ty robił przez całe życie?

-Byłem niszczony metodycznie przez moją rodzinę.

Za to jazda na desce szła mu znacznie lepiej niż poprzedniego dnia. Harry zrzucił to na upojenie alkoholowe. Wieczorem Xavier wmusił w niego pół hamburgera, po czym zjadł sam drugie pół i dokupił sobie jeszcze jednego, a później rozeszli się do domu.