Kolejny rozdział po trochę dłuższej przerwie, bardzo dziękuję za wszystkie komentarze, naprawdę mnie zmotywowały! Tym razem rozdział jest dłuższy.
Betowały tradycyjnie madz i Mąka, dziękuję!
Rozdział III
— Cześć! — Blay starała się, żeby jej głos zabrzmiał wystarczająco pewnie.
— Hej. Idziemy? — spytał, a gdy skinęła głową, ruszył w kierunku drzwi. Natychmiast owionęło ich chłodne powietrze wiosennego wieczoru.
— Jak minął ci dzień? — zapytała koślawo, nie umiejąc znaleźć bardziej neutralnego tematu. [i]Przynajmniej nie rozmawiamy o pogodzie![/i]
— Byłem rano na opiece, trochę czytałem na OWUTEMy. — Wzruszył ramionami. — Potem trenowałem na stadionie.
— Już szykujesz się na mecz? Pamiętaj, Ravenclaw nie zastosuje wobec was taryfy ulgowej. Pogroziła mu palcem.
— A szkoda. Zwycięstwo z wami wiele by dało, bo, niestety, na Ślizgonów nie ma mocnych w tym sezonie — przyznał Charlie zrezygnowany.
— Wiesz, to też zasługa ich Nimbusów 1800. Jeśli chodzi o szybkość, to inna liga niż większość mioteł zawodników. Ale będziemy walczyć o honorowe drugie miejsce. I mam zamiar w znacznej mierze się do tego przyczynić!
— Już się boję! Planujesz stosować taktykę rozpraszania mnie na stadionie? — Spojrzał na nią kpiąco.
— Ani mi w głowie, będę zajęta kierowaniem kafli wprost w wasze obręcze — odparła i odetchnęła z ulgą, że na razie udało się pominąć drażliwą kwestię Rumunii. Widocznie Charlie tak samo jak ona postanowił unikać tego tematu.
— Niestety, macie dobrych ścigających, poza tym Amber i ty dobrze się dogadujecie z Daviesem, nasi ścigający niestety nie są zgrani i ostatnio wymigują się z treningów, tłumacząc się owutemami, a są dopiero na szóstym roku… mam problem z motywowaniem ich, tym bardziej, że ostatnio mam inne sprawy na głowie — zamilkł, gdy zdał sobie sprawę, że wchodzi na grząski grunt.
— Przynajmniej zdobyliście puchar cztery lata temu — zauważyła, udając, że nie ma pojęcia, o jakie inne sprawy chodzi Charliemu. — No i macie dobrego obrońcę, tego Wooda, a ty już w ogóle jesteś świetny.
— Dzięki, ale mimo to Ryder i Hooper naprawdę negatywnie wpływają na morale… Czasami mam wrażenie, że dołączyli do drużyny tylko dlatego, żeby poderwać dziewczyny. W dodatku podczas meczy ledwo podają kafla tej drugorocznej, Angelinie Johnson, a ona jest naprawdę niezłym graczem! W efekcie nie wykorzystujemy całego potencjału naszej drużyny. Całe szczęście, że Oliver dobrze się spisuje. No i jest prawdziwym pasjonatem Quidditcha. Swoją drogą, ładnie wyglądasz — rzucił.
— Dzięki. — Nie umiała powstrzymać się od radosnego uśmiechu. [i]Dobrze, że zauważył, z facetami to nigdy nie wiadomo…[/i]
W oddali zamajaczyła właśnie chatka Hagrida, z której komina wydobywał się dym. To niezawodna oznaka, że zostaną uraczeni domowym wypiekiem hogwarckiego gajowego. W takich chwilach żałowała najbardziej, że jedzenia nie da się transmutować, bo gdy miała do wyboru uniknięcie sensacji żołądkowych albo zrobienie przykrości Hagridowi, zawsze decydowała się na to drugie.
Teraz to wszystko miało się skończyć — uświadomiła sobie to po raz pierwszy tak wyraźnie i poczuła, jak coś ściska ją za gardło. To miała być jedna z ostatnich wizyt, jakie złożą Hagridowi jako uczniowie. Pobyt w Hogwarcie był wielką przygodą, która miała niedługo dobiec końca, a wszyscy mieli zderzyć się z normalnym życiem. Maya nazywała to syndromem pohogwarckim — z przyjaznych murów szkoły przenosili się do zwykłych mieszkań, magicznego świata, ale świata dorosłych, gdzie należało samemu się o siebie troszczyć.
Dalszą drogę przeszli w milczeniu, każde pochłonięte swoimi myślami. Choć zachowywali się jak gdyby nigdy nic, Blay czuła niewidzialną barierę, która pojawiła się między nimi, na razie jednak nie miała ani siły, ani ochoty, żeby ją sforsować.
Gdy stanęli przed chatką, z jej wnętrza rozległo się głośne szczekanie.
— Cześć, dzieciaki! — Drzwi otworzyły się i stanął w nich Hagrid, uśmiechnięty od ucha do ucha. — Kieł już was wcześniej wyczuł, mądra psina. Dziś mam dla was coś super, specjalnie upiekłem ciasteczka.
Blay, nauczona doświadczeniem, postanowiła zaparzyć herbatę — ta robiona przez Hagrida była tak mocna, że byli ją w stanie wypić jedynie sam gajowy i Kieł. W tym czasie Charlie przekazywał Hagridowi nowinę o jego propozycji zawodowej.
— Charlie, chłopie — gratuluję! Dobrze, że cię przyjęli i żeś się zdecydował. Co będziesz tam robił?
— Przejdę obowiązkowy, półroczny kurs. Jeśli wszystko skończy się dobrze, będę pełnoprawnym pracownikiem rezerwatu i zajmował się smokami.
— Ach, smoki — rozmarzył się Hagrid i wyjrzał przez okno chatki, utkwiwszy wzrok w bliżej niezidentyfikowanym punkcie na horyzoncie, jakby w tęsknocie za ukochaną. Blay ledwo powstrzymała się od parsknięcia śmiechem.
— Może wyjedziesz z Charliem, Hagridzie? — zaproponowała niewinnym tonem.
— Mam tu swoje obowiązki wobec Dumbledore'a. — Hagrid wypiął dumnie pierś. — Ale kto wie, może kiedyś wybiorę się do tego rezerwatu, jak dyrektor pozwoli... szkoda, że Kettleburn nie miał nigdy na lekcji smoków — dodał rozżalony.
— Jeszcze tego by brakowało! Przecież do nieracjonalne i niebezpieczne, już wystarczą mi opowieści o ciąganiu uczniów po Zakazanym Lesie w ramach owutemowych zajęć!
— Daj spokój Blay, to całkiem ciekawe, zresztą robimy to w biały dzień — uspokoił ją Charlie. — Zazwyczaj eskortuje nas dodatkowo Hagrid.
— A te klauzule o własnej odpowiedzialności w razie wypadku, które podpisaliście? Kettleburn mógłby chociaż wziąć to na siebie.
— Ale czym byłoby życie bez odrobiny ryzyka? Przecież eliksiry też mogą być niebezpieczne, na przykład taki kociołek, [i]przypadkiem[/i] przewrócony.— Uniósł znacząco brwi, a Blay zarumieniła się.
— Dokonując mojego heroicznego czynu w trzeciej klasie, rozważyłam dokładnie wszystkie za i przeciw. Owszem, z perspektywy czasu przyznaję, że nie było to rozsądne, ale gdyby nie to, możliwe, że by mnie tutaj nie było.
— A groźniejsze eliksiry, jak veritaserum, wielosokowy czy inne?
— A czym byłoby życie bez odrobiny ryzyka? — Posłała mu niewinne spojrzenie, a Charlie zachichotał.
— Dobrze mówisz, Blay! — Hagrid klepnął ją po plecach tak, że poczuła łupnięcie w łopatkach. — Ech, już kwiecień… zaniedługo pokończycie szkołę i kto będzie do mnie przychodził na herbatkę?
— Na pewno ktoś się znajdzie… w końcu za rok Hogwart zaczyna Harry Potter, prawda? — Temat Wybrańca zawsze elektryzował Hagrida. Gajowy natychmiast rozweselił się. Po raz setny opowiedział o tym, jak przywiózł małego Harry'ego do jego krewnych. Charlie i Blay wykorzystali ten moment na dyskretne pozbycie się ciasteczek.
— Cholibka, ucieszyłbym się, gdyby mały mnie polubił…
— Ej, to znaczy, że będzie na roku z Ronem — zauważył Charlie. — Swoją drogą pechowo się składa, opuszczamy szkołę, gdy przychodzi do niej Wybraniec...
Blay nie zawsze miała o czym porozmawiać z Hagridem. Wówczas przysłuchiwała się jego rozmowie z Charliem. Lubiła spokojną atmosferę chatki, pykanie staroświeckiego czajnika, pochrapywanie Kła i wszystko, co sprawiało, że odnajdowała tam swój azyl. U Hagrida czuła się jak podczas wizyty u jakiegoś poczciwego wujka. Uśmiechnęła się do siebie na wspomnienie początków znajomości z gajowym.
1987 r.
— Chciałbym ci dziś kogoś przedstawić — oznajmił pewnego dnia Charlie podczas zajęć z opieki nad magicznymi stworzeniami. Profesor Kettleburn był właśnie w połowie wykładu o chimerach (jak głosiły plotki, to właśnie chimera odgryzła mu nogę).
— Kogo? — Spojrzała na niego ze zdziwieniem.
— Zobaczysz! Spotkajmy się dziś w Sali Wejściowej o osiemnastej.
— W porządku. — Zaciekawiona przystała na propozycję.
Od kiedy w październiku zaprzyjaźniła się z Kath i Yvonne, jej hogwarckie życie zmieniło się na lepsze. Dzięki Kath poznała Charliego, a z kolei przez niego dziewczyny nawiązały znajomość z Billem. Wreszcie w grudniu do nich dołączył Justin. Choć nie zawsze byli w stanie spędzać czas w szóstkę, stanowili swego rodzaju paczkę. Justin świetnie dogadywał się z Billem i Charliem, podczas gdy ona coraz bardziej lubiła dziewczyny. Mimo wszystko zazdrościła Billowi, Charliemu, Kath i Iv wieczorów spędzanych razem w pokoju wspólnym, z których to Justin jako Puchon i Blay jako Krukonka byli wykluczeni. Dlatego tym bardziej ucieszyła ją propozycja Charliego. Bardzo lubiła spędzać z nim czas — jako córka weterynarza doskonale dogadywała się z miłośnikiem magicznych stworzeń. W dodatku prowadzili często rozmowy o quidditchu, który w Irlandii stał na nawet wyższym poziomie niż w Wielkiej Brytanii. Charakter Charliego — jego beztroska oraz poczucie humoru - były doskonałą odtrutką na wszelkie zmartwienia, począwszy od sarkazmu Amber, a kończąc na nawale prac domowych.
— To kogo chcesz mi przedstawić. Zdradzisz mi w końcu ten sekret? — zapytała zaintrygowana, gdy Charlie prowadził ją następnego dnia przez błonia.
— W sumie już go znasz. — Blay uniosła brwi. — To Hagrid — wyjaśnił. — Wspominałaś, że chciałabyś spędzać z nami więcej czasu. My mamy taką możliwość w Wieży Gryffindoru, a że od czasu do czasu chodzę do Hagrida, to pomyślałem, że może będziesz chciała się ze mną wybrać...
— Mhm — mruknęła, nie do końca przekonana. Teraz była pewna obaw przed tym spotkaniem. Radość zamieniła się w lekki niepokój. Krukoni nie mieli nic przeciwko gajowemu, pamiętali go przecież z rejsu łódkami po jeziorze na pierwszym roku. Jednak mimo to byli dalecy od chęci spoufalania się z nim i traktowali go z dystansem. W końcu o czym miała z nim rozmawiać? Mimo wszystko ujęła ją troska chłopaka.
Charlie jakby nie zauważył jej miny i opowiadał o swoich zajęciach z mugoloznawstwa.
Blay czuła się trochę niezręcznie, ale wizyta przebiegała w miarę normalnie. Hagrid okazał się całkiem sympatyczny. Przygotował ciasto, które co prawda było niedopieczone (żałowała, że zignorowała znaczące chrząknięcia Charliego), ale widać było, że Hagrid się postarał. Gdy zauważył, że milczała już dłuższy czas, próbował nawiązać z nią rozmowę.
— Blay, masz jakieś ulubione magiczne stworzonko? — zapytał.
— Lubię hipogryfy.
— Widziałaś kiedyś jakiegoś z bliska?
— Mama prowadzi ich hodowlę pod Dublinem, często zabierała tam mnie i siostrę.
— W Hogwarcie też mamy hodowlę. — Charlie posłał porozumiewawcze spojrzenie Hagridowi.
— Tak, cholibka, i to jaką! Chciałabyś zobaczyć?
— O-oczywiście! — wyjąkała zaskoczona. Nie spodziewała się, że hipogryfy mogą występować na przyzamkowych terytoriach.
— To przyjdźcie jutro. Ino trochę wcześniej, żeby zdążyć przed zmrokiem.
— Zdążyć z czym?
— Zobaczysz. — Gajowy się uśmiechnął, a Blay poczuła nagły przypływ sympatii do niego.
— Hagridzie! Są piękne! — Przypatrywała się z zachwytem stadku hipogryfów, które pasły się na niewielkiej polanie tuż przy granicy Zakazanego Lasu z błoniami. — Niezwykłe upierzenie, cudownie zadbane... ty się nimi opiekujesz?
— Tak. Od maleńkiego je wychowałem!
— Szkoda, że to nie smoki — zażartował Charlie, a Blay posłała mu oburzone spojrzenie.
— Żartujesz? Hipogryfy są sto razy lepsze od smoków.
— Blay, latałaś już kiedyś na hipogryfie?
— Niestety nie — pokręciła głową. — Jeździłam jedynie na źrebiętach, które nie mają do końca wykształconych skrzydeł. Mama trochę się o mnie bała.
— A chcesz spróbować? — Blay nie mogła uwierzyć własnym uszom. — Na początku może z Charliem? Gra super w quidditcha i ma zmysł równowagi, więc da se radę. Potem możesz polatać sama.
— Super! Dziękuję bardzo!
1991 r.
Od tamtego marcowego popołudnia Blay stała się częstym gościem Hagrida. Pewnego dnia, gdy Charlie miał trening quidditcha, sama udała się na Błonia. Po pewnym czasie znudziło się jej latanie. Zostawali wtedy u Hagrida by porozmawiać, pomagali posortować mu włosy z ogona jednorożca czy wyplewić ogródek. Potem zaczęli przychodzić do Hagrida w szóstkę. W chatce robiło się gwarno i tłoczno, ale atmosfera takich spotkań była niesamowita. Jednak najczęściej wizyty gajowemu składali w dwójkę, ona i on.
Charlie i Blay opuszczali Hagrida w dobrym nastroju, do zamku wracali jednak zmęczeni. Miała wrażenie, że wyczerpali zapas dobrego humoru na cały dzień, w dodatku panowała między nimi paskudna atmosfera niedomówienia.
Wspinali się już po schodach, prowadzących do wieży Ravenclawu. Poczuła, że czas wziąć sprawy w swoje ręce.
— Musimy w końcu o tym porozmawiać. — Pociągnęła Charliego za rękę do sali profesora Kettleburna.
— Charlie… przepraszam. Przesadziłam — powiedziała, gdy znaleźli się w pomieszczeniu. — Wiem, że naprawdę zasługujesz na ten wyjazd. Trudno mi się z tym pogodzić. — Przygryzła wargę.
— To jest moje marzenie od… piątego roku życia. Smoki. W dodatku atmosfera w rezerwacie, wymiana doświadczeń, międzynarodowa współpraca… Nigdy nie chciałem siedzieć za biurkiem, nigdy. Mam osiemnaście lat, szóstkę rodzeństwa, chciałbym poznać trochę świata poza ścianami Nory i murami Hogwartu, zobaczyć inną magię, poznać czarodziejów z różnych krajów…
Blay skinęła głową. Zarówno Bill, jak i Charlie byli niezwykli otwarci i towarzyscy. Ona sama wolała zachować dystans do nowo poznanych ludzi i miała problem z adaptowaniem się do nowych warunków.
— Tylko czemu Rumunia? A może Walia? Francja? Norwegia też jest bliżej.
— To największy i najbardziej prestiżowy rezerwat, Blay. Chcę się uczyć od najlepszych. Proszę, pomyśl o przeprowadzce. Może ci się spodoba? Będę cię pilnował jak oka w głowie i dbał o ciebie, obiecuję.
— Może jeszcze ponegocjujemy? — zaproponowała. — Mam mnóstwo argumentów, które na pewno cię przekonają.
— Tobie na wyjazd ze mną powinien starczyć jeden, Charlie Weasley.
— Wiesz, technicznie rzecz biorąc, to ty mnie opuszczasz, więc jesteś winny.
Charlie przytulił ją z całych sił, a ona zarzuciła mu ręce na szyję. Roweno, czemu musimy się rozstać? Rowena nie musiała jej jednak odpowiadać — przecież mogła jechać z nim, dobrze o tym wiedziała. Chciała zadać mu jeszcze jedno ważne pytanie, ale gdy już otwierała usta, zapytał:
— Czy rozmawianie o tym teraz coś zmieni? Może będziemy decydować w czerwcu, po wynikach owutemów? Niepotrzebnie się zamartwiamy i denerwujmy.
— Chyba masz rację — wymamrotała. Nie chciała przeżywać emocjonalnych rollercoasterów, tak jak w ciągu ostatnich dwóch dni, gdy miała ochotę wrzucić Charliego do jeziora na zmianę z chęcią do przywiązania go do Nory. A gdy obejmował ją tak jak teraz, czuła spokój, jakby wszystko było tak naprawdę w najlepszym porządku. — I tak czeka nas mnóstwo gorących dyskusji.
— Gorących, powiadasz? — Chłopak zacieśnił swój uścisk.
— Charlie, czy ostatnio zadbałeś o swoje ramiona? — zapytała zaciekawiona, przyglądając się mu z uznaniem. (Czemu nie zwróciłam na tu uwagi wcześniej?)
— To znaczy?
— No, przypakowałeś. — przyznała po chwili milczenia.
— Miło, że zauważyłaś. — odparł, nie kryjąc zadowolenia z siebie — Wiesz, praca w rezerwacie smoków wymaga sprawności fizycznej.
— Muszę przyznać — to jakiś plus wyjazdu do Rumunii — stwierdziła z uznaniem, gładząc jego umięśnione ramię. Chciała dodać jeszcze coś błyskotliwego, żeby nie wyjść na trzpiotkę zainteresowaną tylko wyglądem, ale Charlie skutecznie jej to uniemożliwił, zamykając usta pocałunkiem, na co ona z radością przystała.
Nie miała zamiaru protestować.
Kolejnych parę tygodni minęło pod znakiem gorączkowych przygotowań do owutemów i niemniej gorączkowych – do meczu Ravenclawu z Gryffindorem. Eliksiry wielosokowe bulgotały w Lochach, z każdą chwilą zbliżając się do osiągnięcia dojrzałości. Blay próbowała pogodzić naukę, quidditch i spotkania z Charliem, co było trudnym wyzwaniem. Jednocześnie starała się jak najbardziej cieszyć ostatnimi chwilami w Hogwarcie i nie pogrążać w żalu związanym z nieuchronnie zbliżającym się końcem młodości.
W dniu meczu z duszą na ramieniu schodziła do Wielkiej Sali. Jak się mogła spodziewać, powitała ją eksplozja barw i dźwięków, które były wynikiem działań Gryfonów. Domyślała się, że Fred i George Weasleyowie postanowili wziąć sprawy w swoje ręce. Nie myliła się— bliźniacy paradowali właśnie w czerwono-złotych szatach i uruchamiali kolejne pudełka zawierające Wirujące i Grające Konfetti od Zonka. Gdy podeszła do stołu Gryffindoru, by porozmawiać z Charliem i Kath, zauważyła, że w górze unoszą się magicznie powiększone kafel, tłuczki i znicz. Piłki grały właśnie w berka — tłuczki i kafel uwzięły się na znicza, ten jednak bohatersko stawiał im czoła.
Kath podbiegła do niej, strzepując konfetti z ramion.
— Cześć! Powodzenia dzisiaj, jestem naprawdę rozdarta... Wiem, powinnam kibicować Gryfonom i tak jest, ale tobie też życzę wygranej. Najbardziej byłabym zadowolona z remisu — wyznała.
— Rozumiem. Gdy nie byłam w drużynie, sama przeżywałam dylemat: przyjaciele czy Ravenclaw — odparła i rozejrzała się. — Gdzie Charlie?
— Chyba zatrzymuje McGonagall... bliźniacy stwierdzili, że znają sposób, żeby podnieść morale drużyny. W sumie nieźle im idzie, ale żal mi ich, gdy w końcu ona to zobaczy.
— Jak widać, niezbyt się tym przejmują — powiedziała Blay, obserwując, jak bliźniacy usiłują zaczarować godło Gryffindoru tak, by lew wydał z siebie ryk. Aktualnie wydobywał z siebie raczej miauknięcie, ale Blay i tak była pod wrażeniem umiejętności drugorocznych. — Choć, szczerze mówiąc, wątpię, czy wpłynie to negatywnie na naszą drużynę. — Wskazała na stół Krukonów. Niektórzy z niesmakiem przyglądali się całej sytuacji, ale większość po prostu rozmawiała o meczu i analizowała szanse drużyny. Do Wielkiej Sali wkroczyła właśnie Amber w szacie do quidditcha i z miotłą dłoni. Nigdy nie spinała swoich płomiennorudych włosów, a trzymała je w ryzach skutecznym zaklęciem. Z hardą miną i burzą włosów na głowie kojarzyła się z Boudiką. Amber zauważyła właśnie zamieszanie przy stole Gryfonów. Przybliżyła się do Freda i George'a i spojrzała z wystudiowaną pogardą na bliźniaków.
— Amatorzy — powiedziała tak głośno, że jej słowa przebiły się przez harmider. Zawsze była dobra w Sonorusie, pomyślała Blay i z uwagą obserwowała konfrontację. — Nie stać was na nic lepszego? — Po czym odeszła, usiadła przy stole i ze stoickim spokojem zaczęła smarować tost.
— Niesamowite, zbiła bliźniaków z pantałyku — stwierdziła z podziwem Kath. Faktycznie, konfetti, widocznie magicznie sprzężone z uczuciami odpalających paczkę, zaczęło wirować w powietrzu mniej entuzjastycznie, a piłki do quidditcha krążyły spokojnie po niewidzialnej orbicie.
— Dziwię się, że nauczyciele nie zareagowali — powiedziała Blay, gdy zerknęła na stół profesorski.
— Flitwick i Sprout nieźle się bawią. Chyba chcą zobaczyć wściekłą McGonagall, karzącą swoich uczniów.
— O wilku mowa — mruknęła Blay. Do Sali weszła właśnie McGonagall, która na widok wirujących płatków konfetti i piłek poczerwieniała, a następnie zbladła. Rozbawiło to profesora Flitwicka, który chichotał właśnie, utkwiwszy dyskretnie wzrok w filiżance herbaty.
Nauczycielka transmutacji machnięciem różdżki usunęła konfetti, sprowadziła piłki na ziemię i właśnie szykowała się do wygłoszenia pouczającej tyrady. Wtedy Blay zauważyła, że w drzwiach sali stoi Charlie i macha do niej, więc podbiegła w jego stronę. Sala wejściowa była niemal pusta, kręciła się po niej tylko Pani Norris.
— Jak humor przed meczem, Andrews? — zapytał, opierając się w wystudiowanej pozie o swoją miotłę.
— Bardzo dobrze, Weasley. Uważaj, bo zaraz ją złamiesz i wygramy walkowerem — parsknęła.
— Czyżby? A gdzie twoja miotła? — Przybliżył się do niej i spojrzał w oczy.
— Czeka na Accio. Zabierasz mi przestrzeń życiową, Gryfonie — powiedziała, czując, jak obejmuje ją w pasie.
— A ty mnie rozpraszasz, Krukonko. I serio, Accio? Jesteś niemożliwa.
— Ty bardziej.
— Kocham cię.
— Ja ciebie też.
— Powodzenia, mała. Szczególnie z zaklęciem przywołującym. Wiesz, jak nie dasz rady, czeka cię spacerek na siódme piętro.
— Dam radę. I tak w ogóle... niech wygra najlepszy.
— Blay? — Po schodach schodziła właśnie Tamara z podłużnym pakunkiem w ręku. — Chyba zapomniałaś miotły. Mam nadzieję, że nie gniewasz się, że ci ją przyniosłam?
Blay i Charlie spojrzeli po siebie i w tej samej sekundzie wybuchli śmiechem, a zdezorientowana Tamara tylko wzruszyła ramionami.
— Ryder podaje do Hoopera, a kafla przejmuje kapitan Krukonów, Flames… — po trybunach niósł się głos komentującego. — Kieruje się w stronę Andrews i podaje jej kafla…
W takich chwilach jak ta Blay wyjątkowo żałowała, że gdy dostała się do drużyny Maya skończyła już szkołę i nie komentowała nigdy meczów z jej udziałem. Jednak musiała przyznać, że Michael Jordan (którego z mugolskim koszykarzem łączyło nie tylko imię i nazwisko, ale i kolor skóry) radzi sobie w tej roli bardzo dobrze. Był bardziej stronniczy niż jej siostra, ale świetnie znał się na miotłach, lepiej niż Maya. Ona z kolei nadrabiała swoje braki w tej dziedzinie anegdotkami z życia graczy, komentowaniem pogody czy oferty sklepów w Hogsmeade. Profesor Flitwick nie był w stanie utrzymać w ryzach słowotoku Mayi. Mimo skłonności do dygresji trzeba było jej przyznać jedno — umiała zainteresować publikę. Teraz nad komentowaniem meczu czuwała profesor McGonagall, opiekunka Gryffindoru, i dość skutecznie kontrolowała wypowiedzi Jordana.
— Swoją drogą, Andrews nadal jest dziewczyną Charliego Weasleya i…
Blay prychnęła z irytacją. Maya musiała doprowadzać swoją paplaniną do szału…
Ta uwaga wyprowadziła ją z równowagi, co sprawiło, że podała Amber kafla niedokładnie i przejęła go Angelina Johnson. Robery posłał w stronę dziewczyny tłuczek, gdy Gryfonka szybowała w stronę bramki Krukonów, a kafla udało się złapać Daviesowi. Blay nerwowo poprawiła niebieską wstążkę, którą spięła kucyk.
— Blay, koncentruj się! — zawołała Amber, starając się przekrzyczeć pęd powietrza.
— Rozkaz, pani kapitan! — Odebrała podanie od Daviesa i posłała piłkę w stronę Amber. Tuż przed bramką Gryfonów Amber zamierzyła się do rzutu, żeby w ostatniej chwili zrezygnować i podać piłkę Blay. Wood nie dał rady obronić strzału.
— Aj, Andrews punktuje! Jest sześćdziesiąt do dziesięciu dla Ravenclawu!
Blay rozejrzała się dookoła, chcąc posłać Charliemu triumfujący uśmiech. Ku swojemu przerażeniu zobaczyła, jak wpatruje się w usilnie w jakiś punkt na niebie i zaczyna zmierzać w jego kierunku. Poderwała miotłę do lotu (Mamo, dziękuję ci za nowego Zmiatacza!), żeby udaremnić mu złapanie znicza.
— Cześć, kochanie. — Gwałtownie wyhamowała parę metrów przed nim i posłała mu słodki uśmiech.
— Witaj skarbie, czy nie powinnaś zajmować się kaflem, a nie swoim chłopakiem? — zapytał uprzejmie, ale widać było, że jest zirytowany utratą szansy na zakończenie meczu.
— Stęskniłam się. A teraz lecę rozwalać waszą drużynę, pa!
— Następnym razem ci się nie uda! — Pogroził jej palcem. — Merlinie, czemu ja w ogóle pomagałem ci z quidditchem? Mam z tobą same problemy. — dodał, teraz już lekko rozbawiony i wzbił się w powietrze.
1987 r.
— Chciałabym spróbować w eliminacjach do drużyny quidditcha — przyznała nieśmiało, z jednej strony chcąc przerwać senną atmosferę panującą w przedziale, a z drugiej – jak najszybciej mieć już za sobą to kłopotliwe wyznanie. Właśnie zaczynała czwarty rok i postanowiła spróbować tam swoich sił, a ekspres Hogwart był jednym z nielicznych miejsc, w którym mogli spędzić swobodnie długi okres czasu w szóstkę.
— Świetny pomysł! Może pomogę ci w przygotowaniach, co? — zaproponował entuzjastycznie Charlie. — Przynajmniej jedno z was wie, co dobre — rzucił oskarżycielsko.
— A na jaką pozycję planujesz startować? — zapytała Yvonne, odrywając wzrok od „Proroka Codziennego".
— Ścigającego.
— Gdzie w ogóle grywałaś w quidditcha? W domu?
— W Irlandii ukrywanie się przed mugolami nie stanowi dużego problemu. Grałyśmy z siostrą pod Dublinem, z okolicznymi młodymi czarodziejami.
— Swoją drogą zawsze mnie to zastanawiało — dlaczego nie poszłaś do szkoły magii w Irlandii?
— Justin! — Kath dała mu kuksańca. — Chcesz zasugerować, że Blay powinna zostać u siebie i nie chodzić do Hogwartu?
— Pytam poważnie, w końcu miałaby bliżej do domu.
— Mama zawsze powtarzała, że chce zapewnić nam edukację na najwyższym poziomie. Choć u nas z tym też nie jest najgorzej, jednak mama mówiła, że nie ma to jak Hogwart. W Irlandii podejście do magii jest bardziej tradycyjne.
— To też macie szkołę z internatem, jak tutaj?
— Nie — potrząsnęła głową. — Irlandcy czarodzieje uczą się w Trinity College. Stąd też gryf w herbie uczelni — uśmiechnęła się.
— A międzynarodowy kodeks tajności? Czy umieszczenie szkoły magii niemalże w centrum miasta jest rozsądne? — zapytała rzeczowym tonem Yvonne.
— Irlandczycy mają trochę inny stosunek do czarów, nawet mugole są trochę magiczni. Z tego, co wiem, siedzibę mają w oddzielnym budynku, który uważany jest za jeden z college'ów.
Nagle w drzwiach przedziału ukazała się ruda czupryna, a do przedziału wpadł Bill, wyraźnie zdyszany.
— Yvy, teraz czas na piątorocznych prefektów, a potem zrobimy obchód pociągu.
— Już lecę! — Yvonne zerwała się na równe nogi, poprawiła swoją szatę oraz przypinkę Prefekta i podążyła za Billem.
— Iv jest urodzonym prefektem — stwierdził Charlie kpiąco. — Choć muszę przyznać, że to Percy, a nie ona, ma szansę stać się najbardziej upierdliwym prefektem świata.
— Okropna z niej służbistka. Widzieliście, jak zaświeciły jej się oczy na wzmiankę o obchodzie pociągu? — dodał rozweselony Justin.
Blay posłała Kath porozumiewawcze spojrzenie. Obie domyślały się, z jakiego powodu Iv była tak ożywiona, nie zamierzały jednak dzielić się z chłopakami swoimi podejrzeniami na temat przyjaciółki.
— Możliwe, że nie zobaczymy jej do końca podróży, bo będzie opływała w chwałę w przedziale dla prefektów. Chyba że Bill sprowadzi ją na właściwe tory — dorzucił Charlie.
— Jesteście okropni. — Kath przewróciła oczami. — Iv będzie świetnym prefektem. To chyba dobrze, że traktuje swoją funkcję poważnie?
— Przepraszam, Kath, ale powaga Yvonne jest rozbrajająca. — odparł Charlie i wyszczerzył zęby.
— Chcemy tylko, żeby wrzuciła trochę na luz i żeby nie zepsuła jej władza — dodał Justin.
— Możecie więc powtórzyć jej wszystkie zarzuty, jak przyjdzie. Nikt nie lubi być obgadywanym za plecami — powiedziała Blay tonem nieznoszącym sprzeciwu.
— Przecież tylko żartowaliśmy! — Charlie uniósł dłonie w obronnym geście. — Wracając do quidditcha, to czy nie sądzicie...
1991 r.
Wspomnienia podróży ekspresem Hogwart towarzyszyły jej w czasie meczu. Była pewna, że za ich pomocą na pewno wyczarowałaby świetnego patronusa, o którym czytała kiedyś w podręczniku OPCM-u.
Blay, Amber i Roger współpracowali ze sobą jak nigdy wcześniej, doskonale zgrywając się na boisku. Wynik wynosił w pewnym momencie już sto sześćdziesiąt do czterdziestu. Drużyna Ravenclawu powoli zbliżała się do bezpiecznej granicy stu pięćdziesięciu punktów przewagi. Blay szybowała do bramki Gryfonów, by asystować Amber, gdy kątem oka dostrzegła Charliego, który zmierzał szybko na przeciwny kraniec boiska. Za nim leciał szukający drużyny Krukonów. Blay czuła, jak cały stadion, włącznie z graczami, zamiera w napięciu.
Charlie wykonywał świetne zwody, mylił Adamsa, poruszając się zygzakiem, i stopniowo oddalał się od niego. Blay wiedziała, że był za dobry, żeby go powstrzymać. I rzeczywiście, zgodnie z jej przewidywaniami, po chwili uniósł dłoń z trzepoczącym zniczem, a na trybunach Gryfonów wybuchły owacje.
Przegraliśmy.
Atmosfera w szatni Krukonów zgęstniała. Sytuacji nie poprawiał fakt, że doskonale słyszeli radość Gryfonów, którzy właśnie śpiewali na cześć swojej drużyny.
— Zagraliśmy naprawdę dobry mecz — zaczęła Amber, ale na jej twarzy nadal malował się grymas zawodu, a gdzieś znikł typowy animusz.
— A może Blay nie starała się wystarczająco, bo bardzo chciała, żeby wygrał jej chłopak? — warknął Ackerley, spoglądając na nią spode łba i torturując witki z miotły.
— C-co? — wyjąkała zaskoczona.
— Za dużo testosteronu po przegranym meczu, Ackerley? — Sarknęła Amber. — Nie widziałeś, jak Blay blokuje Weasleya? Gdyby nie ona, przegralibyśmy już wcześniej. Ręczę za nią. Powinniśmy się skupić raczej na poprawianiu WŁASNYCH błędów. — Autorytatywny ton Amber podziałał orzeźwiająco na zawodników. — Pogadamy potem w Pokoju Wspólnym, do zobaczenia. — Rozległo się szuranie krzeseł, rozeszli się po szatni, każdy do swojej szafki.
Gdy Blay była już przebrana i gotowa do opuszczenia pomieszczenia, usłyszała pukanie. Otworzyła drzwi. Stał w nich krzepki mężczyzna w średnim wieku.
— W czym mogę panu pomóc? — zapytała Blay.
— Nazywam się Rhys O'Hara, jestem trenerem Katapult z Caerphilly.
Blay wzięła głęboki oddech. Słyszała już co prawda o trenerach obserwatorach na meczach quidditcha w Hogwarcie, wyłapujących utalentowanych graczy, ale pierwszy raz miała z taką osobą do czynienia. W drużynie były tylko dwie osoby z siódmego roku, więc..
— Szukam kapitana, panny Amber Flames.
Napięcie opadło równie szybko, jak się pojawiło.
— Amber! — Zawołała koleżankę, która po chwili wyłoniła się zza rzędu szafek.
— Pan O'Hara, trener Katapult? — Dziewczyna nie miała najmniejszego problemu z rozpoznaniem mężczyzny; natychmiast rozpromieniła się i podała mu rękę.
— Gratuluję świetnego meczu. Trochę pechowo wyszło z tym zniczem, ale współpraca waszych ścigających była niezwykła. Jak mniemam, to pani jest autorką strategii?
— Tak, Davies z powodu swojego wieku to trochę czarny koń, którym chcieliśmy zaskakiwać — jest bardzo zwinny i szybki. Ja i Blay staramy się też jakoś zmylić graczy, podając sobie szybko kafla przed obręczami. Taktyka inspirowana między innymi manewrem Porskowej.
— Jak widać, się sprawdza. — Uśmiechnął się. — Przychodzę z propozycją dołączenia do naszej drużyny. Potrzebujemy takich zawodników jak pani, młodych, dynamicznych i z pomysłami. Zdecydowanie wyróżniała się pani na boisku, tak samo jak pan Charles Weasley.
— Dziękuję panu bardzo! — Amber pokraśniała z radości.
— A pani to… Blaithin Andrews, jak dobrze pamiętam? — Blay skinęła głową. — Również gratuluję meczu. To była dobra gra. Szczególnie zablokowanie pana Weasleya i powstrzymanie go od zakończenia meczu.
— Dziękuję.
— Panno Flames, czy moglibyśmy ustalić szczegóły ewentualnych kolejnych spotkań, w trakcie których porozmawialibyśmy o dalszej rekrutacji? Zapraszam panią w tym celu do Trzech Mioteł.
— Z miłą chęcią. Ale wygrałam los na loterii, co? — Puściła oko do Blay i wyszła za mężczyzną.
Gorycz przegranej osładzał trochę sukces Amber, choć Blay musiała przyznać, że mimo wszystko zazdrości koleżance. Poza tym czuła, że w dormitorium przez najbliższe dwa tygodnie będą wysłuchiwały o szczegółach rozmowy z panem O'Harą. Później Amber będzie snuła opowieści o Katapultach i o tym, że w sumie od zawsze była to jej ulubiona drużyna — mimo że nad łóżkiem miała powieszony plakat Harpii z Hollyhead.
Członkowie drużyny Ravenclawu rezydowali w Pokoju Wspólnym, popijając przyniesione przez Amber piwo kremowe.
— Mimo wszystko… to był dobry mecz. Po prostu nie złapaliśmy znicza. Tylko i aż — stwierdziła Amber filozoficznie.
— Weasley jest za dobry — burknął Collins, drugi z pałkarzy. — Od początku nie mieliśmy szans … bez obrazy, Adams.
— Nie ma sprawy. — Chłopak wzruszył ramionami. — Faktycznie jest świetny.
— Ktoś w dodatku powinien kogoś tu przeprosić... — Amber posłała ostrzegawcze spojrzenie Ackerleyowi, ten jednak udał, że nie słyszy i zmienił temat.
— Ale ci się trafiło, Blay, przyszły zawodowy gracz quidditcha… Słyszałem, że po Weasleya zgłosili się dwaj trenerzy.
— Chyba raczej smoker — skorygowała Amber.
Blay spojrzała na nią spode łba, bo nie miała zamiaru roztrząsać czegoś, o czym chciała przez cały czas zapomnieć. Nagle przy stoliku pojawiła się drobna dziewczynka.
— Ktoś czeka przed pokojem wspólnym na Blay Andrews, podobno to ty.
— Tak? Dziękuję za informację — uśmiechnęła się do małej.
Opuściła Pokój Wspólny i zobaczyła, że w odległości parę metrów od niej stał Charlie.
— Co robisz? Nie świętujesz z drużyną? — spojrzała na niego ze zdziwieniem. Gdy dostała się do drużyny, ustalili wspólną zasadę — dzień meczu między ich drużynami powinien być dniem odpoczynku od siebie, żeby nie wyładowywać na sobie negatywnych emocji, związanych z przegraną.
— Próbowałem wejść do waszego pokoju i rozwiązać zagadkę Kołatki, ale niestety mój Multicorfors nie zmienił całkowicie barw tarczy na szacie. Już wtedy byłem stracony dla Orła, o czym nie omieszkał mi wspomnieć. Jak widać, nie jestem wystarczająco mądry, żeby przejść zagadkę gadającej klamki… Przechodząc do konkluzji — masz ochotę na kremowe?
— A skąd je weźmiesz? — zapytała z powątpiewaniem.
— Mam swoje sposoby — powiedział tajemniczo — A raczej dwóch młodszych braci, którzy znają zamek jak własną kieszeń. Czasami zastanawiam się, czy przypadkiem nie mają jakiejś mapy Hogwartu.
— Może zaczarowanej? Daj spokój, brzmi jak jakaś legenda.
— Nadal masz na sobie wstążkę — zauważył zadowolony.
— W końcu przynosi szczęście.
1988 r.
Charlie cierpliwie spędzał z Blay wrześniowe popołudnia. Ze zdziwieniem zauważyła, że jako trener był zupełnie innym człowiekiem. Poważny i skupiony, z uwagą obserwował jej lot, a potem dokładnie go analizował. Po kwalifikacjach odczuła wyrzuty sumienia — czas spędzony z nią pewnie dla niego okazał się zmarnowany… Do drużyny z łatwością zakwalifikowała się Amber, która królowała na boisku, swobodnie punktując i zwodząc obrońcę. Blay musiała przyznać, że radziła sobie świetnie. Sama zakończyła zmagania na czwartej, pechowej pozycji.
— Przepraszam, zawaliłam. — Spojrzała przepraszającego na Charliego, który podszedł do niej po ogłoszeniu wyników; razem z resztą grupki obserwował eliminacje z trybun.
— Daj spokój, niewiele brakowało. Bardzo się cieszę, że mogliśmy razem trenować. — Posłał jej uspokajające spojrzenie, a Blay stwierdziła, że ma naprawdę ładny uśmiech.
1989 r.
Eliminacje przypadły na pogodny, sobotni poranek. Maszerowała dziarsko z miotłą w ręku, ale w głębi duszy była przerażona. A co, jeśli znowu się nie dostanę? To dopiero będzie wstyd! Boże, jestem już na piątym roku, może jestem na to za stara? Jak znowu będę czwarta, chyba utopię się w jeziorze. Otuchy dodawali przyjaciele, którzy zasiedli na trybunach. Jedynie Charlie udzielał ostatnich wskazówek.
— Nie denerwuj się — to podstawa. Nie zapomnij o tłuczkach…
— Trudno o nich zapomnieć — mruknęła, wkładając rękawice.
— Skup się przed oddawaniem rzutu — kontynuował niezrażony. I uwierz w swoje możliwości. Mam jeszcze coś dla ciebie. — Spojrzała na niego pytająco, a on wyciągnął z kieszeni małą paczuszkę. — Poprosiłem mamę, żeby kupiła ci to podczas zakupów z Ginny. Pomyślałem, że może będzie pasować do stroju…
Blay otworzyła paczkę i jej oczom ukazała się błękitna wstążka
— Dziękuję — zarumieniła się i ozdobiła swój warkocz, wiążąc na końcu kokardę. Instynktownie pocałowała Charliego w policzek.
Tego dnia Blay z trzecim rezultatem została przyjęta do drużyny Krukonów.
1991 r.
Charlie prowadził Blay za rękę w dół schodów, ostrożnie nasłuchując czy po korytarzu nie krąży Filch. Mimo zaklęcia Kameleona wciąż mogli zostać wykryci, szczególnie przez panią Norris. W końcu udało się im bezpiecznie dotrzeć na parter.
— Tam jest kuchnia. — Charlie wskazał na obraz z misą owoców. — I skrzaty, które marzą o poczęstowaniu uczniów jedzeniem i piciem.
Blay wzięła głęboki oddech. Byli sami w środku nocy w wielkim zamku. Dookoła nie było uczniów, członków drużyny czy przyjaciół. Postanowiła wyrzucić z siebie pytanie, które męczyło ją od dłuższego czasu, a które spychała na krawędź swojej świadomości.
— Charlie… kiedy zamierzasz wrócić z Rumunii? I… czy chcesz wrócić?
CDN
