Pisanie fanfiction jest jak wolontariat - jedyną nagrodą jest satysfakcja z wykonanej pracy.
Część I
The Scent
Rozdział 3.
The Mad One
W pradawnym zamku, w największym gabinecie, za potężnym, dębowym biurkiem siedział czarodziej w prostej, śliwkowej szacie. Jego siwe, długie włosy spływały falami na przygarbione ramiona. Twarz do połowy zasłaniała gęsta, biała broda, sięgająca prawie pasa. Jedynie po błękitnych oczach, spoglądających co chwila na drzwi zza okularów-połówek, można było poznać, że na kogoś czekał.
Czuł się stary, bardzo stary. Dźwigał na karku doświadczenia stu i trzynastu lat, ale miał wrażenie, jakby zebrało się ich o wiele więcej. Czarodzieje mogli żyć bardzo długo, o ile mieli dostatecznie dużo rozsądku w czasie eksperymentów i szczęścia podczas wojen. Przypominając sobie, jak w młodości ganiał za sposobami na osiągnięcie nieśmiertelności, zasmucał się nad własną arogancją. W tak podeszłym wieku nie myślał już o przedłużaniu życia - było mu obojętne, czy umrze za rok czy pięćdziesiąt lat. Byleby dokończyć powierzoną mu misję.
Właśnie ze względu na nią siedział teraz w tym gabinecie, w komnatach dyrektora Hogwartu. Zaledwie wczoraj otrzymał list od najważniejszej osoby tego dziesięciolecia. Zdziwił się, gdy przeczytał imię nadawcy i zorientował się, że to nie jego sowa. Harry zawsze polegał na swojej wiernej, śnieżnej towarzyszce. Ale pismo zdecydowanie należało do chłopca, więc starzec odsunął podejrzenia na bok. Napisał, że muszą się pilnie spotkać w ważnej sprawie. Oraz, że koniecznie musi się to być w Hogwarcie. Gdyby ktoś zastawiał pułapkę, wybrałby inne miejsce, mniej strzeżone. Czarodziej zadumał się nad tą dziwną wiadomością. Bardzo niespodziewaną. Nie pozostało mu nic innego, jak tylko czekać na przybycie ucznia.
Dom przy Grimmauld Place 12 dało się opisać na bardzo wiele sposobów. Hermiona wybrała jeden: to miejsce przyprawia ją o ciarki. Takie było jej pierwsze i każde następne wrażenie. Gdy dotarli całą piątką pod właściwy adres, stanęli przed bardzo starym i zaniedbanym budynkiem. Już za progiem natknęli się na grubą warstwę kurzu i pajęczyn, oraz coś, co niewątpliwie stanowiło kiedyś nogę trolla, a zostało przerobione na stojak na parasole. Remus i ten okaleczony auror, którego namówił do pomocy, weszli pierwsi i sprawdzili obecne zaklęcia ochronne. Stwierdziwszy, że im nie zagrażają, pozwolili trójce młodych wejść za nimi. Przeszli przez korytarz i dziewczyna krzyknęła, widząc głowy skrzatów domowych, powieszone na klatce schodowej jak trofea.
Nagle rozsunęły się zasłony w holu i obudził się portret ludzkich rozmiarów, którego wcześniej nie zauważyli. - Stój, kto idzie?!
Ron aż podskoczył na dźwięk tak przeraźliwego krzyku. I niedobrze, bo gdy kobieta z obrazu go zobaczyła, zaczęła wrzeszczeć jeszcze gorzej. - WEASLEY?! ZDRAJCO KRWI, WYNOŚ SIĘ Z MOJEGO DOMU! NIE MA TU MIEJSCA DLA TAKICH JAK TY! STWOREK! STWOREK!
- Och, zamknij się. - auror łypnął elektronicznym okiem na portret i strzelił go jakimś zaklęciem. Zasłony zasunęły się i wytłumiły piekielny hałas. Jednak chwilę za późno, ponieważ wezwany skrzat już się pojawił z cichym pyknięciem.
- Zdrajcy krwi, szumowiny, co wyście zrobili z moją biedną panią. - mamrotał, zwracając się do nich, ale jednocześnie wcale na nich nie patrząc. - Wynoście się z domu pani, pani was tu nie chce, szumowiny, wynoście się.
- Potter, zajmij się swoim skrzatem. - warknął niecierpliwie auror.
Harry stanął naprzeciw stworzenia, które odwróciło się, żeby nie był w widoku. - Stworku, wiesz kim jestem? Jestem twoim nowym panem. - widząc, że łagodność nie skutkuje, zmienił podejście. - Stworku, masz na mnie spojrzeć i powiedzieć, kim jestem.
Skrzat zwrócił się do niego i zezował na jego bliznę, żeby patrzeć tylko jednym okiem, a drugie ocalić od konieczności spojrzenia. - Pan jest Harry Potter, brzydal, który powstrzymał Czarnego Pana. - splunął na buty chłopaka.
- Stworku, zakazuję ci obrażać mnie i moich przyjaciół. - usta skrzata nadal się poruszały, jakby chciał mamrotać obelgi, ale żaden dźwięk z nich nie wychodził.
Hermiona nie mogła znieść widoku elfa, walczącego z własnymi strunami głosowymi. - Harry, przestań! On się męczy.
Przyjaciel spojrzał na nią, wyraźnie zmęczony całą sytuacją. - Nie będzie mi urągał mój własny skrzat w moim własnym domu. - zwrócił się do Stworka. - Cofam poprzedni zakaz. Teraz rozkazuję ci zadbać o ten dom, żeby był czysty i zdatny do zamieszkania.
Skrzatowi zaświeciły oczy. - Stworek ma wyrzucić śmieci?
- Tak, Stworku, masz wyrzucić śmieci. - zbyt późno się zorientował, jak duże zostawił pole do interpretacji. Stworzenie uniosło małą rączkę i pstryknęło palcami. Chwilę później cała piątka znalazła się za drzwiami i upadła na chodnik z wysokości metra.
- Ty na pewno chcesz tu mieszkać, Harry? - niedowierzała Hermiona.
W końcu usłyszał pukanie do drzwi. Wcześniej kazał gargulcowi wpuścić Harry'ego Pottera bez podawanie hasła, ten jeden raz. Taki drobny środek ostrożności. Przynajmniej w niektórych przypadkach posąg potrafił rozpoznać oszusta.
- Proszę, Harry, wejdź. - zawołał ze swojego miejsca. - Witaj, Harry. - dodał na widok chłopca, zamykającego za sobą drzwi.
- Witaj Albusie - odezwał się gość. - Percivalu Wulfriku Brianie - wypowiadał każde słowo, stawiając kolejny, drobny krok. - Dumbledore, - zbliżał się bardzo powoli. - Naczelny Magu Wizengamotu, - mówił ostrożnie, a jednocześnie stanowczo. - Najwyższa Szycho Międzynarodowej Konfederacji Czarodziejów, - budował napięcie, czy grał na czas? - Pogromco Czarnoksiężnika Grindelwalda, - na pewno udało mu się zasygnalizować, że nie jest to zwykłe spotkanie. - kawalerze Orderu Merlina pierwszej klasy, odkrywco Dwunastu Zastosowań Smoczej Krwi, - chłopak dotarł do wielkiego, dębowego biurka. - dyrektorze Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart - zajął miejsce na krześle naprzeciw starca. - i mój prawny opiekunie.
- Tak naprawdę połowa zastosowań smoczej krwi była już znana. Ja tylko usystematyzowałem wiedzę i dodałem coś od siebie. - odpowiedział czarodziej, uśmiechając się łagodnie. Skoro Harry zachowywał się dziwnie, on też pozwolił sobie na odrobinę zabawy. Nie, żeby zwykle jej sobie odmawiał.
- Dlaczego nigdy mi pan nie powiedział?
- Och, jeśli tak bardzo interesuje cię smocza krew, mogłeś zapytać. - całkiem nieźle się bawił, ale obawiał się, że wie, dokąd to prowadzi.
- Pytam o opiekę nade mną. - twarz chłopaka stężała. "Ach, więc to problemy z opanowaniem gniewu."
- Ta sama odpowiedź. Nigdy nie pytałeś. - oraz fakt, że chociaż spodziewał się tej rozmowy od lat, nadal nie był na nią gotowy.
- A skąd miałem wiedzieć, że mam pytać?! - warknął młodzieniec. - W życiu nie przyszłoby mi przez głowę, że w oczach Ministerstwa moim ojcem jest najpotężniejszy czarodziej świata!
- Nie mnie należy się ten tytuł. - mówił zarówno o potędze, jak i ojcostwie.
- Czemu akurat pan?
- A komu innemu Ministerstwo zawierzyłoby los Chłopca-Który-Przeżył, Pogromcy Voldemorta, ostatniego członka rodu Potterów, chłopca, po którym się spodziewali, że zostanie drugim Merlinem? - twarz dyrektora wyraźnie sposępniała, gdy wymieniał wszystkie tytuły obciążające Harry'ego. - Wiem, po co tu przyszedłeś i o co chcesz zapytać. 'Czemu Dursleyowie?'
Aportował się w parku w Little Whinging z dala od oczu ciekawskich mugoli. Gdyby ktokolwiek go zobaczył, uznałby, że wychodzi spomiędzy drzew i rusza wzdłuż ulicy. Jego celem było Privet Drive. A dokładniej dom pod numerem cztery.
Mając na uwadze słowa Harry'ego, uznał, że nie warto nawet próbować rozmawiać z tą rodziną. Zresztą, nie było to konieczne. Mógł zabrać to, po co przyszedł, a potem zmodyfikować im pamięć. Miał w kieszeni płaszcza przygotowane fiolki na dowody. Oby tylko te dowody nie okazały potrzebne. Nie podobało mu się robienie wrogów z przyjaciół. Ale przezorny zawsze ubezpieczony.
Gdy dotarł pod właściwy adres, podszedł do drzwi i, całkowicie ignorując zarówno dzwonek jak i ogólnie przyjęte zasady dobrego wychowania, wszedł do środka. Nie, żeby miał z tego powodu wyrzuty sumienia. Ci ludzie by go nie wpuścili z własnej woli. Przechodzący właśnie gruby chłopak uciekł na widok wyciągniętej różdżki. "Och, czyli mają o nas jakieś pojęcie. I to niezbyt pozytywne." Przeszedł korytarzem, zajrzał do salonu, który okazał się pusty, i trafił do kuchni, w której pewien bardzo obszerny jegomość pochłaniał zawartość jakiegoś bardzo pojemnego naczynia.
- Dzień dobry. - powiedział zbytecznie. Nie potrafił się wyzbyć wszelkich manier tylko dlatego, że jego gospodarz był kompletnym chamem.
Świńskie oczka Vernona Dursleya zwęziły się na widok czarodzieja, także o mało co a by znikły. - Wynoś się! - warknął, marszcząc nos. - Nie ma tu miejsca dla takich jak ty! Nie chcę nigdy więcej widzieć na oczy ludzi twojego pokroju, zwłaszcza tego przeklętego chłopaka!
"O, to ułatwia sprawę." pomyślał Lupin, po czym odpowiedział. - Drętwota.
- Czemu Dursleyowie? To panu Ministerstwo powierzyło opiekę nade mną, nie im.
- Ktoś tak stary i złamany jak ja nigdy nie umiałby zapewnić dziecku ciepła i miłości rodziny. - odparł Dumbledore, spuszczając głowę.
- Na pewno nie mógłby pan być gorszy od nich - wycedził chłopak przez zaciśnięte zęby.
Albus milczał. Absolutnie nie wiedział, jak powinien się zachować w tej sytuacji. Chłopak miał prawo się gniewać - o ile Dumbledore wiedział, rodzina Dursleyów naprawdę nie znosiła młodego Pottera.
- Jak mógł mnie pan z nimi zostawić? - zapytał Harry.
- Proszę cię Harry, zrozum. - miał wielką chęć odwrócenia wzroku, ale nie mógł sobie pozwolić na unikanie spojrzenia ucznia. - Ja chciałem tylko, żebyś mógł mieć normalne dzieciństwo, z dala od całej tej manii na punkcie twojej blizny, która owładnęła światem czarodziejów. Przyznaję, że to mi się nie udało.
- Nie ma pan pojęcia przez jakie męki musiałem przejść z tymi... tymi ludźmi. - ostatnie słowo ociekało tak wielką nienawiścią, że starzec aż zadrżał. - Nie mógł pan wybrać gorszej rodziny. - Twarz Harry'ego nabrała nie tylko szkarłatnej barwy gniewu, ale też pewnej dzikości. Jego źrenice zaczęły się zwężać, a policzki zapadać. I rosły mu kły? To trwało zaledwie ułamek sekundy, także dyrektor byłby tego nie zauważył, gdyby mrugnął w niewłaściwym czasie. Jednak nie wydawało mu się - coś musiało się stać, bo tuż potem Harry wyjął z kieszeni fiolkę, której zawartość Alus rozpoznał jako eliksir uspokajający. Chłopak wypił płyn jednym duszkiem i kontynuował rozmowę, jakby nigdy nic. To zachowanie intrygowało Dumbledore'a, ale postanowił poruszyć ten temat innym razem (może Harry będzie bardziej skłonny do wyjaśnienia tego szczegółu, gdy przestaną się kłócić o jego rodzinę).
- Każda rodzina czarodziejów byłaby bardziej niż szczęśliwa, że może mnie przyjąć. A zdecydowana większość mugoli sprawiłaby się lepiej niż Dursleyowie.
- Żadna inna rodzina nie byłaby naprawdę twoją.
- Oni też nie są. - przybrał grobowy ton. Przynajmniej się opanował.
- Są. Nie akceptują tego, ale są twoją rodziną w kwestii, która najbardziej się liczy. - jak to wytłumaczyć, żeby Harry zrozumiał? Chyba nadszedł czas, żeby poznał prawdę. A przynajmniej część. - Czy pamiętasz, dlaczego przeżyłeś zaklęcie uśmiercające?
- Oczywiście. - odparł Harry. - Moi rodzice oddali za mnie życie.
- Tak Harry. Ale wtedy wielu rodziców oddawało życie za dzieci. Dlaczego ty przeżyłeś, a inni nie?
- Dlaczego?
- Podpowiem, że chodzi o twoją matkę.
Harry oparł się o biurko, przeczesał ręką włosy i tam ją zostawił. Zamknął oczy. Mięśnie jego twarzy drgały sporadycznie, gdy próbował przywołać wspomnienie z kołyski, obudzone w nim przez dementorów.
- Ona miała wybór. - szepnął. Opuścił rękę na blat.
- Tak! - oczy dyrektora zaświeciły. - Właśnie tak. Wolna wola, bardzo potężna siła, konieczna do używania magii. To przywilej, który został odebrany innym.
- Więc... to nie miłość mnie ocaliła, - spytał niepewnie. - tylko jakiś pokręcony magiczny kontrakt?
- Nie kontrakt, Harry, lecz ofiara. - poprawił go. - Ofiara z życia, magia krwi. To najstarsza dziedzina magii, dawno zapomniana przez ludzkość. Na szczęście nikt już nie składa ludzi w ofierze. - uznał, że czas zostawić ten temat. - A odpowiadając na twoje pytanie, myślisz, że Lily dobrowolnie oddałaby własne życie za kogoś, kogo nie kochała? - Chłopak pokręcił głową. - I to, drogi chłopcze, jest powód, dla którego musiałeś dorastać wśród Dursleyów. Krew. Ona was łączy i gwarantuje ochronę, wynikającą z tej ofiary. Ochronę, bez której zwolennicy Voldemorta już dawno by go pomścili.
Harry myślał. Nie należało to do jego ulubionych zajęć. Ale gdy musiał, nie miał z tym większych problemów. A przynajmniej w tym konkretnym przypadku poszło mu to dobrze.
- Albo Voldemort sam by po mnie przyszedł. - wyprostował się. - Ale kiedy spotkałem go, żyjącego w ciele Quirrella, nie było przy mnie krewnych. A mimo to go pokonałem, dzięki ofierze mojej matki. Poza tym, - dodał zgryźliwie. - Czy największy czarodziej na świecie nie mógł wymyślić ochrony, która nie wywołuje trwałej szkody psychicznej?
- Nie uważam, żebyś był uszkodzony, Harry. - odpowiedział szczerze. - Bynajmniej, jesteś bardzo silnym, zdrowym, dojrzałym młodym człowiekiem. Jesteś lepszym człowiekiem niż ja kiedykolwiek mógłbym cię uczynić.
- Nie jest to bynajmniej zasługa rodziny, w której mnie umieściłeś.
- Nie. - czuł się jak oskarżony, przyznający się do winy przed sądem. - Jest to twoja własna zasługa, bo musiałeś radzić sobie sam.
Harry milczał przez dłuższy czas. To zrozumiałe, że nie mógł wybaczyć tak poważnego zaniedbania od ręki. Albus miał jedynie nadzieję, że ostatecznie to zrobi i nie będzie obciążony żalem do starego dyrektora.
Chłopak odchylił się w krześle i w końcu się odezwał. - Nie po to tu przyszedłem.
Spotkali się ponownie w domu na Grimmauld Place. Harry upewnił się, że Stworek nie wejdzie im więcej w drogę. Zebrali do kuchni, służącej im tymczasowo za bazę wypadową.
- Czy wszystko jest gotowe? - zapytał.
- Nie wierzę, że to mówię, - odparła Hermiona, kładąc na stole zwinięty pergamin. - Ale pozew jest gotowy. Zgodny z aktualnymi zapisami prawa.
- Formularz adopcyjny też. - dodał Ron, dokładając o wiele mniejszy dokument, uzyskany w Ministerstwie.
Remus bez słowa postawił na blacie trzy niewielkie fiolki. W nich połyskiwała mglista, srebrzysta ciecz. Na każdej z nich widniała etykieta z innym imieniem. Harry uniósł brew. - Tylko po jednym?
Stary wilk wstrząsnął głową. - Nie miałem serca na więcej.
- Tyle powinno wystarczyć. - wtrąciła Hermiona. - O ile w ogóle będą potrzebne. Dumbledore...
Alastor Moody, auror załatwiony przez Lupina, przerwał jej zirytowanym tonem. - Dumbledore jest uparty i wydaje mu się, że pozjadał wszystkie rozumy. I będzie próbował 'chronić' ludzi nawet wbrew ich woli. - Harry wyłapał szybką wymianę spojrzeń między Szalonookim a byłym profesorem. - Zapasowych planów nigdy dość. Gdybym to ja decydował, nie zatrzymalibyśmy się na literze C. - zmierzył Harry'ego elektronicznym okiem.
Chłopak zabezpieczył przedmioty zebrane ze stołu i włożył do uprzednio przygotowanej saszetki, większej w środku. Zachwycał się przez moment, jak dziwne rzeczy można osiągnąć za pomocą magii. "Chyba nigdy się nie przyzwyczaję. Ciekawe, czy dałoby się zaczarować tak kieszenie?" Potem schował pakunek do kurtki.
- Gotowy? - zwrócił się do aurora.
Moody bez słowa ruszył do wyjścia.
- Nie? - zdziwił się czarodziej. - Myślałem, że właśnie o to chodziło. Dowiedziałem się, że nie wróciłeś w tym roku do wujostwa. Podejrzewam, że jesteś niezadowolony ze swoich opiekunów, dowiedziałeś się, że to ja jestem odpowiedzialny za twoją sytuację, i przyszedłeś, żeby ją zmienić.
- Hmmm, w pewnym sensie. - chłopak włożył ręce do kieszeni.
- A jak ty byś to opisał, Harry?
Harry obdarzył dyrektora kalkulującym spojrzeniem, jakby szukał właściwych słów, żeby przekazać złą wiadomość. - Przyszedłem odebrać panu prawo do opieki nade mną.
- Odebrać mi? - spytał z rozbawieniem.
- Zdecydowanie bym wolał, żeby się pan nie opierał. - chłopak wyciągnął z kieszeni nieduży zwój pergaminu, położył na biurku i popchnął lekko, żeby się potoczył po blacie w kierunku starca. Rulon zatrzymał się w połowie drogi. Dumbledore przyjrzał mu się z daleka, rozpoznając jakoś dokumentu sporządzonego przez Ministerstwo. Przeniósł wzrok na młodzieńca, spoglądając pytająco ponad okularami-połówkami. - Proszę spojrzeć, to nic groźnego. - zapewnił Harry.
Albus wyjął różdżkę z kieszeni szaty i przyzwał pergamin do siebie. Zdjął z niego czarną wstążkę, którą był związany, i rozwinął dokument. Jego oczom ukazał się oficjalny, ułożony według prawnych standardów formularz adopcyjny, podpisany przez dziecko, osobę przejmującą opiekę oraz uprawnionego urzędnika z Ministerstwa. Brakowało jedynie podpisu obecnego opiekuna. Uwagę dyrektora przykuło nazwisko jego następcy.
- Remus? - zdziwił się starzec. Lupin traktował swoją przypadłość bardzo poważnie. Nigdy by się nie zgodził przyjąć odpowiedzialności za dziecko. - Udało ci się go namówić?
- Trochę mi to zajęło. - przyznał chłopak. - Ale jeśli chcę, umiem być przekonujący.
- Nie wątpię. - wymamrotał pod nosem czarodziej. Co mogło okazać się na tyle ważne, żeby wilkołak zignorował swoją likantropię? Kolejna zagadka domagała się uwagi Dumbledore'a. Jednak wypowiedział inne pytanie. - A w jaki sposób masz zamiar mnie przekonać? Dlaczego miałbym oddać prawo do opieki nad tobą?
- No cóż, - zaczął Harry. - już znalazłem kompetentnego i chętnego kandydata. Nie znajdzie pan lepszego, a sam pan nie może się mną zajmować. Ma pan obowiązki związane ze szkołą, do której nie będę dłużej uczęszczał.
- Nie będziesz uczęszczał? - Dumbledore poczuł się skonfundowany. - Chyba nadal mam coś do powiedzenia w tej sprawie?
- Nie, nie ma pan. - odparł stanowczo. - Nie mam zamiaru dłużej nadstawiać karku, przebywając w tej szkole. Będę się uczył w domu. Prywatnie.
Dwie postaci pojawiły się na skraju błoni Hogwartu. Zaklęcia ochronne uniemożliwiały komukolwiek aportację na terenach zamku, więc resztę drogi trzeba było pokonać na piechotę. Przed mocarną bramą mężczyźni przystanęli. Ten większy, ale i bardziej okaleczony, zapytał: - Gotów?
Harry skinął głową.
- Wiesz już, jak to powiesz?
- Mniej więcej.
- I na pewno chcesz to zrobić? Za tymi drzwiami nie będzie odwrotu.
Chłopak zwrócił się w kierunku aurora, starając się przybrać jak najpoważniejszy wyraz twarzy i zignorował ziejącą dziurę w miejscu, gdzie Alastorowi brakowało kawałka nosa.
- Dla mnie już od dawna nie ma odwrotu. Jestem gotów. Chcę to zrobić. - zrobił krok i był już jedną nogą w zamku, gdy Moody chwycił go za ramię.
- Czekaj, chłopcze. - włożył mu do ręki niewielką fiolkę z jakimś mlecznoróżowym płynem. - Wypij to.
- Co to? - zdziwił się.
- Eliksir uspokajający. Nie możesz tam wejść, trzęsąc się jak osika!
Miał rację. Harry z coraz większym trudem tłumił w sobie gniew, skierowany przeciw dyrektorowi. Drżącymi rękami odkorkował fiolkę i powąchał zawartość. Lekko truskawkowa. Nie mając większej nadziei, że mu to pomoże, odchylił głowę i wlał sobie eliksir do gardła. Poczuł delikatne mrowienie, potem dreszcz przebiegający jego ciało i w końcu błogi spokój.
- Świetnie. - pochwalił auror, wręczając mu dwie kolejne fiolki. - To na potem, jakbyś potrzebował w gabinecie. Jedna zapasowa, na wszelki wypadek.
- Pan nie żartował, mówiąc, że zapasowych planów nigdy dość. - włożył je do obu kieszeni kurtki.
- Oczywiście, że nie. Z tak poważnych rzeczy się nie żartuje. A teraz jazda do środka.
- Nadstawiać karku? Czyżby coś było nie tak w Hogwarcie? - dopytywał dyrektor najuprzejmiej, jak potrafił.
- Ależ nie! No skądże, wszystko jest świetnie! - odpowiedział sarkastycznie. - No, może poza tym, że przez cały rok towarzyszyli nam dementorzy, którzy wyjątkowo rozsmakowali się we mnie. - pogładził się po podbródku, udając teatralnie, że się zastanawia. - Och, i że szkoła nie była w stanie ochronić mnie przed zbiegłym mordercą. Całe szczęście, że okazał się niewinny, bo już dawno by mnie zabił. Tyle że, och! - uderzył się w czoło, udając, że coś sobie przypomniał. - Teraz to już nie ma znaczenia, bo on już nikogo nie może skrzywdzić, ani nikomu pomóc. Dlaczego? Bo szkoła nie mogła uchronić niewinnego człowieka przed pocałunkiem dementora, ot dlaczego. - przy ostatnim zdaniu zmienił ton z teatralnego na szczerze zirytowany.
- Rozumiem, że jesteś tym wzburzony, Harry. - odparł Dumbledore. - Ale musisz zrozumieć, że to była decyzja Ministerstwa, nie nasza.
- Oczywiście. Co nie znaczy, że nie można było nic z tym zrobić. - odgryzł się chłopak. - Ale to przecież tylko zbiegły morderca, prawda? Kto by się nim przejmował? - spytał z żalem.
- Los Syriusza jest godny pożałowania, a postępowanie Ministerstwa karygodne. - stary czarodziej uznał, że jedynym sposobem na przejście przez tę rozmowę jest zachowanie absolutnego spokoju. - Ale to nie zagraża twojemu bezpieczeństwu w szkole.
- Ma pan absolutną rację. Nie zagraża. - przewrócił oczami. - Wie pan, co zagraża bezpieczeństwu w szkole? Trzydziestometrowy krwiożerczy wąż morderca, zabijający samym wzrokiem, mieszkający w podziemiach! Ale chwila... - chwycił się za podbródek i, patrząc w przestrzeń gdzieś nad ramieniem dyrektora, znowu udawał, że coś sobie przypomina. - Ten wąż nie żyje. Hurra. Cieszmy się i radujmy. Jesteśmy bezpieczni. - powiedział całkowicie płaskim tonem. - Szkoda tylko, że musiał z nim walczyć dwunastolatek, bo kadra nauczycielska nic nie zrobiła. - dodał gniewnie. - Nauczyciel obrony stchórzył i zamiast nam pomóc, obrócił się przeciw nam i sam sobie wyczyścił pamięć. Nie, żeby na cokolwiek się zdał przed tym wypadkiem - nawet z chochlikami sobie nie radził. - rozczarowanie w jego głosie było nie do przeoczenia. - Ale pan mógł coś zrobić. Pan powinien był uratować szkołę, zamiast polegać na niedoświadczonych uczniach. Ale dał się pan usunąć ze stanowiska.
Dumbledore osunął się w krześle. Jego rysy zyskały dodatkowe dziesięć lat zmęczenia. Poradzenie sobie z Harrym wydawało się coraz trudniejsze, zwłaszcza że miał solidne przesłanki stojące za słowami, które wypowiadał. Jednak dyrektor nie miał zamiaru się poddać.
- Drogi chłopcze, nie możesz mnie winić za przestrzeganie prawa. - pozwolił sobie na odrobinę ostrości w głosie, żeby przypomnieć chłopcu, z kim rozmawia. - Ani tym bardziej obciążać mnie odpowiedzialnością za ataki wywołane przez dziennik Riddle'a.
- No tak, bo nie mógł pan odnaleźć Komnaty. - odgryzł się Harry. - Chociaż udało się to uczniom drugiego roku.
- Miałeś zdecydowaną przewagę bycia wężoustym. Nikt inny nie mógł tego osiągnąć. Jedynie potomek Salazara Slytherina, dysponujący tym talentem, jakże charakterystycznym dla jego rodu.
- A nie mógł pan przełknąć własnej dumy i poprosić o pomoc?! Nawet to by było lepsze niż zostawienie mi wszystkiego na głowie! - teraz już nie tylko krzyczał, ale stanął na równe nogi, ledwo nad sobą panując.
- Najpierw mnie oskarżasz o zaniedbanie bezpieczeństwa uczniów, a potem wyrzucasz, że nie wciągnąłem cię w śledztwo? Zachowujesz się nieracjonalnie! - zadudnił Dumbledore. Przy czym odkrył, że on sam też stoi, dokładnie naprzeciw Harry'ego po drugiej stronie biurka. - Swoim zachowaniem udowadniasz, że nie jesteś gotów na podejmowanie samodzielnych decyzji.
Chłopak nie ugiął się pod surowym spojrzeniem Albusa. Dyszał wściekle, patrząc prosto w oczy starca. Czarodziej wykorzystał tę okazję, żeby zastosować odrobinę legilimencji. Jednak gdy tylko dotknął umysłu Harry'ego, cofnął się jak oparzony pod wpływem czystej nienawiści, emitowanej przez chłopca. Nienawiści, skierowanej przeciw niemu osobiście. Nie mógł się nadziwić, jak wielka była różnica między uczniem, który teraz przed nim stał, a Harrym Potterem, jakiego znał.
- Jesteś pewien, że chcesz tam wejść sam? - spytał chłopaka przed drzwiami do gabinetu Dumbledore'a.
- Tak. - odpowiedział stanowczo Harry. - To mój problem i ja muszę się z nim uporać.
- Jak sobie chcesz, chłopcze. - odparł Moody. - Jak sobie chcesz... Podaj ten twój płaszczyk.
Chłopak się zdziwił, ale wręczył mu swoją pelerynę-niewidkę. - Wie pan, że Dumbledore widzi przez tę pelerynę?
- Owszem. Ale nie widzi przez drzwi. - uśmiechnął się drapieżnie. - W przeciwieństwie do mnie.
- W takim razie po co to panu?
- Plan F. - odburknął. - Nie pozwól staruszkowi na siebie czekać. - dodał niecierpliwie.
To było już ponad godzinę temu. Ważniacy sobie gadali w gabinecie do woli, a Alastor nie miał nic lepszego do roboty, jak tylko podsłuchiwać, stojąc za drzwiami pod peleryną-niewidką. Nie było to tak nudne, jak się spodziewał. Po pierwsze, stary dureń praktycznie przyznał się do zaniedbania wychowania chłopca. Gdyby naprawdę doszło do potyczki przed sądem, wcześniej zebrane dowody mogły się okazać niepotrzebne w świetle wyznania winy.
Po drugie, Dumbledore opowiedział o tej magicznej ochronie obejmującej chłopca. O magii, opierającej się na ofierze z życia. Moody bardzo chciałby wiedzieć, skąd święty Albus wie o tak mrocznej magii. Jakkolwiek ofiara była dobrowolna, magia krwi zdecydowanie podpadała pod kategorię 'czarnej'. I skoro się na niej znał, to czy nie mógł zastąpić krewnych Pottera pojemnikiem z krwią? Coś takiego mogło zadziałać, a Albus zawsze miał smykałkę do eksperymentów.
To nie tak, że auror podejrzewał Dumbledore'a o bycie czarnoksiężnikiem. Przyjaźnili się od lat - zauważyłby. Ale każdy, kto spędził choć dwadzieścia lat polując na mrocznych czarodziejów, wiedział, że żadna doza ostrożności nie jest zbyt duża. A Moody przeżył nawet więcej.
Ale najciekawsze miał dopiero usłyszeć.
Harry utrzymywał kontakt wzrokowy, nie chcąc pokazać Dumbledore'owi słabości. Nigdy wcześniej nie mierzył się ze spojrzeniem dyrektora, który zazwyczaj nie przyjmował władczej postawy. Ale kiedy już do tego doszło, Harry odkrył, że radził sobie z tym lepiej niż ze świdrującym spojrzeniem wuja Vernona.
- Nie będzie mi pan mówił, na co jestem gotowy, a na co nie. - wysapał, wkładając wysiłek w to, żeby nie krzyczeć. - Zbyt długo pozwalałem innym na kierowanie moim życiem. Nigdy więcej.
Dumbledore uśmiechnął się z wyższością człowieka, któremu się wydaje, że rozumie, co przeżywa jego rozmówca. - To zrozumiałe, że chcesz poczuć, że panujesz nad swoim życiem. To typowe dla ludzi w twoim...
- Nie. - przerwał mu Harry. - Nie jestem typowy. Nie ma pan o mnie pojęcia i nie będzie mnie pan traktował protekcjonalnie.
To wyraźnie wytrąciło dyrektora z równowagi. Czegokolwiek spodziewał się po Harrym, najwyraźniej się przeliczył. - Drogi chłopcze, to nierozważne, odrzucać mądrość oferowaną przez starszych.
Chłopak praktycznie parsknął na tę uwagę. - Nie potrzebuję mądrości człowieka, który wpuścił Voldemorta do szkoły pełnej uczniów. - Albus chciał zaprotestować, ale Harry nie dopuścił go do głosu. - Jako nauczyciela. Wpuściłeś go tu jako nauczyciela! - warknął. - Lord pieprzony Voldemort nauczał dzieci w Hogwarcie! I nieraz próbował mnie zabić!
- Niby jak miałem przewidzieć, że opęta Quirrella?! - bronił się Dumbledore. - Nigdy wcześniej nie miałem do czynienia z tak czarną magią!
- To jest pana wymówka? 'Och, nie wiedziałem; nie mogłem przewidzieć!' - przedrzeźniał go bezlitośnie Harry. - To dobre dla pierwszoroczniaków! Gdyby nie ja, Voldemort już dwa lata temu wróciłby do władzy! - wrzeszczał. - A pan jest winny zniszczenia Kamienia i śmierci Nicolasa Flamela! Zawiódł pan swojego przyjaciela!
Twarz dyrektora przybrała srogi wyraz, w reakcji na te oskarżenia. - Nie tobie osądzać, co jest i nie jest moją winą, chłopcze!
- Nie? To świetnie! - Harry wyjął drugi zwój i wyciągnął go w stronę Dumbledore'a. - W takim razie spotkamy się w sądzie! - Albus pobladł na widok gotowego pozwu, mierząc go podejrzliwym wzrokiem. - Chyba że podpiszesz ten formularz. - Obniżył ramię i wskazał rulonem na ten pierwszy dokument, leżący nadal na biurku. "Wiedziałem, że do tego dojdzie." myślał. "Nic słabszego od ultimatum nie przekona Albusa Ja-Wiem-Wszystko Dumbledore'a, żeby pozwolił mi żyć po swojemu."
Patrzył na kamienną twarz dyrektora, gdy ten rozważał swoje opcje. Harry coraz bardziej się niecierpliwił - chciał opuścić ten gabinet najszybciej, jak się dało. Sama obecność starego czarodzieja go drażniła. Czuł gniew na jego widok. Słowa powodowały furię. A nie mógł sobie pozwolić na takie uczucia. Czuł ogień w żyłach. Tę dzikość, próbującą się uzewnętrznić. Była jak zwierzę, drapiące drzwi wyjściowe, domagające się wolności. Napierała na jego ciało i umysł. Powstrzymywanie jej było trudne nawet w otoczeniu przyjaciół. Przy przeciwnikach zdawała się niemożliwa do opanowania. Gdyby nie wypił tego eliksiru uspokajającego, siałby już teraz śmierć i zniszczenie. Moody miał rację w swojej paranoi - Harry musiał mu podziękować, jak już stąd wyjdzie. Zastanawiał się, czy nie powinien teraz zażyć trzeciej dawki, korzystając z okazji, że starzec pogrążył się w myślach i nie zwraca na niego uwagi. Sięgnął do kieszeni i dotknął fiolki. Jeśli dobrze pójdzie, to wyjdzie stąd w ciągu pięciu minut. Jeśli źle, kłótnia może się przeciągnąć. Na jak długo starczała mu jedna dawka? Może jakieś pół godziny. Nie był to najsilniejszy wywar. W końcu powziął postanowienie, że wypije ją teraz i wyjdzie przed upływem tego czasu.
- Nie mogę tego podpisać. Przykro mi chłopcze, to dla twojego własnego dobra. - Dumbledore zaskoczył go tą nagłą odpowiedzią, także niemal podskoczył. I upuścił fiolkę, która na jego oczach pokonała drogę do posadzki i rozbiła się, zanim zdążył ją złapać. "No dobra. Muszę wyjść poniżej pięciu minut." Nie poświęcił stracie drugiej myśli. Był zbyt oszołomiony odrzuceniem ultimatum.
- Zaryzykuje pan publiczną porażkę w sądzie? - wyraził swoje zdziwienie.
- Och, myślę, że umiem jeszcze wygrać tak drobną sprawę. - staruszek uśmiechnął się, jeszcze bardziej złoszcząc Harry'ego. Chłopak starał się przyspieszyć swój proces myślowy. Takiego obrotu spraw się nie spodziewał.
- Mam dowody.
- Nie wątpię. - odparł Albus spokojnie. - Inaczej byś sobie nie pozwolił na taką impertynencję. Ale zapewniam, że sobie poradzę.
Harry otworzył już usta, żeby zwrócić uwagę, że dyrektor praktycznie przyznał się do winy w tej rozmowie, a on mógł użyć własnych wspomnień jako dowodu. Ale w tym momencie uderzyło go, że po przeczytaniu pozwu starzec wydawał się spokojniejszy niż przed. A przecież powinno go wzburzyć, że został postawiony w takiej sytuacji. "On blefuje." Ta myśl przyprawiła go o białą gorączkę. Dosłownie trząsł się ze złości. Przeklęty starzec nawet się nie przyzna, że został pokonany!
Jego reakcja nie umknęła Dumbledore'owi, który spytał z troską w głosie: - Dobrze się czujesz, Harry?
Nie odpowiedział. To pytanie jedynie bardziej go denerwowało. Nie potrzebował troski starego nieudacznika. Nie chciał jej.
Czując, jak coraz bardziej wzbiera z nim gniew, jak coraz trudniej mu nad nim zapanować, drżącą ręką sięgnął do kieszeni po eliksir uspokajający. Tylko po to, żeby przypomnieć sobie, że go nie ma. Spojrzał z przerażeniem na odłamki rozbitej fiolki, leżące u jego stóp. Wezbrała w nim panika. Ostatnia rzecz, jakiej teraz potrzebował.
Targnął nim wstrząs, który odgiął go do tyłu, także upadł na wciąż stojące za nim krzesło. Mięśnie drżały mu jak z gniewu, ale tym razem nie mógł ich powstrzymać. Narastające odczucie szalejących płomieni pod skórą potwierdzało jego najgorsze obawy. To nie była już reakcja emocjonalna. Przemieniał się i nie mógł na to nic poradzić, nie wiadomo jak bardzo się wysilać, żeby to stłumić.
- Co się dzieje? - pytał zdumiony Dumbledore. - Harry, co się dzieje?
Harry chciał ostrzec nieszczęsnego dyrektora, żeby uciekał, ale wydał jedynie serię niezrozumiałych dźwięków. - Arrgh! Ghhhlaaarrrh!
Nagle chłopaka zalała fala czerwonego światła, towarzysząca krzykowi: - Drętwota!
Poczuł, jak zaklęcie go dotyka, nie wywierając żadnego skutku. Targnął nim jedynie kolejny wstrząs, ostatecznie odbierający mu władzę nad własnym ciałem.
- Albus, uważaj! On się przemienił! - rozpoznał głos Moody'ego, choć nie umiał ocenić, skąd dobiega.
Dyrektor wydał z siebie jedynie inteligentne - Co? - zanim Harry poderwał się na nogi i jednym płynnym ruchem podniósł potężne, dębowe biurko i cisnął je na dyrektora. Mebel zatrzymał się w ostatniej chwili i wrócił na miejsce, prowadzony różdżką starca. Chłopak wskoczył na blat i zamachnął się na irytujący, drewniany patyczek, z którego trafiło go kolejne bezużyteczne zaklęcie, zanim go nie wytrącił go z ręki głupca, jednocześnie łamiąc mu obie kości przedramienia. Już miał wykończyć żałosnego człowieka, gdy z flanki uderzyło go coś mocnego i rzuciło nim w ścianę po lewej stronie.
Błyskawicznie się podniósł z kamiennej podłogi i rozejrzał za drugim czarodziejem. Nie znalazł go, obrywając jedynie kolejnym urokiem. Auror widocznie zrezygnował z łagodnych zaklęć i próbował silniejszych klątw z nadzieją, że któraś zadziała. Nie-do-końca-Harry rzucił się w furii na miejsce, z którego dobiegł go pocisk. Machnął ręką przez miejsce, w którym powinien był stać przeciwnik, ale już go tam nie było. Wilkołak warknął z wściekle. Skakał po gabinecie, próbując uderzyć niewidzialnego napastnika, ciskającego w niego wciąż to nowe uroki.
Harry wiedział, co się dzieje, więc bestia też wiedziała. Stary auror krył się pod peleryną-niewidką, więc nie można go było zobaczyć. Najwyraźniej rzucił też jakieś zaklęcie wyciszające, bo nie dało się go usłyszeć. Zwierzę mogłoby go wywęszyć - według wiedzy chłopaka nie istniały żadne uroki maskujące zapachy. Jednak pomiędzy wonią krwi, rozlanego eliksiru, własnego potu i starego pergaminu wilk nie potrafił namierzyć aurora.
Kolejna klątwa cisnęła nim przez pomieszczenie, rozbijając skomplikowane magiczne urządzenia, wypełniające tą część gabinetu. Podnosząc się z resztek, odrzucając wciąż kręcący się wiatrak i depcząc gwiżdżący czajnik, wilkołak rzucił się do ucieczki. Drzwi nie dały się otworzyć - zostały zapieczętowane, odcinając mu jedyną drogę wyjścia. Jednak nie przejął się tą przeszkodą. Wziął zamach i przebił grube drewno pięścią. Wbił drugą rękę i, chwytając drzwi od zewnątrz, wyrwał je z zawiasów. Obrócił się, żeby rzucić je na Dumbledore'a, usiłującego bezskutecznie naprawić swoją rękę, żeby móc używać różdżki.
W tym momencie usłyszał za plecami eksplozję, która ponownie zerwała go z nóg i przeniosła w zupełnie inne miejsce w gabinecie. Sfrustrowany wilkołak zaczął biegać w koło po pomieszczeniu, niszcząc wszystko, na czym mógł położyć łapy, unikając zaklęć, jeśli tylko zdążał. Moody przeszedł o krok wyżej, używając zaklęć, mogących poważnie zranić nawet wilkołaka. Jednak ta bestia nie stanowiła typowego przedstawiciela swojej rasy - była szybsza, wytrzymalsza i bardziej przebiegła. Spostrzegłszy broń w gablocie, rozbiła ją i porwała miecz Godryka Gryffindora. Z mieczem w ręku, nie-Harry zwrócił się ponownie w stronę leżącego pod ścianą dyrektora. Uśmiechnął się drapieżnie - to był idealny plan. Wziął zamach, żeby rzucić ostrze i przebić starca, wiedząc, że żadne zaklęcie nie mogło zatrzymać broni wykutej przez gobliny.
Jednak w połowie drogi jego ramię się zatrzymało. Coś nie pozwalało mu wykonać rzutu. Coś podpowiadało mu, że powinien opuścić rękę. Coś szeptało mu słowa, wypełniające go błogim spokojem.
Moody rozkazał mu opuścić miecz. Metal brzęknął o kamień. Nie miał czasu się dziwić, że zaklęcie Imperius zadziałało na oszalały umysł chłopca. Ważne, że zadziałało - później będzie się zastanawiał, dlaczego.
Nie spuszczając różdżki z wilkołaka, wyciągnął z kieszeni płaszcza fiolkę przezroczystego eliksiru, łatwego do pomylenia z wodą. Postawił go na ziemi przed bestią, depcząc po drodze resztki innej fiolki, leżące w mlecznoróżowej kałuży. Miał ochotę przeklinać własną głupotę, że dał to chłopakowi w szkle, a nie metalu. Ale na to też nie miał czasu. Później będzie się wkurzał. Narazie skupił się na unieszkodliwieniu bestii. Powtórzył zaklęcie.
- Imperio. - dobrze, że nikt go nie słyszał pod osłoną zaklęć wytłumiających. Ciężko by było wytłumaczyć, dlaczego używał zaklęcia niewybaczalnego na Chłopcu-Który-Przeżył.
Harry schylił się, podniósł fiolkę, odkorkował i wlał sobie zawartość do gardła. Natychmiast ugięły się pod nim kolana, zwiotczały mięśnie i byłby upadł na posadzkę, gdyby go Moody nie przechwycił zaklęciem. Ostrożnie złożył śpiącego chłopaka na ziemi. Przyjrzał mu się i mruknął: - Incarcerous. - krępując go linami. Tak na wszelki wypadek, jakby okazał się odporny na najsilniejszy wywar nasenny świata. Albo dawka mogła okazać się zbyt mała dla wilkołaka. Ostrożności nigdy dość. Podszedł do Albusa i zdjął pelerynę. Dumbledore i tak przez nią widział.
- Co... to było? - wysapał jego ranny przyjaciel.
- Plan F. - odburknął, oglądając złamaną rękę dyrektora.
- Eliksir... tak... a reszta? - zapytał między jękami pod dotykiem aurora.
- Improwizacja. Wybacz, że zepsułem ci tak ładny pokój. - odpowiedział bez krzty skruchy w głosie.
- Ha-harry? - starzec nie miał siły na pełne zdania.
- Było podpisać pieprzony formularz, to do niczego by nie doszło. - warknął z irytacją. Musiał się skupić na naprawie kości. Nie miał czasu na pogaduszki.
- Co... czym?
- To wilkołak. - Moody przewrócił zdrowym okiem. Magiczne trzymał skierowane na związanego chłopaka. - Dlatego nie może wrócić do tej twojej wesołej szkółki.
- Nie... powiedział. - Dumbledore syknął przy akompaniamencie szczęku kości wracających na miejsce.
- Oczywiście, że nie. - przerwał, przyglądając się ranie. Machnął różdżką i zasklepił ją. "Czyli nie doszło do zakażenia... ten Dumbledore, pieprzony szczęściarz."
- Dlaczego? - wysapał Albus.
- Bo nie chce, żebyś się wtrącał w jego życie. Z tego co słyszałem, dostatecznie dużo namieszałeś. - rozejrzał się dokoła. Znalazłszy różdżkę dyrektora, podniósł ją. Jednak zamiast ją oddać, wymierzył ją w przyjaciela. - Dość pytań. Teraz twoja kolei, żeby na kilka odpowiedzieć.
Dumbledore spojrzał na niego, wyraźnie zszokowany.
- Jestem szczególnie zainteresowany tematem pewnego czarnoksiężnika, który powinien być martwy od ponad dekady.
Przypis:
Ufff *ociera pot z czoła*
To był wymagający rozdział. Napisałem go trzy razy, na trzy różne sposoby (i nie chodzi o poprawki stylistyczne - to normalka). Także tego...
Witam Was bardzo serdecznie, drodzy czytelnicy!
Mam nadzieję, że Wam się podoba moja pisanina. Normalnie bym tego nie publikował, bo jakością dalece odbiega od moich wyidealizowanych standardów, ale to pomaga narzucić sobie pewną dyscyplinę pisania (a satysfakcja z utrwalenia choć jednej z opowieści, które snuję sobie w głowie, jest naprawdę wielka).
Czytając inne opowiadania na tej stronie zawsze się dziwiłem, że autorzy odpowiadają na recenzje publicznie... *facepalm* Już wiem, czemu.
Do Karmienete: Cieszę się, że odpowiada Ci mój styl. Staram się zachowywać równowagę między ilością tekstu, poświęconego wnętrzu bohaterów, oraz tego, opisującego właściwą akcję. Chciałbym, żeby opowieść była zarówno zrozumiała jak i dynamiczna. Jeśli chodzi o kwestię wykrzykników: dla mnie wskazują jednoznacznie na to, że postać krzyczy. Jeśli ich nie ma, to znaczy, że według mnie tego nie robi. Oczywiście możesz czytać to inaczej, masz swobodę interpretacji. Odnosząc się do twojego przykładu: "Drzwi? Drzwi?" W mojej głowie Harry nie krzyczał w tej sytuacji. I miał ku temu ważny powód - starał się nad sobą panować, żeby nie zrobić krzywdy Hermionie. Masz rację, że dodanie wykrzyknika "Drzwi? Drzwi?!" wzmocniłoby wydźwięk powtórzenia, ale dla mnie to po prostu nierealistyczne, żeby Harry podniósł głos w tym momencie. Mam nadzieję, że Ci to jakoś bardzo nie przeszkadza. Nie jestem w stanie umotywować każdego zachowania w tekście, bo straciłby na dynamice. Do następnego razu!
Koniec odpowiedzi dla Karmienete.
Tak, właśnie odkryłem, że nie każdemu można odpowiedzieć w wiadomości prywatnej. Bystry jestem, nie ma co.
To chyba by było na tyle. Rozdział 4 już jest w produkcji. Możecie się go spodziewać w przyszłym tygodniu (nie chcę obiecywać konkretnej daty).
Do następnego razu!
~BerserkLittleCook
