Castiel "Dziwak" Novak
Dean wpatrywał się w zdumieniu w mężczyznę, który stał przed nim. Wyglądał jakby już rządził w tym miejscu i pociągał za wszystkie sznurki, nawet te, które sterowały Bobbym. Za kogo ten facet się miał? I skąd się wziął? Ani trochę nie przypominał agenta FBI. Coś w jego posturze, wyglądzie, głównie w oczach, nie pasowało. Dean spotkał już wielu aroganckich agentów, ale ten tutaj bił ich wszystkich na głowę. Już nienawidził tego faceta. A gdy dodatkowo przypomniał sobie, że ten dupek wygryzł Sama z jego nowej roboty, która była mu obiecana, to jeszcze bardziej go nienawidził.
- Bobby, co do chuja? – zapytał, nie chcąc nawet panować nad emocjami. – Sam miał być moim partnerem.
- Nastąpiła zmiana planów – wyjaśnił za Bobby'ego Castiel.
- Zamknij się, Columbo – nakazał mu Dean i wyminął go, by stanąć przy biurku Bobby'ego. – Jeszcze dzisiaj obiecałeś mi Sama – przypomniał szefowi z pretensją.
- Wiem co obiecałem – zapewnił go Bobby. – Ale tak jak mówi Novak, zaszły pewne zmiany.
- Jakie do cholery zmiany?! – Dean miał wrażenie, że to jakiś głupi żart. Jeszcze kilka godzin temu wszystko było w porządku, co mogło się przez ten czas zmienić w sprawie Sama? – Przystawili ci pistolet do głowy?
Dean spojrzał podejrzliwie na Castiela, który nawet nie był zwrócony w ich stronę, ale bez wątpienia bardzo uważnie słuchał. Był dziwny i bardzo podejrzany. Nie zdziwiłby się, gdyby to on jakoś wpłynął na ostateczną decyzję Bobby'ego.
- Tak, szefostwo – odparł. – Rozumiem twoje rozgoryczenie, ale Sam jest młody i niedoświadczony, a Novak ma bardzo imponujące akta. Dupki na górze stwierdziły, że będzie dla ciebie lepszym partnerem.
- Nic mnie to kurwa nie obchodzi! – wrzasnął Dean i uderzył pięścią w blat biurka. Bobby poderwał się jak oparzony.
- Przestań zachowywać się jak dziecko z histerią! – ostrzegł Bobby. – Czy to ci się podoba czy nie, Novak jest teraz twoim partnerem. Świat się od tego nie zawali, więc przestań narzekać i przyjmij to jak mężczyzna.
Dean dyszał rozwścieczony, jego twarz od gniewu nabrało rumieńców. Nieugięty wpatrywał się w szefa, próbując jakoś skłonić go do zmiany decyzji, chociaż Bobby nie miał już na to żadnego wpływu. Był jednak zbyt wściekły, by odpuścić. Sam miał być jego partnerem, nie jakiś dziwak. Nic go nie obchodziła decyzja szefostwa, nie chciał widzieć przy biurku Benny'ego obcego faceta, który przyglądał mu się, jakby był jakimś insektem nie wartym szacunku.
- Sam miał być moim partnerem – powtórzył zrezygnowany. Nie miał już szans na to, że coś się w tej sprawie zmieni, ale to nie znaczyło, że nie może dalej wyrażać swojej niechęci.
- Wiem, dzieciaku – powiedział już spokojniejszym głosem Bobby. Emocje powoli opadały. – Wierz mi, nie miałem na to żadnego wpływu.
Dean pokiwał ze zrozumieniem głową, żałując swojej wcześniejszej reakcji. Nie powinien był tak naskakiwać na Bobby'ego, to nie była jego wina. Co innego Castiel.
Odwrócił się i spojrzał znowu na niego, tym razem mężczyzna patrzył już w ich stronę. Dean spodziewał się zobaczyć na jego twarzy drwiący uśmieszek, ale nic takiego nie miało miejsca. W zasadzie jego twarz pozostała niewzruszona, jak u pokerzysty. Tylko jego oczy zdradzały choć cień emocji, ale nie było tego wiele. Facet zachowywał się jak cyborg. Z jakiego departamentu go przysłali? Z siedziby Skynetu? Nie zdziwiłby się gdyby któregoś dnia zobaczył u niego czerwone oczy. Albo kod kreskowy z tyłu głowy. Pieprzony 47, pomyślał Dean, odwdzięczając się Castielowi pięknym za nadobne i patrząc na niego z równie wielką pogardą, co on na niego. Albo nawet większą.
- Miło cię poznać, Deanie Winchester – powiedział Castiel, choć jego spojrzenie mówiło co innego. Był równie niechętny do tej współpracy co Dean. – Jestem Castiel Novak – przedstawił się, podając mu rękę.
Dean wpatrywał się w wyciągniętą ręką z niechęcią. Czuł się jakby jakikolwiek kontakt z nią miał go czymś zarazić.
- Zdążyłem się już o tym dowiedzieć – burknął, nie podając ręki nowemu partnerowi. Już nie lubił tego określenia.
- Dean – ostrzegł go znowu Bobby.
Wiedział, że zachowuje się jak rozkapryszone dziecko, ale miał to w tej chwili gdzieś. Jakiś nawiedzony buc wdarł się na siłę do jego życia i już czuł się jak u siebie. Nienawidził takich aroganckich dupków, miał ogromną ochotę przyłożyć Castielowi.
Co to w ogóle za imię Castiel? Nie dość, że miał okropny charakter, to jeszcze rodzice udupili go już w dzieciństwie. To mogło być nawet zależne. Mógł sobie wyobrazić, jak gnębili go w szkole za to głupie imię. Sam by go gnębił, gdyby miał okazję.
Tak, to tłumaczyło wszystko.
Mimo obustronnej nienawiści, Dean w końcu podał rękę Castielowi, ale tylko ledwo ją uścisnął. Castiel przez cały czas przyglądał mu się tym przeszywającym wzrokiem.
- Mogę już stąd iść, czy będziemy tu mieli wieczór integracyjny? – zapytał z przekąsem Dean, wycierając dłoń o spodnie. Kto wie co Castiel robił wcześniej tymi rękoma. Zdecydowanie nie chciał się dowiedzieć. Wyglądał na dziwaka i pewnie miał dziwne zainteresowania. Takich jak on aresztował już kilku.
- Możesz iść – zezwolił mu Bobby. – Jutro rano masz znowu nie narzekać albo odbiorę ci sprawę i posadzę przy biurku na resztę życia.
- Tak jest – odparł niemrawo i ostatni raz spojrzał na Castiela. – Nie spóźnij się jutro.
Castiel nic mu nie odpowiedział, ale Dean nie przejął się tym wcale. Wściekły wyszedł z biura Bobby'ego i udał się szybko na parking. Marzył o napiciu się i wymazaniu tego wieczora z pamięci, ale to nie wchodziło w grę. Bobby zabiłby go, gdyby po takiej kłótni z nowym partnerem pojawił się w pracy następnego dnia na kacu.
Chłodne powietrze nie pomogło mu ochłonąć, wciąż siedział mu w głowie Castiel i jego aroganckie zachowanie. Na samą myśl miał ochotę tam wrócić i wybić mu parę zębów.
Dean z szarpnięciem otworzył drzwi Impali i cisnął na tylne siedzenie swój płaszcz, nim usiadł za kierownicą. Wziął kilka głębokich wdechów, by uspokoić się przed jazdą. Nie chciał spowodować wypadku. Zajęło mu to kilka minut, przez cały ten czas obserwował drzwi do biura, zastanawiając się, co jeszcze Castiel robi w środku. Może jednak zmusił Bobby'ego do zmiany zdania pod groźbą śmierci?
Nie, to było głupie. Był rozgoryczony i rozczarowany, przychodziły mu do głowy jakieś głupie pomysły. Naprawdę musiał się napić.
Silnik Impali zawarczał, gdy Dean przekręcił kluczyk w stacyjce. Jechał powoli, bo choć był już spokojniejszy niż parę minut temu, wolał nie ryzykować.
Światło w ich mieszkaniu wciąż się paliło, Sam jeszcze nie spał. Dean zgasił silnik, ale nie wysiadł. Co miał teraz powiedzieć bratu? Był taki podekscytowany perspektywą bycia jego partnerem, a teraz musiał mu przekazać złe wieści. Nie chciał mu tego mówić. Sam był dorosłym facetem i na pewno będzie zawiedziony, ale nie na tyle, by wpaść w histerię jak małe dziecko. Mimo to Dean wiedział, że będzie czuł się podle przy rujnowaniu jego marzeń.
Dean w końcu zdecydował się na wyjście z samochodu i pójście do domu. Z westchnieniem wszedł do salonu, gdzie spodziewał się znaleźć brata. Nie pomylił się. Sam leżał rozwalony na całej długości kanapy, która i tak był na niego za mała i nogi wystawały mu poza oparcie.
Dean uśmiechnął się na ten widok i choć przez chwilę poczuł się lepiej.
Podszedł do telewizora i wyłączył go, a potem przykrył brata kocem. Gdyby nadal byli dziećmi, zaniósłby go do łóżka, ale teraz obaj byli na to za starzy, a Sam za wielki. Połamałby sobie kręgosłup już na pierwszym metrze.
Dean zgasił jeszcze światło w salonie i poszedł do swojego pokoju, kładąc się na łóżku. Miał jeszcze całą noc, by przygotować się na rozmowę z Samem. Chciał to już mieć za sobą, zwłaszcza widok zawiedzionego spojrzenia brata. Nienawidził go rozczarowywać.
Sam wstał rano jako pierwszy. Gdy Dean dołączył do niego w kuchni, wiedział już, że nie będzie musiał przekazywać złych wieści. Mina brata mówiła sama za siebie. Już wiedział i to pewnie nawet wcześniej od niego. Poprzedniego dnia nie widzieli się aż od rana, Bobby miał mnóstwo czasu, by zrujnować Samowi cały dzień. Choć może był dość delikatny, by powiedzieć mu o tym przed jego wyjściem do domu.
Dean dosiadł się do brata, który z ponurą miną mieszał herbatę w kubku.
- Przykro mi, Sammy, naprawdę – powiedział ze współczuciem w głosie.
- W porządku – odparł Sam i uśmiechnął się niemrawo. – Jestem trochę zły, ale przejdzie mi.
- Gdybym miał na to jakiś wpływ, zrobiłbym coś – zapewnił brata, chcąc go tym samym podnieść na duchu. Przypomniały mu się dni, kiedy pocieszał Sama, gdy ten dostał słabą ocenę w szkole. Wtedy było tak samo.
- Wiem, nie musisz mi się tłumaczyć. Mam nadzieję, że dobrze będzie ci się współpracowało z nowym partnerem.
Dean skrzywił się na wspomnienie o Castielu. Całkiem zapomniał, że będzie musiał teraz spędzać z tym dupkiem kilka godzin dziennie, a w przypadku wyjazdu do innego stanu, nawet kilka dni. Już sobie wyobrażał ten horror.
- Jeśli o to chodzi, nie pokładałbym w tym wielkich nadziei.
- Na pewno nie będzie tak źle. – Sam spojrzał na niego i znowu się uśmiechnął, ale tym razem bardziej radośnie. – To nie Benny, ale nie możesz tak negatywnie podchodzić do ludzi.
Dean wiedział już, że Sam jeszcze nie poznał Castiela. Inaczej mówiłby co innego. Nawet on, zwykle przyjaźnie nastawiony do wszystkich, znienawidziłby tego czubka po pierwszym spotkaniu. Castiel tak po prostu działał na ludzi. Może gdyby był mniej arogancki, sprawiałby lepsze wrażenie.
- Zmienisz zdanie, jak go poznasz.
- Wpadnę dzisiaj i się przywitam.
Sam z całej siły próbował podchodzić do tego na luzie, choć Dean widział, że wciąż jeszcze nie przebolał tej sytuacji. Spotkanie z Castielem może nie być takim dobrym pomysłem, ale nie zamierzał wybijać mu tego z głowy.
Bracia zjedli śniadanie i od razu udali się do pracy. Dean był w zbyt podłym humorze, by włączyć muzykę, dlatego jechali w ciszy, przynajmniej przez chwilę.
- Nie rozumiem tego faceta – odezwał się w pewnym momencie Dean.
- Jakiego faceta? – zapytał Sam, i odwrócił wzrok od okna, przez które wyglądał.
- Mojego nowego partnera – odparł z niechęcią. – Jest dziwny.
- Dziwny w jakim sensie?
- Nie wiem jeszcze – wyznał. – Poza tym, że jest arogancki, to praktycznie nic nie mówi.
- Może jeszcze się zdąży wygadać. Też bym się stresował na jego miejscu.
- W tym problem, Sam, on nie jest zestresowany. – Dean zacisnął mocniej dłonie na kierownicy. Samo myślenie o Castielu wzbudzało w nim gniew. Powinien się leczyć. – Nawet nie wiesz, jak on na mnie patrzył, jakbym był jakimś karaluchem, który wszedł mu w drogę, ale jest na tyle wspaniałomyślny, że postanowił na mnie nie nadepnąć.
- Ładna metafora – przyznał Sam z uśmiechem.
- Przymknij się – nakazał mu Dean. – Jeszcze zobaczymy kto się będzie śmiał, gdy go poznasz. Nie podoba mi się ten facet.
- Nawet go dobrze nie znasz.
- I nie chcę go poznać. – Dean zaparkował Impalę przed kawiarnią, by jak co dzień wstąpić po kawę. – Wziąć ci coś?
Sam przytaknął.
- To co zwykle.
Dean szybko i bez zbędnych pogaduszek z Gwen kupił kawę i wrócił do samochodu. Nie rozmawiał już więcej z Samem w czasie jazdy, po dojechaniu do pracy rozstali się przy windzie i poszli w swoje strony.
Jeszcze nigdy droga do biura tak się Deanowi nie dłużyła. Działo się tak jednak na jego własne życzenie, robił wszystko, co mógł, by odwlec spotkanie z Castielem. Wolałby już pracować sam. Ten dupek pewnie rozsiadł się przy biurku Benny'ego i uznał całe biuro jako swój teren, tak jak zrobił to zeszłej nocy u Bobby'ego.
Jeśli tak Castiel miał się cały czas zachowywać, Dean zamierzał mu to utrudnić, jak tylko się da. Nie pozwoli mu sądzić, że cały budynek należy do niego i może sobie robić, co mu się żywnie podoba. Było nie było, facet był nowy i to Dean rozdawał tu karty. Ktoś musiał go tego nauczyć.
Castiel był już w biurze. Stał przy oknie i wyglądał na zewnątrz. Nawet nie odwrócił się, gdy Dean wszedł do środka, a on też nie palił się do rozmowy.
Dean usiadł za biurkiem i zajął się swoimi sprawami, nie zwracając uwagi na partnera, który wciąż stał w jednym miejscu. Pokusa okazała się jednak zbyt wielka i Dean mimo wszystko zerkał na mężczyznę.
Miał na sobie ten sam płaszcz, co wczoraj. Dziwiło to, że nie zdjął go w pomieszczeniu, było dosyć ciepło, w takiej temperaturze Castiel powinien pocić się jak świnia, ale na jego twarzy Dean nie dostrzegł ani kropelki potu. Facet z każdą chwilą stawał się coraz bardziej dziwny.
Tak to wszystko mniej więcej wyglądało przez dłuższy czas. Dean wypełniał dokumenty i czekał na telefon od Ellen, która miała lada chwila skończyć sekcję zwłok Anity, a Castiel wyglądał przez okno na ulicę, stojąc niczym posąg. Dean miał nawet wrażenie, że mężczyzna nie oddycha i naprawdę jest rzeźbą, ale zdradzały go oczy, których ruch Dean widział ze swojego miejsca.
Miał idealny widok na profil Castiela i korzystał z tego. Zeszłej nocy nie przyjrzał się mężczyźnie za bardzo, był na to zbyt wściekły. Teraz też był, ale umysł miał na tyle trzeźwy, że zwracał znowu uwagę na szczegóły.
Castiel, co już zauważył, był od niego nieco niższy, ale to nie przeszkadzało patrzeć mu na Deana z góry. Jego ciemne, ale nie czarne włosy sterczały na wszystkie strony, tak jakby Castiel dopiero co zwlekł się z łóżka po kiepskiej nocy. Miał też niewielki zarost na twarzy, który dodawał mu nieco powagi, choć wcale jej nie potrzebował. Oczy w zupełności mu wystarczały. Dean miał poprzedniego dnia wrażenie, że patrzą na niego oczy, które widziały już niejedno i choć niechętnie to przyznawał, zawierały w sobie pokłady mądrości właściciela. Dean był pewny, że gdyby kiedykolwiek spotkał jakiegoś mędrca, to jego oczy byłyby takie same, jak oczy Castiela. Może tylko mniej błękitne.
- Czy mamy teraz jakieś zadanie do wykonania? – zapytał nagle mężczyzna, wciąż jednak nie odrywając wzroku od okna.
Dean był zaskoczony tym, że się odezwał. Był już gotowy na to, że przez resztę dnia nie odezwą się do siebie ani słowem i tylko okazjonalnie będą posyłali sobie pełne nienawiści spojrzenia.
- Jedną – odparł nieprzyjemnie Dean. Nawet głos tego faceta był wkurzający. Był głęboki, tak jakby Castiel od lat zmagał się z nałogiem nikotynowym i miał wczesne stadium raka krtani albo przeholował z whisky.
- Mogę dostać akta?
Castiel w końcu odwrócił się od okna i podszedł do biurka Deana, patrząc przy tym na niego z niechęcią.
Dean odwdzięczył się mu tym samym i podał mu akta, które od wczoraj leżały na biurku.
Castiel nie podziękował i od razu zabrał się za czytanie. Przez cały czas Dean miał go na oku. Nie miał pojęcia, co go napadło, ale miał przeczucie, że jeśli odwróci wzrok, to ten dziwoląg podrze akta. Obserwował go więc zastanawiając się, kto takiego kolesia przyjął do FBI. Bobby mówił, że miał imponującą kartotekę, ale pewnie wcale tak nie było. Castiel nie wyglądał na dobrego agenta. Wyglądał na takiego, który dostał tę robotę dzięki znajomościom albo kasie, za którą przekupił wszystko i wszystkich, by przyjęli go do agencji.
Dean zdawał sobie sprawę, że w krótkim czasie zdążył już popaść w paranoję względem swojego partnera, ale nie mógł nic na to poradzić. Facet był zbyt podejrzany i dziwny, by nie wysnuwać na jego temat żadnych teorii. Był pewien, że Sam podzieli jego zdanie, gdy tylko go pozna. Wszyscy tak zrobią.
Właśnie, Sam. Był ciekawe, kiedy przyjdzie poznać jego nowego partnera.
Oczekiwany przez Deana telefon z prosektorium nie nadszedł, postanowił więc sam zadzwonić. Castiel spojrzał na niego, gdy podniósł słuchawkę telefonu, ale zaraz potem znowu skupił się na czytaniu.
- Hej, Ellen, tu Dean – powiedział, gdy udało mu się dodzwonić. – Masz już dla mnie wyniki sekcji tej dziewczyny?
- Muszę cię zmartwić, ale nie – odparł Ellen. – Mamy z Chuckiem i resztą urwanie głowy, nie miałam czasu się za to zabrać.
Dean jęknął zawiedziony. Gdyby miał już wyniki sekcji, śledztwo mogłoby się posunąć do przodu.
- W porządku. Wpadnę do ciebie jutro, myślisz, że już skończysz?
- Jeśli to dla ciebie ważne, to zostanę nawet na noc.
- Dzięki Ellen.
Dean odłożył słuchawkę i wyciągnął się w fotelu. Tak się ucieszył, gdy dostał znowu jakąś sprawę, a teraz okazało się, że musi sobie jeszcze poczekać. Ile zwłok mogło być teraz w prosektorium, że Ellen nie miała czasu zrobić sekcji jednej nastolatki? Zwłaszcza że przyczyna zgonu była dość oczywista.
Castiel wciąż czytał przy biurku. Z braku lepszego zajęcia Dean zaczął mu się przyglądać. To co rzuciło mu się w oczy, to porządek, czy może raczej pustka na blacie biurka. Castiel jeszcze nic na nim nie ustawił, co nie dziwiło jakoś wyjątkowo. To był w końcu dopiero jego pierwszy dzień. W głębi serca Dean miał nadzieję, że tak już pozostanie. Jeśli za jakiś czas wciąż nic się na nim nie znajdzie, będzie istniała duża szansa na to, że Castiel nie traktuje tego jako stałego miejsca pracy i nie zamierza tu zostać zbyt długo.
Minęły kolejne minuty. Castiel skończył czytać i odłożył akta na biurko. Dean spodziewał się zobaczyć go teraz w jakiejś normalnej, ludzkiej czynności, ale zawiódł się, gdy Castiel po prostu siedział dalej wyprostowany i wpatrywał się w jakiś bliżej nieznany punkt na ścianie. Po takim pokazie Dean dodał mu kolejny punkt na skali dziwactw, jakie miał ten facet. Przerażało go to i wkurzało jednocześnie.
Gniew Deana z czasem osłabł, ale zastąpiła go niezręczność, którą czuł w otoczeni Castiela, który milczał, milczał i milczał, i nic nie zapowiadało tego, że ma się lada chwila odezwać choćby słowem. Wciąż też patrzył się na ścianę. Sam już nie wiedział, czy to dobrze czy źle. Chyba wolałby, żeby Castiel się odzywał, to przynajmniej zabiłoby nudę.
Nie miał pojęcia, czy jego partner wiedział, że jest przez niego obserwowany. Dean nie krył się z tym, ale z drugiej strony, Castiel wyglądał, jakby był w jakimś transie i nie zwracał uwagi kompletnie na nic, nawet na to, na co patrzył, cokolwiek to było.
Dean uznał w końcu, że dość już się napatrzył na tego przyjemniaczka i zabrał się do jakiejś pożytecznej roboty. Robił to z niechęcią, ale czytanie starych akt i zajmowanie się innymi duperelami sprawiało, że zapominał o Castielu i o tym, jak siedzi nieruchomo na krześle. Dzięki temu nie czuł się już tak niezręcznie.
Godziny mijały, praca pochłonęła Deana tak bardzo, że powrócił do rzeczywistości dopiero, gdy usłyszał otwierane drzwi. Razem z Castielem jednocześnie spojrzeli w ich kierunku. W progu pojawiła się Jo. Dean jeszcze nigdy tak się nie ucieszył na jej widok.
- Zabieram cię na lunch – oznajmiła Jo, uśmiechając się do niego. Dopiero po chwili zauważyła Castiela, który znowu patrzył w sobie tylko znany punkt na ścianie. Wyglądał jak manekin. – Kim jest twój przyjaciel?
Dean nie zamierzał jej teraz tego wyjaśniać, chciał stąd jak najszybciej wyjść i zostawić tego dziwaka samego.
Nie pytając z oczywistych względów Castiela, czy chce iść z nimi, szybko wstał z krzesła i podszedł do drzwi, niemal wypychając Jo na zewnątrz. Chciał się odezwać i wyjaśnić jej, czemu się tak pospieszył, ale nie chciał tego robić pod drzwiami biura, nawet jeśli było zamknięte. Miał wrażenie, że Castiel i tak wszystko słyszy.
Jo pytała go, czemu tak dziwnie zareagował. Odpowiedział jej dopiero, gdy byli już daleko od biura i zmierzali do sali konferencyjnej, gdzie jedli lunche.
- Uratowałaś mi tyłek – powiedział, oglądając się za siebie. Dlaczego czuł się, jakby Castiel ich śledził?
- Przed czym? – zapytała, próbując dotrzymać mu kroku. Dean szedł jednak bardzo szybko, chcąc już zabrać się do jedzenia i spędzić trochę czasu ze znajomymi. – Przed pracą?
- Przed tym dziwakiem, którego widziałaś.
- Dziwak? – zdziwiła się. Oboje wsiedli do windy, sala konferencyjna znajdowała się piętro wyżej.
- To mój nowy partner – wyjaśnił, znowu odczuwając zawód. Sam byłby dużo lepszym partnerem niż Castiel.
- Czy Sam nie miał być twoim partnerem?
- Nie musisz mi o tym przypominać, wiesz? – odparł, może trochę za ostro.
- Co cię ugryzło?
Dean westchnął, nerwowo przeczesując włosy dłonią.
- To wszystko wina tego całego Novaka – powiedział. Drzwi windy otworzyły się, ruszył dalej z Jo korytarzem, mijając po drodze kilku pracowników biura. – Wkurza mnie.
- Dlaczego? Jest aż tak źle?
Jo, podobnie jak Sam, nie rozumiała, czemu tak reagował na Castiela. Widziała go tylko przez chwilę, nie zamieniła z nim słowa ani nie doświadczyła jego pełnego pogardy spojrzenia. Wiedziała co prawda o przywiązaniu Deana do Benny'ego i jak delikatna była sprawa nowego partnera, ale cała sytuacja i tak musiała jej się wydać dziwna.
- Jest nawet gorzej. – Zatrzymali się przed drzwiami sali konferencyjnej. W środku na pewno już czekali na nich Ash i Gordon, ale mogli poczekać jeszcze trochę.
- Nie pomyślałeś może... że to przez Benny'ego tak reagujesz?
- To nie dlatego. Gdybyś pogadała z tym dziwakiem, to byś zrozumiała. Zresztą nic nie stoi na przeszkodzie, byś to zrobiła.
- Pogadam, jak dorwę go samego – zapewniła. – Przy tobie może się stresować.
Jakby Castiel się czymkolwiek stresował. Czemu wszyscy wysnuwali taki wniosek?
- Powodzenia.
Dean otworzył drzwi i razem z Jo wszedł do sali. Tak jak się spodziewał, Ash i Gordon już byli w środku. Ash przywitał się z nim radośnie, a Gordon uśmiechnął się z drwiną, co Dean zignorował. Już dawno się nauczył, że nie ma co szukać sprzeczki z tym matołem. Chyba nawet Castiel go tak nie wkurzał jak Gordon.
Usiedli wszyscy przy wielkim stole i zaczęli jeść, w międzyczasie rozmawiając. Dean nie odzywał się dużo, czasem coś wtrącił do rozmowy, ale nie było tego wiele. Nie był w nastroju na rozmowy, w dodatku Gordon ciągle się na niego gapił. Nie było to tak intensywne i pogardliwe spojrzenie jak to Castiela, ale prawie z nim konkurowało. Kto by pomyślał, że istnieje na tym świecie większy arogancki buc niż Gordon.
W pewnym momencie Dean całkiem odciął się od rozmowy i tylko się jej przysłuchiwał. Ash i Jo rozmawiali o pracy, ten temat zawsze prędzej czy później pojawiał się w ich rozmowach. Żadne z nich nie zauważyło, że milczał. Nie przeszkadzało mu to, wszystko było lepsze niż siedzenie w biurze ze sztywniakiem Castielem.
Temat nagle zszedł na właśnie na niego, na Castiela, choć nie bezpośrednio. Nie wiedział, czy Jo zrobiła to specjalnie, ale poruszyła kwestię nowych agentów. Nie wymieniła konkretnie nowego partnera Deana, ale wspomnienie jego imienia było tylko kwestią czasu.
W biurze oprócz Castiela pojawiło się jeszcze trzech innych agentów. Ash zaczął opowiadać o jednym, skąd jest i jakie są jego dotychczasowe dokonania. Dean uświadomił sobie wtedy, że kompletnie nic nie wie na temat Castiela. Zresztą nie tylko on.
- A wiesz coś na temat nowego partnera Winchestera? – zapytał Gordon. Deanowi nie spodobał się jego uśmieszek świadczący o pewności siebie.
- Nie widziałem go jeszcze – odparł Ash, nie zauważając podstępu tak jak Dean. – Pytałem o niego kilka osób, ale nikt nic nie wie, facet jest tajemniczy.
Tajemniczy to mało powiedziane, chciał powiedzieć Dean, ale zamiast tego dalej milczał.
- Ja go widziałem – odezwał się znowu Gordon i spojrzał na Deana, który zainteresowany tematem także uniósł wzrok.
- Kiedy? – zapytał Dean.
- Rano – odparł Gordon. – Przechodziłem koło waszego biura. Facet stał przy oknie i w ogóle się nie ruszał. Wyglądał jak upośledzony.
- Tu się z tobą zgadzam – mruknął Dean. Nie miał w zwyczaju drwić z innych osób, zwłaszcza wyzywać ich w taki sposób, ale Castiel naprawdę nie zachowywał się jak zdrowy psychicznie człowiek.
- Dean, jak możesz? – zapytała Jo, nagle wściekła na niego z jakiegoś powodu. – Nawet go nie znasz.
- A co tu znać? Facet jest dupkiem i traktuje mnie jak robala, koniec bajki.
Jo jeszcze przez chwilę, wspólnie z Ashem, próbowali go przekonać, że przesadza, a nazywanie Castiela upośledzonym jest nie na miejscu. Dean słuchał ich tylko trochę, starał się ich ignorować, bo dalej uważał, że z jego partnerem jest coś nie tak.
Rozeszli się do swoich zajęć w nieco napiętej atmosferze. Gordon, co było do niego niepodobne, poklepał go po ramieniu zanim się oddalił, a Jo raz jeszcze go skarciła i poradziła mu, by dał nowemu partnerowi szansę. Dean nawet rozważył tę propozycję, ale stwierdził, że da Castielowi szanse dopiero, gdy i on mu jedną da. Jeśli nie da... cóż, mógł żyć bez jego przyjaźni, a podczas akcji może jakoś uda im się sprawnie współpracować. Wielka przyjaźń nie była do tego potrzebna. Zresztą Castiel i tak prędzej czy później odejdzie i jego miejsce w końcu zajmie Sam.
Wracając do biura, Dean sprawdził wiadomości w telefonie. Miał nadzieję znaleźć wiadomość od Sama, który chciał poznać Castiela, ale nic takiego nie było.
Castiel dalej siedział przy biurku, gdy Dean wrócił i wcale nie wyglądał, jakby się ruszył chociaż o milimetr. Nie zamierzał o to pytać ani znowu przyglądać się partnerowi, dlatego tylko rzucając na niego okiem, zasiadł przy biurku i włączył komputer. Najwyższy czas sprawdzić maile.
Dean znowu zapomniał o obecności Castiela i spokojnie zajmował się swoimi sprawami, dopóki kątem oka nie zauważył w końcu jakiegoś ruchu. Zaskoczony spojrzał na partnera, który z konsternacją przyglądał się monitorowi swojego komputera.
Wzruszając ramionami, Dean znowu skupił się na swoim komputerze i przeglądał dalej prywatne wiadomości oraz te służbowe. Ponownie zwrócił uwagę na Castiel dopiero wtedy, gdy usłyszał odgłos wciskanych klawiszy. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że Castiel dalej miał zdezorientowany wyraz twarzy, a komputer nie był włączony. Co ten kretyn wyprawia?, zastanawiał się Dean, dyskretnie obserwując, jak Castiel ogląda z każdej strony komputer. Podchodził do tego jak pies do jeża, miotał się i wahał przy każdym potencjalnym ruchu. Dean nie wiedział, czy się śmiać, czy być zaniepokojonym.
- Jak się tego używa? – zapytał w końcu Castiel, przyglądając się klawiaturze. Podniósł ją do góry i potrząsnął kilka razy.
To pytanie już nawet nie było śmieszne. Było zaskakujące i aż trudno było uwierzyć, że zostało zadane przez faceta, który pracuje w FBI.
- Nigdy nie używałeś komputera? – Dean był w szoku. Jego teoria co do pochodzenia Castiela wydawała się coraz bardziej prawdopodobna. Ten facet był kosmitą, nie było innego wyjaśnienia. Chociaż zawsze mu się wydawało, że kosmici są jednak bardziej inteligentni.
- Nie – odparł oschle Castiel, jakby oburzony tym pytaniem.
- Jakim cudem dostałeś się do FBI? – A myślał, że Gartha nikt nie pobije pod tym względem. W XXI wieku nawet starsze babcie używają komputerów. Skąd ten świrus się urwał, ze średniowiecza?
- Mam inną specjalność – wyjaśnił i spojrzał na Deana. Teraz sprawiał wrażenie zawstydzonego całą sytuacją. Deana bardzo to ucieszyło, nawet bardziej niż powinno.
- Ja też nie jestem ekspertem, ale umiem włączyć głupi komputer. – Dupek czy nie, postanowił zlitować się nad partnerem. Wstał od biurka i podszedł do Castiela. – Skąd ty się wziąłeś? – zapytał, przewracając oczami.
- Z Pontiac, w...
- To było pytanie retoryczne – przerwał mu Dean i westchnął. – Wygląda na to, że muszę cię nauczyć korzystać z komputera.
Nie był z tego szczególnie zadowolony. Wolał zajmować się czymś innym niż uczyć jakiegoś kretyna obsługi komputera. Choć z drugiej strony, może dzięki temu Castiel nabierze do niego jakiegoś szacunku, który mu się należał.
- To byłoby niezwykle miłe z twojej strony, Dean.
Dean znowu przewrócił oczami. Castiel wydawał się być naprawdę wdzięczny za pomoc, ale jeśli myślał, że to wystarczy, by kupić sobie jego zaufanie, to się grubo mylił.
- Nie wspominaj o tym.
Następnych kilkadziesiąt minut Dean spędził na nauczaniu Castiela podstaw na temat komputera i Internetu. Okazało się to trudniejsze, niż się na początku wydawało. Castiel szybko się uczył, ale na początku nie wiedział kompletnie nic. Dean powiedział mu, jak włączać komputer, jak go resetować w przypadku jakiegoś błędu oraz pokazał mu do czego służą poszczególne klawisze na klawiaturze. Na tym się jednak nie skończyło. Castiel nie miał konta mailowego i trzeba mu je było założyć, a później jeszcze nauczyć na nie wchodzić.
Ostatecznie Dean założył mu dwa konta, służbowe i prywatne, tak jak sobie. Nie sądził, by Castiel był zainteresowany czymkolwiek innym, więc na tym skończył i wrócił do swojego biurka, pozwalając partnerowi samemu rozpracować działanie komputera. Miał tylko nadzieję, że nic nie zepsuje.
Dean był zaskoczony, jak miły może być Castiel, gdy potrzebował pomocy. Podczas gdy pomagał mu z komputerem, nie spojrzał na niego z pogardą ani razu, wprost przeciwnie, patrzył na niego z podziwem, jakby obsługa komputera była niezwykle skomplikowaną czynnością. Jeśli tak reagował na umiejętności Deana, to przy Charlie mózg by mu eksplodował.
Tak spędzili resztę dnia. Dean powrócił do akt, a Castiel dalej pracował przy komputerze. Udało mu się nic nie zepsuć, a nawet znaleźć sobie zajęcie. Z tego co zauważył Dean, zaczął układać pasjansa i za każdym razem, gdy udało mu się go ułożyć, na jego twarzy pojawiało się samozadowolenie.
Nie wiadomo kiedy minęła im cała służba i nadeszła pora iść do domu. Dean dostał wiadomość od Sama, który prosił o podwózkę. Posprzątał więc wszystko z biurka i wyłączył komputer. Castiel jak zwykle nie zwracał na niego uwagi.
- Idziesz do domu? – zapytał go Dean, biorąc swój płaszcz i podchodząc do drzwi.
Castiel spojrzał na niego, ale nim odpowiedział, przez chwile przyglądał mu się intensywnie. Deanowi ani trochę się to nie podobało, choć nie dostrzegł w oczach partnera żadnych negatywnych emocji. W zasadzie nie mógł w nich ani na twarzy, dostrzec jakichkolwiek emocji.
- Chcę jeszcze poćwiczyć obsługę komputera – odparł w końcu Castiel i znowu skupił uwagę na komputerze.
- Jak chcesz.
Nie życząc mu dobrej nocy, Dean wyszedł z biura. Sam czekał na niego oparty o Impalę. Obaj wsiedli do samochodu i pojechali do domu. Dean czuł na sobie wzrok brata, który co chwila spoglądał to na niego, to na przemijające obrazy za oknem.
Po kilku minutach, Dean w końcu nie wytrzymał.
- Co? – zapytał i zerknął na Sama.
- Jak pierwszy dzień z nowym partnerem?
W głosie Sama nie słychać już było żalu tylko autentyczną ciekawość. Czemu Castiel tak wszystkich interesował? Dean oddałby wszystko, by o nim zapomnieć.
- Tak jak mówiłem, to dziwak – odparł.
- Rozmawiałeś z nim chociaż?
Czy rozmawiał? Jeśli za rozmowę uznać tłumaczenie jak otworzyć przeglądarkę, to tak.
Dean postanowił skłamać.
- Tak. Straszny z niego sztywniak. Chyba jest z innej epoki, bo nie wie jak korzystać z komputera.
Sam parsknął śmiechem. Dean dokładnie takiej reakcji się spodziewał.
- Poważnie? – zapytał. Dean przytaknął. – Naprawdę dziwak.
- W końcu się ze mną zgodziłeś.
- To że koleś nie znający się na komputerach trafił do FBI jest dziwne, ale nie zamierzam wysnuwać żadnych wniosków, dopóki go nie poznam.
- Właśnie. Miałeś wpaść – przypomniał mu Dean.
- Chciałem – przyznał Sam, pochylając głowę. – Ale wciąż trochę jestem wkurzony tym, że nie zostałem twoim partnerem. Nie chciałem zrobić na Castielu złego wrażenia.
- Rany, Sammy, zapomnij o dobrym wrażeniu, na pewno mu nie zaimponujesz. To dupek.
- Może źle to odbierasz? – zasugerował Sam.
- Co masz na myśli?
- Może facet był taki niemiły dla ciebie, gdy cię poznał, bo znając ciebie pewnie zareagowałeś u Bobby'ego jak dziecko z histerią.
Dean nawet nie chciał przyznać bratu racji, że tak rzeczywiście było.
- Dzisiaj rano też był dupkiem – zauważył.
- A próbowałeś być dla niego miły?
- Dlaczego mam być miły, jeśli on nie jest?
Sam westchnął, tak jak miał w zwyczaju, gdy mu się wydawało, że Dean zachowywał się idiotycznie.
- Jeśli obaj będziecie czekali na miłe słowa, to już zawsze będziecie się nienawidzić, a to niedobrze dla partnerstwa.
- Walić to partnerstwo – stwierdził Dean. – Jeśli nasz brak zgrania pomoże mi się go pozbyć, to nie mam nic przeciwko.
- Naprawdę nie ma w nim nic takiego, co można polubić?
- No... Był dosyć miły, gdy uczyłem go obsługi komputera. I gdy wychodziłem.
- Widzisz? Ucząc go byłeś dla niego miły, więc odwdzięczył się tym samym. – Dean prychnął nie przekonany. – Chociaż spróbuj, Dean.
- Mogę spróbować, ale niczego nie obiecuję.
Nadal nie lubił Castiela, złe pierwsze wrażenie zrobiło swoje.
Po zajechaniu do domu Dean i Sam zrobili sobie szybko kolację. Dean uwielbiał momenty takie jak ten, kiedy mógł razem z bratem wspólnie coś robić, chociażby coś tak głupiego i trywialnego jak posiłek.
- Dean, wiesz co sobie pomyślałem? – zapytał Sam, gdy siedzieli w salonie przed telewizorem.
- Co? – wymamrotał Dean z ustami pełnymi jedzenia.
- Skoro nie zostałem twoim partnerem, to może mógłbyś się jeszcze raz za mną wstawić u Bobby'ego?
- Wstawić? – zdziwił się i spojrzał na brata. – W jakiej sprawie?
- Myślałem, że jak zostanę twoim partnerem, to od razu zajmiemy się jakąś sprawą – wyjaśnił Sam. – Dawno jakiejś nie miałem, chciałbym się jakąś zająć.
- Bez partnera?
Sam wzruszył ramionami.
- Tak, przecież to nie jest konieczne.
Dean zastanowił się. W sumie co mu szkodziło? Sam potrzebował doświadczenia, a takie najlepiej zdobywa się w czasie spraw. Samodzielna sprawa to może trochę za dużo, ale Bobby raczej nie da Samowi nic bardzo niebezpiecznego, a jeśli tak, to na pewno kogoś mu przydzieli do pomocy.
- Dobra, pogadam z nim – zgodził się w końcu Dean. Sam od razu się rozpromienił.
- Dzięki.
Nim dokończyli jedzenie kolacji i położyli się do łóżek, Dean kompletnie zapomniał o tym, o co prosił go Sam.
