3. Spojrzenie w tył

Torba pacnęła o betonową podłogę i prześlizgnęła się po niej aż pod ścianę. Nikt z przechodzących korytarzem uczniów nie zwrócił na to uwagi. Losowe rzeczy latające sobie na przerwach zwykle były tak właśnie traktowane. Dopóki oczywiście nie wydawały z siebie naprawdę głośnych dźwięków przy upadku. I nie były jakoś specjalnie wielkie. I nie robiły nikomu krzywdy.

Powolnym krokiem, Paul podążył w tym samym kierunku, w którym chwilkę wcześniej posłał plecak. Oparł się o ścianę i zerknął na zbliżającą się Carroll, która właśnie ściągała swoją torbę z zamiarem ułożenia jej obok rzeczy chłopaka. W dłoni cały czas ściskała lekko pogniecioną zgodę na wyjazd.

- "Trzeba zastanowić się jak zdobyć podpis twojej matki…" - brązowowłosy prawie słowo w słowo powtórzył pytanie sprzed parunastu minut. Z początku planował wrócić do tematu dopiero w domu, ale zauważył, że dziewczyna nie przestaje o problemie myśleć.

- "Nie możemy podrobić podpisu?" - zapytała niepokojąco obojętnym głosem. Wzrok wbijała w czubki swoich tenisówek.

- "A masz na czym się wzorować?" - spytał spokojnie. Zdążył już nieco przemyśleć tą opcję. Niebieskowłosa nie za bardzo. Przez chwilę zastanawiała się, po czym pokręciła bezgłośnie głową - "Właśnie…" - westchnął - "Skorzystamy z tej opcji jeśli wszystko inne na co wpadniemy nie wypali."

- "A pieniądze?" - zapytała cicho. Po przymusowej przeprowadzce pozostały jej tylko jakieś żałosne oszczędności, które nie były w stanie pokryć nawet połowy ceny wycieczki. Nie żeby kiedykolwiek miała więcej…

- "Nie martw się o to" - odparł chłopak - "Bez ciebie nigdzie nie jadę, więc zrobię wszystko, żebyś pojechała" - uśmiechnął się. Akurat kwestię pieniędzy miał w pełni przemyślaną.

Dziewczyna uniosła na chwilę wzrok i spojrzała z ledwie widocznym uśmiechem na Paula. Zaraz jednak na jej twarzy pojawiło się coś w rodzaju strachu. Natychmiast powróciła do świdrowania wzrokiem podrapanych, białych czubków swoich butów. Przerażała ją perspektywa spotkania z matką.

- "Wszystko okej, Chmurko?" - zapytał Paul. Jego głos był spokojny i delikatny. Dziewczyna z trudem przekonała się by pokręcić przecząco głową. Zanim zdążyła się choćby odezwać, chłopak przyciągnął ją do siebie i mocno przytulił - "Co jest?" - spytał cicho.

- "Nie chcę rozmawiać z matką…" - powiedziała lewie słyszalnie. Zbierało się jej na płacz, za co miała ochotę ugryźć się w tyłek. Do tego była pewna, że przechodzące korytarzem osoby gapiły się na nią.

- "Wiem" - mruknął brązowowłosy, po czym oparł się o ścianę nie puszczając Carroll. Nie miał zielonego pojęcia jak ją pocieszyć. Mógł co prawda powiedzieć, że nie pójdą do jej starego domu, ale nie chciał jej okłamywać, bo bezpośrednie zwrócenie się do jej matki było najpewniejszym sposobem na zdobycie podpisu.

Chłopak uniósł wzrok i rozejrzał się po korytarzu. Kilka przechodzących przed nim osób natychmiast spojrzało w inną stronę udając, że niczego nie widzą. Kilka bardziej bezczelnych osobników kontynuowało niezbyt dyskretne gapienie się. Należała do nich między LSP i jej paczka. Dziewuchy szeptały między sobą chichocząc średnio co dziesięć sekund.

Paula kompletnie to wszystko nie obchodziło. Ludzie mogli gapić się ile chcieli, miał gdzieś ich opinię. Zresztą tylko przytulał swoją dziewczynę.

- "Co jest?" - zapytał Jake, który dopiero teraz przydreptał pod klasę. Tuż obok niego szła wyższa od niego o głowę Lady. Była lekko zaniepokojona i zaintrygowana.

- "Nic" - odparł krótko chłopak. Jego głos nie zdradzał emocji.

Blondyn kiwnął powoli głową. Przez dłuższą chwilę wszyscy stali w milczeniu. Ciszę przerwała dopiero Carroll, która w końcu odczepiła się od chłopaka i oparła się o ścianę obok. Nie zwracając uwagi na nic, zamrugała lekko zaczerwienionymi oczami i sięgnęła do kieszeni spodni. Wyciągnęła z niej zmiętą w kulkę chusteczkę, rozwinęła ją i oczyściła nos. Zrobiła kilka kroków w poprzek korytarza i wyrzuciła ją do kosza na śmieci, po czym wróciła do Paula. Odetchnęła ciężko.

- "Dlaczego coś co powinno być fajne jest tak stresujące?" - zapytała nie zwracając się do nikogo konkretnego.


Lekcja była… wyjątkowo znośna. Nauczycielka prowadziła interesujący wykład, zwracając jednocześnie wystarczająco dużo uwagi na klasę, by uczniowie nie spali i nie gadali za głośno. Nie wymagała przy tym, żeby dzieciaki jej słuchały, czy też zapełniały swoje zeszyty sensownymi notatkami. Każdy mógł robić cokolwiek mu się podobało dopóki przestrzegał regulaminu, nie przeszkadzał i sprawiał wrażenie, że słucha. Można było pisać, rysować, czy nawet korzystać z telefonu, czy laptopa jeśli tylko raz na jakiś czas zerknęło się na zapełniającą się słowami, symbolami i rysunkami tablicę. Niektórzy czasem zjadali na tych lekcjach swoje śniadania.

Prowadząca lekcję belferką była pani Giant. Była młoda, bardzo wysoka i miała długie, niebieskie włosy. Troszkę jaśniejsze niż Carroll. Do tego miała nieco skośne oczy, tak jakby któryś z jej rodziców był Azjatą. Zazwyczaj ubierała się na zielono i nosiła brązową opaskę, która powstrzymywała jej włosy od spływania na twarz. Była chyba jedną z najmilszych osób pośród ciała pedagogicznego.

Była też w jakiś sposób związana ze zmarłym na początku roku wuefistą. Nikt z uczniów nie wiedział dokładnie o co w ich związku chodziło, przez co powstawało od cholery plotek. Wiadomo było tylko, że po śmierci Billego, nauczycielka nie pojawiała się przez dwa tygodnie w szkole. Mało kto widział ją też na mieście. Zupełnie jakby gdzieś wyparowała.

Paul oderwał wzrok od pokrytej masą informacji tablicy i zerknął na swój zeszyt. Krótka notatka z samego początku lekcji zwykle wystarczyła by z pomocą podręcznika nauczyć się na sprawdzian, ale chłopak, tak jak zresztą większa część klasy, lubił spisać sobie trochę konkretów. Dzięki temu jego materiały edukacyjne wyglądały całkiem porządnie.

Spojrzał na schowany za swoim piórnikiem telefon i przyciągnął go do siebie. Obudził urządzenie przyciskiem umieszczonym na boku obudowy i z trudem powstrzymał się od śmiechu. Carroll znów dobrała się do jego komórki i ustawiła dziwny obrazek na tapetę blokady ekranu. Tym razem było to zdjęcie jej stopy z dorysowaną flamastrem buźką. Chłopak nie miał zielonego pojęcia kiedy niebieskowłosa to zrobiła.

Odblokował ekran jednym pociągnięciem palca i przez kilka sekund kontemplował z uśmiechem obrazek ustawiony w tle. Zdjęcie przedstawiające jego i Carroll na tle jakiś roślin. Paul nie za bardzo pamiętał gdzie dokładnie było zrobione. Wiedział tylko, że na początku wiosny, niedługo po tym jak zrobiło się cieplej.

Szturchnął czubkiem palca ikonkę w kształcie kanciastego, komiksowego dymku z uśmiechniętą emotikonką wewnątrz. Ekran natychmiast zajęła lista ostatnich rozmów tekstowych. Chłopak przesunął ją nieco w dół, po czym tapnął w odnośnik do konwersacji z Bonnibel Bubblegum. Listę zastąpiła seria wypełnionych tekstem dymków w różnych kolorach, którą zaraz częściowo zasłoniła klawiatura ekranowa. Zaczął pisać.

P: Jak tam Marcelina?

Różowowłosa odpisała dopiero po chwili.

B: Leży na kanapie zawinięta w koc. Dałam jej jakieś leki.

Po naciśnięciu na przycisk "wyślij", dziewczyna przez chwilę wpatrywała się w ekran oczekując na odpowiedź. Zaraz jednak otrząsnęła się i zerknęła na elektryczny czajnik wypełniony w połowie wodą. Podgrzewana ciecz zaczynała wściekle bulgotać. Tuż obok, na kuchennym blacie stały dwa kubki. Obydwa pochodziły z zestawu sprezentowanego Simonowi przez Betty. Każdy z nich miał inny kolor i obrazek. Bonnibel specjalnie wybrała czerwony z truskawką i różowy z muffinką.

Wewnątrz kubków znajdowały się torebki z herbatą, a obok talerzyk z wcześniej przeciętą na pół cytryną. Woda zaczęła wrzeć, na co czajnik zareagował natychmiastowym wyłączeniem się.

Prawie w tym samym momencie leżący na blacie telefon zawibrował oznajmiając przyjście nowej wiadomości. Odblokowała ekran i spojrzała na prowadzoną z Paulem rozmowę, obok której migał mały, czerwony wykrzyknik.

P: Życz jej ode mnie i Carroll szybkiego powrotu do zdrowia

B: Okej.

Odpisała krótko i wcisnęła telefon do kieszeni. Ruszyła w stronę czajnika, złapała za jego plastikową rączkę i ostrożnie zalała torebki z herbatą. Gorąca woda natychmiast zaczęła robić się złocisto-brązowa. Bonnibel odłożyła urządzenie na miejsce, po czym całkowicie skupiła się na kubkach. Po chwili chwyciła za kartoniki przymocowane do pływających w napoju woreczków za pomocą białych nitek i ruszyła nimi kilka razy. Stwierdzając, że herbata ma już odpowiedni kolor, wyciągnęła torebki i podkładając pod nie dłoń ruszyła w stronę zlewu. Odgiętym do tyłu małym palcem otworzyła znajdującą się pod zlewem szafkę i wrzuciła zużyte woreczki do umieszczonych tam koszy na śmieci. Zatrzasnęła drzwiczki i odkręciła wodę, za pomocą której opłukała dłoń z kropelek napoju. Wytarłszy ręce w jeden z kuchennych ręczników powróciła do kubków. Do jednego z nich wycisnęła całkiem sporo soku z cytryny.

Zakończywszy przygotowania wzięła naczynia w dłonie i skierowała się w stronę przejścia z kuchni do salonu. Powoli i ostrożnie, uważając by nie wylać ani kropli napoju na podłogę zbliżyła się do kanapy, przed którą stał wyświetlający jakąś barwną kreskówkę telewizor. Obeszła mebel dookoła i zatrzymała się tuż przed leżącą na nim czarnowłosą. Dziewczyna owinięta była w koc i nie wyglądała na jakoś specjalnie zadowoloną. Głównie dlatego, że i bez koca było jej gorąco. Widząc różowowłosą uśmiechnęła się słabo i leniwie podniosła się do pozycji półsiedzącej. Bonnibel podała jej ciepły, czerwony kubek pełen jasno-pomarańczowego płynu, po czym usiadła obok i podmuchała na zawartość swego naczynia. Marcelina przysunęła się do niej i oparła o jej ramię. Ostrożnie siorbnęła swoją herbatę.

- "Jak się czujesz?" - zapytała Bonnie obracając kubek w dłoniach.

- "Jak piec hutniczy…" - odparła niezbyt zadowolonym głosem czarnowłosa. Ponownie siorbnęła łyk gorącego płynu.

- "To dobrze" - różowa nie uśmiechnęła się, ale zarówno wyraz jej twarzy jaki i głos były całkiem pozytywne - "Twój organizm walczy z chorobą."

- "Mógłby odpuścić sobie bomby termonuklearne…" - jęknęła dziewczyna robiąc niezadowoloną minę.

- "Ciesz się, że nie masz kataru" - Bonnibel pokazała towarzyszce język za co dostała lekkiego szturchańca w bok.

- "Weź… Nawet nie chcę sobie tego wyobrażać…" - mruknęła czarnowłosa popijając ze swojego czerwonego kubka - "Nie wiem, czy mamy tyle chusteczek w domu."

Na dłuższą chwilę zapadła względna cisza. Słychać było tylko siorbanie i przyciszone dźwięki z kreskówki. Marcelina jako pierwsza skończyła swoją herbatę. Przechyliła się w dół i odłożyła pusty kubek na podłogę. Nie chciało jej się dosięgać do dzielącej kanapę i telewizor ławy. Następnie położyła głowę na kolanie Bonnie i podciągnęła koc pod brodę. Różowa położyła jej dłoń na skroni i wplątała palce w długie czarne włosy.


Obrotowy fotel skrzypnął z cicha pod ciężarem brązowowłosego. Chłopak odepchnął się nogami od podłogi i obrócił mebel w stronę biurka. Z kieszeni wyciągnął telefon. Odblokował go i ponownie tego dnia zajął się pisaniem SMS-ów. Tym razem ich adresatem był chłopak o przezwisku BMO. Był on drugim największym nerdem w klasie i najlepszym informatykiem jakiego Paul znał.

Ten fakt był zresztą powodem dla którego brązowowłosy słał wiadomość. Przez długie godziny spędzone w szkole, chłopak wpadł na pewien pomysł, do którego potrzebował dość zaawansowanych umiejętności informatycznych. Normalnie pewnie w ogóle by o tym nie pomyślał, ale przypomniało mu się to, co BMO zrobił na początku roku szkolnego.

P: Siema. Mam takie małe pytanko

Nerd odpisał praktycznie natychmiast. Pewnie siedział właśnie przy komputerze, a telefon maił pod ręką.

BM: ?

'Ktoś tu jest trochę leniwy' przeszło Paulowi przez myśl.

P: Nie orientujesz się przypadkiem, czy szkła przechowuje gdzieś skany dokumentów, na których znalazłyby się podpisy rodziców?

BM: na szkolnym servie mają tylko stronkę

BM: zaglądałem tam niedawno

BM: a po co ci to tak w ogóle?

P: Cholera…

P: Sorry, ale nie wiem, czy mogę wyjaśnić

BM: spoko

P: Dzięki za info

Westchnął ciężko i odsunął od siebie urządzenie. Proste rozwiązanie właśnie przepadło. Odchylił się w tył, na co oparcie fotela zareagowało przeciągłym skrzypnięciem. Mebel był już dość stary i co chwilę domagał się odejścia na emeryturę. Jego właściciel czasem bał się, że coś pęknie i wyląduje tyłkiem na podłodze. Albo na jakieś ostrej części.

Nie to było jednak teraz ważne. Trzeba było pomyśleć w jaki sposób przekazać Carroll złe wieści. Lub wymyślić jakiś sposób na zdobycie podpisu jej matki. Szkoda tylko, że nie miał żadnych pomysłów. Kompletna pustka w głowie.

Wtedy do pokoju weszła niebieskowłosa. Już w drzwiach ściągnęła swoją niebieską bluzę z kapturem - było wystarczająco ciepło, żeby dało się nosić t-shirty bez dostawania gęsiej skórki - odsłaniając turkusową bluzkę z granatowym obrazkiem przedstawiającym siedzącą na kamieniu syrenę, która zwracała się plecami do oglądającego. Cisnęła zdjęty ciuch w kierunku łóżka, po czym sama na nim usiadła krzyżując nogi. Uśmiechnęła się promiennie do Paula, który obserwował ją odkąd przekroczyła próg. Chłopak miał wrażenie, że poczuł nieprzyjemne ukłucie w piersi gdy tylko przez myśl przeszło mu to, że musi powiedzieć dziewczynie o braku wirtualnej wersji dokumentów.

Kiedyś trzeba to było jednak zrobić…

- "Napisałem do BMO" - odezwał się nie odwzajemniając uśmiechu. Carroll musiała dobrze odczytać jego emocje, bo natychmiast spoważniała - Powiedział, że szkoła nie przechowuje wirtualnych kopii dokumentów. A przynajmniej nie na szkolnym servie. Dyro i sekretarki mogą je mieć gdzieś na kompach, ale z tym będzie ciężko.

- "Nie ma szans tam się dobrać?" - zapytała z nutką nadziei w głosie.

- "Musielibyśmy włamać się w nocy do szkoły…" - odparł - "I wziąć ze sobą BMO, bo komputery pewnie będą zahasłowane."

- "Czyli musimy iść do mojej matki…" - wymamrotała cicho i opuściła głowę. Wbiła wzrok w swoje paznokcie.

Potwornie żałując, że powiedział to co właśnie powiedział, chłopak podniósł się z fotela i usiadł na łóżku, tuż obok niebieskowłosej. Bez słowa objął ją i przysunął bliżej. Dziewczyna zareagowała spokojniej niż w szkole. Prawdopodobnie zdążyła przemyśleć sprawę i pogodzić się z ewentualnością spotkania z matką.

- "Mam nadzieję, że uda się ją przekonać…" - mruknęła. Jej głos był nieco stłumiony przez to, że wtuliła twarz w szyję chłopaka.

- "Może przejdziemy się na spacer?" - zaproponował z policzkiem opartym o czubek jej głowy.

- "Okej" - Carroll odsunęła się nieco, uniosła głowę i uśmiechnęła się lekko.


Samochód zatrzymał się przed bramą willi z całkiem głośnym piskiem hamulców. Otworzyły się przednie drzwi pasażera i z pojazdu wysiadła niewysoka, różowowłosa dziewczyna w ciemno-różowej kurtce. Zanim odeszła, nachyliła się do wnętrza.

- "Dziękuję za podwózkę" - powiedziała z uśmiechem.

- "A ja dziękuję za opiekę nad Marceliną" - odparł siedzący za kierownicą Simon - "Do zobaczenia."

- "Do widzenia" - odpowiedziała, po czy zatrzasnęła drzwi i obeszła samochód dookoła, przechodząc z ulicy na chodnik. Zatrzymała się na chwilę i odprowadziła wzrokiem odjeżdżający samochód. Następnie odwróciła się na pięcie i poprawiając wżynające się w jej bark ramiączko od plecaka ruszyła w stronę znajdującej się metr od bramy furtki.

Metalowa konstrukcja otworzyła się prawie bezgłośnie. Peppermint cały swój wolny czas spędzał na wyszukiwaniu niedoskonałości w domu i ogrodzie, więc i do furtki musiał się dobrać.

Tak właściwie to Bonnibel nie była pewna, czy mężczyzna spędzał cały swój wolny czas na łażeniu dookoła i naprawianiu wszystkiego, co naprawy wymagało. Często bowiem znikał na długie godziny nie mówiąc gdzie idzie. Było to dość dziwne biorąc pod uwagę to, że do sklepów jeździł zawsze o tej samej porze i nie wychodził na miasto. No chyba, że z jakiegoś powodu musiał, ale wtedy mówił o tym różowowłosej lub zostawiał stosowną informację przyczepioną magnesem do drzwiczek piekarnika.

Tym razem dziewczyna nie znalazła nic takiego. Peppermint nie zniknął również w żaden tajemniczy sposób. Właściwie to nie zniknął wcale. Krzątał się w kuchni przygotowując jedzenie na nadchodzący tydzień, którego nie miał czasu zrobić w weekend.

Odwrócił się słysząc wchodzącą do pomieszczenia Bonnibel i zaraz oderwał się od garnków, żeby przygotować talerz i sztućce.

- "Przyszłaś później niż zwykle" - odezwał się grzebiąc w szafce z naczyniami. Nie spojrzał przy tym na siadająca przy stole dziewczynę - "Byłaś u Marceliny?"

- "Tak" - odparła - "Marcelina źle się poczuła. Pan Iceking zwolnił ją i mnie, żebym ją odprowadziła do domu."

- "Och… Co jej jest?" - zapytał bardziej z uprzejmości niż ciekawości. Zatrzymał się przy kuchence elektrycznej z talerzem w dłoni i zaczął nakładać jakieś mięso. Na blacie obok stał plastikowy kubełek z surówką.

- "Nic takiego" - odpowiedziała wzruszając ramionami. Na stół tuż przed nią wjechał talerz z obiadem i sztućce - "Poczuła się słabo i miała gorączkę."

- "Oby szybko wyzdrowiała" - mruknął pod nosem Peppermint wracając do gotowania.

- "W przyszłym tygodniu jedziemy na wycieczkę" - odezwała się Bonnibel po chwili wypełnionej tylko dzwonieniem sztućców i stukaniem garnków.

- "O… Dokąd?" - zapytał mieszając żurek.

- "Do Świerkowego Brzegu" - odparła - "Będziemy tam przez cały tydzień."

Mężczyzna zerknął na nią unosząc brwi, ale nic nie powiedział. No… przynajmniej z początku. Przez dłuższą chwilę wyraźnie się nad czymś zastanawiał. Bonnibel była pewna, że nie próbował przypomnieć sobie jakim miejscem była wspomniana miejscowość. To było coś innego.

- "Czyli nad morze… Ładne miejsce" - odezwał się nie odrywając wzroku od garnków.

Różowowłosej coś mocno nie pasowało.


- "Ciotka miała rację" - powiedział Paul - "Rzeczywiście niedługo się z nią zobaczymy."

Szedł razem z Carroll chodnikiem w stronę centrum miasteczka. Palce jej drobnej dłoni wplątane były pomiędzy palce chłopaka. Powietrze było całkiem ciepłe jak na zbliżający się powoli wieczór. Wiał sobie lekki wiatr, za słaby by choćby naruszyć fryzurę niebieskowłosej.

- "Mieszka tam gdzie jedziemy?" - upewniła się dziewczyna. Paul kiwną głową.

- "Ta. Często jeździłem tam z rodzicami" - opowiedział - "To miejscowość nad morzem, jak się można domyślić z nazwy. Mają całkiem spoko plażę i fajny las, ale tak ogólnie to nic ciekawego. W sumie to zastanawiam się dlaczego w ogóle tam jedziemy. Wycieczki szkolne zwykle są edukacyjne. Muzea i inne takie bzdury. Tam nic takiego nie ma. Małe, nudne miasteczko."

- "Ciekawe czy pozwolą się nam kąpać w morzu…" - zastanowiła się dziewczyna. Jej uwagę przykuł na chwilę czarny kocur wspinający się po drzewie rosnącym na jednym z mijanych podwórek. Odprowadziła go wzrokiem.

- "Możliwe, że jedziemy tam dla odpoczynku. Jeśli tak, to pewnie będziemy mogli się popluskać" - odpowiedział po chwili zastanowienia - "Może pozwolą nam też trochę połazić po mieście i lesie. Wbrew temu co mówiłem, znajdzie się tam kilka fajnych miejsc."

- "Chyba przydałoby się wziąć zestaw kąpielowy" - mruknęła Carroll - "Albo raczej kupić zestaw kąpielowy…" - westchnęła.

- "Nie masz stroju kąpielowego?" - zapytał starając się nie brzmieć jakoś złośliwie.

- "Kiedyś miałam, ale z niego wyrosłam" - odparła - "Nie używałam go za często… Nawet nie umiem pływać."

- "Jeszcze zdążymy zrobić zakupy" - powiedział chłopak uśmiechając się w jej stronę - "A co do pływania… W morzu to się raczej popluskasz. Ale jak chcesz, to możemy się w tym tygodniu przejść nad jezioro i zobaczyć, czy woda jest już w miarę ciepła. Mógłbym cię spróbować nauczyć."

Dziewczyna uścisnęła jego rękę nieco mocniej i uśmiechnęła się do niego szeroko. Zaczęła się zastanawiać skąd bierze się ta radość. Nigdy nie lubiła pływać. Wolała gapić się na wodę. Podobały się jej ruchy cieczy. Fale, wiry, wodospady, prądy wodne. Od dziecka ją to fascynowało.

Dlaczego więc już nie mogła się doczekać wyjścia nad jezioro? Pewnie dlatego, że to Paul miał ją uczyć… Do policzków napłynęła jej fala ciepła. miała wrażenie, że wygląda jak uśmiechający się idiotycznie pomidor.

- "Wstąpimy do spożywczego na coś słodkiego?" - zaproponował chłopak wskazując znajdujący się po przeciwnej stronie ulicy sklep - "Jakoś nie chce mi się iść do Treetrunks."

- "Okej" - niebieskowłosa zgodziła się z uśmiechem. Nie za bardzo obchodziło ją, czy w ogóle coś zjedzą. Była zbyt zajęta rozmyślaniem.

Paul zatrzymał się na krawędzi chodnika i rozejrzał się sprawdzając, czy nie nadjeżdża żaden samochód. Upewniwszy się, że ulica jest pusta, ruszył na drugą stronę ciągnąc dziewczynę za sobą. Przeszli jeszcze paręnaście metrów, po czym wmaszerowali do sklepu.

Budynek oświetlony był jarzeniówkami, które emitowały białe, zimne światło. Większą jego część zajmowało główne pomieszczenie, które w znakomitej większości wypełnione było regałami pełnymi wystawionych na sprzedaż produktów. Jak praktycznie w każdym sklepie, nieopodal drzwi znajdowała się kasa. Ta była jednak wyposażona w podajnik taśmowy, a siedząca za nią sprzedawczyni wyjątkowo nie była znudzona. Jej twarz rozjaśniał szeroki, ale boleśnie sztuczny uśmiech.

Paul i Carroll przywitali się uprzejmie, wzięli czerwony, plastikowy koszyk i ruszyli między półki. Przez chwilę błądzili między regałami w poszukiwaniu działu ze słodyczami. Kiedy go w końcu znaleźli, zaczęli zastanawiać się co chcą kupić, co zajęło im jeszcze więcej czasu. Zdecydowali się na nadziewane rogale, które były cholernie sztuczne, ale przy okazji również całkiem smaczne. Chłopak wybrał takiego o smaku pomarańczowo-waniliowym, a dziewczyna wzięła po prostu takiego, który miał niebieskie opakowanie.

Z dwoma opakowanymi w plastikowe paczuszki rogalami przesuwającymi się po dnie czerwonego koszyka podreptali w stronę kasy. Brązowowłosy raz dwa wypakował wszystko na podajnik, pozwalając kasjerce, która wciąż miała na twarzy ten potwornie sztuczny uśmiech, na zeskanowanie kodów kreskowych.

- "Coś jeszcze?" - zapytała tryskając wręcz udawaną radością.

- "Nie, dziękuję" - odpowiedział obojętnym głosem Paul.

- "To będzie sześć pięćdziesiąt" - oznajmiła kasjerka szczerząc się.

Chłopak wygrzebał z kieszeni garść monet, odliczył odpowiednią sumę i przesypał ją na dłoń kobiety. W zamian dostał paragon i rogale, które natychmiast zgarnął z metalowo-plastikowej lady. Ten zapakowany w niebieski plastik podał Carroll, po czym złapał ją za rękę i ruszył w stronę wyjścia.

Na zewnątrz zatrzymali się pod ścianą budynku sklepu, w takim miejscu, że nie było ich widać przez okna. Odpakowali rogale i wgryźli się w ich miękkie, nieco sztuczne ciasto.

- "Kiedy się przejdziemy na zakupy?" - zapytała w pewnym momencie niebieskowłosa.

- "Może w środę? A w czwartek nad jezioro" - zaproponował chłopak.

- "A jutro?" - zapytała Carroll domyślając się odpowiedzi.

- "Jutro podpis…" - mruknął cicho Paul. Dziewczyna westchnęła ciężko.

- "No nic… Im szybciej tym lepiej..."

Koniec ferii :I Nie spodziewajcie się updateów tak regularnych jak te w ferie. Na przyszły tydzień może się wyrobię, bo w momencie kiedy pisze ten tekst, mam przed sobą jeszcze cztery minuty piątku i cały weekend. Nic jednak nie obiecuję. Mam kilka innych rzeczy do zrobienia.

A więc jak zwykle - piszcie recenzje, zadawajcie pytania - każdy feedback mile widziany.

~MasterSkorpius