A/N: Piosenki na dziś: Florence + the Machine - Spectrum oraz Imagine Dragons - Demons
Just to be safe: w poniższym rozdziale pojawiają się wulgaryzmy i jest wspomniana przemoc.
Rozdział 3
It's Where My Demons Hide
Pierwszym, co zrobił po wstaniu z łóżka, było przetrząśnięcie pokoju w poszukiwaniu butelki wody. Kiedy nie znalazł niczego, co pozwoliłoby mu zaspokoić pragnienie, wszedł do łazienki, zrzucił ubrania i wszedł pod prysznic, rozkoszując się sposobem, w jaki gorąca woda zdawała się zmywać z niego tępe pulsowanie w skroniach, zmęczenie po w połowie nieprzespanej nocy i rwący ból w karku, spowodowany przez złe ułożenie głowy podczas snu. Zaraz potem założył świeże ubrania i czym prędzej wyszedł z pokoju. Na parterze skinął głową kobiecie w recepcji i minął śpiącego w fotelu mężczyznę, który najprawdopodobniej był jego sąsiadem.
Poranek był nieco mglisty i szarawy, gęste chmury pokrywały niebo, zwiastując ulewę. Starając się odsuwać od siebie jakiekolwiek myśli powiązane z wczorajszym wieczorem, Castiel przemierzał spokojne uliczki Spectrum w poszukiwaniu sklepu spożywczego. Osoba Deana wracała jednak do jego wspomnień w każdym mijanym przechodniu, wciąż wydawało mu się, że widzi jego twarz lub sylwetkę po drugiej stronie ulicy. Gdzieś w jego głowie ciągle pojawiała się niepokojąca myśl o „towarzyszach" Deana z pubu – kim byli i w co Dean był zamieszany? Castiel nie był głupi i potrafiłby rozpoznać przyjaciół Deana, a groźnie wyglądający mężczyźni, na których widok lub wspomnienie Dean marszczył czoło i zaciskał pięści, zdecydowanie nie byli jego dobrymi znajomymi. Jednak Castiel nie chciał się martwić, nie chciał sobie na to pozwolić; w końcu ledwo znał Deana, który na dodatek był dorosłym mężczyzną potrafiącym sobie radzić samemu, a już na pewno bez pomocy obcego przyjezdnego pisarza-amatora.
Ponadto, Castiel przez cały dzień łapał się na myślach dotyczących samej osoby Deana. Kilka razy zdarzyło mu się nawet uśmiechnąć pod nosem do samego siebie, i to na samo wspomnienie poprzedniego wieczoru. Wciąż powtarzał sobie, że obaj byli pod wyraźnym wpływem alkoholu i że to wcale się nie liczyło, nie mogło się liczyć, z drugiej jednak strony nie był pewien, jak skończyłby się ten wieczór, gdyby Dean nie spotkał znajomych. Na samą myśl o tym Castiel czuł gorąco na policzkach i ganił się w duchu, zmuszając się do szybszego kroku lub koncentracji na czytanej właśnie książce.
Cały dzień upłynął mu na nicnierobieniu, wpatrywaniu się w ekran komputera lub w sufit – w poszukiwaniu natchnienia – czytaniu lub wyglądaniu przez okno. Późnym wieczorem poddał się w końcu, z westchnieniem wyłączył komputer i poszedł do łóżka.
Obudził się nagle, w środku nocy; na zewnątrz wciąż było ciemno i przez chwilę zastawiał się, co właściwie wyrwało go ze snu. Po chwili dostał odpowiedź.
- Pieprz się, słyszysz? Pieprz się i zostaw mnie, kurwa, w świętym spokoju! – rozległ się kobiecy krzyk z pokoju za ścianą.
Castiel otworzył szeroko oczy i wbił wzrok w sufit, wytężając słuch. Jednak odpowiedź mężczyzny była cichsza i spokojniejsza i nie był w stanie dosłyszeć, o co dokładnie kłóciła się para za ścianą.
- Nie! Nie masz nic do gadania w tej sprawie! Koniec i kropka, kurwa!
Serce Castiela biło szybko i niespokojnie, a po chwili praktycznie stanęło, kiedy w otaczającej go ciszy rozległ się głośny brzdęk rozbijanego o ścianę przedmiotu. Kobieta wciąż coś krzyczała, słychać też było szybkie słowa mężczyzny, a po chwili trzaśnięcie drzwiami i gniewne, oddalające się kroki. Castiel, z żołądkiem ściśniętym z niepokoju, schował twarz w poduszkę i zacisnął powieki, przykrywając się kołdrą praktycznie po czubek głowy i próbując odgrodzić się od świata zewnętrznego.
xxx
Mijały dni i Castiel miał powoli dość bezczynnego siedzenia w pokoju, nie będąc w stanie napisać ani jednego słowa. Nie pomagał też fakt, że przez cały tydzień ani razu nie spotkał się z Deanem, co naprawdę mogło niepokoić, wziąwszy pod uwagę fakt, że tylko podczas pierwszego dnia pobytu w mieście Castiel widział się z nim aż trzy razy. Castiel regularnie odwiedzał kafeterię, w której się poznali, dwa razy zabłądził wieczorem do pubu, jednak bez powodzenia. Usiłował wyciągnąć jakieś informacje od barmana Chucka, ale albo Chuck nie lubił rozmawiać albo sam Castiel nie miał daru bycia czarującym i gawędzenia z ludźmi. Najprawdopodobniej oba te czynniki sprawiły, że Castiel wyszedł z pubu z niczym.
W akcie desperacji zadzwonił nawet po taksówkę, mimo że do hotelu miał zaledwie dwie przecznice; jednak i w tym nie miał szczęścia, gdyż taksówkarzem był tego wieczoru starszy mężczyzna w eleganckiej marynarce.
W nocy był świadkiem kolejnej głośnej kłótni, tym razem jednak nastąpiła po niej długa godzina pełna jęków, okrzyków i donośnego skrzypienia łóżka. Castiel wcisnął głowę pod poduszkę i usiłował zasnąć.
xxx
Siedząc na brzegu oceanu, Castiel trzymał w ręce ciepły kubek z parującą kawą i wpatrywał się w ciemne wody. Tego dnia morze było spokojne i ciche, w kolorze głębokiego grafitu, bez najmniejszego śladu bieli fal. Niebo zakryte było jasnymi chmurami, nie przepuszczając słońca, na plaży było więc dość ponuro i wręcz mrocznie. Castiel uniósł papierowy kubek do ust i zmarszczył brwi, zauważając, iż ten jest już pusty. Wstał z kamienia, na którym siedział, rzucił morzu ostatnie wyzywające spojrzenie i odwrócił się, ruszając w drogę powrotną do hotelu.
Wciąż nie był w stanie napisać ani słowa i powoli zaczynał poważnie zastanawiać się nad opuszczeniem Spectrum, które najwyraźniej wysysało z niego jakiekolwiek okruchy inspiracji. Ciągłe nocne awantury sąsiadów i przesiadywanie w zamkniętym pokoju również mu nie pomagały.
Przystanął przed wejściem do hotelu i zadarł głowę do góry; zapadła już noc. Castiel przygryzł wargi, zastanawiając się, czy odległość z wybrzeża do centrum miasta naprawdę mogła być aż tak duża. Pogrążony w myślach, nawet nie zauważył, kiedy zrobiło się ciemno.
Wciąż nie zwracając większej uwagi na świat wokół niego, Castiel wszedł do niewielkiego lobby i od razu skierował się w stronę schodów na piętro, nie słysząc wołającej go recepcjonistki. Dopiero kiedy uniosła dłoń i pomachała nią gwałtownie, Castiel zwrócił na nią uwagę i przystanął przy ladzie, marszcząc czoło.
- Panie Milton, chyba ma pan gościa – oznajmiła ciemnowłosa recepcjonistka, wskazując dłonią w stronę fotelów pod ścianą lobby.
Castiel podążył wzrokiem za jej ręką, jeszcze bardziej zaskoczony. W fotelu ktoś się kulił, ktoś, kogo wcześniej wziął jedynie za sąsiada, który znów pokłócił się ze swoją towarzyszką i znów był zmuszony do nocowania na korytarzu. Wyglądało jednak na to, że tym razem Castiel mylił się.
- Upierał się, że pan go zna – ciągnęła kobieta za ladą. Położyła dłoń na przewodowym telefonie, patrząc na Castiela znacząco. – W każdej chwili mogę kogoś wezwać, jeśli pan tego sobie życzy. Wystarczy słowo.
- Myślę, że to nie będzie potrzebne – odparł Castiel, nie patrząc na nią. Widok mężczyzny w fotelu, który najprawdopodobniej drzemał z głową ukrytą w ramionach sprawił, że jego żołądek zwinął się w ciasną kulkę. Ignorując dalsze słowa recepcjonistki, ruszył szybko w stronę Deana, czując lekkie zawroty głowy.
Z pewnością nie takiej reakcji się spodziewał, kiedy kładł dłoń na ramieniu mężczyzny – Dean drgnął gwałtownie i poderwał się z fotela, odskakując na kilka kroków do tyłu. Nie spodziewał się również ujrzeć napuchniętego oka, ciemnych zaschniętych smug na czole i policzkach oraz rozbitej wargi. Przez chwilę obaj stali bez słowa, patrząc na siebie w słabym świetle lampy w lobby hotelowym.
- Panie Milton…? – dobiegł ich niepewny głos recepcjonistki.
- Proszę się nie trudzić – odparł Castiel, spoglądając na nią przez ramię. – Wszystko jest w porządku. – Mimo że wcale nie było, nie z zakrwawionym Deanem czekającym na niego w hotelu. Recepcjonistka też nie dała się nabrać, ale nie odezwała się więcej, a tylko odprowadziła ich wzrokiem, kiedy bez słowa czy spojrzenia wspinali się po schodach na piętro.
Castiel nie pozwolił, by Dean zauważył, że trzęsą mu się ręce, kiedy wsunął klucz do dziurki w drzwiach. Nie pozwolił sobie, by piętrzące się w jego głowie pytania zostały wypowiedziane, nie, kiedy zobaczył, jak Dean wtacza się do ciemnego pokoju i osuwa na najbliższe krzesło. Bez słowa zabrał z łazienki podręczną apteczkę i, wróciwszy do pokoju, przeciągnął Deana w stronę łóżka. Usiadł ostrożnie na materacu obok niego, świadomy tego, że Dean wciąż krzywił się przy każdym dotyku. Przez chwilę spoglądali na siebie bez słowa, wzrok Deana ciężki i zmęczony, Castiela skoncentrowany jak nigdy. Sięgnąwszy w stronę szafki nocnej i zapaliwszy małą lampkę, Castiel otworzył apteczkę, spoglądając na Deana spod zmarszczonych brwi.
- Nie prosiłem o cholerną pierwszą pomoc – odezwał się Dean, odsuwając się gwałtownie, kiedy Castiel dotknął jego twarzy namoczonym wacikiem.
- A jednak tu przyszedłeś – odparł Castiel, niewzruszony. Drugą dłoń wsunął pod brodę Deana, odwracając jego twarz w swoją stronę, by uzyskać lepszy dostęp do zranienia.
- Taa, może niepotrzebnie. – Dean odtrącił obie jego ręce z gniewnym sykiem.
Castiel tylko na niego popatrzył. Dean zacisnął szczękę, unosząc oczy do sufitu, ale posłusznie położył ręce na kolanach i odwrócił się lekko w stronę Castiela.
Czyjaś pięść rozbiła jego łuk brwiowy i mocno podbiła lewe oko; jednak oprócz tego i rozciętej wargi twarz Deana wyglądała w porządku. Mimo to mężczyzna oddychał ciężko i płytko, a pod zaczerwienieniem i śladami krwi jego twarz była przeraźliwie blada. Obmywszy jego twarz, Castiel odsunął się i zlustrował go spojrzeniem.
- Nie, nigdzie więcej nie będziesz mnie opatrywał – wycedził Dean, zauważając jego wzrok. Jego dłoń bezwiednie powędrowała do najwyraźniej mocno poturbowanej klatki piersiowej.
- Ja nie jestem lekarzem – powiedział Castiel spokojnie.
- I dobrze, bo nie znoszę lekarzy. – Dean odwrócił głowę, unikając jego badawczego spojrzenia. – Nie pojadę do żadnego lekarza, Cas. Zapomnij.
Castiel przełknął, zamknął apteczkę i wstał. Odłożył apteczkę na biurko i wyjrzał przez okno. W pokoju przez chwilę panowała cisza.
- Okej, dobra. Wiem, że masz pytania. Strzelaj i miejmy to już z głowy – stwierdził Dean, wciąż siedząc na brzegu łóżka.
Castiel obrócił się w jego stronę.
- Nie dzisiaj, Dean.
- Chryste, korzystaj, póki chce mi się gadać, okej? – Dean wywrócił oczami i skrzywił się lekko. – Bo jak dobrze pójdzie, to już mnie więcej nie zobaczysz i tyle z tego będzie.
Castiel zmrużył oczy.
- Planujesz wyjechać ze Spectrum? – zapytał.
- Nie, to ty powinieneś stad wyjechać – prychnął Dean. – Ale to już wiesz. Za to ja nie wiem, co może się stać. Ze mną, w sensie. – Wzruszył ramionami i skrzywił się mocno, przyciskając dłoń do boku.
- Dean, połóż się – nakazał Castiel.
- Co? O nie, nawet nie myśl, że pozwolę ci mnie leczyć czy coś. Zapomnij. Bo zaraz sobie pójdę – pogroził Dean, piorunując Castiela wzrokiem.
- Możesz tutaj zostać, nie sądzę, by mi to przeszkadzało – oświadczył Castiel, zasiadając przy biurku i sięgając po laptopa. – Nie posiadam też żadnych kwalifikacji, by móc cię zbadać, dlatego jutro rano będę nalegał, byś udał się do przychodni. Sądzę jednak, że dziś potrzebujesz odpoczynku.
Dean posłał mu zmęczone spojrzenie i westchnął.
- Jezus, jak ty pokrętnie gadasz, człowieku – mruknął, przymykając oczy i wciąż przyciskając dłoń do żeber. – Aż mnie uszy bolą.
- Dean.
- Tak, wiem. – Mężczyzna otworzył oczy i wbił w niego nieco mętne spojrzenie. – Nie chciałem tu przychodzić, stary, sorry za kłopot. Ale tu było mi najbliżej. Nie miałem innego pomysłu. Sorry.
Castiel tylko na niego patrzył, prześlizgując się wzrokiem po jego opuchniętej twarzy, matowych oczach, przygarbionej sylwetce. Nic nie mówiąc podszedł do szafy i wyjął z niej ciemny koc, po czym podał go Deanowi. Ten nie ruszał się przez chwilę, jakby niepewny tego, co dzieje się wokół niego, a potem odebrał koc z rąk Castiela i ułożył się na brzegu łóżka, okrywając się po uszy i głośno wciągając powietrze. Castiel zgasił duży żyrandol, wiszący u sufitu, a lampkę z szafki nocnej przeniósł na biurko koło włączonego laptopa. Wpatrywał się właśnie w pustą stronę edytora tekstu, kiedy dobiegł go cichy głos Deana.
- Dzięki, Cas.
Dłonie wiszące nad klawiaturą poruszyły się i na ekranie pojawiło się pierwsze zdanie.
xxx
We wczesnych godzinach porannych, kiedy na zewnątrz wciąż było jeszcze ciemno, Castiel wyłączył komputer, sprawdził, czy drzwi są zamknięte i wsunął się pod kołdrę po drugiej stronie łóżka. Dean spał nieprzerwanie, wciąż zwinięty pod kocem, obrócony plecami do niego. Castiel, któremu nadal szumiało w głowie od kilku godzin wypełnionych pisaniem, patrzył na niego przez chwilę, a potem zacisnął powieki i usnął.
Kiedy otworzył oczy, jasność południa wciskała się przez niezasłonięte okna, a łóżko było puste. Castiel bezwiednie przesunął dłonią po zimnym materacu, przyglądając się kocu, złożonemu w niechlujną kostkę i ułożonemu w nogach łóżka. Jeszcze przez kilka minut pozwolił sobie na wylegiwanie się, a potem wstał, umył się i ubrał. Zwalczając pokusę włączenia komputera i przeczytania tego, co napisał w nocy, zszedł na dół do jadalni. Fotele w lobby były puste, a recepcjonistka nawet nie patrzyła na niego w żaden znaczący sposób. Siedząc nad kubkiem parującej kawy, która powinna pomóc mu się nieco bardziej rozbudzić, usiłował wymyślić dalszą część powieści, jednak wyglądało na to, że wczorajsza wena znów go opuściła. Zrezygnowany, wrócił do pokoju i cały dzień spędził w łóżku, przeglądając strony internetowe i słuchając muzyki. Wciąż nie włączał edytora tekstu; musiał dać sobie kilka dni, by potem móc obiektywnie ocenić to, co napisał.
xxx
Ciemny samochód zatrzymał się przy krawężniku i gdyby Castiel nieco lepiej znał się na samochodach, wiedziałby od razu, kto siedzi za kierownicą. Jednak jego wiedza ograniczała się do rozpoznawania zaledwie kilku marek, i to w świetle dnia i z bliska, dlatego też wsiadł do taksówki, wciąż rozmyślając o rozmowie na temat polityki podsłuchanej w pubie. Wsunął się na tylne siedzenie i nie spoglądając na kierowcę, podał mu adres hotelu i oparł czoło o chłodną szybę.
- Niedługo będę w stanie wyrecytować ten adres nawet zbudzony w środku nocy – padł żart i Castiel poderwał głowę, spoglądając na taksówkarza z zaskoczeniem.
- Dean – wyrwało mu się bezmyślnie.
- Cas – odparł Dean, odwracając się i spoglądając na niego ponad oparciem siedzenia. Uśmiechał się, a na jego twarzy widniał jedynie blady ślad po wcześniejszych ranach. – Kopę lat.
Głowa Castiela opadła na oparcie.
- Hola, koleś. Właśnie miałem zaproponować wypad na głębszego, ale widzę, że trochę się spóźniłem. – Dean wciąż nie ruszał, i wciąż spoglądał na Castiela, lecz jego powieki były ciężkie, a obraz przystojnej twarzy Deana rozmywał mu się nieco przed oczami.
- Wprost przeciwnie, jesteś idealnie na czas, zaledwie przed kilkoma minutami zatelefonowałem po transport. I oto jesteś. Dean.
Castielowi wydawało mu się, że mężczyzna na przednim siedzeniu wywrócił oczami. Ale nie mógł być tego pewny.
- Taa, widzę, że nawet pod wpływem nie tracisz zdolności do mówienia jak kosmita – oświadczył, śmiejąc się pod nosem.
- Myślę, że kosmici nie posługują się językiem angielskim.
Dean zaśmiał się głośniej.
- Racja. Mimo że wstawiony, wciąż myślisz trzeźwo. Punkt dla ciebie. – Dean posłał mu szeroki uśmiech. – Co to za okazja?
- Ubolewam nad tym, ale niestety nie było żadnej okazji – powiedział Castiel ponuro i przesunął się na miejsce tuż za siedzeniem Deana.
- Oho. Co więc? Wypad z kumplami?
- Nie mam… kumpli w tym mieście. Nie jestem zbyt towarzyski.
- Ej no, to było nie fair. Przecież piliśmy już raz, Cas. – Ramię Deana otoczyło oparcie fotela i cała jego osoba jeszcze bardziej odwróciła się w stronę Castiela, który pochylił się do przodu i oparł łokcie na kolanach.
- Pamiętam. – Castiel usiłował skupić wzrok na Deanie i udało mu się to na chwilę, tylko po to, by dostrzec spojrzenie Deana przesuwające się uważnie po jego twarzy i lekki uśmiech igrający na jego pełnych ustach. – Jednak mam wrażenie, że działo się to dawno temu.
Dean pokiwał głową.
- Całe wieki temu. Trzeba to powtórzyć, ale, jak już mówiłem… Nie dziś.
Castiel zmrużył oczy.
- Czy masz na dziś jakąś listę? – zapytał bez ogródek.
To wystarczyło, by Dean natychmiast zesztywniał, obrócił głowę, przeniósł spojrzenie na puste miejsce pasażera.
- Nie. Już nie. Dlaczego nie siedzisz tutaj? – Jego głos był cichszy, bardziej pusty, wyprany z emocji.
Castiel pochylił się jeszcze bardziej do przodu i oparł brodę na oparciu siedzenia kierowcy. Jego twarz prawie stykała się z kurtką Deana.
- Zmieniasz temat prawie tak szybko jak nastrój – oznajmił, zaintrygowany.
- Nie zmieniam. Po prostu… Nie gadamy o tym, pamiętasz? Żadnych list. – Dean znów popatrzył na niego, zmarszczył brwi, odsunął się nieco. – Zapomnij o listach.
- Wiem, że to twoja praca, Dean. Wiem, że ludzie często nie przepadają zbytnio za rozmowami o swojej pracy, ale ty, Dean, ty unikasz tematu jak ognia, momentalnie zamykasz się w sobie, uciekasz. Ale ja wiem.
- Nie, Cas. – Teraz Dean siedział odwrócony do niego plecami i sięgał po kluczyki w stacyjce. Castiel był zmuszony wyprostować się i odsunąć. – Nie wiesz.
- Nie, nie wiem, ale mogę się domyślać. Jestem dość inteligentny.
- Inteligencja nie ma tu nic do rzeczy – syknął Dean, zapalając silnik.
- Byłbyś zaskoczony.
- Cóż, nie jestem. Jedziemy? Tylko żebyś mi tu nie rzygał, nie mam zamiaru po tobie sprzątać.
- Nic mi nie będzie – zapewnił Castiel, opadając ciężko na oparcie siedzenia. – Chyba jednak wolę, kiedy masz dobry nastrój.
- Miałbym taki cały czas, gdyby pewien dupek mi go nie zepsuł – burknął Dean, ruszając i włączając się do ruchu.
- Wątpię, by obrażanie klientów było brane pod uwagę w twojej pracy.
- Oj, zdziwiłbyś się – mruknął Dean. Jego palce znów mocno ściskały kierownicę, oczy skoncentrowane były na drodze.
- Mówię tu o pracy taksówkarza – powiedział Castiel, przymykając oczy. – Nie o tej drugiej – zaryzykował.
Był zmuszony otworzyć oczy, kiedy samochód wszedł w zakręt z piskiem opon.
- Zamknij się – warknął Dean.
- Jedź ostrożnie – odparł Castiel.
- Nie praw mi kazań.
- Unikasz tematu. – Castiel znów pochylił się do przodu i położył dłoń na ramieniu Deana w, jak mu się wydawało, uspokajającym geście. Mimo to Dean wzdrygnął się lekko. – Niepotrzebnie.
- Oj, bardzo potrzebnie. Odsuń się ode mnie. Słyszałeś o czymś takim jak przestrzeń osobista? Cóż, bardzo ją sobie cenię.
Castiel cofnął rękę.
- Gdybyś mi powiedział, o co chodzi, nie musielibyśmy więcej do tego wracać i nasze rozmowy przebiegałyby poprawnie.
Z ust Deana wyrwało się coś jakby śmiech, tyle że bardzo gorzki i niewesoły.
- Wątpię, byśmy jeszcze kiedykolwiek rozmawiali ze sobą, gdybyś wiedział o mojej „drugiej pracy" – rzucił cierpko.
- Nie możesz tego wiedzieć – upierał się Castiel.
- Cas, jesteś pijany. Zamknij się już, serio – odparł Dean zmęczonym głosem.
- Nie nazwałbym mojego obecnego stanu…
- Cas. Jutro i tak nic nie będziesz z tego pamiętał, więc po co mamy o tym gadać? – Dean wreszcie spojrzał na niego, tylko na chwilkę, tylko w lusterku, ale jednak. Minę miał poważną.
- Mylisz się. I myślę, że poczułbyś się lepiej, gdybyś mógł z kimś o tym porozmawiać.
- Poczułbym się lepiej, gdybym mógł stąd wyjechać – mruknął niewyraźnie Dean, ale Castiel zdołał go usłyszeć.
- Dlaczego więc nie wyjedziesz? Co cię tutaj trzyma, Dean? – zapytał.
Tym razem Dean obrócił się lekko i rzucił mu spojrzenie przez ramię.
- Nie mam dokąd jechać.
Castiel przymknął oczy, krzywiąc się lekko, kiedy samochód podskoczył na nierówności drogi.
- To z pewnością nieprawda – oświadczył. – Zawsze jest dokąd wyjechać. Wystarczy wyjść z domu… i jechać.
- Taa, okej, może dla ciebie to takie łatwe, ciągle podróżujesz – burknął Dean. – A ja nie mam nawet do kogo pojechać.
- Ja również. – Castiel otworzył oczy i wbił wzrok w ciemność za oknem. – Nikogo nie odwiedzam. Nie często, w każdym razie, i nie, kiedy piszę.
- Gdzie mieszka twoja rodzina? – zapytał Dean.
- W różnych miejscach. Zależy, o kogo pytasz. Mam dużą rodzinę, siostry, braci, duże wujostwo. Jesteśmy ze sobą dosyć blisko, ale kiedy piszę, muszę wyjeżdżać. Pochodzę z Illinois, ale wszyscy porozjeżdżali się po całych Stanach.
Dean pokiwał głową.
- Cóż, mój brat prawdopodobnie nawet nie chciałby mnie widzieć – rzucił gorzko.
- Na pewno jesteś w błędzie.
- Nie, Cas. Nie jestem. Sam jest… Sam jest zbyt zajęty, by chcieć moich odwiedzin – uciął i Castiel zrozumiał, że nie był to czas na rozmowę o Samie.
- Myślę, że to nie dlatego nie wyjeżdżasz ze Spectrum – powiedział cicho.
Dean milczał, mocniej zaciskając palce na kierownicy.
- Wszystko wiąże się z twoją… pracą – ciągnął. – I mimo wszystko wciąż nie chcesz o niej mówić.
- Jeśli miałbym o tym mówić – głos Deana był niski, zachrypnięty – to potrzebuję drinka. Albo od razu kilku drinków.
Castiel usiadł prosto, spoglądając na Deana w lusterku. Mężczyzna był nieco przygarbiony, wzrok wbijał w przednią szybę, usta miał zaciśnięte w cienką linię.
- Sądziłem, że mówiłeś, że ja dziś nie potrzebuję już więcej alkoholu.
- Huh, ty może i nie. – Dean zatrzymał samochód, popatrzył na Castiela przez ramię.
- A co z pracą? Czyż nie jesteś właśnie na zmianie?
Już zanim Dean otworzył usta, Castiel znał odpowiedź na swoje pytanie.
- Dzisiejsza lista jest już skończona.
xxx
Castiel nie musiał pytać, żeby wiedzieć, iż Dean zatrzymał samochód pod miejscem swojego zamieszkania. Kamienica była stara, szara i obdarta, a klatka schodowa nieoświetlona i bardzo zapuszczona. Wchodząc po schodach, Castiel potknął się i zachwiał, ale dłoń Deana opadła na jego ramię i tam już pozostała do chwili, kiedy stanęli przed drzwiami z numerem 17.
- To tu – powiedział Dean, odsuwając się nieco, lecz pozwalając, by jego ręka zsunęła się powoli po ramieniu Castiela.
- Domyśliłem się – odszepnął Castiel. W pierwszym odruchu chciał przysunąć się do Deana, podążyć za jego ręką, ale w ostatniej chwili uprzytomnił sobie, że nie powinien tego robić.
- Sorry za bajzel – mruknął Dean, mocując się z kluczem w zamku. – Rzadko miewam gości.
- To bez różnicy, Dean. Nie jestem tutaj, by krytykować twój… stosunek do sprzątania – oświadczył Castiel, wchodząc do mieszkania za jego właścicielem. Zamknął drzwi i przez chwilę przesuwał po nich dłońmi w poszukiwaniu zamka. Dean stanął tuż obok, przekręcił klucz i popatrzył na Castiela, unosząc jedną brew.
- A po co tu jesteś? – zapytał i Castiel mógłby przysiąc, że dosłyszał coś na kształt zalotności w jego głosie. Mimo to nie pozwolił sobie o tym zbyt dużo rozmyślać, zamiast tego cofnął się o krok, zrywając kontakt wzrokowy z Deanem i rozglądając się wokół. Niewiele mógł jednak zobaczyć, gdyż przedpokój pogrążony był w ciemności.
Zarys sylwetki Deana ruszył w stronę najbliższego pokoju i Castiel automatycznie podążył, jeszcze zanim Dean powiedział:
- No dalej, Cas, w korytarzu nie ma żarówki. Nie ściągaj butów, dawno nie odkurzałem.
Wyglądało na to, iż mieszkanie składało się jedynie z jednego pokoju, niezbyt dużego, kuchni z nim połączonej, łazienki, no i przedpokoju. Wszedłszy do pomieszczenia, które musiało być równocześnie salonem i sypialnią, Castiel przystanął w progu, usiłując przyzwyczaić się do jasności, gdy Dean zapalił światło i wisząca u sufitu naga żarówka rozbłysła. Dean rzucił na stojącą pod ścianę kanapę swoją kurtkę i podszedł do niedużej lodówki. Spojrzał przez ramię na Castiela.
- No i czego tak sterczysz? Rozgość się. Wiem, że to nie pięciogwiazdkowy hotel, ale co zrobić. – Wzruszył ramionami i wyciągnął dwie butelki. – Sam chciałeś gadać.
- Od bardzo dawna nie mieszkam w luksusach – odparł Castiel, postępując kilka niepewnych kroków do przodu i stając na środku pomieszczenia. – Mój pokój hotelowy również nie jest zbyt wygodny.
- Och, tu jest mi bardzo wygodnie – powiedział Dean, uśmiechając się leniwie. Przeszedł przez pokój i opadł na kanapę, po drodze wręczając Castielowi jedną z butelek. – Może na to nie wygląda, ale, sam rozumiesz. Nie ma to jak mieć swoje własne gniazdko.
- A więc to twoje mieszkanie? – zapytał Castiel, wciąż stojąc niezręcznie na środku pokoju i spoglądając niepewnie na butelkę, którą trzymał w ręce. – Nie tak miało być, Dean. Wypiłem już dzisiaj swoje.
- Daj spokój, nie myślałeś chyba, że będę pił sam. – Dean posłał mu ironiczne spojrzenie, a potem skinął głową w stronę kanapy, na której siedział. – No, dalej, bo przez ciebie czuję się cholernie niezręcznie.
Castiel posłusznie usiadł na drugim końcu sofy, układając ręce na podołku i mocno ściskając zimną butelkę. Co prawda praktycznie nie czuł się już pijany, właściwie przedtem też nie był, w końcu nie wypił zbyt wiele, ale nie miał jeszcze ochoty na piwo. W sumie rzadko miał ochotę na piwo.
Dean znów zaczął mówić, coś o mieszkaniu, że nie był właścicielem, a tylko je wynajmował, bo przecież nie zapuściłby mieszkania w taki sposób, gdyby było jego, ale Castiel raczej go nie słuchał. Zamiast tego patrzył na niego, prześlizgiwał się wzrokiem po ukrytej w cieniu twarzy, szerokich, rozluźnionych ramionach, nogach, które Dean wyciągnął przed siebie; patrzył na sposób, w jaki światło żarówki za plecami Deana sprawiało, że jego włosy wydawały się jaśniejsze niż w rzeczywistości, jak Dean raz po raz przykładał butelkę do ust i wypijał kilka łyków, oblizując usta, jak jego palce gładziły wilgotną szyjkę butelki.
- Okej. Przestań natychmiast.
Zmiana tonu głosu Deana wyrwała Castiela z zamyślenia.
- Słucham?
- Powiedziałem, żebyś przestał się gapić. To przerażające, gościu.
- Ach. – Castiel poczuł gorąco na twarzy i odwrócił głowę. – Wybacz. Mam z tym pewien… problem.
- Z gapieniem się? – Dean usiadł prosto na kanapie, odkładając pustą już butelkę na podłogę. – Czy ty w ogóle mnie słuchałeś? Wyglądało, jakbyś całkiem odleciał. Ileś ty dziś wypił, koleś?
Castiel potrząsnął głową.
- Nie, to nie alkohol. Tak już po prostu mam. Lubię przyglądać się ludziom.
- Och – było wszystkim, co Dean powiedział, więc Castiel stwierdził, że teraz jego kolej.
- Właściwie nie wydaje mi się, bym miał zamiar to dzisiaj wypić, Dean. – Wyciągnął w jego stronę pełną butelkę.
- Tak myślałem – mruknął Dean i odebrał od niego piwo, po czym natychmiast upił łyk. – Chętnie skorzystam.
Przez chwilę panowała cisza, Dean siedział rozwalony na kanapie, spoglądając prosto przed siebie i pijąc. Castiel raz po raz zerkał na niego, starając się „nie gapić".
- Miałem wrażenie, że przyszliśmy tutaj, by porozmawiać – powiedział w końcu, chrząkając niepewnie.
Dean popatrzył na niego, przekrzywiając lekko głowę.
- Ja już gadałem.
- Nie o tym, o czym miałeś mówić – przypomniał Castiel.
Dean potrząsnął głową, wzruszył ramionami, omiótł wzrokiem pokój.
- Nie jestem jeszcze wystarczająco pijany – stwierdził gorzko.
- Dean.
Mężczyzna wydał z siebie jęk frustracji.
- No co? Jezus. Naprawdę, Cas, nie jestem typem, który lubi mówić o sobie i swoich… problemach. Czy o czymś tam.
- W takim razie w jakim celu przywiozłeś mnie tutaj? – zapytał Castiel, również czując wzbierającą w nim powoli irytację. – Wydawało mi się, że podałem ci inny adres.
- To pewnie dlatego, że nie znam się na swojej robocie. Co tam ze mnie za taksówkarz – odgryzł się gniewnie Dean. – Druga robota jest przecież o niebo ważniejsza.
Castiel odetchnął głęboko, przymknął oczy na kilka sekund, po czym obrócił się na kanapie, tak, by siedzieć twarzą do gospodarza.
- Co dokładnie robisz po godzinach, Dean? – zapytał tak łagodnie, jak tylko potrafił.
- A kto powiedział, że robię to po godzinach? – prychnął Dean, dopijając drugie piwo. – Być może taksówkarz to tylko przykrywka.
- O co dokładnie chodzi z listami od tych mężczyzn, Dean? Wiem, że jesteś w coś zamieszany… najprawdopodobniej nie z własnej winy. Wiem, że ma to związek z tymi ludźmi, już dwukrotnie byłem świadkiem twojego spotkania z nimi. Nie wyglądają na zbyt przyjaznych, Dean…
- No co ty, kurwa, nie powiesz. – Dean poderwał się z kanapy, przez chwilę krążył bez celu po pokoju, nie spoglądając na Castiela. Jego twarz była pociemniała z gniewu i być może z czegoś jeszcze. Po chwili Dean ruszył w stronę lodówki, wyjął kolejne piwo.
- Alkohol nie jest…
- Zamknij się, albo cię wyrzucę. – Dean stanął przed Castielem, mierząc go wściekłym spojrzeniem, ściskając w dłoni butelkę. Mówił cicho, gniewnie, dając Castielowi jasno do zrozumienia, że nie potrzebuje żadnych porad. – Chcesz wiedzieć, co robię? Okej. W porządku. Nie wiem, co cię to może obchodzić, jesteś tylko jakimś pisarzyną, który lubi obserwować ptaki, morze i inne pierdoły, i pisać o nich, i jeździć po kraju, który nic, kompletnie nic nie wie o mnie, ani w ogóle o niczym, ale okej. Skoro chcesz wiedzieć.
Castiel nie przerwał mu ani słowem, tylko siedział, z dłońmi zwiniętymi luźno w pięści i opartymi na kolanach, unosząc lekko głowę, by móc patrzeć Deanowi prosto w oczy i przyjąć każde jego słowo. Być może Dean miał rację, ale w tym momencie nie chodziło tu o to, kim był Castiel. To Dean miał kłopoty, nie Castiel. To Dean, chociaż się przed tym wzbraniał, po raz drugi pozwalał sobie pomóc, mimo że najprawdopodobniej wmawiał sobie, że nic to dla niego nie znaczy.
- To dosyć przewidywalne, Cas. Chyba jednak nie jesteś aż tak inteligentny, za jakiego się uważasz, skoro jeszcze tego nie rozgryzłeś. – Castiel cierpliwie znosił każdą obrazę z ust Deana, właściwie puszczał je mimo uszu, bo czuł, że Dean wcale tak nie myśli. – Prochy. To proste. Miasto takie jak Spectrum nie mogłoby funkcjonować bez prochów i wielkiej pieprzonej sieci à la mafia, która zajmuje się tym wszystkim i właściwie włada całym miastem. Sam zauważyłeś, że to miasto śpi w dzień. Praktycznie nie ma tu rodzin z dziećmi, babć, szczęśliwych, kurwa, rodzin, bo Spectrum to miasto przegranych i tym właśnie są wszyscy jego mieszkańcy, jebanymi przegranymi, i chyba każdy z nas jest tu w coś zamieszany, nikt się już temu nie dziwi, koniec, kropka.
Dean oddychał szybko, zapomnianą butelkę wciąż ściskał w dłoni, piorunując Castiela wzrokiem.
- Wciąż nie wiem, czym ty się zajmujesz, Dean – powiedział Castiel spokojnie.
Dean stęknął i opadł na kanapę tuż obok Castiela.
- Czy to nie oczywiste? Taksówkarz to dosyć zręczny zawód, tak czy siak spędzam całe dnie w samochodzie, co mi szkodzi wstąpić więc do kilku osób, przypomnieć o zapłacie, o długach, postraszyć? Wiesz, Cas, jak to jest – jego głos ociekał udawaną słodyczą, ale Castiel wytrzymał jego intensywne spojrzenie – raz na jakiś czas faktycznie podwiozę gdzieś kogoś, na przykład ciebie, wracającego z jakiegoś cholernego pikniku na plaży, a zaraz potem zapukam do drzwi własnego sąsiada, przypomnę grzecznie, ile jest winien – za prochy, dziwki, alkohol, co tam tylko chcesz – przyłożę w nos, jeśli trzeba, jeśli nie dociera, pojadę dalej. A potem wrócę tutaj, będę siedział na tej sofie, oglądał gównianą telewizję i modlił się, by nikt po mnie nie przyszedł. Ale oni przychodzą, Cas. Częściej przychodzą niż nie. Czy tego chcę, czy nie.
Dean urwał, gapiąc się w punkt na ścianie za plecami Castiela.
- Kto przychodzi? – Castiel pochylił się lekko do przodu, napotykając jego wzrok. W ustach miał sucho i wiele oddałby teraz za łyk zimnego piwa. – Powiedz mi, Dean.
- Oni – wykrztusił Dean i z jego oczu zniknęła cała złość. Była tam teraz jedynie desperacja i żal, a może i obrzydzenie. – Jeśli jakiś gość jednak nie zapłaci, oni przychodzą po mnie, jakby to była moja wina, ale są bardzo mili, tak cholernie, kurwa, uprzejmi, i właściwie proszą, bym poszedł z nimi i dokończył sprawę, bo oni naprawdę, ale to naprawdę nie chcą się denerwować, bo to przecież moje zadanie. Więc ja jadę z nimi, w środku nocy lub za dnia, nieważne, jadę do tego biednego kolesia, albo pukam do drzwi tego sąsiada, i tym razem oni są ze mną i patrzą, kiedy ja przekonuję ludzi, by oddali to, co są winni. Muszą oddać. Muszę sprawić, by oddali… A niektórzy są twardzi. Muszę być twardszy. Zawsze. Za każdym razem.
Dean odwrócił twarz, praktycznie odwrócił się od Castiela całym ciałem, zgarbiony, z drżącymi lekko ramionami i opuszczoną głową. Castiel wyciągnął rękę, by jakoś go pocieszyć, ale po chwili opuścił ją tylko na kanapę, gdyż Dean mówił dalej.
- Wtedy, kiedy przyszedłem do ciebie sprany na kwaśne jabłko? Cóż. Czasem się to zdarza. Niektórzy klienci są bardzo uparci i niepodatni na… moje argumenty. Wtedy to oni biorą sprawę w swoje ręce, ale potem mi również się dostaje, bo to ja nawaliłem. Bo powinienem być w stanie złamać każdego, a skoro tego nie potrafię, oni mnie nauczą. Oj, oni się na tym znają bardzo, bardzo dobrze, Cas. Ale nie lubią sobie brudzić rączek.
Castiel, przytłoczony nawałem informacji, siedział tylko, milcząc, patrząc na zgarbioną sylwetkę Deana tuż obok. W głowie kłębiło mu się mnóstwo pytań, ale wiedział, że teraz nie był czas na zadawanie ich. Mimo to nie miał pojęcia, co zrobić czy powiedzieć.
Dean ułatwił mu to, obracając się lekko i patrząc na niego przez ramię z gorzkim uśmiechem na ustach.
- No dobra. Nie zatrzymuję cię dłużej. Mam nadzieję, że już się więcej nie zobaczymy.
W jego głosie Castiel dosłyszał smutek i wiedział, że nie może brać jego słów na poważnie. Zamiast tego pochylił się i wyjął Deanowi butelkę z rąk, po czym upił kilka łyków. Kiedy znów na niego spojrzał, uśmiech zniknął z jego twarzy, zastąpiony czymś nieodgadnionym, lekkim zmarszczeniem brwi, rozchylonymi ustami, intensywnym spojrzeniem.
- Cas. – Jego głos załamał się lekko na zdrobnieniu. – Musisz stąd wyjechać. Póki cię jeszcze w nic nie wciągnęli.
Castiel uśmiechnął się lekko, oddając mu piwo i potrząsając głową.
- Jestem tylko pisarzem, Dean. Wątpię, by miejscowa mafia mogła się mną zainteresować.
Dean pochylił lekko głowę, uciekając wzrokiem.
- Ja się zainteresowałem.
- Ty nie jesteś jednym z nich.
- Och, tak, jestem. Nie słyszałeś, o czym ci właśnie opowiedziałem? Jestem taki sam jak oni. – Dean wciąż na niego nie patrzył, ściskając butelkę obiema dłońmi, głos miał niski i cichy, lekko drżący.
- Wręcz przeciwnie, Dean. Dean. Posłuchaj. To nie twoja wina.
- Owszem, moja. Nie usprawiedliwiaj mnie, Cas. Ja już dawno przestałem to robić. Tak po prostu jest.
Castiel wyciągnął rękę i dotknął jednej z dłoni Deana, tylko przelotnie, tylko przez moment. Dean w końcu uniósł głowę i popatrzył na niego, zielone oczy lśniące, policzki zaczerwienione.
- Powinieneś stąd wyjechać – powtórzył, wyciągając butelkę w jego stronę.
Castiel odmówił, korzystając z sytuacji i po raz kolejny dotykając jego dłoni, odpychając ją lekko, uprzejmie.
Dean skinął, napił się piwa, odłożył w połowie opróżnioną butelkę na podłogę, popatrzył na Castiela spod rzęs.
- Dziękuję, że podzieliłeś się tym ze mną – powiedział Castiel. – Naprawdę to doceniam.
Dean zaśmiał się nagle, krótko, nie całkiem wesoło, ale też nie gorzko.
- Ugh, jak ja tego nie znoszę – mruknął, chowając twarz w dłoniach.
Castiel zmarszczył czoło, przekrzywił głową, przyglądając się Deanowi.
- Czego?
Mężczyzna uniósł głowę, patrzył na niego przez chwilę, uśmiechnął się lekko, odwrócił wzrok.
- Gadać o takich rzeczach. Jakieś pieprzone uczucia, emocje, bla bla bla, wszystkie te babskie pierdoły. To jakiś koszmar. – Castiel był w stanie dosłyszeć w jego głosie żart, więc rozluźnił się nieco. – Gdybym nie był wstawiony, nigdy by do tego nie doszło.
- Oczywiście – przytaknął mu Castiel, czując, że kąciki ust unoszą mu się nieco. – Ja nigdy nie przyszedłbym tu z tobą, gdybym wcześniej sam nieco nie wypił.
- O! – Dean popatrzył na niego z błyskiem w oczach. – A więc jednak masz jakieś poczucie humoru, stary! Dobrze wiedzieć. Wybacz, Castiel, nie wiem jak w ogóle śmiałem przyjąć cię w takich warunkach, to niedopuszczalne – zażartował, opadając na oparcie kanapy.
Castiel tylko się uśmiechnął, tym razem szerzej, imitując pozycję Deana i również opierając się wygodnie. Dean zmierzył go spojrzeniem i zmarszczył brwi.
- Czy ty nigdy nie rozstajesz się z tym paskudnym płaszczem? Bez przesady, Cas, nie jest tu aż tak zimno – rzucił, przyglądając się trenczowi, który Castiel wciąż miał na sobie.
- Jest tutaj trochę zimno – przyznał Castiel, wygładzając materiał odzienia.
- Okej, no dobra, ale nie byłoby ci zimno, gdybyś napił się ze mną – powiedział Dean, posyłając mu szeroki uśmiech. Wyglądało na to, że z chwilą, kiedy Dean wyrzucił z siebie wszystkie dręczące go sekrety, było mu o wiele łatwiej zachowywać się przyjaźnie czy wręcz czarująco.
- Jest późno, dawno powinienem być już w hotelu – stwierdził Castiel, ale nie poruszył się.
- Daj spokóóój – mruknął Dean i znów podał mu butelkę, którą Castiel tym razem przyjął i upił kilka łyków. – Nie jest jeszcze aż tak późno, co nie? – Po czym mrugnął do niego, uśmiechając się leniwie.
- Właściwie to powinienem był powiedzieć, że jest zbyt wcześnie – poprawił się Castiel. – Jeśli się nie mylę i twój zegar działa, jest już po trzeciej nad ranem.
Dean zaśmiał się lekko, również spoglądając na zegar.
- Taa, racja. To idealna pora, by przejść się na jeszcze jedno piwo.
Castiel potrząsnął głową, przymykając oczy i opierając ją na oparciu. Czuł na sobie wzrok Deana.
- Muszę wracać. Już i tak wypiłem o wiele za dużo tego wieczoru.
- Dokończmy chociaż to jedno piwo, hm, Cas? – Castiel poczuł, jak Dean dźga go lekko łokciem w żebra, ale tylko uśmiechnął się delikatnie. – Co ty na to?
- Sam je dokończ, Dean. Ja już pójdę.
- Ale zostało już tylko trochę!
Wciąż nie otwierając oczu, Castiel poczuł, że Dean opiera się ramieniem o jego ramię, a potem podaje mu butelkę. Castiel westchnął i upił duży łyk, oddając resztę Deanowi.
- To nie jest dobry pomysł – mruknął, wiedząc, że jeśli uniesie powieki, wszystko zacznie mu wirować przed oczami. Nie był na to gotowy, nie w towarzystwie Deana.
- To jest bardzo dobry pomysł, stary. A mam jeszcze lepszy. Zostało mi ostatnie w lodówce, poczekaj chwilę.
- Dean, nie – zaprotestował Castiel słabo, ale Dean go nie słuchał. Ciepła obecność tuż obok niego zniknęła, ale wróciła już po chwili, i Dean znów wcisnął mu do rąk butelkę, tym razem pełną. - Zaraz po tym wracam do domu, Dean – oświadczył Castiel. W końcu postanowił otworzyć oczy, przetoczył głowę po oparciu i przyglądał się, jak Dean pije i przełyka głośno.
- Nie możesz iść sam – powiedział Dean, oddając mu piwo. Nie siedział już tuż obok, zamiast tego jedną nogę podwinął pod siebie i siedział twarzą w jego stronę, łokieć opierając na oparciu, a twarz na dłoni.
- A co, masz zamiar mnie odprowadzić? – Słowa Castiela stawały się nieco bełkotliwe.
- Mogę cię odwieźć – zaproponował Dean.
Castiel uniósł głowę, patrząc na niego ze zmarszczonymi brwiami.
- Jesteś pijany, nie możesz… prowadzić – stwierdził.
- Już nie raz jeździłem po kilku piwach, Cas, daj spokój. – Dean znów mrugnął do niego, uśmiechając się zalotnie.
- Nie, nie, Dean, nie, nie będziesz jeździł w takim stanie – zaprotestował Castiel.
- Nie będę cię też odprowadzał, nawet o tym nie myśl – odgryzł się Dean.
- Więc sam wrócę, dam sobie radę.
Dean roześmiał się.
- Nawet nie wiesz, gdzie jesteśmy. I w którą stronę do hotelu.
- Zapytam kogoś.
- Nie, Cas, nie wracasz sam, zrozumiano?
Castiel pochylił się do przodu i dla utrzymania równowagi oparł jedną dłoń na kolanie Deana. Mierząc go wzrokiem, powiedział:
- Co więc proponujesz?
Dean przez chwilę tylko na niego patrzył, wbijał w niego swoje zielone oczy tak cudownie skoncentrowane i żywe, a potem wzruszył lekko ramionami.
- Nie, Dean. – Castiel zmusił się do wyprostowania się, podał butelkę Deanowi, wstał, chwiejąc się lekko na nogach. – Muszę wracać.
- Ale z ciebie cienias, Cas – rzucił za nim Dean. – Za szybko wymiękasz.
- W ogóle nie powinienem z tobą pić. – Castiel wyszedł do przedpokoju i stanął przy framudze, patrząc przez ramię na Deana.
- A robisz to już drugi raz. – Dean wstał i podszedł w jego stronę, a jeśli szedł chwiejnie, Castiel nawet nie zwrócił na to uwagi. – Nie możesz iść sam.
Castiel potrząsnął głową, zachichotał cicho, odepchnął się od ściany i doszedł do drzwi, a potem po omacku odnalazł klamkę i nacisnął ją kilka razy.
- Drzwi są zamknięte, geniuszu – odezwał się Dean tuż za nim.
Castiel znów zaśmiał się i zaczął szukać zamka.
Nagle dłoń Deana opadła z hukiem na drzwi tuż nad ramieniem Castiela, a druga ręka złapała go za ramię i odwróciła o sto osiemdziesiąt stopni.
- Dlaczego jesteś taki uparty? – mruknął Dean, przysuwając twarz do jego twarzy i mocno zaciskając dłoń na jego ramieniu. Castiel przylgnął plecami do drzwi, nie mogąc oderwać wzroku od ust Deana i próbując skoncentrować się na rozmowie.
- Nie. Nie ja. To ty.
- Powiedziałem, że nie możesz iść sam. Czy nic do ciebie nie dotarło? Tu jest niebezpiecznie. Zwłaszcza w nocy. Zwłaszcza dla nowoprzybyłego, jak ty, dla kogoś, kto nie bardzo wie, co się tu dzieje i jest podatny na wszystko, co miasto ma do zaoferowania. – Głos Deana był cichym sykiem tuż przy jego twarzy.
Castiel wydał z siebie cichy jęk.
- Nie jestem… podatny… Dam sobie radę, Dean. Nie jestem dzieckiem.
Dean zaśmiał się cicho, groźnie.
- Też to sobie powtarzałem. A teraz zobacz, co ze mną zrobili.
- Nie, Dean. To jest twój problem. Musisz sobie… uświadomić. Że to nie twoja wina. Dean, to nie twoja wina. – Castiel uniósł dłoń i przesunął opuszkami palców po policzku Deana, sprawiając, że mężczyzna przymknął oczy, przysuwając się jeszcze bliżej, tak że już prawie stykali się nosami.
- Cas – szepnął Dean, owiewając Castiela swoim oddechem. – Przestań to robić, do cholery. Przestań.
Castiel opuścił rękę, ale Dean nie odsunął się, zamiast tego oparł głośno drugą dłoń na drzwiach nad ramieniem Castiela, otwierając oczy i wbijając w niego spojrzenie. Castiel przeklinał w duchu zepsutą żarówkę; oddałby wiele za to, by móc zobaczyć dokładnie jego twarz, jego oczy, jego pełne, różowe usta, których chciał dotknąć ze wszystkich sił, ale nie mógł się na to zebrać.
- Muszę wracać – wykrztusił. – Teraz.
- Weźmiesz taksówkę, Cas – odparł szeptem Dean, wciąż patrząc na niego intensywnie. – I zadzwonisz do mnie, jak tylko dotrzesz na miejsce. Łapiesz?
Castiel tylko skinął głową, a kiedy Dean odsunął się od niego, zwieszając ręce po bokach i uciekając spojrzeniem, Castiel pozwolił sobie na wypuszczenie wstrzymywanego dotąd powietrza, po czym sięgnął do kieszeni płaszcza i wyjął z niej telefon.
xxx
Następnego dnia jakimś cudem wylądował na plaży. Może niekoniecznie był to cud w dosłownym tego słowa znaczeniu, jednak Castiel nie był w stanie przypomnieć sobie jakim dokładnie sposobem dotarł aż na wybrzeże. Ale to pewnie wina wypitego poprzedniej nocy alkoholu i tego, że tak późno położył się spać.
Siedząc na kamieniu i pozwalając, by silny wiatr łopotał połami jego płaszcza, Castiel wbijał wzrok w niespokojny ocean, a jego myśli krążyły wokół dnia poprzedniego. Telefon, wrzucony do głębokiej kieszeni płaszcza, zdawał się ciążyć i błagać, by go wyjąć i skorzystać. Teraz, kiedy w książce kontaktów tkwił numer Deana, Castiel nie był w stanie myśleć o niczym innym, jak tylko o tym, że wreszcie miał możliwość, by zadzwonić do niego nawet w środku dnia, pod byle jakim pretekstem, by porozmawiać, podyskutować, znowu usłyszeć jego głos.
Jednak to właśnie fakt, że był środek dnia oraz że najprawdopodobniej żaden z nich nie był pijany – cóż, Castiel na pewno już nie był – powstrzymywał go od wybrania numeru Deana.
Wczorajsza noc przeszła już przecież do historii.
xxx
Po dotarciu do hotelu, rzuceniu taksówkarzowi kilku banknotów i wdrapaniu się na piętro do swojego pokoju, pierwszym, co zrobił Castiel, było rzucenie się na niepościelone łóżko i zamknięcie oczu, by choć na chwilę zatrzymać wirujący wokół świat. Dopiero po chwili przypomniał sobie o obietnicy danej Deanowi, więc z trudem wygrzebał telefon z kieszeni i, mrużąc oczy i zagryzając wargi, odnalazł jego imię w kontaktach i zadzwonił.
Dean odebrał po pierwszym sygnale.
- Cas.
- Witaj, Dean – rzucił Castiel sennie, uśmiechając się i znów przymykając oczy.
- Chyba trochę długo ci to zajęło – powiedział Dean. Wcale nie brzmiał tak leniwie jak Castiel, wręcz przeciwnie.
- Przepraszam – mruknął Castiel, zsuwając buty i układając się wygodniej na łóżku. – Zapomniałem zadzwonić do ciebie od razu.
- A widzisz! Okej, wybaczam. – Castiel usłyszał w słuchawce cichy śmiech Deana, a potem przez krótką chwilę panowała cisza. – Co teraz robisz, Cas?
- Mhm. – Castiel wciąż nie mógł się zmusić do otworzenia oczu i choćby ściągnięcia płaszcza; zamiast tego przyciągnął do siebie kołdrę i okrył się nią niedbale. – Leżę.
- Oho. – Znów śmiech, cichy i miękki. – Dobrze się czujesz?
- Mhm – potwierdził Castiel leniwie. – Chyba tak.
W słuchawce słychać było jakieś szelesty, stuknięcia i ciche nucenie.
- A ty? – zapytał Castiel.
- Hm? Co ja, Cas?
- Co teraz robisz.
Castiel praktycznie mógł zobaczyć szeroki uśmiech Deana.
- Znalazłem jeszcze jedno piwo.
Castiel nie mógł powstrzymać cichego jęku. Przewrócił się na bok, przyciskając telefon do ucha.
- Za dużo pijesz, Dean. Naprawdę.
- Hej, przecież chciałem, żebyś został! Napiłbyś się ze mną – zaśmiał się Dean.
- Nie, ja musiałem już wracać.
- Dlaczego?
- Przecież nie mogłem dłużej zostać. – Gdyby miał siłę, by unieść powieki, Castiel wywróciłby oczami.
- Dlaczego?
Pytanie Deana jakby zawisło w przestrzeni między nimi, między hotelem i zaniedbanym mieszkaniem Deana, między słuchawką a twarzą Castiela, wciśniętą w poduszkę. Castiel nie odpowiedział, rozmyślając nad sposobem, w jaki Dean mówił, lekko przeciągając samogłoski, głosem cichym, niskim, wibrującym. Castiel chciał, żeby Dean mówił dalej, cokolwiek, byle co, ale nie miał siły, by samemu się odezwać i zachęcić go do dalszej rozmowy. Zamiast tego leżał tylko, mocno przyciskając telefon do ucha, zwinięty pod powoli rozgrzewającą się pościelą, czując pasek od spodni wbijający się w jego biodro.
- Cas.
Castiel westchnął tylko, wyobrażając sobie, że Dean jest tuż obok, na wyciągnięcie ręki, że tak samo łagodnym, powolnym głosem wypowiada jego imię, Castiel, Cas.
- Dziwne to jest.
- Co takiego? – Castiel zmusił się do wypowiedzenia tych słów i mimo że mówił niewyraźnie, Dean chyba go zrozumiał.
- To, że tak rozmawiamy. W sensie, przez telefon? Chryste, od lat tego nie robiłem. Rozmowy przez telefon, phi. Ostatnio praktycznie nie używam telefonu. A już na pewno do nikogo nie dzwonię. To do mnie dzwonią ludzie, wiesz? Wiesz dobrze, kto. Czasem mam tego dość. Ugh.
- Dean…
- Nie, okej, koniec tematu – uciął Dean. – Mogę ci coś powiedzieć?
- Mhm.
- Mam ochotę potańczyć. Lubisz tańczyć, Cas? Ja nie bardzo. Ale teraz mam jakąś taką ochotę. Poszedłbym gdzieś potańczyć.
- Tańcz – wymamrotał Castiel, uśmiechając się sennie.
- Niieeee, no coś ty. Ja nie z tych, co tańczą po domu, kiedy nikogo nie ma. Jeszcze aż tak szalony nie jestem.
- Ach.
- I ja nawet nie lubię tańczyć. – Chwila przerwy. – Fajnie się tak z tobą gada. Głównie dlatego, że tylko ja gadam.
Castiel zaśmiał się krótko, cicho, nie mogąc zmusić się do żadnej bardziej konkretnej odpowiedzi.
- Chyba chcesz już iść spać, co? Chyba powinieneś.
- Nie, Dean…
- Nie deanuj mi tu. I tak nie chce mi się już gadać. Czuję się, jakbym rzucał grochem o ścianę.
- Słucham cię cały czas – zapewnił Castiel, unosząc powieki i z całych sił starając się nie brzmieć zbyt sennie.
- Ale nie widzę cię. To takie dziwne. – Parsknięcie śmiechem, odchrząknięcie. – Jezus, chyba jestem już nawalony, nie wiem, co ja wygaduję.
- Wcale nie brzmisz…
- Taa, no cóż, mam taki dar. Zamiast się plątać i mamrotać, ja bredzę co mi ślina na język przyniesie. Pieprzyć to. Idź spać, Cas. Zadzwoń jutro. Jak się wyśpisz.
- Po co?
- No to nie dzwoń, jak nie chcesz. Nieważne. Idź spać. Słyszysz?
- Słucham cię cały czas.
- Tak, chyba już to mówiłeś. No, już prawie skończyłem piwo. Chyba też się już walnę na łóżko, kto wie, co mnie jutro czeka. Może każą mi kogoś zabić. Kurwa.
- Dean. – Castiel otworzył szeroko oczy, przewrócił się na plecy, wbił wzrok w ciemny sufit. – Dean.
- Dobranoc, Cas.
Castiel szukał w głowie jakichś słów, które mógłby jeszcze wypowiedzieć; które w jakiś sposób sprawiłyby, że to dziwne, gorzkie coś, co pojawiło się w ostatnich słowach Deana, to zrezygnowanie lub złość, lub niechęć, lub smutek, zniknęło, by wrócił żartobliwy ton i miły, usypiający szept – ale nie wiedział, co mógłby powiedzieć. Zamiast tego jeszcze przez chwilę słuchał cichego oddechu Deana po drugiej stronie słuchawki, a potem Dean rozłączył się i oddech został zastąpiony przez głośny, przenikliwy pisk i ciszę pokoju hotelowego.
- Dobranoc.
xxx
Do zobaczenia za tydzień! :)
