Rozdział trzeci
Jedną z zalet wczesnego wstawania było przychodzenie do biura na długo przed sekretarzem. A przynajmniej takiemu przekonaniu hołdował Smythe, o czym przypominał Draconowi w regularnych odstępach czasu. Wynikiem powyższego był najbardziej stresujący poniedziałkowy poranek w ciągu ostatnich lat. Draco nie zdążył nawet przejrzeć numeru „Żonglera" (co teraz zamierzał robić codziennie, kompletnie nie mając pojęcia, jak utrzymać te regularne zakupy w sekrecie) przed wyjściem do pracy.
Ale i „Prorok" zdołał przyciągnąć swoim nagłówkiem jego uwagę. Standardy stają się śliskie!, krzyczały litery pod zdjęciem, na którym rozebrany do pasa sekretarz witał Diannę w pomieszczeniu będącym najprawdopodobniej pokojem w mugolskim hotelu.
Gazeciarz o mało nie padł z wrażenia, kiedy Draco wykazał się gruntowną znajomością nader oryginalnych przekleństw.
Smythe był na miejscu, gdy Draco dotarł do biura.
— Słyszałeś już? — krzyknął Draco, zanim jeszcze zdążył przekroczyć próg.
— Właśnie miałem wysłać ci sowę! — odkrzyknął Smythe.
— Co za katastrofa!
— Jak to, Potter nie przyszedł?
— Co? Nie, chodzi o to! — Draco wcisnął mu gazetę do ręki.
— Och — powiedział Smythe, patrząc na nagłówek. — Och! — powtórzył, patrząc nieco uważniej. — A, rzeczywiście. Co za nieciekawe ujęcie, zważywszy wygląd jego brzucha — podsumował.
— Od dawna podejrzewałem, że musiał rzucać Imperiusa na te wszystkie kobiety — zgodził się Draco. — Chodź, sytuacja wymaga narady taktycznej.
Smythe ruszył za Draconem do jego biura, nie proponując nawet zaparzenia herbaty. Położenie było na tyle poważne, że usprawiedliwiało podobnie drastyczne kroki.
— Możemy spodziewać się jednej z trzech rzeczy — zawyrokował Draco, kiedy usiedli. — Sekretarz ustąpi ze stanowiska z powodów osobistych, ogłosi, że wszystko to oszczerstwo, albo koledzy z ministerialnej kliki wezmą go pod swoje skrzydła i będą próbować wyciszyć sprawę.
— Na co stawiasz?
— Opcja numer dwa lub trzy, przypuszczalnie trzy. Ciasteczko?
— Nie mamy herbaty.
— Przepraszam. Pozwól, że ja się tym zajmę. — Draco posłał w kierunku kuchni zaklęcie, które powinno zaopatrzyć ich w gorący napar; miał nadzieję, że zrobił to na tyle precyzyjnie, by spodziewać się dzbanka czarnej herbaty, a nie nowomodnego ziołowego świństwa, które zdarzyło mu się dostać ostatnio, kiedy próbował parzenia na odległość.
— Jak myślisz, kto dał cynk „Prorokowi"?
Draco zamyślił się na moment.
— Mamy tu kilka możliwości, ale postawiłbym na żonę sekretarza. On uważa ją za idiotkę. Poznałem ją kiedyś i, wierz mi, strasznie się myli, biedaczek. Z pewnością to właśnie rozum kazał jej wyjechać dostatecznie daleko, zanim jej mąż zacznie obrywać.
— Uuch, spryciara, lubię takie. A co o całym zamieszaniu sądzi „Żongler"?
— A wiesz, że jeszcze nie sprawdziłem?
Draco pospiesznie otworzył gazetę. Interesujących ich wiadomości musiał szukać w środku, ponieważ pierwszą stronę zajmowała imponująca rycina buchorożca, którego Luna Lovegood tropiła ponoć przez cały weekend w Kornwalii.
— Nic, nic, nic, o, jest coś na stronie dziewiątej: Skandal wokół sekretarza Standaryzacji: czyżby początek niechlubnej serii? „Żongler" donosi, iż wysłannicy prasy zaskoczyli dziś rano półnagiego sekretarza Departamentu Standaryzacji Wymiarów w jednym z popularnych hoteli mugolskich w Londynie. Zagadnięty dygnitarz poinformował, że właśnie zmieniał koszulę po niefortunnym wypadku z kawą przed udaniem się na zwołaną w hotelu naradę, gdyż tylko miejsce takie jak to, w przeciwieństwie do ministerstwa, gwarantowało mu dyskrecję konieczną do przedyskutowania wysoce poufnych problemów, które dotknęły jego departament. Stali czytelnicy zapewne pamiętają, że sekretarz wdał się ostatnio w polemikę z ministerstwem Unii Europejskiej na temat miniaturowych warzyw. Zdaniem naszej redakcji koszulę sekretarza zaplamiły głównie skutki tego incydentu.
Smythe zaczął chichotać na długo przedtem, zanim Draco doczytał ustęp.
— A co na to karykatura?
Draco przewrócił stronę. Naszkicowany tuszem sekretarz trzymał olbrzymią dynię przed swoim równie rozłożystym brzuchem. Wokół niego rosły inne gigantyczne dynie i kabaczki najróżniejszych odmian; zza niektórych wyglądały młode, ponętne kobiety i machały przyjaźnie rękami. Napis poniżej wyjaśniał: Sekretarz Standaryzacji próbuje przysłonić prawdę.
— Wygląda, jakby miał większe cycki niż te dziewczyny — zawyrokował Smythe, podziwiający rysunek do góry nogami. Draco obrócił gazetę, żeby kolega mógł obejrzeć go z właściwej perspektywy. — O tak, zdecydowanie.
— Już nigdy nie będę w stanie potraktować go poważnie — westchnął Draco.
— Jakbyś go kiedykolwiek w ten sposób traktował. Przygotuj się, jeśli tak dalej pójdzie, pod koniec tygodnia obejmujesz department, panie podsekretarzu.
Draco pobladł.
— To nic dobrego. — Stanowisko podsekretarza, jak na razie, było dla niego odpowiednim stopniem kariery. Stanowiło wystarczający dowód uznania dla jego umiejętności i potencjału bez nieprzyjemnego posmaku protekcji, bez której ktoś w tak młodym wieku jak Draco nie miałby szans zostać sekretarzem. Za pięć lat, a może, kto wie, jeśli się wybije, nawet za dwa lub trzy, podobny awans mógłby zostać uznany za zasłużony, ale teraz…
Nagle przyszło mu coś do głowy.
— Potter by się do tego nadawał!
Draco nigdy nie widział u istoty ludzkiej tak wielkich oczu jak w tej chwili u Smythe'a.
— Nie chcę nawet wiedzieć, co sobie myślisz — zapowiedział z góry koledze. — Uważam, że Potter ma doświadczenie jako szef departamentu i mimo braku obeznania ze standaryzacją jest bezsprzecznie doskonałym, prawomyślnym przywódcą, tak więc świetnie sobie poradzi w tej roli. Poza tym nikt nie zakwestionuje jego kandydatury, a że na pewno chętnie przywita nowe, sensowne rozwiązania, wszyscy na tym skorzystamy.
Smythe całym ciałem wyrażał swój stosunek do propozycji Dracona. Do tego stopnia, że autentycznie położył rękę na sercu. Draco musiał kilkakrotnie pstryknąć palcami tuż przed jego twarzą.
— Smythe? Smythe?
— Pracować z Harrym Potterem?!
— Nie sikaj z podniecenia, on jeszcze nic nie wie o tym pomyśle, do którego trzeba go będzie zresztą przekonać, a my wciąż nie pozbyliśmy się obecnego sekretarza.
— Pracować z Harrym Potterem!
— Merlinie drogi… — Draco porzucił Smythe'a i ruszył do kuchni po herbatę i cukiernicę. Będzie potrzebował paru filiżanek gorącego, słodkiego naparu, by wyrwać kolegę z potteroszoku. Zastanawiał się też przez chwilę, czy głośne rozważanie pomysłu zwabienia Pottera do ich departamentu aby na pewno było w porządku — Smythe mógłby autentycznie umrzeć ze szczęścia.
Niemniej Draco wciąż uważał, że to najlepsze rozwiązanie z tych, jakie przychodziły mu do głowy. Nie był jedynie zdecydowany, czy od razu wysłać Potterowi sowę, czy też lepiej zaczekać do jutrzejszego popołudniowego spotkania.
Kiedy wrócił do pokoju, ujrzał szybującą nad jego biurkiem notkę, w którą Smythe wpatrywał się z nabożnym szacunkiem. Draco, podziwiając własną przytomność umysłu, napełnił filiżankę mocną czarną herbatą, dorzucił sześć kostek cukru i wcisnął całość w bezwładne ręce Smythe'a, a dopiero potem pochwycił wiadomość.
Notatka zawierała wezwanie na naradę z Rupertem Teddingtonem, znanym też jako Rupi od Obręczy, sekretarzem Departamentu Magicznych Gier i Sportów. Draco zetknął się z tym mężczyzną dokładnie trzy razy w życiu i za każdym z nich zamienił z nim równie mało słów. Jeśli wierzyć notce, istniały „niecierpiące zwłoki kwestie do omówienia", co mogło oznaczać albo chęć rozszarpania Dracona na strzępy za upadek sekretarza, albo wtajemniczenie go w sekretne plany Teddingtona odnośnie przejęcia władzy nad Departamentem Standaryzacji z nadzieją na poparcie, albo też — co zważywszy na koneksje z Potterem nie mogło zostać wykluczone — podzielenie się z Draconem kilkoma radami na temat quidditcha i w ten sposób wprowadzenie go na nowo do świata gry.
Draco zdołał wlać w Smythe'a jeszcze dwie filiżanki lepkiej od cukru herbaty i odesłać go mniej więcej w kierunku jego biura, zanim odpisał na notkę, zapowiadając, że zjawi się natychmiast. Uzbroił się na wszelki wypadek w pióro, podkładkę do pisania i egzemplarz wytycznych dotyczących miniaturowych warzyw, które wszyscy poza nim samym nazywali już Standardami Malfoya.
Sekretarz Departamentu Sportów powitał go przy windzie.
— Jak miło pana widzieć, Malfoy! — zagrzmiał. — Kopę lat! Umierałem z ciekawości, co tam u pana słychać, ale czy z mojego drogiego kolegi da się wycisnąć choć słówko na pana temat? Skądże! Proszę wejść. Pozwoliłem sobie nakryć do herbaty i zamówić bardzo smaczne ciasto. Piers, proszę odprawiać wszystkich poza ministrem. Cała reszta może zaczekać, prawda? Tędy!
Draco został porwany przez Teddingtona niczym przez cyklon, doskonale świadom, że spoczywające na jego barkach, napakowane mięśniami ręce należały do mężczyzny, który miał za sobą długoletnią karierę pałkarza i najprawdopodobniej byłby w stanie skruszyć mu obojczyki na jego własnych łopatkach. Dlatego też wolał uśmiechnąć się promiennie i pozwolił sobą sterować, wydając przy tym nikłe dźwięki aprobaty.
— Niech pan siada, panie Malfoy, nie, nie tutaj, o, proszę, na tym skórzanym fotelu, jest wygodniejszy. Dobrze, młody człowieku. O czym to ja…? A, tak. Panie Malfoy, znaleźliśmy się dziś w niezłych tarapatach, co?
Draco skreślił wariant optymistyczny ze swojej mentalnej listy możliwości.
— Ani przez moment nie winiłem pana za całe zamieszanie — ciągnął Teddington. — Niech pan tak nawet nie myśli. Proszę, tu jest herbata. Ciasta? Niech pan weźmie duży kawałek. O tak, świetnie, grzeczny chłopak. Prawdę mówiąc, rozmawiałem już na porannej naradzie z większością sekretarzy, absolutnie nieformalnie, rzecz oczywista, wszyscy to starzy przyjaciele jeszcze z Hogwartu, tacy, z którymi można się czasem gdzieś spotkać prywatnie, no sam pan wie. Są zdania, że w zasadzie całkiem nieźle poradził pan sobie z ostatnią katastrofą i nie z pana winy wszystko skończyło się, jak się skończyło. Prawda?
— Wolałbym tak myśleć — odparł Draco z nadzieją, że zabrzmiało to życzliwie i neutralnie.
— Oczywiście. Tym Włochom nie wolno zbytnio ufać, niech pan sobie tylko przypomni, jakimi chorągiewkami byli podczas wojny. Do tego dochodzi Kingsley, który prowadzi własną grę i za cholerę nie wiadomo, co mu krąży po głowie. Cicha i głęboka woda. A jakby nie nazbierało się już dostatecznie dużo gówna, pana sekretarz koniecznie musiał dołożyć swoje i zamiast siedzieć w biurze, gdzie się go potrzebuje, wolał ściągnąć koszulę z grzbietu i uganiać się z otwartym rozporkiem za jakąś biedną dziewczyną, która pewnie sprzeda całą historyjkę jakiemuś brukowcowi.
Tylko siła woli sprawiła, że Draco nie parsknął śmiechem. Ale Teddington jeszcze nie skończył.
— Założę się o swoją ulubioną miotłę, że podczas gdy ci przeklęci wysłannicy Unii robili naloty na pana biuro, a pan wysyłał szefowi sowę za sową, on cały ten czas rżnął jakąś lalunię. — Draco znów wspaniale zapanował nad twarzą. — Co chcę przez to powiedzieć: widzi pan, my wszyscy cenimy pana niezrównane umiejętności i ogrom pracy, jaką świadczy pan wraz z resztą departamentu. Mówiąc szczerze, byłbym zachwycony, gdyby moi chłopcy dawali z siebie coś zbliżonego. No ale z człowiekiem jak pana szef pewnych rzeczy zrobić się nie da.
— Nasz departament go lubi — powiedział Draco najczystszą prawdę. Bo przecież każdy przełożony, który prawie nigdy nie zjawiał się z pracy, był automatycznie nagradzany bonusem sympatii.
— Ale w tym przypadku mocno dał ciała, nie? — zapytał Teddington najprzyjaźniejszym tonem świata. Kiwał przy tym głową tak zaraźliwie, że Draco z przerażeniem stwierdził, iż sam bezwiednie przytakuje. Spróbował wygładzić wrażenie słowami.
— Tak, ale z całkowicie zrozumiałych powodów. Sekretarz jest człowiekiem na bardzo stresującym stanowisku. Uważam, i nie jestem w tym chyba odosobniony, że należy mu się jakaś prywatna odskocznia od pracy.
Teddington klepnął go w ramię tak energicznie, że resztka herbaty zakreśliła piękną parabolę między filiżanką a spodkiem.
— Dokładnie, drogi chłopcze, zgadzam się z panem zupełnie. Ten facet to kompletny, myślący penisem debil.
Szef Departamentu Magicznych Gier i Sportów przechylił się ku niemu ze zdecydowanie zbyt szerokim uśmiechem, a Draco przypomniał sobie nagle, że jest nie tylko o kilkanaście centymetrów od niego niższy, ale i o dobre trzydzieści kilo lżejszy.
— Ale jest jednym z nas, prawda? — kontynuował Teddington. — I nie można pozwolić, żeby załatwiła go prasa. Nie wolno dopuścić, żeby media myślały, że mają nad nami władzę. Omówiliśmy więc wszystko między sobą i zdecydowaliśmy, że najlepiej będzie zatuszować sprawę, pozostawić go na stanowisku, a jakiś czas potem skłonić do rezygnacji. Oczywiście o ile ten czas będzie stosunkowo krótki. — Szef sportów odchylił się na oparcie fotela i spojrzał na Dracona wzrokiem nieskończenie rozsądnej osoby.
Draco przytaknął z ulgą.
— Jeżeli tak właśnie postanowiła starszyzna urzędników ministerstwa, rzecz jest wykonalna. Sekretarz otrzyma szansę powrotu na arenę publiczną, a jeśli zajdzie potrzeba znalezienia następcy, będzie dość czasu, by go poszukać.
— Doskonale. Uważam, że pan nadawałby się do tej roli — zaproponował Teddington, mrugając znacząco.
— Nie, dziękuję — odparł Draco szybko.
Twarz sekretarza sportu nie zmieniła wyrazu.
— Co za niespodzianka — powiedział neutralnym tonem. — Myślałem, że będzie pan dość żywo zainteresowany podobną ofertą.
— Ani trochę. Jestem zachwycony świeżym awansem na podsekretarza. Przez parę najbliższych lat z chęcią przetestuję, co mogę zdziałać na tym stanowisku i mam nadzieję, że będzie to wiele. — Draco nie miał zamiaru oddawać prowadzenia w walce na kamienne miny, którą najwyraźniej ze sobą toczyli.
— Wie pan, znałem kiedyś pana ojca. Jak na Malfoya, kieruje się pan bardzo niecodzienną filozofią — powiedział Teddington, sięgając po złoto.
— Czyżby? — odparował Draco, pędząc ku zwycięstwu.
— Taaak — mruknął szef Departamentu Sportów i zdecydował się ustąpić, by podjąć zupełnie nową grę. — Ethelred poprosił, żebym zapytał pana, ile wysiłku będzie kosztować naprawienie szkód.
— Ethelred?
— Sekretarz.
Lata pracy dla przełożonego wymazały z pamięci Dracona fakt, iż miał on jakieś imię. Teraz przypomniał sobie, dlaczego wraz z resztą ministerstwa wolał zwracać się do tego człowieka po nazwie jego stanowiska.
— A, oczywiście. No cóż, o ile dobrze oceniam sytuację, nie ma większych powodów do zmartwienia. Aktualne raporty prasowe są, naturalnie, niezbyt korzystne, ale jestem przekonany, że niebawem wszystko przycichnie.
— Naprawdę? Bo wydawało mi się, że istnieją pewne wewnętrzne źródła powiązane ze wspomnianymi raportami.
— Nic mi o tym nie wiadomo.
— Fascynujące. To pewnie jeden z tych przypadków, w których nasze głodne sensacji wilki zachowują się tak, jakby to one wynalazły dziennikarstwo śledcze.
— Dziwne rzeczy dzieją się na tym świecie.
— O, w rzeczy samej. Obiło mi się o uszy, że zaprzyjaźnił się pan ostatnio z naszym drogim Harrym.
Draco rzadko słyszał tyle aluzji naraz zapakowanych w jedno proste zdanie i jakaś część jego mózgu chciała głośno wrzasnąć, że do niczego w ogóle nie doszło i proszę mi tu niczego nie insynuować, ale lata praktyki w utrzymywaniu fasady zimnej obojętności zrobiły swoje.
— Ostatnio wyszliśmy razem na piwo i kilkakrotnie rozmawialiśmy ze sobą w ministerstwie, jeśli to właśnie ma pan na myśli, ale w żadnym wypadku nie nazwałbym tego przyjaźnią.
— Aha. Pytam, bo on podobno jest w bliskich stosunkach z ludźmi z „Żonglera".
— Dawni szkolni przyjaciele z Hogwartu — poinformował go Draco. — Od czasu do czasu lubią się spotkać prywatnie, absolutnie nieformalnie, jak sam pan to wcześniej ujął.
Przez twarz sekretarza sportu przebiegł minimalny skurcz gniewu, gdy zrozumiał, że będzie musiał zagrać o wszystko.
— Czyli nie uważa pan, że Potter miał coś wspólnego z nagonką „Żonglera" na biednego, starego Ethersa?
— Skoro już o tym mowa, to „Żongler" okazał mu więcej sympatii niż „Prorok" — przypomniał Draco. — Owszem, trochę z niego zażartowano, ale z drugiej strony redakcja Luny Lovegood żartuje ze wszystkich i wszystkiego. Trudno ich traktować poważnie, w końcu nie sposób uznać gazety, która zajmuje się głównie kryptozoologią, za wiarygodny organ polityczny.
O dziwo, to bezczelne kłamstwo najwyraźniej podziałało. Teddington odchylił się na oparcie fotela, zetknął ze sobą czubki palców obu dłoni i spojrzał sponad nich na Dracona.
— Są dwie możliwości — oświadczył. — Albo jest pan sprytniejszym manipulatorem niż pana ojciec w swych najśmielszych snach, albo mówi mi pan nagą prawdę.
Draco nie mógł wypowiedzieć się zobowiązująco co do nagości, ale postanowił obrać kierunek na imputowaną mu prawdomówność. Przywołał na twarz swoją najpoważniejszą minę człowieka w pełni zrehabilitowanego.
— Przez ostatnie dziesięć lat pracowałem ciężej niż ktokolwiek z mojej rodziny robił to od pokoleń, a wszystko po to, żeby zbudować i utrzymać własną wiarygodność. Nie widzę powodu, z jakiego miałbym poświęcić to dla krótkotrwałego zysku — powiedział. — I jeśli woli pan, żebym mówił bez ogródek, to niech pan słucha: sekretarz jest starszy od pana, ani trochę nie dba o kondycję, za to chętnie oddaje się bardzo energochłonnym rozrywkom. Odżywia się ognistą, plackami i ciastkami z kremem. Gdybym ostrzył sobie zęby na jego stanowisko, wystarczyłoby, żebym namówił go do krótkiego sprintu w stronę najnowszej narzeczonej, bo tylko tyle dzieli go od długotrwałego pobytu w Świętym Mungu. Ale podobnie niesmaczne pomysły są poniżej mojej godności.
Mina Teddingtona złagodniała, wyrażając coś prawie zbliżonego do aprobaty.
— Teraz brzmi pan bardziej jak Malfoy — orzekł. — Jeśli któregoś dnia będzie miał pan dość standaryzacji, proszę dać mi znać, zgoda?
— Dowie się pan o tym pierwszy. Nie chcę być niegrzeczny, ale obawiam się, że wzywają mnie inne wyznaczone na dzisiejsze przedpołudnie obowiązki, więc czy ma pan jeszcze coś pilnego do omówienia?
— Nic szczególnego. Cieszę się, że jest pan z nami. To miło z kimś porządnie pogadać. — Teddington podniósł się z miejsca jednocześnie z Draconem i wyciągnął do niego rękę.
— Dziękuję, cała przyjemność po mojej stronie. — Draco zebrał swoje papiery i pióro i odszedł bez oglądania się za siebie. Odwrócił się dopiero przy wyjściu, mając na oku szybką drogę ucieczki w postaci oddalonych o trzy metry otwartych drzwi windy. — Załatwi pan wszystko z Kingsleyem, prawda? — zapytał.
Teddington odpowiedział, zanim jego mózg zdążył zareagować.
— Tak, oczywiście, nie ma żadnego problemu.
— Doskonale, dziękuję panu, sekretarzu. Muszę się pospieszyć! — zawołał Draco i wskoczył do windy, zanim drzwi zatrzasnęły mu się przed nosem.
W drodze powrotnej na swoje piętro pocieszał się faktem, że wcale nie zdaje się na Kingsleya, żeby ten rozwiązał problem za niego. Istniała spora szansa, że szczęśliwym trafem Teddington sam stanie na linii strzału karzącego ramienia ministra.
XXX
We wtorek rano okazało się, że sekretarz Departamentu Standaryzacji Wymiarów wziął kolejny dzień wolnego z przyczyn zdrowotnych, zaś sekretarz Departamentu Magicznych Gier i Sportów wciąż był w zdrowiu najlepszym (z czego Draco wywnioskował, że nie rozmawiał jeszcze z ministrem), a karykatura w „Żonglerze" przedstawiała Elenę Gambarę czytającą poniedziałkowe wydanie „Proroka" ze słowami Anglicy są tak czarujący, że robią wszystko, bym poczuła się u nich zupełnie jak w domu.
Smythe, co Draco skonstatował z przyjemnością, zdążył już ochłonąć po wczorajszym dniu, spędzonym głównie pod biurkiem na czytaniu „Poradnika dla dużych chłopców: Harry Potter w zbliżeniu". Kiedy Draco wszedł do pokoju, na jego biurku czekał już imbryk z herbatą, filiżanki, mleko i cukier, a obok stał talerz z pokrojonym w równiutkie kwadraty ciastem z galaretką.
— Dziękuję, ale wcale nie musiałeś — powiedział, gdy zobaczył całą zastawę.
— Po wczorajszym…
— Ani słowa.
— Przegapiłem coś?
— Sekretarz sportu mniej lub bardziej otwarcie próbował wciągnąć mnie do spisku na rzecz obrony naszego sekretarza.
— Wspaniale! I co, jest przekonany, że w to wchodzisz?
— Sądzę, że jest, ale niedługo się dowie, że raczej z tego wychodzę. Albo przynajmniej zmierzam w kierunku wyjścia.
— Jakieś nowe wiadomości na temat następcy naszego starego?
— Jeszcze nie. Ale zaczynam myśleć, że Teddington jest dostatecznie śliski i wredny, by sprawdzić się znakomicie.
— Ten facet lubi ciasto. Mogłoby być znacznie gorzej.
— Jak tam nowe standardy?
— Wytyczne podpisane, projekt ustawy przygotowany i czeka na akceptację ministra, wysłannicy Unii zachwyceni, snobistyczne panie domu w ekstazie, chociaż ta byłaby znacznie większa, gdybyś dopuścił do sprzedaży Jędrne Pałeczki Picketta…
Draco o mało się nie zakrztusił.
— Jego co?
— Nową odmianę jego ogórków. Pickett uważa, że ich nazwa to przebój.
— Obawiam się, że może mieć rację i aż się trzęsę na tę myśl.
— A co u ciebie? — zapytał Smythe, delektując się kawałkiem ciasta.
— W sumie całkiem nieźle. Wpadłem wczoraj po południu do biblioteki departamentu i znalazłem niesamowitą ilość starych ksiąg kucharskich z przepisami na dania z miniaturowych warzyw. Wysłałem je więc naszemu ukochanemu sekretarzowi, żeby przypomnieć mu, że możemy udowodnić nasze racje bez składania tym z kontynentu petycji o długości Kanału La Manche.
— Dobrze się spisałeś. Ile przepisów musiałeś sfałszować?
— Tylko trzy. Znalazłem siedem autentycznych, ale wydawało mi się, że cyfra dziesięć będzie bardziej przekonująca.
— Zgadzam się. Co masz w planach na dzisiaj? — pytał dalej Smythe, dolewając odrobinę świeżej herbaty do filiżanek.
— Wywiad z „Prorokiem" na temat nowych standardów, a wieczorem wychodzę z przyjacielem na piwo.
— To ty masz przyjaciół? Przepraszam! Zabrzmiało o wiele gorzej, niż planowałem.
— Nie ma sprawy — wybaczył Draco wspaniałomyślnie. — W końcu nie rozmawiam zbyt dużo o swoim życiu prywatnym.
— Lubię sobie wyobrażać, że jesteś szpiegiem aurorów. Albo agentem obcych sił. Albo wysłannikiem tajnego zakonu. — Smythe zamyślił się na chwilę. — Hmm, w zasadzie ten obcy agent wiele by wyjaśniał.
Draco westchnął.
Rozległo się energiczne pukanie do drzwi, a moment później do środka wszedł Potter.
— Cześć, Malfoy, jeśli chodzi o…
— Czekaj! — przerwał mu Draco.
Potter popatrzył ze zdziwieniem, ale zamknął usta.
— Smythe, bądź tak uprzejmy, zabierz herbatę i resztę ciasta i pędź do siebie, w porządku? Dobry kolega z ciebie.
Smythe wodził wzrokiem od Dracona do Pottera i z powrotem. Wyglądał jak mały piesek, rozdarty między pokusą steku a piłeczki tenisowej, w końcu jednak wziął swoją filiżankę i zebrał się do wyjścia.
— Miło było pana zobaczyć, panie Potter — powiedział, mijając Pottera.
— Nawzajem, panie Smythe — odparł Potter i zamknął za nim drzwi.
— Nie ośmielaj go — upomniał go Draco.
— O co tu chodzi?
— Smythe ma zbyt wybujałą wyobraźnię odnośnie twojej osoby — wyjaśnił Draco.
— On co? To obrzydliwe. Co na to jego żona?
— Nie taką wyobraźnię — westchnął Draco. — Wbił sobie do głowy, że ty i ja wdaliśmy się ze sobą w romans stulecia.
— O, to ciekawe. Mów dalej.
— Ha ha. Po prostu nie chciałem, żebyś wspominał przy nim o naszych wypadach na piwo, bo zacznie wymyślać jeszcze dziwniejsze teorie.
— O tak, dużo rozsądniej było wypędzić go z pokoju, w którym zostaliśmy sam na sam.
— Chyba znów zacznę cię nienawidzić.
— No nic, zajrzałem w sumie tylko po to, żeby cię uprzedzić, że się dziś spóźnię.
— Jak bardzo?
— Jeszcze nie wiem. Mam naradę, z której nie mogę się urwać. Mieszkasz w pobliżu tego pubu, prawda?
— Tak, niedaleko.
— Co ty na to, żebym wysłał ci sowę, kiedy będę wychodził? Wtedy pewnie zjawimy się tam mniej więcej w tym samym czasie.
— Jasne. Miałem wybrać się do pubu prosto po pracy, ale w tym układzie pójdę najpierw do domu.
— Super. Jaki masz adres?
— Above Wilfred Street trzynaście.
— Aha. Słuchaj, a może zamiast wysyłać sowę po prostu przyjdę po ciebie? Odpoczniesz sobie dłużej w spokoju, a i żaden z nas nie będzie musiał czekać w pubie jak zamówiony i nie odebrany.
— Dobra, w porządku. — Draco ze zdumieniem słuchał tego, co wydobywa się z jego własnych ust, nie mogąc się nadziwić, od kiedy zrobiły się tak samowolne.
— No to świetnie! W takim razie widzimy się po siódmej, ale raczej jeszcze przed dziewiątą.
— Doskonale.
Potter wyszedł, a mózg Dracona podjął znów normalną pracę. Na efekty nie trzeba było czekać długo. Draco popędził do drzwi, szarpnięciem otworzył je na oścież i wrzasnął do Pottera, który przestępował akurat próg windy na końcu korytarza:
— Który bezrobotny chodzi na niecierpiące zwłoki narady?!
Potter odwrócił się i przyłożył dłoń do ucha, sygnalizując, że nie zrozumiał treści wołania, ale nie wykonał żadnego ruchu, żeby powstrzymać zamykające się drzwi windy, kiedy Draco pognał za nim korytarzem z tym samym okrzykiem na ustach.
Na domiar złego zwabiony hałasem Smythe wyjrzał ze swojego pokoju dokładnie na czas, żeby usłyszeć zrezygnowane słowa Dracona.
— No i zrobił mnie w jajo.
Draco nie spojrzał nawet na twarz kolegi, kiedy poczuł się w obowiązku dodać:
— Twój umysł to przerażające bagno.
— Dobrze mi z tym — odparł Smythe i wrócił do siebie.
Dziennikarka z „Proroka" przybyła punktualnie. Draco wolał spotkać się z nią w sali konferencyjnej departamentu niż w swoim biurze. Pomijając brak chęci do sprzątnięcia tego ostatniego, zawsze istniało ryzyko niespodziewanego wtargnięcia Pottera, Smythe'a albo Smythe'a z figurkami Pottera, które, jak podejrzewał Draco, zostały dziś rano zabrane do pracy.
Arabella Fritillary była dość miłą czarownicą, strzelała jednak pytaniami w takim tempie, że Draco poczuł nieprzyjemne skojarzenie z grą w quidditcha z Marcusem Flintem.
— Kiedy zauważył pan palącą potrzebę wprowadzenia na rynek miniatur warzyw? Czy to prawda, że sceptyczny stosunek ministery Gambary do tego pomysłu zmienił się diametralnie po otrzymaniu od pańskiej matki kilku słoiczków z jej sekretnym kremem do twarzy? Czy jest pan na liście płac różnych związków farmerskich? Kiedy stworzył pan śmiały plan przejęcia Departamentu Standaryzacji? Jakie było życie u boku Sam-Pan-Wie-Kogo? Czy cukinie o grubości palca rzeczywiście są tegorocznym hitem sezonu?
Draco napełnił dwie filiżanki herbatą i popijając swoją, od niechcenia udzielał odpowiedzi.
— Gdyby zapoznała się pani z notkami informacyjnymi zamieszczonymi w biuletynach prasowych dołączonych do nowych regulacji, z pewnością nie umknęłoby pani uwadze, że ministerstwo od dawna niepokoiło się brakiem poparcia dla niektórych brytyjskich tradycji hodowlanych w postaci przepisów zarówno o charakterze lokalnym, jak i zgodnym z wytycznymi innych europejskich rynków rolnych. Pojawiły się głosy z różnych związków reprezentujących interesy hodowców i drobnych farmerów wielokrotnie proszące o naświetlenie tego tematu. Nowe standardy są naturalnym wynikiem naszych szerokich, czasochłonnych i gruntownych badań, podjętych bez wyjątku, co chcę wyraźnie podkreślić, przez niezależne organa. Owszem, głośne zadowolenie ze strony rolników jest nader mile widzianym efektem ubocznym projektu, ale oczywiście nasz department kierował się i kieruje jedynie dobrem konsumenta. Zapewnienie, że otrzymuje on dokładnie to, za co zapłacił, jest naszą główną motywacją. Chciałbym przypomnieć pani, panno Fritillary, że liczba składanych w naszym departamencie zażaleń na niedostateczną jakość produktów spożywczych oraz wywoływane nimi zatrucia pokarmowe systematycznie maleje od chwili podjęcia przez nas pracy w roku dwutysięcznym. Och, bardzo doceniam pani poczucie humoru w stosunku do pani minister, która należy do grona najlepszych urzędników na świecie i swoją trwającą już od trzydziestu lat karierą potwierdza nie tylko miejsce kobiet na wysokich stanowiskach politycznych, ale i doskonałe talenty kierownicze w dziedzinie standardów. Jestem przekonany, że zarówno ona, jak i moja matka uznają pani komentarz za czarujący i zabawny, proszę się więc nie zdziwić, gdyby odezwały się do pani w najbliższym czasie. Jeśli zaś chodzi o estetykę miniaturowych cukinii i innych małych warzyw, pragnąłbym zapewnić pani czytelników, że niedawno miałem okazję oglądać je na stołach najlepszych domów i restauracji. Przekonują delikatnym, wybornym smakiem i wręcz tryskają świeżością, bogactwem witamin i minerałów, tak niezbędnych dla zdrowej diety. O, czyżby nawiązywała pani dyskretnie do oburzającej kaczki, której „Prorok" dopuścił się w stosunku do naszego sekretarza, człowieka pracującego tak ciężko, że nierzadko zwołuje narady przy śniadaniu, a kto z nas nie doświadczył jeszcze nigdy niefortunnej kolizji porannej kawy z siłą grawitacji? Cały departament nie może się już doczekać jego powrotu. A tak na boku, poza wywiadem, tylko między nami: chociaż życie w pobliżu Voldemorta oznaczało nieustanny strach, fascynujące okazało się odkrycie, że tego chorego na umyśle mordercę podniecały erotycznie pawie. Do tamtej pory nigdy nie uznałbym czegoś podobnego za możliwe. Czy ma pani jeszcze jakieś pytania?
Zanim Draco wypowiedział ostatnie zdanie, Fritillary zdążyła pospiesznie upchnąć pióro wraz z pergaminem w swojej wielkiej torbie.
— Nie, dziękuję, to powinno wystarczyć. Cudownie. Nie zdziwiłabym się, gdybyśmy trafili na pierwszą stronę.
— Och, bardzo mi miło. Nie uwierzy pani, jak trudno znaleźć kogoś, kto byłby gotów poświęcić się mozolnej pracy nad regulacją standardów warzyw. Społeczeństwo ma prawo o tym wiedzieć!
— Absolutnie. Wspaniale. Jestem zachwycona, że mogłam pana poznać. Przykro mi, że wzmianka o pańskiej matce zabrzmiała nie na miejscu. Co za cudowna kobieta, jedna z największych piękności naszych czasów. Cóż, muszę się pożegnać, wzywają mnie pilne sprawy!
— Trafi pani do wyjścia? — zawołał za nią Draco, kiedy biegła już do windy.
— Dziękuję, nie ma problemu! — odkrzyknęła, nie oglądając się nawet za siebie.
Draco nie był ani odrobinę zaskoczony, kiedy w okolicach piątej odwiedził go Bruce Pickett.
— Widział pan już „Proroka Wieczornego"? — zapytał gość.
Draco dostrzegł egzemplarz gazety zatknięty pod pachę Picketta. Na pierwszej stronie królowała artystyczna wizja Voldemorta, ścigającego śmiertelnie przerażonego pawia, skomentowana dramatycznym nagłówkiem Z ptakiem na ptaka.
— Nie — odpowiedział. — Jakieś dobre wieści?
Pickett opadł na krzesło po drugiej stronie biurka i otworzył numer na stronie czternastej.
— Członkowie naszego stowarzyszenia poprosili o przekazanie panu podziękowań — zakomunikował, odwracając gazetę tak, żeby Draco mógł zajrzeć do artykułu.
— Pewnie piszą o tym, gdzie najtaniej dostać miniaturki. O, proszę popatrzeć. — Zaczął czytać na głos: — Przedstawiciel Departamentu Standaryzacji oświadczył, że z radością powitał spokój i rozsądne argumenty Czarodziejskiego Związku Farmerów, walczącego o przeforsowanie nowych regulacji. Na fali tak zwanej nowej ery współpracy między rządem a rolnictwem swoje ciche poparcie wyrazili nawet zrzeszeni hodowcy francuscy, orzekając, że „reformy nie są w żadnym wypadku przedwczesne" i dzięki nim „Wielka Brytania dogoni wreszcie resztę cywilizowanych krajów". — Draco spojrzał na Picketta. — Autorce umknęła tu pewna rzecz. Podpisaliśmy nowe wytyczne co najmniej trzydzieści sześć godzin wcześniej, niż zrobiła to Unia. Niemniej artykuł ukazuje pana w korzystnym świetle, jako osobę kompetentną i zaangażowaną. Dobra robota!
— Nie zapomnę, dzięki komu wymieniono moje nazwisko, panie Malfoy.
— Nie ma o czym mówić, Bruce. To nic poza prostym wyrazem uznania dla pańskiej pracy. Proszę mi mówić po imieniu.
— Jak na kompletnego drania, nie jest pan wcale taki zły, Draco.
— Trudno o lepszy komplement.
Kiedy Pickett wyszedł, nie pozostało już nic do zrobienia. Nawet Smythe opuścił biuro wcześniej, usprawiedliwiając się wezwaniem od żony, która podobno czekała na niego z niespodzianką. Draco modlił się w duchu, aby nie było to nic perwersyjnego z udziałem gryfońskich szat do quidditcha. Zamknąwszy drzwi biura, Draco udał się do domu na piechotę, rozkoszując się ciepłem lipcowego popołudnia.
XXX
Dom jak zwykle lśnił czystością. Draco zastanawiał się nieraz, czy nie poprosić w agencji, by skrzaty nie sprzątały aż tak skrupulatnie — w ten sposób codziennie po powrocie do mieszkania nie miałby wrażenia, jakby dopiero zaczynał w nim żyć. Ale dziś jedna rzecz odbiegała od rutyny. Białe lniane bokserki, które udało mu się wczoraj zawiesić zaklęciem na haku żyrandola w dużym pokoju, nie zwisały już z niego niedbale, ale zostały starannie naciągnięte na klosz lampy niczym miękki, dwunożny abażur.
Draco uśmiechnął się na ten widok, a potem otwarcie wybuchnął śmiechem, kiedy wyobraził sobie proces myślowy w głowie skrzata zakończony konkluzją, że właśnie tego życzył sobie jego klient.
Wziął do ręki broszurę „Nasze najlepsze uprawy: trendy rolnicze XXI wieku" i usiadł, żeby poczytać. Mimo tytułu był to pasjonujący mały tomik i dopiero przechodzące w szarówkę światło uświadomiło Draconowi, ile czasu minęło. Dochodziła dziewiąta. Albo narada Pottera przeciągnęła się dłużej, niż zakładał, albo po prostu już nie przyjdzie.
Co dziwne, Draco stwierdził, że druga opcja wprawiała go w przygnębienie. W ciągu ostatniej dekady nie myślał zbyt wiele o Potterze w innych kategoriach niż „co za szczęście, że to on wygrał wojnę", „czy Prorok naprawdę nie ma już o kim pisać" i „nie, to zupełnie naturalna reakcja, wszyscy ciemnowłosi faceci wyglądają świetnie w aurorskich szatach". Ale teraz, gdy ich dawna antypatia poszła w zapomnienie, kumpelskie układy z zeszłego tygodnia wcale mu nie przeszkadzały. A nawet, szczerze mówiąc, towarzystwo Pottera sprawiało mu autentyczną przyjemność. Cóż, pocieszył się Draco, możliwe, że został porwany przez redakcję tygodnika „Czarownica" i jest w tej chwili molestowany fizycznie.
Właśnie wstawał, żeby sprawdzić, czy ma w domu coś na kolację, gdy rozległo się pukanie do drzwi. W progu stał Potter z butelką w jednej ręce i dwiema miotłami w drugiej.
— Przepraszam za spóźnienie — powiedział z uśmiechem. — Ale knułem plany obalenia rządu.
— Nie zdziwiłbym się — odparł Draco i przesunął się w bok, żeby go wpuścić. — Zakładam, że wino przyniosłeś w ramach przeprosin, ale po co te miotły?
— Pomyślałem, że może sobie polatamy.
— A ja myślałem, że pójdziemy do pubu na porządne piwo i coś dobrego na kolację.
— Tak, ale zrobiło się późno i w pubie będą sami pijani i desperaci. A to wino jest naprawdę dobre. Mam też przy sobie zarówno galeony, jak i funty, więc możemy sobie zamówić do jedzenia, na co mamy ochotę.
Zdolność mowy niezależna od woli Dracona znów pokazała w pełni, co potrafi.
— Brzmi nieźle, chociaż akurat miałem zamiar wrzucić na patelnię parę jajek z wędzonym łososiem. Co ty na to? Kieliszki są tutaj, a korkociąg w kuchni.
Potter uśmiechnął się promiennie.
— Pomogę ci, jeśli chcesz. Mogę przyrządzić małą surówkę. Masz jakieś warzywa?
— Całe stosy. Większość eksperymentalna, więc uważaj, co wybierasz. Nie pytaj mnie tylko o nazwy, bo kompletnie stracisz wiarę w przyszłość ludzkości.
Niedługo później Draco zasiadał z Harrym Potterem do zastawionego stołu, nękany refleksją, że dni, kiedy nie mieli ze Smythe'em przed sobą żadnych tajemnic, należą do przeszłości.
— No to tak — zaczął Potter. — Voldemort, gwałciciel ptaków, co?
— Sam przyznasz, że to bardzo popularna plotka.
— Na równi z tą, że potajemnie ożeniłem się z Luną Lovegood, a ty rządzisz Departamentem Standaryzacji Wymiarów.
— Nie śmiej się, mam swoje podejrzenia co do ciebie i naszej drogiej znajomej z nieśmiertelnymi rzodkiewkami w uszach. Co tam słychać u Lovegood, skoro już o niej mowa?
— Jest w swoim żywiole — wyszczerzył się Harry. — Ma naprawdę dobrą rękę do wydawnictwa, ale myślę, że pracuje w redakcji tylko dla kaprysu.
— Nie powiem, jej gazeta potrafi mnie rozśmieszyć. Nie mam pojęcia, skąd wytrzasnęła tego karykaturzystę, ale ten ktoś to geniusz.
— Łapa? Tajemniczy artysta? Luna nikomu nie zdradza jego tożsamości, nie wpuszcza nawet do biura żywej duszy, gdy on — albo ona — się pojawia. Tak, rysuje naprawdę śmieszne rzeczy.
— Trafiające w sedno, chciałeś powiedzieć. Poza tym ma też niezłą kreskę.
— Tak sądzisz? Fakt, Luna ma właśnie swoją dobrą passę. Przez jakiś czas spotykała się z Neville'em, ale oboje postanowili powrócić do układów przyjacielskich. Teraz jest zaręczona z jednym botanikiem. A, właśnie, kazała cię pozdrowić. Mówiłem jej, że zobaczę cię dziś wieczorem.
— Ona mnie pozdrawia?
— Tak. Wiesz, nigdy nie obwiniała ciebie ani twojej matki. Twierdzi, że byliście uwięzieni we dworze tak samo jak ona, i że traktowałeś ją na tyle dobrze, na ile pozwalała sytuacja.
— Czy możemy… — Draco ponownie napełnił winem oba kieliszki, żeby dać sobie chwilę na odzyskanie równowagi. — Czy możemy ograniczyć tematy naszych rozmów do tego, co działo się przez ostatnie dziesięć lat?
Potter zamrugał.
— Wiesz, że wciąż mam twoją różdżkę.
— W porządku, nie jest mi potrzebna.
— Myślałem, czy nie zacząć jej znów używać, ale dziwnie bym się czuł po tym, co stało się ostatnim razem, kiedy…
— Nie, najlepiej zostawić to tak, jak jest. Po prostu schowaj ją na dnie jakiejś szuflady albo gdzieś zakop.
— Na serio jej nie chcesz?
— Potter! — Draco wziął głęboki oddech. — Ollivander zwykł powtarzać, że różdżka wybiera sobie osobę. Ja już nie jestem tą samą osobą co wtedy.
— Racja. Wybacz. Czyli ostatnie dziesięć lat, mówisz?
— Tak, proszę.
— Nie wydaje mi się, żebyś śledził, co dzieje się w quidditchu?
— Nie, raczej nie.
— Obawiam się, że mało znam się na rolnictwie.
— Tym lepiej. Jak tam Granger i Weasley?
Potter uchwycił się tematu.
— Świetnie! Naprawdę świetnie. Ich dziecko, mały Hugo, rozwija się znakomicie. Niestety, odziedziczył temperament po tatusiu, więc Hermiona złości się na mnie nie na żarty, że odszedłem z biura aurorów i Ron ma teraz wymówkę, żeby zostawać w pracy po godzinach zamiast bawić się wieczorami z niemowlakiem. Hermiona stara się o wydłużenie opieki w ministerialnym żłobku do dwudziestej pierwszej, na co Molly, to znaczy pani Weasley, krzyczy, że to koniec świata.
— A czy oni nie mieli dwojga dzieci?
— Tak, Rose jest starsza. Czasem mam wrażenie, że dobrze wie, co chce robić w przyszłości. Za każdym razem, kiedy ją widzę, siedzi z nosem w książce albo buduje miasta z drewnianych klocków. Ma trzy lata.
Draco wybuchnął śmiechem.
— W takim razie ma to po Granger.
— Powiedziałem Hermionie, że byłem z tobą na randce.
— Byłeś ze mną na piwie. A dziś wkręciłeś się na kolację dzięki tej rzeczywiście całkiem niezłej butelce.
— Taaa. Hermiona prosiła, żebym cię pozdrowił i podziękował za zaproszenie na bal u twojej matki w sobotę.
— Nie ma w tym mojej zasługi. Matka jest zdania, że trzeba wyrobić sobie dobre układy z Weasleyami na wypadek, gdyby okazali się ważni. Myślę, że najpóźniej w połowie balu zorientuje się, że tak naprawdę liczyć należy się z Granger, która ma więcej do powiedzenia nie tylko w tym małżeństwie, ale i w ministerstwie.
— Absolutnie. Coś na deser?
— Obawiam się, że nic nie mam. Przepraszam, nie spodziewałem się gości.
— Żaden problem. Zorganizujmy więc coś na szybko i chodźmy polatać.
Draco potrząsnął głową.
— Za nic w świecie nie pójdę z tobą polatać, Potter.
— Uch, przepraszam — okazał skruchę Potter, może nawet minimalnie szczerą. — Nie pomyślałem! Nie latałeś od lat i na pewno czułbyś się niezręcznie. Mam znajomego w Cotswolds, który organizuje kursy odświeżające. Mogę dać ci namiary. Wszystko bardzo dyskretnie i po cichu.
— Nie mam pięciu lat! — oburzył się Draco. — Ani się waż nakłaniać mnie do rzeczy, na które po prostu nie mam ochoty.
— Dobra, w porządku, masz rację.
— No i świetnie.
— Ja tylko sobie pomyślałem, że byłoby fajnie.
— Nie fajnie, tylko niezgodnie z prawem. Na każdym rogu wokół mojego domu są kamery CCTV*.
— Właśnie to jest takie fajne.
— A gdzie planowałeś sobie polatać?
— Ogrody pałacowe? St James's Park?**
— Pewnie dlatego, że popełnianie wykroczeń w ściśle strzeżonych miejscach jest jeszcze fajniejsze, prawda?
— Naturalnie.
Draco potrząsnął głową, ale mimo największych wysiłków nie zdołał zapanować nad wyginającymi się ku górze kącikami ust.
— Koszmarny pomysł. Absolutnie nieodpowiedzialny — zawyrokował.
— Pełna zgoda.
— Czemu dopiero teraz zrozumiałem, jak okropny wpływ potrafisz wywierać, Potter?
— Bo byłeś zbyt zajęty podsycaniem nienawiści do mojej fasady i nigdy nie miałeś czasu, żeby odkryć leżące pod nią pokłady prawdziwego zła.
— Trafny argument.
— Czyli cię przekonałem?
— Wciąż się zastanawiam.
— Załatwię deser, kiedy wrócimy. I drugą butelkę wina.
— Nieco mniej homoseksualny gość zaproponowałby piwo.
— Smythe mówił, że lubisz wino!
— A kiedy go pytałeś?
— Dziś po południu. Wpadłem do niego do domu w drodze na naradę. Jego żona jest naprawdę miła i całkowicie normalna.
— Ja chyba zaraz zwariuję.
— Kiedyś miałeś lepsze powody i nie zwariowałeś. Jesteś pewien, że nie zmarzniesz? Na twoim miejscu zabrałbym kurtkę.
— Dobrze, wezmę. — Wszystko było lepsze od natrętnej wizji wracającego do domu Smythe'a, który stwierdza, że zapowiedziana przez żonę niespodzianka to wizyta Harry'ego Pottera.
Draco wybrał zapinaną na guziki drelichową kurtkę i w pośpiechu wcisnął do kieszeni parę rękawiczek na wypadek, gdyby musieli przelecieć dłuższy dystans, uciekając przed policją.
— Smythe na pewno jeszcze oddychał, gdy wychodziłeś? — zapytał, wróciwszy do kuchni.
— Nic mu nie było. Chyba się ucieszył, że miałem zamiar się z tobą spotkać.
— To miłe. Możliwe, że będę musiał go jutro zabić.
— Powiem Ronowi. Masz, weź Błyskawicę.
— Dobrze, zaczynajmy tę przygodę, która niewątpliwie zakończy się katastrofą. Mam na dachu mały ogródek, skąd możemy wystartować.
— Wiesz, masz całkiem przyjemne mieszkanko jak na tę nudną uliczkę.
— Mieszkam w śródmieściu, a nie w slumsach — przypomniał mu Draco. — Tędy.
Potter ruszył za nim przez ciemny korytarz w kierunku wąskich schodów na jego końcu.
— Jeśli zacznę robić jakieś żarty na temat ciasnych tylnych wyjść, rzucisz na mnie klątwę? — zapytał.
— I to bolesną. Uważaj, za zakrętem będzie jeszcze ciaśniej.
Drzwi na szczycie schodów prowadziły na mały, płaski skrawek przestrzeni, obsadzony roślinami i zastawiony kilkoma gustownymi meblami ogrodowymi.
— Przyjemnie tu — pochwalił Potter.
— Tylko nie przewróć żadnej doniczki, gdy będziesz startował.
— Nigdy bym się nie poważył.
Chwilę później obaj szybowali w powietrzu, Potter uśmiechał się maniacko, Draco zaś, mocno zaciskając dłonie na trzonku miotły, próbował pozbyć się jakiegokolwiek wyrazu twarzy. Prędko skompletował w myślach zestaw zaklęć, które mogłyby się przydać: dwa spowalniające lot w dół, jedno leczące urazy dużych i miękkich ciał (to potrafił rzucić bez różdżki, matka straciła kiedyś w dramatyczny sposób przytomność), no i zawsze pozostawała możliwość aportowania się z powietrza gdzieś nad powierzchnię wody.
— W porządku, lećmy wywołać skandal.
— Tędy.
Draco szybko doszedł do wniosku, że przysłowie „tego nie sposób zapomnieć jak latania na miotle" nie było bezpodstawne. W przeciągu paru minut przypomniał sobie, jak subtelną zmianą pozycji lub przeniesieniem ciężaru ciała może nakłonić Błyskawicę do zmiany kierunku i gwałtownego, świszczącego zwrotu. Wystrzelił przed Pottera, kierując się w stronę wyspy Duck Island w parku St James's. Zbliżywszy się do niej, zwolnił, żeby popatrzeć na śpiące pelikany. Potter dogonił go i leciał obok, najciszej jak mógł.
— Pokraczne ptaki, a mimo to pełne wdzięku i charakteru — powiedział Draco.
— Obudzimy je. Chodź, czas nabroić w pałacu.
Po wszystkim Draco zastanawiał się, czy Potter zdawał sobie sprawę z aktywnych czujników. Gładziutki, szeroki trawnik przy Pałacu Buckingham rozjarzył się nagle światłem niczym bożonarodzeniowa choinka, a jego szacowni mieszkańcy i pracownicy, którzy patrzyli przypadkiem w stronę jeziora dokładnie w tym samym momencie, kiedy obaj śmignęli nad budynkiem, na pewno dziwili się, odkąd to gigantyczne czarne pelikany urządzają sobie wieczorne wycieczki. Draco zwolnił dopiero nad Belgrave Square, a i to tylko dlatego, że śmiech uniemożliwił mu bezpieczny lot.
— I jak sobie radzisz? — zapytał Potter.
— Potwornie, tyłek mi zdrętwiał, ręce zaraz odpadną i mam skurcze w mięśniach, których nie podejrzewałem o istnienie. Ale było warto.
— Dobra, wracamy do domu, a potem skoczę po coś słodkiego.
Po powrocie na Above Wilfred Street Draco rzucił Potterowi klucze od mieszkania i poprosił, żeby otworzył sobie sam, gdy już skombinuje deser.
— Idę pod prysznic. Już zapomniałem, ile paskudztwa fruwa w londyńskim powietrzu.
— No i chcesz potraktować swój zdrętwiały tyłek gorącą wodą, zanim zacznie boleć.
— Jeszcze jeden obleśny komentarz i zabieram ci klucze.
— Masz ochotę na coś specjalnego?
— Nic z mango albo z serem.
Draco zdążył się wykąpać, przebrać i przygotować tacę z salaterkami, widelczykami do ciasta i łyżeczkami, zanim usłyszał zgrzyt otwieranego zamka.
— Nie spieszyłeś się zbytnio! — zawołał.
Potter zamknął za sobą drzwi mieszkania w chwili, gdy Draco wyjrzał z kuchni.
— W Dziurawym Kotle nie było już niczego poza sernikiem, więc kupiłem coś w lodziarni Fortescue. Może być?
— Ileś ty tego nabrał? Wyglądasz, jakbyś chciał nakarmić całą kawalerię Jej Królewskiej Wysokości.
— Teraz rozumiem, czemu mieszkasz w pobliżu pałacu. Nie wiedziałem, jakie smaki wolisz, więc wziąłem całą kolekcję. Sam lubię wszystkie, a tym, co zostanie, możemy się podzielić. Aha, przyniosłem też dwie butelki wina na przeprosiny, że byłem tak nieznośny.
— I za wywieranie złego wpływu — powiedział Draco. — Tędy, możemy usiąść przy stoliku do kawy w dużym pokoju.
W progu saloniku Potter zatrzymał się na chwilę.
— Malfoy?
— Tak?
— Czy tam, skąd pochodzisz, używanie bielizny jako abażuru uchodzi za szykowne?
— Tak sądzą wszystkie obdarzone wyrafinowanym gustem skrzaty domowe.
— Wybacz, że zapytałem.
Rozprawili się z kubełkiem lodów czekoladowych z dodatkiem najróżniejszych smaków oraz z trzema dużymi kieliszkami wina. Tylko takie usprawiedliwienie znalazł Draco dla faktu, że jego usta zapytały nagle Pottera:
— W co ty właściwie grasz?
— W quidditcha — odparł Potter bez wahania. — Albo w eksplodującego durnia.
— Ze mną. W co sobie pogrywasz ze mną.
— Nie rozumiem.
Część umysłu Dracona wrzeszczała głośno, żeby przestał, jednak ta druga, przesączona alkoholem i przemawiająca głosem podejrzanie podobnym do tonu Smythe'a, niezmordowanie podjudzała do dalszego działania.
— Zgadałeś się z Kingsleyem, żeby zwerbować mnie jako pionka w waszej walce o czystki w ministerstwie? Bardzo szybko się zgodziłeś, gdy prosiłem cię o powstrzymanie „Żonglera". Czy to wszystko jakiś podstęp?
— Myślałem, że sam zabrałeś się za wyrywanie chwastów i szczepienie sadzonek reformy w swoim departamencie, pilnując przy tym, czy nie da się objąć wpływem i innych wydziałów — odparował Potter.
— No dobrze, robię to, ale to jeszcze nie powód, żebyście wykorzystywali mnie do swoich szemranych celów.
— Nic nie wiem o żadnych szemranych celach.
— Czyli mamy do czynienia ze złożonym planem osobistej i wysoce żenującej zemsty za znaczki „Potter cuchnie" na czwartym roku? Żenującej, bo to było dawno i nieprawda. Fakt, dziś jest mi trochę przykro, ale jak na dzieło czarodzieja w tym wieku odznaki spisały się świetnie.
— Owszem, byłem pod wrażeniem. Wiesz, wciąż mam jedną w domu.
— Serio?
— Serio. Wtedy uważałem cię za dupka, ale muszę powiedzieć, że zaklęcie wyszło ci pierwszorzędnie.
— Dzięki. Więc co pozostaje? Zaangażował cię ktoś, kto za wszelką cenę chce przeprowadzić zamach na ostatniego Malfoya płci męskiej? Wprowadzasz w czyn skomplikowany, choć toporny koncept uwiedzenia mnie? Czy po prostu desperacko potrzebujesz kogoś, z kim mógłbyś pogadać, skoro wszyscy twoi przyjaciele wzięli ślub i wychowują dzieci?
— To moje opcje? Wybieram drugą, toporną próbę uwiedzenia.
— Naprawdę?
— Jestem całkowicie pewien, że nie zmieniłeś się aż tak od czasu szkoły, żeby reagować zdziwieniem, gdy ktoś uzna cię za atrakcyjnego — odparł Potter z uśmiechem.
— Ktoś, owszem. Ale ty?
— Ja jestem kimś!
— Ty jesteś Potterem.
— Wyglądasz naprawdę uroczo, kiedy się wściekasz.
— To bardzo zły pomysł — orzekł Draco, dopijając zawartość kieliszka, po czym napełnił go na nowo.
— Twierdziłeś to samo o lataniu, a jednak ci się spodobało.
— Owszem, i na pewno też spodobałoby mi się, gdybyś został na noc, co nie znaczy, że to dobry pomysł.
Potter przez chwilę nic nie mówił.
— Czy ty czasem nie powstrzymujesz się resztką sił przed puszczeniem głupiego tekstu o bolącym tyłku? — zapytał Draco tonem oskarżenia.
— Możliwe — przyznał się Potter.
— Stawiałem na trzecią opcję — wyznał Draco. — Która wcale nie była taka zła. Numer trzy całkowicie by mnie zadowolił.
— W zeszłym tygodniu było więcej trójki, zgoda, ale teraz przeważa dwójka — powiedział Potter.
Draco spojrzał na niego. Nie, nie było tak, że musiałby się szczególnie przezwyciężać, by iść do łóżka z Potterem. Lubił na niego patrzeć i niepokojąco dobrze bawił się w jego towarzystwie. W dodatku teraz Potter próbował wyglądać słodko, co wypadało gdzieś pomiędzy oswojonym psidwakiem a dzieckiem przymilającym się o cukierka. Niemniej pomysł był bardzo zły. Draco przeniósł wzrok na stół.
— Ty chyba jesteś pijany, Potter.
— Tylko troszeczkę. Mniej niż ty. Butelka wina w przeciągu trzech godzin, do jedzenia, to wcale nie tak dużo.
— No to może ja jestem pijany.
— Chcesz, żebym sobie poszedł.
— Nie. Chcę, żebyś został.
Potter na chwilę przestał oddychać. A potem popatrzył na Dracona jeszcze intensywniej.
— Jest jakieś „ale", prawda?
— Nawet tysiące. Ale do diabła z tym. Chodź, sypialnia jest tam.
— Na serio?
— No już, Potter, zanim się rozmyślę.
Ta część umysłu Dracona, która zachowała resztki rozsądku, poinformowała go, że wprawdzie miał stuprocentową rację z zakwalifikowaniem pomysłu jako zły, ale pomysł ten stawał się coraz przyjemniej zły, w miarę jak Potter pozbywał się elementów swojej garderoby w drodze do sypialni. A kiedy już w samych spodniach rozpinał guziki koszuli Dracona, całując go przypartego do futryny drzwi, wciąż pracująca cząstka mózgu zapowiedziała grzecznie, że może ona jednak usiądzie sobie gdzieś cichutko w kąciku i popatrzy, jeśli Draco nie ma nic przeciwko temu, i żeby się wcale nie martwił o pozostawione na stole kubełki lodów od Fortescue, ponieważ są obłożone czterdziestoośmiogodzinnym zaklęciem mrożącym.
Przez pewien krótki moment wydawało się, że rozsądek jednak będzie musiał włączyć się do akcji, ale wyręczyły go usta, mówiące „Nie, mój tyłek jest już dość obolały" i tak oto Draco powrócił do niezakłóconego już niczym radosnego podziwiania gładkiej powierzchni bladej skóry i napiętych mięśni, które poruszały się pod jego ciałem.
Koniec rozdziału trzeciego
* Londyński system telewizji nadzorującej.
** Mowa o ogrodach wokół pałacu Buckingham i najstarszym parku królewskim. Oba miejsca leżą w samym serce Londynu.
