- Jak to próbowałeś odebrać Frodowi Pierścień? - zapytał Aragorn, może odrobinę zbyt agresywnie. Boromir nie odpowiedział, tylko schował twarz za włosami i jakby skulił się w sobie. Widząc, że w tym temacie nie wyciągnie od niego nic więcej, postanowił uderzyć w inną strunę. - A co z Merrym i Pippinem?
- Zabrali ich orkowie. Próbowałem ich powstrzymać, ale było ich zbyt wielu. Poległem. Znowu. - Wyglądał jakby miał się zaraz rozpłakać, głos mu się łamał. Ponownie spuścił wzrok i szepnął - Nie podołałem zadaniu. Zdradziłem Drużynę.
Aragorn nie był pewien co ma zrobić. Z jednej strony nie mógł pozostać obojętny na taką skruchę i cierpienie, a z drugiej... zdrada to wciąż zdrada. Po krótkim namyśle zdecydował się na razie nie skreślać przyjaciela.
- Boromirze, spójrz na mnie - powiedział stanowczo, starając się ignorować speszonych towarzyszy, stojących tuż obok i niewiedzących co ze sobą zrobić. Wojownik niechętnie podniósł wzrok i Aragorn odetchnął z ulgą. W jego oczach nie było szaleństwa, które cechowało osoby opanowane przez Pierścień, aczkolwiek w jego osobie dało się wyczuć Cień. Jednak stanowczo przeważał tu smutek, niepewność i skrucha, zwłaszcza skrucha. - Czy gdybyś wrócił do tamtej chwili, ponownie chciałbyś zabrać Pierścień?
- Oczywiście, że nie! Za kogo ty mnie masz?! - wybuchnął Boromir. - Myślisz, że tego chciałem?! Że chciałem okazać się najsłabszym ogniwem? Że chciałem zaatakować bezbronnego hobbita, którego na dodatek obiecałem chronić? Stracić kontrolę nad własnym umysłem? Że chciałem... - nagle się zawachał i po chwili znowu skulił się w sobie, zdając sobie sprawę, że znowu dał się ponieść emocjom. - Przepraszam... - wyszeptał, a po jego policzku pociekła pojedyncza łza. Strażnik łaskawie udał, że jej nie zauważył.
- Przeprosiny przyjęte, synu Denethora - Aragorn uśmiechnął się. - Wybaczam ci.
- Co? - Gondorczyk spojrzał na niego ze zdziwieniem.
- Wybaczam ci - powtórzył cierpliwie. Na to Boromir pokręcił głową i spuścił wzrok.
- To niemożliwe. A nawet jeśli, to i tak nie istotne, bo ja sam sobie niewybaczę. - Uparcie wbijał wzrok w ziemię, po czym podkulił nogi i objął je ramionami. Aragorn westchnął ze znużeniem i rozważył wszelkie możliwe opcje. Skoro Boromir już się obudził, teoretycznie mógłby z nimi iść ścigać hobbitów. No właśnie, teoretycznie, bo w praktyce nastrój Boromira bynajmniej nie zachęcał do wciągania go w misję ratunkową. Zostawić go też nie mogą, bo jeszcze coś głupiego strzeliłoby mu do głowy. Jedyną opcją pozostawało wyciągnięcie go z dołka i natychmiastowy pościg za Uruk-Hai.
- Boromirze, słuchaj mnie uważnie - zaczął z powagą. - Byłeś ignorantem, jeśli wierzyłeś, że Pierścień może ci przynieść jakikolwiek pożytek. Czyż nie słuchałeś na Naradzie? Wszystko za sprawą Pierścienia obraca się w zło. Nawet Gandalf obawiał się go dotknąć. Takie wyrzuty mógłbym ci robić jeszcze przez kilka godzin, ale co się stało to się nie odstanie. Frodo i Sam zmierzają do Mordoru, zresztą tam prowadziła ścieżka Powiernika Pierścienia. Jego los przestał zależeć od nas. Pozostało tylko ratować naszych towarzyszy z łap orków, nie obawiając się poświęceń. Ale aby to osiągnąć musimy wszyscy wziąć w tym udział. Proponuję więc abyś odłożył użalanie się nad sobą na później i zrobił coś, co na pewno nie wymaże tego co zrobiłeś, ale przynajmniej zrobi coś dobrego dla Drużyny. No, wstawaj!
Boromir niechętnie podniósł się. Nie dało się stwierdzić czy jest w dobrym czy w złym stanie. Może i nie był ranny i nie słaniał się na nogach, ale garbił się i wbijał wzrok w czubek własnych stóp, jakby obarczony jakimś wielkim ciężarem. Ciekawe jakim...
Ano takim, że próbował odebrać Frodowi Pierścień! odpowiedział sam sobie Aragorn. Lepiej nie rozgrzebywać tego zbytnio i nie doszukiwać we wszystkim drugiego dna, przynajmniej na razie. Ale na chwilę obecną jego umysł zaprzątnął instynkt uzdrowiciela, odsuwając instynkt przywódcy na dalszy plan.
- Jak się czujesz? - zapytał z troską. Kątem oka zerknął na Legolasa i Gimliego i zauważył, że ta dwójka wymienia między sobą porozumiewawcze spojrzenie, ale postanowił to zignorować. Zrobił krok w stronę Gondorczyka i zgiął jego rękę w łokciu. - Czy boli jak tak robię?
Boromir spojrzał na niego ze zdziwieniem i powoli pokręcił głową.
- A tak? - Powoli poruszał jego nadgarstkiem.
- Nic mi nie jest - odparł zapobiegawczo Boromir. Wszyscy w Drużynie wiedzieli jak Aragorn może się nakręcić w swojej roli uzdrowiciela. Każdy z piechurów co najmniej dwa razy był poddawany oględzinom, mającym na celu stwierdzić czy coś im jednak nie jest. Nawet gdy było to tylko trochę mocniejsze zadrapanie to i tak trzeba było się zapierać rękami i nogami żeby nie zostać dokładnie przebadanym z lekiem na gorączkę na dodatek.
- Na pewno? - dopytywał Aragorn, przykładając dłoń do jego czoła aby sprawdzić temperaturę. - Nic a nic?
Boromir pokiwał głową.
- Jakim cudem, na Mahala? - nie wytrzymał w końcu Gimli. - Cały żeś tam leżał zakrwawiony, z rozłupanym rogiem, ale ran ani śladu! Jak?
- Nie mam pojęcia - odparł zgodnie z prawdą Boromir. - Ostatnie co pamiętam to to, że leżałem tam w lesie, pokonany. Potem obudziłem się tutaj.
- Ale jak... - zaczął Gimli, ale uciszył go gest Aragorna.
- Czujesz się na siłach? Możesz biec?
- Chyba tak...
- Dobrze. Zostawcie tu wszystko prócz rzeczy najniezbędniejszych - zwrócił się do wszystkich. - Trzeba będzie pospieszać dniem i nocą.
Wciągnęli ostatnią łódź na brzeg i zanieśli ją między drzewa. Złożyli pod nią sprzęt, ktorego nie mogli udźwignąć i bez ktorego można się było obejść. Potem ruszyli z Parth Galen. Zmierzch już zapadał, kiedy znaleźli się z powrotem na polanie gdzie wcześnej leżał nieprzytomny Boromir. Stąd mieli iść tropem orkow, łatwym zresztą do wyśledzenia.
- Żadne inne plemię tak nie tratuje ziemi - zauważył Legolas. - Orkowie jak gdyby znajdowali rozkosz w deptaniu i tępieniu żywej roślinności, choćby im nie zagradzała drogi.
- Mimo to maszerują bardzo szybko - wtrącił Boromir - i są niezmordowani. Może też będziemy poźniej szukać ścieżek przez nagie, trudne tereny.
- A więc spieszmy za nimi! - powiedział Gimli. - Krasnoludy także umieją żwawo maszerować i nie są mniej niż orkowie wytrwali. Ale nieprędko ich dogonimy, wyprzedzili nas znacznie.
- Tak - odparł Aragorn. - Wszyscy musimy zdobyć się na wytrwałość krasnoludow. W drogę! Z nadzieją czy też bez nadziei, pojdziemy tropem nieprzyjaciela. I biada mu, jeśli okażemy się od niego szybsi! Ten pościg zasłynie wśrod trzech plemion: elfow, krasnoludow i ludzi. W drogę, łowcy!
I rączo jak jeleń skoczył naprzod. Biegli wśrod drzew. Aragorn od czasu do czasu zerkał na Boromira i widział, że ten jest jakiś dziwny, myślami wędrujący daleko od nich. Wkrotce zostawili las nad jeziorem daleko za sobą i wspięli się długim ramieniem zbocza na ciemny, ostro odcinający się od tła nieba grzbiet gorski, purpurowy już w blasku zachodu. Zapadł zmrok. Cztery szare cienie wsiąkły w kamienny krajobraz.
