Hermiona Granger wpatrywała się w swojego narzeczonego, krojącego chleb. Siedziała z podkulonymi nogami na krześle przy stole i czekała, aż Ron zrobi jej śniadanie. Rzadko kiedy pozwalał jej to robić – kiedy nocowała u niego zawsze zachowywał się jak dżentelmen. A że zazwyczaj lądowali w jego mieszkaniu, Hermiona czuła się niekiedy jak prawdziwa księżniczka. Skubała rąbek przydużego rękawka jego t-shirtu, który miała na sobie. Nie powiedziała mu o wczorajszej wizycie u Harry'ego, choć bardzo tego pragnęła. Nie mogła się przemóc. Ron nie był tak surowy jak Ginny i w pełni popierał ich zdanie na temat Ministerstwa. Nie zgadzał się z postanowieniami brzuchatych mężczyzn, zwiastujących koniec wykorzystywania zaklęć innych, niż gospodarczych. Mimo to, odpowiadało mu życie, które prowadził i nie odczuwał tęsknoty do starych czasów, kiedy ich życiu stale groziło niebezpieczeństwo. Kochał swoją narzeczoną, ale nie przepadał, kiedy spędzała godziny w towarzystwie przyjaciela. Zdawał sobie sprawę, że w ich długich rozmowach nie brakuje narzekania i złość na życie. A to, w jego mniemaniu, tylko podkręcało ich obojga i przyprawiało ich o depresyjne nastroje.
Kobieta westchnęła, wpatrując się w swoje bose stopy. Byli razem od czterech lat i mimo tego, że mieli przed sobą tajemnice, nie przeszkadzało jej to. Była szczęśliwie zakochana i w zupełności jej to wystarczało. Z tego co wiedziała, Ronaldowi też. Status narzeczeństwa uzyskali już dłuższy czas temu, ale nie traktowali tego tak poważnie jak Ginny i Harry. Hermiona dobrze wiedziała, że pewnego dnia stanie na ślubnym kobiercu, przeprowadzi się do rudzielca i będzie wychowywała ich dzieci, jednak na razie chciała zachować własną niezależność, mieszkając w ukochanym lofcie. Trzymała tam wszystkie płótna, farby, książki i ubrania. Dosyć często spędzała noce u Rona, ponieważ jeśli chodziło o aspekty intymne w ich związku, nie lubiła mieszać swoich pasji, z którymi mocno kojarzyło się jej mieszkanie, jej wolność, z tak oczywistym symbolem jej przynależności do mężczyzny.
Weasley nie miał nic przeciwko temu, nigdy też jej nie ponaglał, zdaje się że odpowiadała mu taka sytuacja. Nie poddawali się monotonii, rozłąki sprawiały, że nie mogli się sobą znudzić.
- Madame – jej ukochany schylił się w parodiowym ukłonie i postawił przed nią wielki talerz pełen jej ulubionych przysmaków i kubek gorącej kawy. Sam zrobił sobie tylko herbatę i z zadowoleniem wpatrywał się, jak kobieta pałaszuje posiłek.
- Jesteś kochany – pochwaliła go z entuzjazmem Hermiona, kiedy się najadła. Ron w odpowiedzi nachylił się przez stół i pocałował ją w usta.
Dziewczyna zachichotała i odwzajemniła pocałunek, czując jego rękę na swojej szyi, powoli schodzącą coraz niżej…
Trzepnęła jego rękę z naganą, odsuwając się do tyłu i wpatrując się w niego z rozbrajającym zadowoleniem.
- Co za dużo to nie zdrowo, musisz sobie zasłużyć - skomentowała, drażniąc się, i odniosła naczynia do kuchni, zanim Ron zdążył ją zatrzymać.
Była przekonana, że mężczyzna podąży za nią, ale w tym momencie w okno uderzyła sowa i podskoczyła ze zdumienia, zbyt pochłonięta dalszym ciągnięciem flirtu, by zauważyć zbliżającego się ptaka. Rudzielec, który rzeczywiście miał taki zamiar, zatrzymał się w pół kroku przy drzwiach, z rozbawieniem przypatrującej się narzeczonej. Kto by pomyślał, że czarownica, która pomogła zabić Czarnego Pana, która przeżyła całą wojnę, może się wystraszyć sowy.
Hermiona dostrzegła lekko kpiące spojrzeniem Rona za sobą, więc z irytacją otworzyła okno i wpuściła płomykówkę, udając, że sytuacja nie miała miejsca. Sówka wypuściła gazetę z łapek i pokazała woreczek, do którego kobieta wrzuciła parę knutów. Zdecydowanym ruchem zamknęła okiennice, chwyciła Proroka i wyminęła chichoczącego już chłopaka. Duma kazała jej się nie odwracać, więc usiadła tyłem do swojego przyjaciela, a zarazem narzeczonego i zagłębiła się w lekturze.
Prorok nie zmienił się tak bardzo, jakby można się było spodziewać. Nadal pozostawał pod silnym wpływem Ministerstwa i kobieta wątpiła, żeby miało się to zmienić. Jednak tym razem rząd był bardziej obiektywny i nie skąpił ludziom informacji, więc gazeta odzyskała swoją wiarygodność. Obyło się również bez takich dziennikarzy jak Rita Skeeter, która odeszła na mniej czy bardziej zasłużoną emeryturę. Prorok jednak zaczął żerować na Bogu jednemu winnych ludzi, którzy zasłużyli sobie na nieszczęście bycia sławnym i rozpoznawanym. W magicznym świecie panowała względna idylla, w czym między innymi maczał palce Minister, wycofując silniejsze zaklęcia z użycia i programu nauczania. Hermiona niekiedy nie mogła znieść myśli, że Ministerstwo zaczynało robić to, co kiedyś Voldemort: kontrolować czarodziei, terroryzować ich. Tym razem jednak działo się to pod otoczką ogólnego szczęścia i pokoju, więc nikogo nie alarmowały tego rodzaju oznaki. Wyczekiwała jednak momentu, kiedy na wycofane czary zostanie nałożony Namiar.
Przebiegła wzrokiem po tytułowym artykule, nie wgłębiając się w szczegóły nowego rozporządzenia Ministra co do handlu magicznymi zwierzętami klasy C. Przerzuciła parę stron, pomijając typowe zdjęcia celebrytów i mniej lub bardziej śmieszne podpisy, skrzywiła się jedynie na obrazek przedstawiający ją samą w towarzystwie Rona na zeszłotygodniowym przyjęciu w Ministerstwie. Okropnie denerwował ją fakt, że ich trójka była stałym motywem w tej rubryce. Jak filmowe gwiazdki, czy piosenkarze mieli swoje wzloty i upadki i często zdarzało się że gościli tutaj jedynie przez parę tygodni, tak sława Wybrańca i jego przyjaciół nie słabła. Pocieszył ja fakt, że tuż obok znajdowało się grupowe zdjęcie uczestników uroczystości, a z drugiej strony dużo większe ujęcie Harry'go i Ginny. Oni byli najważniejsi.
Z westchnieniem przewertowała gazetę w poszukiwaniu interesujących artykułów i zatrzymała się przy zagadkowym tytule Zniknęła…
- Coś nowego kochanie?
Ron podszedł do niej i oparł się na jej krześle, zaniepokojony miną ukochanej.
- Rozalie Kingstone, kojarzysz ją?
- Wicedyrektor Spraw Zarządzania, tak. – Weasley pokiwał twierdząco głową, zastanawiając się, do czego u licha dąży kobieta.
- Ona zaginęła.
W pomieszczeniu zapadła cisza, przerywana jedynie tykaniem zwykłego, mugolskiego ściennego zegara. Mężczyzna nachylił się mocniej i ignorując niefortunną pozycję zaczął czytać tekst przez ramię narzeczonej. Hermiona popukała w papier gdzieś w środkowej kolumnie notki.
- Rodzina nie wie co się stało, mieszkanie stało zamknięte, nic nie zabrane. A jej nigdzie nie ma, puf! – Z lekkim sarkazmem wydała z siebie odgłos.
- Może wybrała się na wakacje? – Zaśmiał się Ron. Granger spojrzała na niego krytycznie, ale nie skomentowała tej beztroski. W artykule również nic nie wskazywało na to, by ktoś podejrzewał udział ciemnych sił. Kobieta mogła przecież chcieć uciec od obowiązków, od życia. Nie od dziś wiadomo było, że łączą ją skomplikowane i trudne relacje z Blaisem Zabinim, byłym Ślizgonem. Nikogo by nie zdziwiło, gdyby Rozalie chwyciła swoją torebkę i teleportowała się gdzieś daleko, za granicę, żeby uwolnić się od frustrującej rzeczywistości.
Kiedyś wywołałaby to inne emocje. Ludzie by się o nią bali, modlili się, żeby Voldemort jej jeszcze nie zabił. Żeby nie zdradziła istotnych informacji czarnoksiężnikowi. Ale wojna minęła, nastały czasy dobra.
- Nie mów tak – syknęła cicho. – Co jeśli coś jej się stało?
- Nie pierwszej i nie ostatniej. Nie uchronisz wszystkich przed całym złem… Zrobiliśmy to już osiem lat temu, wystarczy.
Granger przygryzła wargę, walcząc ze swoimi myślami. Tak, Ron miał rację. Podjęli wyzwanie jako nastolatkowie, jednak ona nie mogła pogodzić się z tym, że teraz jest inaczej. Niegdyś, kiedy ginął jakiś czarodziej, pojawiała się szybka myśl, patrz Hermiono, on umarł przez was, przez to, że nie staracie się wystarczająco, że nie zrobiliście jeszcze tego, do czego się zobowiązaliście.
Kobieta zacisnęła dłoń na gazecie. Co by się stało, gdyby czarnoksiężnik wygrał tamtą bitwę? Gdyby zdobył wymarzoną władzę i potęgę… Terror, ból, śmierć. Ale czystokrwistym czarodziejom żyłoby się dobrze, choć obowiązywałoby ich posłuszeństwo wobec Czarnego Pana. Hermiona wyobraziła sobie ten świat i po chwili otworzyła oczy. Byli coraz słabsi i konsekwencje tego mogły być przerażające. Nie mogła zdecydować się, czy obecny świat jest lepszy, niż gdyby przegrali wojnę.
***
- Biegnij Harry, biegnij!
Rudowłosa dziewczyna śmiała się do rozpuku, przytrzymując się drzewa, koło którego jeszcze niedawno stał jej chłopak. Nie, nie jest chłopak. Jej narzeczony. Wciąż nie mogła uwierzyć, że mężczyzna oświadczył jej się tak szybko i już wybierali datę ślubu. Niezwykłe.
Potter udał przerażenie i w komicznej parodii strachu uciekł przed całym czerwonym Ronem. Nie trzeba mówić, że niezbyt entuzjastycznie zareagował na oświadczenie najlepszego przyjaciela i młodszej siostry, że zamierzają się POBRAĆ. I to niedługo. Tak właściwie, to za dwa miesiące, gwoli ścisłości.
Mężczyzna stał przy oknie, przypominając sobie ten dzień. Siedem lat minęło, ale i tak pamiętał każdy szczegół, od wielkiego rumieńca Weasleya, po rzucenie w niego Sklątką Tylnowybuchową, jedną z wielu, które Hagrid przyniósł do Nory, prosząc i błagając o przetrzymanie na parę dni. Musiał odbudować swoją chatkę, zasadzić rośliny, odtworzyć idealne środowiska dla hodowli zwierząt. Wojna znacząco ugodziła w jego dobra materialne, Śmierciożercy byli bezlitośni. I wtedy, nawet półolbrzym musiał przyznać, że Sklątki bardziej przeszkadzają niż pomagają.
Nie mógł być bliżej tego czasu, a jednocześnie był bardzo oddalony. To były jedne z ostatnich chwil, kiedy cieszył się życiem, swawolą i beztroską. Kiedy udzieliło mu się ogólne szczęście społeczności. Po ślubie szybko wpadł w rutynę i zrozumiał, że wraz z zabiciem Lorda sam coś stracił. Paradoks. Parsknął sarkastycznie. Uśmiercając kogoś, kto najbardziej na świecie chciał jego śmierci, stracił niepowtarzalną cząstkę siebie.
Do pokoju weszła pani Potter, ubrana już i uszykowana do wyjścia.
- Nie idziesz dzisiaj do pracy? – Zapytała zaskoczona widokiem swojego męża w piżamie i szlafroku.
- Spotkanie z Ministrem mam dopiero o 11 – odparł bez większego entuzjazmu.
Rudowłosa kobieta zaszła go od tyłu i położyła rękę na jego ramieniu. Spojrzała mu w oczy i westchnęła bezsilnie. To spojrzenie gościło u niego już od dłuższego czasu, znikając tylko wtedy, kiedy oddawali się sobie w zaciszu sypialni.
- Kochanie, wiem o czym myślisz. Ale przecież widzisz, teraz żyje nam się lepiej. I ja… - zawahała się przez chwilę.
- Tak? - Potter uniósł brwi, odwracając się do żony. Ta otworzyła jeszcze raz usta i je tak przytrzymała, jakby nie wiedząc, czy powinna kończyć. Po chwili jedynie pokręciła głową i uśmiechnęła się nieśmiało.
- Nieważne, skarbie. Idę, bo jeszcze się spóźnie. Jesteśmy coraz bliżej odkrycia cząstek elementarnych Imperiusa. Właściwie, to już je mamy, ale ich charakterystyka jest niepełna. - Pospieszyła z wyjaśnieniami.
Harry jednak lekko się skrzywił.
- Wiesz, że nie lubię myślenia, że spędzasz dni w pomieszczeniu, gdzie błąkają się czarnomagiczne klątwy.
Ginny zaśmiała się i odetchnęła z ulgą. Nie chciała, by mąż kontynuował zaczęty przez nią temat. Miała mu coś do powiedzenia i wiedziała, że prędzej czy później będzie do tego zmuszona, ale nigdy nie widziała dobrego momenta. Zwłaszcza biorąc pod uwagę jej wątpliwości a propos samej natury rzeczy.
- To są kontrolowane zaklęcia. Nie jesteśmy bandą dzieciaków. - Pocałowała go w nos, jakby sam był wspomnianym dzieciakiem i chwyciła torebkę. - Ale za to wrócę wcześniej.
- Nie mogę się doczekać.
Potter przyciągnął do siebie kobietę, i złożył na jej ustach delikatny pocałunek.
- Uważaj na siebie, Ginny. Będę miał dzisiaj nocną zmianę w Biurze, więc może umówisz się z koleżankami?
Rudowłosa pokiwała głową. Może to był dobry pomysł. Musiała zapomnieć o problemach.
- Pa.
Wyszła z domu i z trzaskiem teleportowała się, pojawiając się w małej, bocznej uliczce, gdzie panowała zupełna cisza, przerywana niekiedy popiskiwaniem szczurów. Strząsnęła z nogi jakiś paproch, plączący jej się przy butach.
Skłamała. No, może niezupełnie, bo nie wyraziła się jasno gdzie idzie, ale wbrew oczekiwaniom męża nie wybrała się do pracy. Wzięła dzień wolny, korzystając z tego, że główny przełom w ich pracy już nastał. Obecnie problemów było mniej, więc i głów koniecznych do pracy potrzeba było mniej. Jako jedna z głównych naukowców oczywiście nie traciła pracy, ale mogła sobie odpuścić te parę godzin. Zwłaszcza, że miała umówioną wizytę u magomedyka, od której zależało zbyt wiele. Nie umiałaby skupić się na tyle, by spokojnie kontynuować swoje badania, kiedy w perspektywie miała to spotkanie.
Tymczasem, miała przynajmniej godzinę na zbyciu i skorzystała z niej, by odwiedzić w końcu przyjaciółkę. Od kilku dni planowała zwierzyć się jej ze swojego problemu, ale nie wiedziała czy starczy jej odwagi. Nie, Ginny Potter nie była tchórzliwa i umiała przyznać się do swoich błędów. Ale tym razem, mogła stracić bardzo wiele, zbyt wiele.
Stanęła przed mieszkaniem Hermiony Granger. Lubiła do niej przychodzić, odpowiadała jej atmosfera przestrzennego loftu artystki, razem z mnóstwem sztalug, płócien i pędzlów porozwalanych w różnych kątach. Żywe kolory na ścianie dodawały pomieszczeniu awangardowego wyglądu. I choć Ginny nie chciałaby mięc tak wystrojonego domu, nie pasowało to do niej na tyle, by w takim wystroju spędzić całe życie, to odwiedziny u starej znajomej zawsze kojarzyły jej się dobrze. Rzecz jasna, było to też skutkiem jej przyszłej szwagierki.
Siedziała na wygodnej pufie, ściskając kubek gorącej herbaty w dłoniach. Z parującego napoju unosił się delikatny aromat pomarańczy i imbiru. Ulubiony smak panny Granger. Rudowłosa dodała trochę więcej miodu, niż to zwykła robić jej przyjaciółka, ale zwyczajnie lubiła słodycze. Teraz patrzyła na nią i próbowała wydusić z siebie gorzką prawdę. Wypiła ostatni łyk i odłożyła kubek.
- Dlaczego przyszłaś, Gin? - Hermiona uśmiechnęła się uroczo.
Nawet jeśli nie zgadzała się z nią w paru sprawach, a temat obecnego stanu czarodziejskiego świata zawsze powodował zażarte kłótnie, malarka ceniła sobie bardzo przyjaźń z młodszą kobietą. Ufała jej i wiedziała, że może na nią liczyć w gorszych chwilach. Interesującym aspektem ich znajomości okazały się też naukowe dyskusje, między innymi o naturze magii i specjalności Ginny, budowie zaklęć. Obie potrafiły oddać się takim dysputom na długie godziny i spędziły już parę nocy u siebie, rozmawiając i śmiejąc się do białego rana. Tak przynajmniej było na początku, potem miały dla siebie coraz mniej czasu, zwłaszcza pani Potter, która zaczynała być też zazdrosna o swojego męża i jego stały kontakt z przyjaciółką. Nie raz robiła wyrzuty Hermionie o ich regularne sparingi i walki. Ich przyjaźń jednak nie słabła, nadal trzymała je w swoich więzach. Jednak czasy spontanicznych spotkań i wspólnych nocy już minął i Granger wiedziała, że rudowłosa musiała mieć jakiś powód, by zjawić się niezapowiedziana w środku dnia.
- Potrzebuję z tobą porozmawiać. Powinnam ci coś powiedzieć. - Potter posłała w jej kierunku ciepły uśmiech. - Bo widzisz... To znaczy, wszystko wyjaśni sie jeszcze dzisiaj, bo ja jeszcze nie jestem pewna, ale mam wątpliwości, to znaczy...
Pokręciła głową i jęknęła. Nie umiała tego powiedzieć.
Hermiona czekała cierpliwie; znała swoją rozmówczynie i zdawała sobie sprawę, że nie powinno jej się pospieszać.
W końcu Ginny uniosła głowę, pokazując brązowłosej udręczony wyraz na twarzy.
- Miona, ja jestem w ciąży.
Sekundy mijały w głuchej ciszy, aż w końcu starsza kobieta roześmiała się dźwięcznie i rzuciła na przyjaciółkę, przytulając ją.
- To wspaniale! Ja wiem, nigdy nie chciałaś mieć dziecka wcześnie, ale przecież jesteście z Harry'm małżeństwem od...
- Tu nie chodzi o moje podejście - Ginny cicho przerwała potok słów. Hermiona puściła ją i wróciła na swoje miejsce, zaniepokojona tonem głosu przyjaciółki. Ta wygięła palce i opuściła wzrok, jakby wstydząc się przed kobietą.
- Zrobiłam tylko domowy test. Dopiero dzisiaj idę do magomedyka. I wszystko się wyjaśni... - Głęboko odetchnęła, docierajac do meritum. - Oceni, który to tydzień. I wtedy będę wiedziała. Bo Hermiono... Istnieje możliwość, że... - Zagryzła wargę ze zdenerwowania. - Że to nie jest dziecko Harry'ego.
Wpatrywała się w oniemiałą Hermionę, dopóki ta nie odpowiedziała.
- Ginny, Merlinie... Harry wie?
- Nie! - Zduszony okrzyk wydarł się z gardła rudowłosej. - On nie może się o tym dowiedzieć.
- Jeśli to nie on jest ojcem, prędzej czy później się o tym dowie. Powinnaś... - Zaczęła mówić, próbując ukryć niedowierzanie w swoim głosie. Tak, Weasleyówna była impulsywna i miała na swoim koncie wiele związków, ale była przekonana, że szczerze kocha swojego męża i nigdy nie byłaby w stanie go zdradzić. Sytuacja, w której się właśnie znalazła, wydawała jej się nie do pomyślenia.
- On nawet nie wie, że jestem w ciąży - powiedziała kategorycznie pani Potter, kładąc dłoń na swoim brzuchu, co nie umknęło czujnym oczom Hermiony. - Nie mogę mu tego powiedzieć. On by tego nie wytrzymał!
- A ten drugi? On też ma prawo wiedzieć - Hermiona westchnęła ciężko, kiedy zaczęło do niej docierać, w jaką sytuację się wplatała. W jakiej tkwili jej przyjaciele.
- Miona... To było ponad miesiąc temu. Od tego czasu nie ma tematu, nie rozmawiamy...
Granger przypatrywała się badawczo przyjaciółce, próbując rozgryźć jej zachowanie. I wymyśleć, co, na Merlina, może jej poradzić, jak jej pomóc. Już chciała sie odezwać, kiedy Ginny nagle wybuchła.
- Słuchaj, to nie jest tak jak myślisz! Kłóciłam się z Harry'm, on cały czas jest nieobecny, jakby go nic nie obchodzi! Tak, znam wasze zdanie i kompletnie się z nim nie zgadzam, nie rozumiem jak możecie nie lubić tego życia, ale... - Spojrzała ostrzegawczo na Hermionę, kiedy ta oburzyła się i otworzyła usta, by zripostować - Nie chcę się teraz o to kłócić, nie to jest najważniejsze. Mi po prostu brak męża. A wtedy się pokłóciliśmy, Harry wyjechał na jakąś delegację na tydzień... Boże, nie wiem co mnie podkusiło, ale po pracy Dave mnie odprowadził i się stało. Naprawdę, byłam idiotką, kocham Harry'ego!
Jej przyjaciółka milczała przez chwilę, dopóki znowu nie opadła koło niej i jej nie przytuliła.
- Gin, znasz moje zdanie. Harry powinien się dowiedzieć. Ale to jest twoja decyzja i obiecuję, że nic mu nie zdradzę.
Ta pokiwała głową, przymykając oczy. Wydusiła to z siebie.
- Dziękuję.
Hermiona podniosła się ze swojego miejsca i podążyła do małej kuchni, oddzielonej od reszty pomieszczenia barkiem. Zagotowała wodę, wyjęła kubek i oparła się na rękach, wbijając wzrok w grafitowy blat. Trudno jej było uwierzyć w słowa rudowłosej. Oczywiście, zdawała sobie sprawę, że ostatnio między Harry'm a Ginny nie układało się najlepiej, mieli swoje drażliwe tematy i mało czasu dla siebie, ale nie sądziła, że może dojść do czegoś takiego. Przecież widziała też, jak się kochali. Jak Harry uśmiechał się, kiedy o niej wspominał, nawet jeśli akurat wypominał jej upór i nielogiczne podejście do ustaw Ministerstwa. Jego wyraz twarzy zmieniał się, łagodniał, kiedy tylko ktoś wymówił jej imię. Widziała, jak jego żona martwiła się o niego, jak gorąco pragnęła, by był szczęśliwy, widziała jej starania, by ponownie uwierzył w świat i nich. Nawet pokonała swoją naturalną zazdrość spowodowaną zażyłością męża i najlepszej przyjaciółki i kiedy odkrywała jego zapas eliksirów czy puste butelki pisała do Granger o pomoc, radę, wsparcie. Na litość boską, kochała się w Harry'm od początku Hogwartu, chociaż później, gdy dotarło do niej, że on widzi w niej tylko młodszą siostrę swojego przyjaciela, pozwoliła sobie na związki z innymi. A ich ślub? Był niezwykły i cały czas miała przed oczami ich spojrzenia, kiedy stali na kobiercu i wymawiali przysięgę.
Zalała herbatę wrzątkiem i zawahała się przez chwilę, po czym dolała nieco Ognistej. Potrzebowała czegoś mocniejszego. Upiła łyk i wróciła do przyjaciółki.
Ginny Potter stanęła przed gabinetem, oddychając głęboko, żeby się uspokoić. Po dłuższej rozmowie z Hermioną, zdołała uporządkować swoje myśli i teraz zależało jej jedynie na wyniku testów. Potem zamierzała wrócić do domu i, jak miała nadzieję, spędzić popołudnie z ojcem swojego dziecka.
Drzwi otworzyły się i z pomieszczenia wyszła radosna kobieta z dość dużym brzuchem. Posłała miłe spojrzenie rudowłosej i podążyła do wyjścia. Ginny wkroczyła do gabinetu.
***
Hermiona siedziała na wysokim taborecie, wpatrując się w białe płótno na sztaludze. Akurat przed wizytą przyjaciółki zdążyła je przygotować do malowania, więc teraz wyjęła tylko farby i zgarnęła parę pędzli leżących na barku i stole. Przekręciła głową, wyobrażając sobie swoje przyszłe dzieło. Miało być optymistyczne, możliwie radosne, ale niepokój po rozmowie z Ginny jej nie opuszczał. Wymusiła na niej obietnicę listu, kiedy dowie się, w którym tygodniu ciąży jest. Kiedy dowie się, kto może być ojcem.
Od rana w głowie wirowała jej scena w komnacie, radosnej czarownicy, wypatrującej w niedostrzegalnej dla widza przestrzeni własnego szczęścia. Okiem wyobraźni widziała jej delikatny uśmiech, lekko melancholijny i tajemniczy. Rozświetlone blaskiem oczy, patrzące na lepszą przyszłość. Jej pierwszy obraz, który nie przedstawiałby bólu, cierpienia, krytyki. Teraz jednak nie miała do tego serca, nie potrafiła wykonać pierwszego pociągnięcia pędzlem. Wraz z problemem Ginny przypomniała sobie o własnych i jej plecy zaciążyły pod wielkim ciężarem.
Warknęła i odłożyła pędzel zanurzony w żółtym odcieniu farby. Wycisnęła na palec nieco granatowego odcienia i rozsmarowała go na płótnie. To samo zrobiła z czarnym, potem z brązem i wszystkimi innymi ciemnymi odcieniami, jakie znalazła w szufladzie. Jej dłonie w koncu były całe brudne, ale to nie przeszkodziło jej, by dokończyć obraz. Chwyciła tubkę z czerwonym barwnikiem i wycisnęła nieco na sam środek, rozcierając krwisty kolor.
