Cześć!
Jakoś tak się złożyło, że ostatnio dostałam weny do pisania - zarówno mojej pracy dyplomowej (którą na szczęście już prawie skończyłam), jak i fanfików. :)
Jak zapowiedziałam na końcu poprzedniej opowiastki, tym razem skupiłam się na relacji Gai i najmłodszego z Planetarian – Ma-Tiego. Muszę przyznać, że ich więź, widoczna już od pierwszego odcinka, momentalnie podbiła moje serce. Sprawiło to jednak, że znalezienie słów, które byłyby w stanie oddać łączące ich miłość, czułość i zaufanie, nie było proste. Z drugiej strony, nie chciałam też przesłodzić całości... więc wmieszałam do sprawy Kapitana. :D
Akcja tej historyjki osadzona jest bezpośrednio po "Wielkiej tajemnicy" (oryg. "The Big Clam-Up").
Miłego czytania!
VerMa
Otuliwszy Kwamego kocem najdokładniej jak mogła, Gaja skierowała kroki ku chatce Ma-Tiego. Robiła tak już od czasu dość długiego, by stało się to jej zwyczajem. Czuwała bowiem nad Planetarianami nie tylko za dnia, kiedy albo ratowali Ziemię, albo napełniali Wyspę Nadziei śmiechem i gwarem, ale i w nocy, zwłaszcza jeśli któreś z nich chorowało. Dziś jednak, na szczęście, nic nie mąciło snu czworga jej starszych dzieci, mimo że zaledwie kilka godzin wcześniej Skumm próbował ich zmusić do zjedzenia skażonych owoców morza. Jedynym efektem ubocznym tamtego zdarzenia było to, że żadne z nich nie było w stanie przełknąć kolacji.
Na myśl, że przez tysiące lat nie chciała mieć do czynienia z ludźmi, uśmiechnęła się i potrząsnęła głową. Nie do wiary, jak szybko te dzieci wywróciły jej życie do góry nogami. Dawniej wystarczało jej towarzystwo Kapitana Planety i zwierząt, zamieszkujących Wyspę Nadziei. Teraz zaś czuła się samotna, kiedy Planetarianie lecieli powstrzymywać kolejne eko-katastrofy.
Już miała zajrzeć przez okno do sypialni Ma-Tiego, żeby sprawdzić, czy chłopiec jak zwykle nie skopał koca, gdy poczuła ostry, pulsujący ból w skroni. No, tak. Znów jakiś eko-problem. Ciekawe, co tym razem. Wybuch elektrowni atomowej? Pożar lasu? Zerwana tama?
x
Ujrzawszy w swoich kryształach przedziurawiony tankowiec, z którego obficie wypływała ropa naftowa, Gaja ze smutkiem potrząsnęła głową. Czy ludzie naprawdę nie potrafili pojąć, co znaczą środki ostrożności?
– Zbudź się, o Kapitanie, mój Kapitanie – powiedziała, wyciągając rękę w kierunku podłogi, pod którą znajdował się kryształ, w którym stacjonował Kapitan Planeta.
– Wzywałaś mnie? – spytał on chwilę później, materializując się obok niej.
– Owszem. Spójrz – odrzekła ona, pokazując mu przeciekający statek.
– Eko-zbiry czy wypadek?
– Raczej wypadek. Dzieci pewnie mogłyby sobie z tym poradzić, ale nie mam serca ich budzić w środku nocy.
– Nie jesteś przypadkiem trochę nadopiekuńcza? – Kapitan wyglądał na rozbawionego. – Dobrze już, dobrze, załatwię to; niech sobie śpią – dodał, zauważywszy dezaprobatę w oczach swojej towarzyszki.
– Dziękuję ci. Jesteś niezawodny – tym razem Gaja uśmiechnęła się.
– Taką mam pracę – zauważył pogodnie Kapitan. – A propos, muszę lecieć; mam jeszcze dużo do zrobienia.
– A zatem ruszaj, Planeto.
Kapitan zasalutował i ze świstem powietrza odleciał w stronę pełnego morza. Po chwili Gaja usłyszała chrzęst piasku pod dwiema bosymi stopami i przestraszony, na wpół dziecięcy głos, wołający jej imię.
– Co się stało, Ma-Ti? – spytała, przytulając swojego beniaminka, który wbiegł w jej otwarte ramiona. – Czemu nie śpisz?
– Nie mogę zasnąć. Boję się, że Skumm nas tu znajdzie i otruje...
Gaja lekko westchnęła, po czym usiadła na ławeczce, którą Wheeler niedawno zmontował dla Linki, i gestem zaprosiła Ma-Tiego, żeby do niej dołączył. Nie była szczególnie zdziwiona, gdy zamiast usiąść obok niej, wpakował się jej na kolana i objął ją wpół; i szczerze mówiąc, nie miała nic przeciwko temu. Kochała swoich Planetarian nad życie i wiedziała, że oni odpłacają jej tym samym, ale to Ma-Ti był jej pieszczoszkiem i ulubieńcem. Jako najmłodszy z całej piątki, przytulał się do niej, kiedy tylko chciał, i w przeciwieństwie do pozostałych, nie bał się, że w ten sposób się ośmieszy. Czasem tylko żałowała, że jej starsze dzieci zdobywały się na podobną poufałość wobec niej wyłącznie w kontakcie sam na sam.
Przez dłuższą chwilę słychać było jedynie szum fal, bijących o brzegi wyspy.
– Nie musisz bać się Skumma – powiedziała w końcu Gaja, ocierając łzę, płynącą po policzku chłopca. – Przynajmniej dopóki jesteś na Wyspie Nadziei. Nie zapominaj, że żywiołem Skumma jest miasto, i to zanieczyszczone, więc nie zniósłby dłuższego kontaktu z tutejszym mikroklimatem. Poza tym, gdyby rzeczywiście się tu zjawił, Kapitan Planeta i ja nie dalibyśmy mu was nawet DOTKNĄĆ, a co dopiero otruć.
– Naprawdę?
– Naprawdę. Dopóki choć jedno z nas żyje, jesteście bezpieczni.
Ton jej głosu wyraźnie uspokoił Ma-Tiego, który rozluźnił się i ufnie oparł głowę o jej ramię.
– Ale, Gaju – odezwał się po dłuższej chwili – przecież wy oboje jesteście nieśmiertelni...
Gaja z łagodnym uśmiechem odczepiła go od siebie.
– Jeśli masz na myśli, że nie umrzemy śmiercią naturalną, to tak. Ale może dokończymy tę rozmowę jutro? Jest późno, powinieneś już spać.
– Jeszcze nie – chłopiec mocno chwycił jej dłoń i ziewnął. – Opowiesz mi bajkę?
– Nie jesteś na to trochę za duży?
– Proooszę...
– No dobrze; ale potem od razu wracasz do łóżka, zgoda?
– Mhm – wymamrotał Ma-Ti, wtulając nos w szatę Gai.
– A zatem: dawno temu, daleko stąd, żył sobie mały chłopiec...
Mniej więcej w połowie opowieści Ma-Ti odpłynął w świat snu. Zauważywszy to, Gaja nachyliła się i pocałowała czubek jego głowy. Zaiste, łączyła ich wyjątkowa więź. Już pierwszego dnia, zanim jeszcze zrezygnowała z trzymania swoich uczniów na dystans i pozwoliła samej sobie ich pokochać, patrzył na nią z taką ufnością, że bariera majestatu, którą Wheeler wcześniej naruszył bezceremonialnym żądaniem wyjaśnień, zupełnie padła. Zresztą świadomość, że Ma-Ti został tragicznie osierocony jako zaledwie sześcioletni brzdąc i w związku z tym spragniony był ciepła i czułości, sprawiała, że mimowolnie obchodziła się z nim łagodniej niż z pozostałymi Planetarianami.
Tylko dlaczego wszyscy ludzie nie mogli mieć takich dobrych serc, jak to dziecko...? Ach, tak. Wszystko przez Zarma. Na wspomnienie jego spotkania z Planetarianami przeszedł ją dreszcz. Strach pomyśleć, co by było, gdyby Ma-Ti również uwierzył w jego fałszywą życzliwość. Jak na ironię, była jednak Zarmowi trochę wdzięczna. Gdyby nie tamten incydent sprzed wielu tysięcy lat, pewnie nigdy nie spotkałaby "swoich" dzieci; a gdyby nie próbował ich przeciągnąć na swoją stronę, na pewno nie zorientowałaby się, jak bardzo jej na nich zależy, i nie nawiązałaby z nimi tak bliskich relacji...
Wtem zdała sobie sprawę, że Ma-Ti lekko dygoce z zimna. Należało go czym prędzej położyć do łóżka. Sytuacja stała się jednak nieco kłopotliwa. Ilekroć bowiem Gaja próbowała uwolnić się z uchwytu chłopca, on tylko mocniej ściskał jej dłoń. W tym układzie nie było mowy, żeby mogła wziąć go na ręce i wstać, nie wspominając już o zaniesieniu go do łóżka. Owszem, teoretycznie mogłaby po prostu użyć swoich mocy do odesłania go, ale nie chciała tego robić. Gdyby się obudził i zobaczył, że jest sam, przeraziłby się i znów przybiegłby do niej. Pozostawało jej tylko wolną ręką tulić go do siebie, żeby nie przemarzł, i w myślach układać kolejne projekty przetransportowania go w jakiekolwiek osłonięte od wiatru miejsce. Niestety, każdy miał jeden słaby punkt: Ma-Ti ani myślał puścić jej ręki.
Wreszcie Gaja wpadła na genialny pomysł. Zamknęła oczy i skoncentrowała się.
– Kapitanie, mój Kapitanie, zgłoś się – powiedziała cicho.
"Na rozkaz, Gaju" – usłyszała po chwili w szumie wody.
– Kiedy skończysz, będę potrzebowała twojej pomocy jeszcze w jednej sprawie – odszepnęła, lekko rozcierając ramię swojego pupilka.
"A co się stało?" – zaniepokoił się Kapitan.
– Tym razem nic strasznego. Wszystko zrozumiesz, gdy wrócisz na wyspę.
"Dobrze, niedługo będę. Bez odbioru!"
Gaja uśmiechnęła się. Kapitan Planeta zawsze potrafił poprawić jej nastrój, pomimo że – a może właśnie PONIEWAŻ – rzadko kiedy był całkowicie poważny i dojrzały.
x
Ujrzawszy Gaję, unieruchomioną przez Ma-Tiego, Kapitan Planeta omal nie parsknął śmiechem.
– Więc TO jest ta sprawa, w której mam ci pomóc? – spytał, gdy w końcu zdołał się opanować, i posłał jej rozbawione spojrzenie. – Potężny duch Ziemi nie jest w stanie podnieść trzynastoletniego dziecka?
– Spróbuj sam – w głosie Gai zabrzmiała nutka kpiny.
Kapitan wsunął ręce pod kolana i plecy chłopca, ale po chwili odkrył, że nie jest w stanie odciągnąć go od Gai.
– Mocno cię trzyma – stwierdził zaskoczony.
– Mówiłam ci, że potrzebuję pomocy – usłyszał w odpowiedzi.
– Ale co twoim zdaniem mam zrobić? Przecież nie mogę oderwać go od ciebie siłą, bo jeszcze zrobię mu krzywdę.
– Jest jeszcze inny sposób. Musisz przenieść nas oboje na jego łóżko; ja zajmę się resztą.
– Co tylko każesz, Gaju – odparł Kapitan, podnosząc ją jak piórko.
Już miał się wzbić w powietrze, gdy Gaja lekko trąciła go łokciem w pierś.
– Żadnego latania – powiedziała stanowczo. – Nie chcę, żeby przemarzł na kość.
– Dobrze... mamo – odrzekł Kapitan i potulnie (może nawet zbyt potulnie!) pomaszerował w kierunku chatki Ma-Tiego. – Ale zdajesz sobie sprawę, że Wheeler umarłby ze śmiechu, gdyby nas teraz zobaczył? – dodał po chwili z łobuzerskim uśmiechem.
Gaja przez moment wyglądała, jakby miała się udusić z tłumionego śmiechu. Kapitan wiedział jednak, że w jej wypadku nie trzeba się tego obawiać; ostatecznie bowiem, mimo zdolności przyjęcia formy materialnej, była duchem, co pociągało za sobą nieśmiertelność.
– Jesteś niezastąpiony, Kapitanie – oznajmiła, gdy wreszcie się uspokoiła.
– Dzięki. To dla ciebie coś nowego? – odparował on żartobliwym tonem. – Dobra, koniec przejażdżki; jesteśmy na miejscu – dodał, wchodząc do chatki i sadzając Gaję na łóżku Ma-Tiego.
Gaja okryła chłopca kocem, ostrożnie podłożyła mu poduszkę pod głowę i zniknęła, by po chwili zmaterializować się u boku Kapitana Planety.
– Sprytne – stwierdził on z podziwem.
– Dziękuję – odrzekła ona – ale bez ciebie by mi się nie udało. Nie sądziłam, że dzieci w jego wieku mogą mieć tyle siły.
– Ja też nie – przyznał Kapitan. – Zastanawiam się, czego jeszcze nie wiemy o nim i o pozostałych.
Wtem Ma-Ti skulił się, objął poduszkę ramionami i wtulił w nią nos, mamrocząc coś niezrozumiałego. Gaja podeszła do niego bezszelestnie i poprawiła koc.
– Czy nie powinniśmy wyjść, zanim się obudzi? – spytał Kapitan Planeta.
Gaja nie odpowiedziała; usiadła przy Ma-Tim i położyła dłoń na jego głowie. Gdy wokół nich pojawiła się złocista poświata, Kapitan zorientował się, że użyła mocy serca. Po pewnym czasie chłopiec uspokoił się.
– TERAZ możemy iść – oznajmiła Gaja, ponownie pojawiając się u boku Kapitana.
x
– Zauważyłaś, że traktujesz te dzieciaki jak własne? – spytał Kapitan, gdy ponownie znaleźli się w Kryształowej Komnacie.
Gaja bez słowa skinęła głową.
– Ale zdajesz sobie sprawę, że to nie będzie trwało wiecznie, prawda? – drążył Kapitan.
– Tak. Ale ty też nie przekonasz mnie, że są ci obojętni.
– Racja; kłamałbym, gdybym tak twierdził.
Zapadło milczenie. Po dłuższej chwili przerwało je westchnienie Gai.
– Wiesz, czemu Ma-Ti tak mocno się mnie trzymał? Bał się zemsty Skumma – powiedziała cicho. – I tylko przy mnie czuł się bezpiecznie.
– A nie mówiłem? – zaśmiał się Kapitan. – Zachowujesz się, jakbyś była matką całej piątki, i to nadopiekuńczą.
– Oni wszyscy są jeszcze prawie dziećmi. Czasem zastanawiam się nawet, czy rzeczywiście dojrzeli już do swoich obowiązków – odparła w zamyśleniu Gaja.
Kapitan ujął jej dłoń i spojrzał jej prosto w oczy.
– Gaju – rzekł poważnie – wierz mi, niepotrzebnie się martwisz. Gdyby nie byli gotowi na bycie Planetarianami, pierścienie nie trafiłyby właśnie do nich; na pewno masz tego świadomość. I musiałaś zauważyć, że świetnie sobie radzą nawet bez mojej pomocy. Jeśli mam być szczery, to czasem mam nawet wrażenie, że oni ratują mnie częściej niż ja ich.
Po ostatnim zdaniu zrobił taką minę, że Gaja roześmiała się.
– Chyba masz rację; bywam nadopiekuńcza – przyznała w końcu.
– Zwłaszcza wobec Ma-Tiego – dodał Kapitan, mrugając do niej porozumiewawczo.
– Jest najmłodszy – Gaja lekko wzruszyła ramionami. – Potrzebuje matki bardziej niż pozostali.
– Jasne – Kapitan uśmiechnął się z rozbawieniem. – Zastanawiałaś się kiedyś, czy z kolei ty nie potrzebowałaś takiego właśnie pieszczoszka, żeby przestać się dąsać na ludzi? – spytał nagle, unosząc jedną brew.
Gaja wyglądała na szczerze zaskoczoną.
– Nigdy nie myślałam o tym w ten sposób – przyznała po dłuższej chwili.
– Cóż, masz jeszcze kilka godzin, zanim dzieciaki się obudzą – zauważył Kapitan, ponownie puszczając do niej oko, po czym ukłonił się jej kurtuazyjnie. – Moc należy do ciebie – dodał, zanim zniknął w krótkim błysku światła.
Następnym razem w centrum będzie Gi.
A tymczasem komentarze będą mile widziane.
Pozdrawiam,
VerMa.
PS – Oczywiście, Zarm pojawiał się mniej więcej raz na sezon (z wyjątkiem ostatniego, szóstego), ale jego drugi występ był PO odcinku, do którego odnosi się ta opowiastka.
VM
