I kolejny cios padł na jego ciało. Gdyby był w stanie, już dawno kuliłby się z bólu na ziemi. A nie mógł, bo wisiał za nadgarstki pos sufitem w stu procentach odsłonięty i narażony na kolejne ciosy oficera. W dodatku zawiązali mu oczy, by nie widział, kto go torturuje.
- Jag förlorar mitt fålamod. Vem skickade dig bit? - po raz kolejny zapytał okładający go Kanid.
- "Tracę cierpliwość. Kto cię tu przysłał?" - przetłumaczyła ponownie jakaś kobieta. Brzmiała młodo. Co robiła w takim miejscu jak to?
Rick nie odpowiedział. Nie da im satysfakcji, nawet jeśli miałoby to uchronić go przed katuszami. I nagle znów otrzymał bolesny cios w pierś, który odebrał mu oddech. To już nie pierwszy raz, kiedy ledwo nie zemdlał podczas tego przesłuchania. Mimo to, zaciskał zęby i dalej milczał.
- Han vet ingentig, sir. - powiedziała cicho tłumaczka.
- Jag förstår. - chłodno odparł Kanid.
- Dessutom är han för svag för att ens säga någonting.
Chwila ciszy ze strony oficera.
- Jag lämnar nu. Under tiden kommer du behandla sina sår. - powiedział wreszcie rozkazującym tonem, po czym opuścił pomieszczenie, w którym się znajdowali, w akompaniamencie swoich własnych kroków.
- Göt, sir… - odpowiedziała cicho tłumaczka. Tak cicho, że tylko Rick ją usłyszał. Po chwili westchnęła. Chłopak mógł przysiąc, że teraz patrzyła dokładnie na niego. - Musisz być taki uparty? Czy nie wiesz, że jeśli nic nie powiesz, to cię zabiją?
Poczuł jej dotyk na piersi i zakaszlał boleśnie. Miała rękawiczki z lateksu; takie, jakich używali lekarze. Czyżby bała się dotknąć "nie-swojego"? Skoro tak, to dlaczego była dla niego taka miła? Czy raczej - przyjaźnie nastawiona?
Po chwili poczuł jej dotyk na swoich skrępowanych nadgarstkach. Otworzyła kajdanki, a jeż padł jak kłoda na ziemię. Ledwo zdołał bez pomocy przenieść się do siadu. Ten oficer konkretnie go skatował.
W pewnym momencie poczuł ponownie dotyk Kanidki. Delikatnie gładziła jego pyszczek. Gdyby okoliczności temu sprzyjały, to by zamruczał. Potem poczuł, jak delikatna dłoń dziewczyny zmierza w kierunku jego oczu, by po chwili zdjąć mu z nich opaske. Spojrzał potem na tłumaczkę.
To nie była wilczyca…
Gina spojrzała przez lornetkę na wnętrze obozu, ignorując CC-0287 który siedział przykuty kajdankami do ławki i próbował się uwolnić. Czuł się jak w jakimś plenerowym porno.
- Możesz się przymknąć? - odezwała się w końcu jeżyca i strzeliła Kanida z liścia w pysk. Zabolało go mocniej niż powinno. Nie wiedział, czemu. Ale wolał, by to się nie powtórzyło. Położył uszy i w jednej chwili ucichł.
Dziewczyna odetchnęła. Potem wróciła do obserwacji. Wtem ujrzała jak z jednego z budynków wychodzi jakiś kanidzki oficer. Miał krew na rękawicach. Zaintrygowana, skupiła się na budynku, z którego ów oficer wyszedł. Kilka minut później opuścił go ktoś jeszcze. Jakaś… chyba łania, bo na pewno nie wilczyca… oraz Rick! Wyglądał jak po przesłuchaniu. Aż dreszcz przeszedł jej po plecach. Schowała lornetkę i odwróciła się do swojego jeńca.
- Dobra, masz szansę na odkupienie. Jak mam tam wejść, zgarnąć brata i wyjść? - zapytała, patrząc mu w oczy. Przy okazji zastanawiała się, jak ktoś taki jak on mógł być kanidzkim żołnierzem, skoro kulił się od jej lekkiego - miała nadzieję - ciosu. Za miękki był!
- Uh… - CC-0287 nie wiedział, co powiedzieć. Prawie na pewno chciał, ale albo nie wiedział, co, albo jak.
- Rozumiesz w ogóle, co mówię?
Przytaknął.
- Obóz. Jak tam wejść? - zapytała wolniej i spokojniej.
- K… Kanał re...tencyjny. - wydukał z chyba najostrzejszym akcentem jaki Gina w życiu słyszała. Język wspólny sprawiał mu wyraźnie niezwykłą trudność.
Nie-wilcza Kanidka pomogła chłopakowi położyć się na łóżku w kącie, w czymś pokroju szpitala polowego. Składane łóżka, metalowe stoliki i tym podobne rzeczy. Rick, kiedy tylko miał szansę, spojrzał na Kanidkę dokładniej. Była młodą, urodziwą łanią o długich, kruczo czarnych włosach oraz fiołkowych oczach. Jedynie bardziej "zadbany" wygląd oraz opaska sanitariusza odróżniały ją od pospolitego więźnia. No i płeć.
- Kim jesteś? - zapytała "sanitariuszka", zaczynając opatrywać rany chłopaka na piersi, pyszczku i rękach. Rick nie odpowiedział. - … Rozumiem. Nie chcesz rozmawiać z Kanidką.
W pewnym momencie łania wyciągnęła z pobliskiej szafki strzykawkę z jakimś płynem. Nim jeż zdążył jakkolwiek zaprotestować, została mu ona wbita w brzuch. Jęknął z bólu.
- Znieczulenie powinno za niedługo działać. - powiedziała cicho, bardziej do siebie niż do niego. Potem zerknęła na swojego pacjenta i odruchowo poprawiła grzywkę, która spadła jej na oczy. Na sekundę Rickowi skoczyło tętno. - Um… H...eidi. Mi na imię.
- Rick. - przedstawił się jej cicho. - Uh… Dzięki za pomoc.
- Drobiazg. - łania posłała mu delikatny uśmiech. - Taka moja praca. W ogóle… co tu robisz? Nie wyglądasz ani nie zachowujesz się jak rebeliant…
- Siostra mnie do tego namówiła…A ja głupi się zgodziłem… A ty za co tu jesteś?
- Ja… Złapali mnie, jak opatrywałam jednego z więźniów, który im uciekł. Jego wykończyli, a mnie skazali za współudział w ucieczce i działalność przewrotową… - dziewczę w jednej chwili spochmurniało i polozyło po sobie uszy. Po chwili jednak je postawiła i zmusiła się do minimalnego uśmiechu. - Ale przynajmniej tutaj pozwalają mi robić, co do mnie należy.
Nagle coś na zewnątrz eksplodowało, a oboje poderwali się do góry, na ile tylko mogli. Spojrzeli po sobie pytająco, po czym Heidi uchyliła drzwi na zewnątrz, by zobaczyć, co się dzieje.
Okazało się, że więźniowie w strefie wykopalisk trafili na coś łatwopalnego, a iskry wywołane uderzaniem narzędzi o metaliczne skały sprawiły, że pół obozu w jednej chwili stanęło w ogniu - z dołem z więźniami jako epicentrum. Kto tylko mógł, zabrał się do gaszenia. Heidi położyła ze strachu uszy i spojrzała na Ricka.
- Muszę na jakiś czas wyjść. Tylko ja zajmę się potem rannymi więźniami, bo Kanidzi są zbyt dumni. - powiedziała, a chłopak kiwnął głową na znak, że rozumie.
Po tym momencie łania wybiegła ze szpitala polowego, zaczynając nie tylko pomagać gasić pożar, ale i wyciągać z jego epicentrum wszystkich rannych więźniów. Nie patrzyła nawet, co może jej się przez to stać. Po prostu rzuciła im się na pomoc, nie zważając na własne rany.
Rick przyglądał się tej akcji przez cały czas, samemu ledwo mogąc ruszyć się z miejsca. Sam też by pomógł - gdyby w ogóle mógł wstać - ale tylko więźniom. To oni zasługują na pomoc. Kanidzi niech radzą sobie sami. A przynajmniej znaczna większość z nich.
Wtem chłopak usłyszał, jak ktoś otwiera drzwi. W jednej chwili spojrzał, kto to taki. Obawiał się, że to znowu tamten Kanid.
- O matko, Rick! - usłyszał zszowany głos swojej siostry. Odetchnął w duchu.
Gina podbiegła do brata i w jednej chwili mocno go przytuliła.
- Przepraszam, że cię w to wpakowałam! - powiedziała skruszona, niewiadoma, że zaraz złamie mu tym przytulasem żebra. Dopiero jego bolesny jęk sprawił, że rozluźniła chwyt. - Wybacz… Co ci się stało?
- Ugh… Próba przesłuchania. A tam co?
- Trafili na jakieś surowe kryształy i pół obozu idzie teraz z dymem. Czyli w sumie taki, jaki mieliśmy cel. A teraz chodź, spadajmy stąd.
- Chwila! - Rick cofnął się, nie dając siostrze sobie pomóc.
- Co?
- A co z resztą więźniów? Nie możemy ich tak zostawić.
- Nie mamy tyle miejsca na statku.
- Nawet dla jednej osoby?
Gina zastanowiła się.
- W suuumie mamy jeden pokój. A co?
- Powiedzmy, że… - tutaj chłopak delikatnie zarumienił się na policzkach. - Jest tu ktoś, którego warto akurat zabrać.
Wtem oboje usłyszeli otwieranie drzwi.
